6.09.2024

[KP] Rowan Johnson

Rowan Johnson
szeryf Mariesville Police Dept
Był doskonałym przykładem rozczarowania i nie tak bardzo czarną, ale jednak, owcą, która zniszczyła przyszłościowe plany jednym, srogim wybrykiem, zapomnianym, na szczęście, już lata świetlne temu. Nie płakał z tego powodu, bo to nie jego plany wzięły w łeb, a ambitnych rodziców, którzy po dziś dzień trochę się za to wstydzą, i nigdy nie żałował, choć życie miałby sielankowe, gdyby dorobił się prawniczego tytułu i strzelał z paragrafów na prawo i lewo, nie ograniczając się jedynie do prawa Mirandy i swojej broni. Ale stara szeptucha zawsze przepowiadała, że z tego dzieciaka to mecenasa nie będzie; przecież to archetyp wojownika, gotowy wykorzystać swoją siłę dla dobra wspólnego, a nie własnego. Nie napcha sobie kieszeni ludzką krzywdą, bo służy czemuś znacznie większemu od siebie. Na szczęście, prawa natury gwarantują, że kiedy jedne drzwi się zamykają, otwierają się inne – jemu otworzyły się dokładnie te, o których marzył skrycie i po cichu. Wszedł w policyjne buty i nigdy ich nie zdjął, nie ważne jak mocno obcierał sobie pięty, czy jak często potykał się o niedowiązane sznurówki, płacąc za błędy cenę tak wysoką, że w kilku przypadkach wartą niemalże życie. Bo niemożliwe rzeczywiście nie zawsze było możliwe, ale dla niego musiało stać się przynajmniej dopuszczalne. Dla niego nieosiągalne musiało stać się osiągalne, a odwaga to wybór, którego dokonał, nie jeden raz zdając sobie sprawę, że szczęście sprzyja tylko ludziom zdecydowanym na wszystko. Zdecydowanym na stąpanie po cienkiej linii między życiem, a śmiercią. Na pełnienie roli dyrygenta w walce między dobrem, a złem. Na ból, pot i łzy, i na bezkres wyrzeczeń, dzięki którym policyjne buty stają się lżejsze. A w końcu zdecydowanym również na to, że najpierw zobaczysz tragedię, a później, jak gdyby nigdy nic, z uśmiechem wybierzesz farby do pokoju.
04.07.1989 r. Camden
Lokalni Bohaterowie
ex-SWAT officer
kajakarstwo & strzelectwo & dart
Jeżeli mieszkasz tutaj dłużej, na pewno znasz jego rodzinę – Johnsonów nie da się zresztą nie zauważyć, a tym bardziej zapomnieć, bo od pokoleń pełnią w mieście funkcje publiczne i siedzą na świeczniku, reprezentując interesy lokalnej społeczności. Na pewno kojarzysz byłego burmistrza, który nie szczędził funduszy miejscowym przedsiębiorstwom i kobietę, która stworzyła tutaj swoje prawnicze imperium. Bywają przecież na wszystkich wydarzeniach, zawsze chodzą pod rękę, a miejscowy monitoring jakimś cudem ich nie sięga, czego nie można powiedzieć o trójce ich dzieci. Zwłaszcza o tym najstarszym, Rowanie Johnsonie, który jako dzieciak skoczył kiedyś z Wodospadów Riverside i rozbił sobie głowę. Uczęszczał do lokalnych szkół i krnąbrny był z niego uczeń, choć nigdy nie wagarował, a po lekcjach udzielał się w wolontariacie i wszędzie było go pełno. Poskładał swój pierwszy kajak i testował go z dzieciakami z sąsiedztwa na stawie w Applewood Park, a na balu maturalnym został nawet królem i piękną koronę oddał później na charytatywną licytację. Miał być prawnikiem, tak jak przykazała rodzinna tradycja, więc poszedł na studia do Duke Law School w Północnej Karolinie, ale nie dotrwał do końca. Wydalono go na trzecim roku, bo uderzył wykładowcę w twarz – podobno wcale nie bez powodu, bo w czyjejś obronie, ale to akurat mało kogo wtedy obchodziło. Miał dwadzieścia dwa lata jak wstąpił do policji i dwadzieścia dwa i pół, jak chciał rzucić to w cholerę, ale tego nie zrobił, bo obiecał samemu sobie, że nie da zdeptać się tym starym wyjadaczom z Camden. Okolica usłyszała o nim po raz pierwszy, gdy wskoczył do Maple River i wyciągnął z niej topiącego się pięciolatka. Nie oczekiwał w zamian niczego, ale bohaterski czyn został doceniony przez dowódcę, który w nagrodę przepchnął go do głębszych sektorów. Wtedy okolica usłyszała o nim po raz drugi, bo rozbroił człowieka, który na oczach przechodniów przystawił sobie strzelbę myśliwską do głowy, i nie zrezygnował, gdy w afekcie to w niego skierował długą lufę.
Na pewno nie zdajesz sobie sprawy, jak ciężką pracą obkupiona była jego życiowa ścieżka, bo tak niewiele o nim wiadomo, ale obiło ci się o uszy dokąd zaprowadziła go determinacja. Może twój wzrok również za nim podążał, choćby z ciekawości, kiedy mając dwadzieścia dziewięć lat dostał się w szeregi SWAT i nie przesiadywał już tak często w The Rusty Nail, albo gdy wracał po kilku dniach ze służby i w drodze do lokalnego marketu dziwnie utykał na jedną nogę. Zbywał to machnięciem ręki i stawiał ci piwo, dokładnie takie, jak lubisz, a potem oferował bezinteresowną pomoc przy naprawie płotu, który znów skrzywił się po ostatnim wietrze. Wiesz, że jeśli pojawiała się potrzeba, był dla wszystkich razem i dla każdego z osobna. Może to między innymi twoja krew uratowała mu życie, bo kiedy lokalne wiadomości obiegła informacja, że został dwukrotnie dźgnięty nożem w brzuch i potrzebuje krwi, chętnych do oddania jej nie brakowało. Walczył trzy tygodnie i wykaraskał się z tego z trudem, ale długo zastanawiał się czy było warto. Miał trzydzieści cztery lata, jego marzenia się roztrzaskały, a pożegnania ze służbą, którą przecież żył, bał się bardziej niż śmierci. Prawa natury gwarantują jednak, że kiedy jedne drzwi się zamykają, otwierają się inne – w ten właśnie sposób, w roku dwa tysiące dwudziestym drugim, został szeryfem Mariesville, by dalej służyć lokalnej społeczności. Od zawsze i na zawsze.
2010/2011 local police, Camden Police Department
2011/2015 local police, Mariesville Police Department
2015/2017 task force Nighthawks DUI, Georgia State Patrol
2017/2021 entry team SWAT, Atlanta Police Department
2022/ ∞ sheriff, local police, Mariesville Police Department

2018 — Interpol Washington, USNCB — proposal rejected
2020 — DEA, Wirginia, Special Response Team — proposal rejected
2020 — FLETC Glynco, Firearms & Counter Terrorism Instructors Team — proposal rejected
2021 — suspended from official duties; investigation into the use of weapon with fatal effect – finally exonerated, discontinuation of criminal proceedings
witamy i pogrzeszyć zapraszamy 🤭
zdaniezlozone@gmail.com 📧 postać miesiąca / 1, 2, 3
UWAGA: poniższe treści mogą zawierać elementy przeznaczone dla dorosłych czytelników

25 komentarzy:

  1. [Hej, dobry wieczór,
    Serdecznie dziękuję za powitanie Maxa, którego stworzenie zawdzięczam inspiracji książką pt. Milusha (realia co prawda nieco inne - porwany polski geolog, a zamiast Iranu Irak, lecz pewne kwestie zmodyfikowałam świadomie ze względu na realia historyczne, miejscowe i formacyjne).
    Rozwiewając wątpliwości, pogrzeb miał znaczenie wyłącznie symboliczne. Ciała nie odnaleziono (bo i jak). Wiedziano tylko, że wraz z kilkoma towarzyszami broni został porwany przez tamtejszych bojowników, a stąd wniosek mógłby być tylko jeden - został zamordowany na pokaz podczas publicznej egzekucji.
    A skoro już jesteśmy już przy uczeniu się żyć od nowa w normalnym świecie, to jeszcze zapewne odezwę się na PW (prawdopodobnie pod koniec/w następnym tygodniu). Przyznam bowiem, że przydałby mu się ktoś, kto kopnie go nieco w zadek, uświadamiając, że powinien udać się po fachową pomoc (dorobił się PTSD, z którego sam nie zdaje sobie do końca sprawy).]

    OdpowiedzUsuń
  2. [Hej, hej!

    Poprzednio jakoś nie udało nam się wziąć za wątek, a coś mi się wydaje, że jakieś ustalenia były. Jeśli więc, nadal masz ochotę to zapraszamy z Olivią ☺️]
    Olivia

    OdpowiedzUsuń
  3. [Ja za to lubię tych Twoich nieoczywistych przystojniaków – i to też niezależnie od tego, czy w zwykłym, ludzkim świecie, czy też w tym nieco bardziej magicznym!
    Aria już szykuje farby, proszę ścierać… 😈]

    Aria Kennedy
    osobiste dziwadełko i malarka 💙🤎

    OdpowiedzUsuń
  4. Aria Kennedy lubiła powtarzalność. Zaczynała więc dzień od wypicia wody z cytryną, a potem biegła tą samą trasą od dwóch lat – obserwowała wtedy drzewa, wyłapywała światło przenikające przez liściaste korony i mrużyła wrażliwe oczy, znała każdą krzywiznę chodnika i wiedziała, że pan Smith dokładnie o godzinie 6:43 wymyka się z domu, żeby zapalić papierosa i wypuścić psa, który wabił się Żaba.
    Całe życie dopasowała pod swoje mniejsze lub większe rytuały oraz natręctwa, które dla innych wydawałyby się pewnie bez znaczenia, ale Aria w określony sposób ustawiała kubek przy zlewie, miała też manię układania równo talerzy. Klucze musiały leżeć dokładnie tam, gdzie je zostawiła, czyli w małej misce w kształcie szarego kota, który nie miał ogonka, bo już dawno odpadł przez niefortunny upadek, a swoje pędzle zawsze segregowała według rozmiaru. Te małe rzeczy budowały jej przestrzeń.
    Lubiła mieć wszystko zaplanowane, a o wyjazdach, wywiadach czy innych wydarzeniach należało ją poinformować z co najmniej dwudniowym wyprzedzeniem, aby mogła się przygotować. Nie chodziło o to, że nie umiała improwizować, a raczej o to, że wtedy miała większą kontrolę nad tym, co mogło się stać. W swojej sztuce jednak nie była aż tak bezduszna – malowała precyzyjnie, oddając się wirowi barw, które odbierała intensywniej niż większość. Dla Arii kolor nigdy nie był tylko kolorem. Niektóre odcienie bywały miękkie i ciche, inne ostre jak dźwięk rozbitego szkła. Potrafiła godzinami szukać właściwego tonu, bo nawet minimalna różnica miała znaczenie: zbyt chłodna biel stawała się martwa, a zbyt pudrowy róż drażnił. Obserwowała świat swoimi dwukolorowymi oczami i pragnęła przedstawić to, co widziała, za pomocą odpowiedniego pigmentu, światła i proporcji, czasem zniekształconych przez jej percepcję.
    Wydarzenia takie jak festiwale miały w sobie coś z chaosu. Rzeczy bywały przesuwane bez pytania, dzieci biegały po ścieżkach, po których nie powinny, ktoś zawsze rozlewał napój w miejscu, w którym nie mogło być żadnego napoju – dla niektórych tak właśnie wyglądał urok lokalnych przedsięwzięć, a Aria zdążyła się do tego po prostu przyzwyczaić. Nie chodziło o złą organizację czy brak środków, aby zadbać o wszystko po kolei, a o to, że miasteczko żyło i nie dało się kontrolować każdego mieszkańca, który chciał zobaczyć, co się dzieje w Applewood Park.
    Festiwal Kolorów, który się dzisiaj odbywał, nie był wielkim wydarzeniem, raczej kameralnym, wiosennym spotkaniem – coś pomiędzy plenerem malarskim, warsztatami dla dzieci i lokalnym piknikiem. Poustawiano stoły i lekkie drewniane krzesła, blaty ozdabiały płótna, pędzle i pastele. Na trawie leżały koce piknikowe, przy których mieszkańcy przysiadali z kubkami lemoniady, cydru jabłkowego i kawy. Obok przygotowano stoisko z domowymi wypiekami – tartami z jabłkami, maślanymi ciasteczkami z lukrem, muffinkami z jagodami, kruchymi rożkami z kremem waniliowym i jeszcze ciepłym ciastem cynamonowym, które Aria przyniosła ze sobą. Były też kosze z owocami, małe kanapki, słoiki z miodem od lokalnych pszczelarzy i stolik z przetworami, które można było albo kupić, albo spróbować. Dla dzieci przewidziano konkurs plastyczny z hasłem przewodnim Wiosna w Mariesville, krótkie warsztaty mieszania barw i wspólne malowanie dużego płótna, które później miało zawisnąć w galerii w specjalnym miejscu. Aria postarała się też o pokaz lokalnych artystów, w tym emerytowanego muzyka country, Wade’a Callowaya, który przez lata grywał po barach, festynach i małych scenach w całej Georgii. W Mariesville był dobrze znany ze swojego zachrypniętego głosu oraz starych ballad o południu, miłości i złamanym sercu. Późnym popołudniem miała się też odbyć niewielka licytacja rzeczy różnych, w tym obrazów Arii, z której dochód zostanie przeznaczony na materiały plastyczne dla szkoły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aria od rana krzątała się między domem rodziców, galerią, a Applewood Park, ubrana w białą, długą sukienkę z miękkiej bawełny, przewiązaną w talii cienkim paskiem. Jej ramiona zasłaniała nieco wyblakła, kremowa koszula z podwiniętymi rękawami, bo rano było jeszcze chłodno, a później namnożyło się pracy przy ustawianiu stołów i koordynowaniu reszty – nie miała czasu, żeby się przebrać. Biało-czarne włosy związała niedbale w niski kok, z którego uciekały pojedyncze pasma, a te łaskotały jej szyję i wchodziły do oczu. Na nogach miała stare, zniszczone trampki, kompletnie niepasujące do sukienki, ale za to wystarczająco wygodne, by mogła bez problemu chodzić po trawie i żwirze.
      Kiedy okazało się, że część sztalug nadal leży na pace pick-upa Noaha Blounta, Aria bez słowa ruszyła w jego stronę, jakby samo oglądanie mężczyzny, który opierał się o auto i palił papierosa, trzymając w ręku papierkowy kubek z kawą, było dla niej męczące. Samochód zaparkowany był nieco z boku, przy alejce prowadzącej od placu, a metalowa paka zdążyła już nagrzać się od słońca.
      Aria zatrzymała się przy aucie i rzuciła Blountowi krótkie spojrzenie.
      — Jeśli zaraz nie rozstawimy tych sztalug, będę musiała opóźnić warsztaty — powiedziała rzeczowo. Nie czekała, aż Noah zareaguje, po prostu sięgnęła po pierwszą sztalugę. Drewno było chłodne od spodu, trochę szorstkie przy krawędziach. Przesunęła palcami po składanych listwach, sprawdzając odruchowo, czy zawias nie jest zbyt luźno. Potem uniosła sztalugę pewnym ruchem, przytrzymując pod ramieniem, i ruszyła w stronę trawnika. Sukienka musnęła jej łydki, trampki zapadły się lekko w miękkiej ziemi, a rozpięta koszula poruszyła się na wietrze.
      Ustawiła sztalugę dokładnie tam, gdzie miały odbyć się warsztaty. Cofnęła się o krok, aby omieść wzrokiem całe miejsce, a potem wróciła po następną.
      — Wiesz, mogłaś po prostu powiedzieć, żebym to zrobił — stwierdził Noah, wciąż nie ruszając się z miejsca.
      — Przyjechałeś prawie piętnaście minut po czasie, jesteś w trakcie picia kawy i palenia papierosa. Zapewne gdybym poprosiła cię o pomoc, musiałabym poczekać kolejne piętnaście minut — odparła, a Blount jedynie cmoknął ustami, zapewne wzruszając ramieniem, choć tego Aria nie mogła zobaczyć, bo sięgała po kolejną sztalugę.
      — Ooo, szeryf też tutaj? — Noah kiwnął głową do Rowana Johnsona, tutejszego szeryfa, z którym akurat nie chciał się droczyć. Denerwowanie Kennedy mogło być zabawne i nawet śmiesznie oglądało się, jak ta jej biała twarzyczka pokrywa się potem, a potem grymasem, ale pod spojrzeniem Johnsona Noah mimowolnie się wyprostował i odwrócił wzrok.
      — Dzień dobry, szeryfie. — Aria zerknęła krótko w stronę Rowana, który się pojawił. Spodziewała się, że tutaj będzie, więc jego obecność wcale nie była wielką niespodzianką, a to nieco suche, oficjalne przywitanie wynikało raczej z tego, że Noah, choć udawał, że jest zajęty, wciąż słyszał dość, aby niepotrzebnie później gadać, że panna Kennedy, malarka od siedmiu boleści, spoufala się z szeryfem.
      Schwyciła za sztalugę, którą ściągnęła z pick-upa, i ruszyła przed siebie, aby ustawić ją obok poprzedniej.

      Aria Kennedy 🖌️🎨
      malarka od siedmiu boleści

      Usuń
  5. Aria mogłaby stwierdzić, że nie potrzebuje pomocy, ale nie zamierzała zabraniać Rowanowi noszenia tych sztalug. Nie próbowała też niczego udowodnić, bo nie była wyjątkowo silna, żeby bez zmęczenia przenieść kilka stojaków, więc gdy szeryf zatrzymał się obok, bardziej skory do pracy niż Noah, zerknęła w jego stronę. Normalną reakcją byłby dziękuję, ale wciąż zostało jeszcze kilka sztalug, więc jeszcze się wstrzymała.
    — Tam i tam. — Wskazała dłonią odpowiednie miejsca, bo każdy ze stojaków musiał stać zarazem odpowiednio daleko, aby dać malującym przestrzeń, ale też blisko, by dało się słyszeć instrukcje prowadzącego warsztaty.
    To nie był pierwszy raz, gdy Aria organizowała tego typu zajęcia. Minęło już pół roku, odkąd wyszła z inicjatywą warsztatów plastycznych dla najmłodszych, dorosłych czy seniorów – wiek nie był ważny. Kennedy po prostu lubiła obserwować ludzkie zaangażowanie i proces, który wykrzywiał twarze i odkrywał talenty. Przede wszystkim jednak chodziło o to, że sztuka nie jest przeznaczona dla wybranych, tylko dla tych, którzy potrafią patrzeć. Nie trzeba było rozumieć wszystkiego, znać terminów, szkół ani nazwisk, żeby coś poczuć. Czasem wystarczyło po prostu stanąć przed obrazem.
    Gdy ostatnia sztaluga stanęła w odpowiednim miejscu, wokół zaczęło zbierać się kilka osób, które były zainteresowane warsztatami. Najbliżej stała drobna, starsza kobieta, niejaka Sara Miller, w jasnym kapeluszu, z torebką przyciśniętą do boku i uważnym, trochę nieśmiałym uśmiechem. Obok niej kręciła się może dziewięcioletnia dziewczynka z warkoczami i palcami już ubrudzonymi od farby. Dalej ustawiła się para dorosłych – kobieta w niebieskiej sukience i mężczyzna z ręką opartą luźno o jej plecy. Trochę z boku stał nastolatek w przydużym, ciemnym swetrze, z zapadniętymi do środka ramionami i niemrawym grymasem, jakby jeszcze nie wiedział, czy chce podejść bliżej. Aria kojarzyła tego chłopaka, nazywał się Arthur Jefferson.
    — Dzień dobry. Cieszę się, że możemy się tutaj spotkać, nazywam się Aria Kennedy i to ja poprowadzę dzisiejsze warsztaty — odezwała się, patrząc w stronę małego tłumu. — Razem z szeryfem Johnsonem, któremu jestem bardzo wdzięczna za pomoc, przygotowaliśmy dla was kilka stanowisk, więc każdy powinien znaleźć miejsce dla siebie. Każde stanowisko ma to samo wyposażenie: płótno, dwa pędzle, ołówek, kubek z wodą i podstawowy zestaw kolorów. Jeśli komuś czegoś zabraknie, proszę, żeby od razu to zgłosić.
    Przesunęła spojrzeniem po twarzach, a potem podeszła do jednej z wolnych sztalug.
    — Zaczniemy od czegoś prostego. Poza tym nie narzucam żadnego tematu, jeśli ktoś nie wie, co namalować, może wybrać jakąś rzecz z otoczenia. Kwiat. Drzewo. Fragment nieba. Kubek. Czyjąś dłoń.
    Wskazała w stronę rozłożonych farb.
    — Co do kolorów, proszę nie używać wszystkich naraz. Dobrze wybrać dwa albo trzy i zobaczyć, jak się połączą. Jeśli ktoś zacznie od pięciu, bardzo możliwe, że po dziesięciu minutach dostanie brąz. Brąz sam w sobie nie jest zły, ale zwykle nie jest tym, czego oczekuje się po swoim, być może, pierwszym obrazie.
    Gdzieś z tyłu ktoś cicho parsknął śmiechem, ale Aria nie zareagowała, tylko mówiła dalej rzeczowym tonem.
    — Woda służy do płukania pędzli, nie do rozcieńczania farby. Papierowe ręczniki są tutaj. Mokre prace odkładamy do strefy suszenia pod tamtą girlandą. — Wskazała miejsce dłonią. — Jeśli ktoś będzie chciał, mogę, oczywiście, pomóc z proporcjami oraz kolorami. Pamiętajcie, proszę, że są to warsztaty i macie się przede wszystkim dobrze bawić. Nikt nie będzie oceniany, a jeśli coś wyjdzie źle, zawsze można to zamalować albo zacząć od nowa. Właśnie dlatego niektórzy tak bardzo lubią malarstwo.
    Spojrzała jeszcze raz w stronę grupy.
    — Dla osób, które wolą pracować w ciszy, lepsze będą sztalugi po lewej stronie, bliżej drzew — powiedziała, obserwując, jak niektórzy zaczynają stawać przy stojakach. — Nie będę już przedłużać, zaczynajmy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tłum się wyraźnie ożywił, a Aria przez chwilę obserwowała zebranych wokół sztalug, jakby sprawdzała, czy każdy wybrał sobie idealne miejsce i czy niczego nie brakuje. Dopiero potem odwróciła głowę i utkwiła spojrzenie w Rowanie Johnsonie, który stał kawałek dalej – musiał słyszeć jej przywitanie i wprowadzenie do warsztatów.
      Aria podeszła do niego, zawijając zawieruszony kosmyk włosów za ucho, a potem bezceremonialnie się odezwała:
      — Ty też.
      Widząc jego spojrzenie, choć zerknęła w jego oczy zbyt krótko, aby nazywać to kontaktem wzrokowym, bo Aria czuła się niekomfortowo, robiąc to, dodała:
      — Powinieneś spróbować coś namalować. To źle wygląda, kiedy organizatorzy sztalug po prostu stoją obok i obserwują.
      Nie zamierzała odpuszczać i nie czekając, aż usłyszy rowanowe nie, chwyciła lekko jego nadgarstek i pociągnęła w stronę jednej z wolnych sztalug. Pewnie gdyby się zaparł, nie ruszyłaby szeryfa nawet o minimetr, ale jej uległ, być może tylko po to, aby mieć święty spokój i już więcej nie słuchać o farbach.
      Zatrzymała Johnsona przy sztaludze, wzięła ze stolika pędzel i wsunęła w męską dłoń. Patrzyła, jak Rowan złapał za trzonek, a jej dwukolorowe oczy wyłapały zbyt sztywne i mocne ustawienie palców. Aria wodziła wzrokiem po stykającej się z drewnem skórze, a potem rzuciła krótkie spojrzenie mężczyźnie – zapewne wcale nie zdawał sobie sprawy z tego, że dało się źle trzymać pędzel.
      — Nie tak. Masz ładne dłonie, ale za mocno trzymasz pędzel, jakbyś się obawiał, że może zrobić coś wbrew tobie. — Wyciągnęła rękę, jasną, o krótkich paznokciach, i poprawiła ułożenie jego palców, chwytając każdy z osobna i przesuwając je niżej. Jej dotyk miał w sobie coś miękkiego i lekkiego, ale był bardziej techniczny niż czuły. Aria pochyliła lekko głowę, aby dobrze widzieć, jak Rowan układa dłoń, aby pędzel jak najlepiej w niej osiadł.
      — To nie broń. Nie musisz wyglądać, jakbyś zaraz miał aresztować płótno. — Przesunęła jego palce jeszcze odrobinę, męcząc się z małym, który jakimś cudem zawsze umykał przed konkretnym miejscem, a potem ustawiła jego kciuk. — Widzisz? Właśnie w ten sposób.

      Aria Kennedy 🖼️👀
      dbająca o nowe skille szeryfa

      Usuń
  6. W takim razie dobrze, że nic nie powiedziała, tylko godnie przyjęła pomoc wysokiego, silnego mężczyzny, który zapewne nawet nie odczuł, że cokolwiek niósł. Aria była niska, dość drobna, choć nie słaba w sposób, aby nie poradzić sobie z niektórymi rzeczami. Jako studentka często nosiła płótna, jeździła z przyborami, torbą pełną gratów, ale wtedy nie było obok Rowana, który – być może tylko z obowiązku albo dobrych manier – by jej pomógł i zapewnił, że niczego od niej nie oczekuje.
    Kennedy nauczyła się, że w artystycznym światku nic nie było za darmo – ta sentencja, oczywiście, powtarzana była często nawet poza kręgiem artystów, ale to w sztuce Aria przekonała się, jak wiele zależy od tego, czy ktoś jest winien komuś przysługę, nawet jeśli było to głupie pożyczenia ołówka w trakcie zajęć czy podzielenie się farbą.
    Może i nie miał nic wspólnego z tą inicjatywą, ale to fizyczne wsparcie okazało się dość kluczowe. Gdyby nie jego pomoc, Aria musiałby opóźnić warsztaty, a to pociągnęłoby za sobą przesunięcie grafiku i dostosowanie innych zajęć do zmian.
    Wiedziała, że był tutaj w pracy, ale raczej nikt nie zamierzał biegać z siekierą i ćwiartować mieszkańców, więc teoretycznie mógł poświęcić chwilę, żeby zaangażować się w rzeczy, które chronił jako szeryf. Aria wiedziała, że Rowan jest mężczyzną z zasadami – jej ojciec często powtarzał, że dobrze się stało, że Johnson został szeryfem, bo to chłop, który zrobiłby to, co trzeba w trudnej sytuacji. Kennedy nigdy o to nie dopytywała, ale wierzyła słowom Leona, który znał każdego tutejszego policjanta i detektywa – czasem był proszony o jakieś rady, niekiedy prowadził jakieś warsztaty, ale przede wszystkim był człowiekiem, który wiele widział i wiele przeżył, dlatego był tak szanowany.
    Wyłapała jego ucieczkę w stronę rąk. Tak, jego dłonie były ładne, silne. Miał dość długie palce, naznaczone ciężką pracą i szorstkością, dobry nadgarstek, a także zbiegające się idealnie linie papilarne, szczególnie widoczne w jednym miejscu – Aria wyłapywała takie rzeczy. Widziała to, co dla innych było mało ważne lub po prostu niewidzialne, ale lubiła to; lubiła obserwować ludzkie twarze, zachowania, analizować, bo to sprawiało, że łatwiej jej było zareagować w danej sytuacji. Czasem jednak okazywało się, że kompletnie nie rozumie tego ludzkiego kodu, skomplikowanych uczuć ani tym bardziej podtekstów czy podrywów – być może dlatego tak trudno było mężczyznom do niej dotrzeć i gdzieś zaprosić.
    — Wtedy będziesz mógł pomachać odznaką i aresztować pędzel pod zarzutem próby morderstwa — skwitowała, zabierając ręce, gdy Rowanowi udało się dobrze złapać pędzel.
    Zaraz potem odsunęła się, idąc do pozostałych. Kroczyła wokół, dając rady i krótko rozmawiając o tworzących się dziełach. Ostatecznie stanęła przed wolną sztalugą, jakby dopiero teraz mogła odetchnąć. Przez chwilę obserwowała czyste płótno, z pędzlem wsuniętym luźno między palce, a potem odwróciła głowę w stronę Rowana, który zaczął malować. Nie interesowała jej cała jego sylwetka, nie twarz, nie mundur, nie nawet jego ciężka obecność, którą wnosił wszędzie ze sobą. Interesowały ją jego dłonie. Były konkretne. Duże, spracowane, pewne, z wyraźnymi kostkami i napięciem, które kryło się w palcach. Były to dłonie człowieka przyzwyczajonego do tego, że ma kontrolę – jak mogłoby być inaczej? Rowan Johnson był szeryfem, figurą, wokół której nie dało się przejść obojętnie, ale czy ktokolwiek dostrzegał właśnie te dłonie? Aria patrzyła dłużej, niż wypadało, ale nie miała w zwyczaju się za to wstydzić.
    Sięgnęła po farby i bezwiednie, odruchowo, zaczęła rozrabiać pigment, wykorzystując do tego swoją białą sukienkę, tuż przy biodrze. Nie robiła tego, bo była ekscentryczną malarką. Po prostu, dociskając pędzel do ubrania, od razu było widać, czy kolor idzie za bardzo w chłód, czy ma w sobie zbyt dużo żółci, czy cień nie zrobiłby się brudny. W ten sposób oszczędzała też płótno przed pierwszą drżącą kreską.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świat w dwukolorowych oczach Arii zawężał się do proporcji, światła i temperatury barw. Pędzel sunął po płótnie z precyzją. Kennedy nie myślała o niczym innych jak o konkretnych dłoniach; o tym, czy cień przy kciuku jest wystarczająco głęboki i czy skóra na przegubie potrzebuje więcej ochry niż różu. Widziała kolory inaczej, bardziej natrętnie, warstwowo. Cielisty nigdy nie był po prostu cielisty. W dłoniach Rowana było trochę zgaszonego brązu, trochę ciepła osiadającego na skórze w trakcie lata. Kostki domagały się chłodniejszych tonów. Wnętrze rąk musiałoby być bardziej miękkie, bardziej różowe, ale nie słodkie.
      Co jakiś czas podnosiła wzrok, tylko po to, by sprawdzić układ żył, cień przy stawach, sposób, w który Rowan trzymał pędzel już odrobinę mniej sztywno niż wcześniej. Potem wracała do płótna. Farba brudziła jej palce, nadgarstek, a Kennedy zdawała się tego nie zauważać lub po prostu była przyzwyczajona do tego, że cały ten chaos jest częścią tworzenia.
      Dłonie Rowana pod jej pędzlem stawały się czymś więcej. Prezentowały siłę, kontrolę, ale przede wszystkim były po prostu ładne. Przeciągnęła pędzlem niżej i domalowała w jego rękach kwiaty: piwonie, dzikie róże i kilka łodyg o ciemnych liściach, które kontrastowały z wyraźną linią kostek i napięciem w palcach. Obraz nie był tak szczegółowy, jak powinien być, bo brakowało jej czasu, ale udało jej się stworzyć coś konkretnego.
      Słysząc głos szeryfa, mimowolnie odwróciła do niego głowę. Odłożyła pędzel, przetarła policzek nadgarstkiem, brudząc lekko skórę czerwoną farbą, a potem zbliżyła się do Rowana. Wbiła wzrok w jego płótno. Widząc prostą, ale uroczą kaczuszkę, uśmiechnęła się mimowolnie – próbowała zakryć ten grymas palcami. Przesunęła spojrzeniem po konturze namalowanego zwierzęcia, po użytych kolorach, po dziobie.
      — Technicznie tak — odpowiedziała w końcu. — Nie zrobiłeś brązu, nie zniszczyłeś pędzla i niczego nie rozlałeś, więc to już coś. — Przekrzywiła lekko głowę. — Poza tym wiem, że to kaczka... I zdecydowanie wygląda na bardzo pewną siebie kaczuszkę.
      Sięgnęła po ołówek, a potem obeszła stojak, aby napisać imię i nazwisko szeryfa z tyłu płótna.
      — Jeśli chcesz, możemy oddać kaczuszkę na dzisiejszą licytację — odezwała się. — Jestem pewna, że ktoś będzie chciał mieć ją w swoich zbiorach.

      Aria Kennedy
      fanka wyglądającej na bardzo pewną siebie rowanowej kaczuszki

      Usuń
  7. Zapewne gdyby zaczęli rozmawiać o błędach, Aria przyznałaby, że Rowan miał rację. Człowiek najczęściej uczył się właśnie na nich. Kennedy jednak była dobrą obserwatorką i umiała wyłapywać szczegóły, które razem najczęściej doprowadzały do niewygodnych sytuacji. I to nie tak, że przykre czy niezręczne wydarzenia ją omijały, ale gdy potrafiło się czytać ludzkie emocje, wyłapywać mikroreakcje, łatwiej było wycofać się w odpowiednim momencie. W relacjach międzyludzkich nie pomagało, oczywiście, to, że Aria po prostu mówiła, co myślała. Czasem ktoś wcale nie chciał usłyszeć prawdy, wolał raczej miłe, miękkie słowa, które choć pomogłyby tylko doraźnie, były bardziej pożądane niż logiczne, chłodne rozwiązanie.
    Nie oczekiwała, że szeryf Mariesville będzie wielkim znawcą sztuki, właściwie, wracając do Mariesville, nie sądziła, że ktokolwiek będzie zainteresowany obrazami czy wystawami, ale szybko znalazła dla siebie miejsce w galerii, wystawiając dzieła innych, organizując wydarzenia i zachęcając mieszkańców do obcowania z pięknem. Dla Arii liczyła się przede wszystkim wrażliwość – ta wrażliwość, która pojawiała się, gdy obserwowało się obraz wystarczająco długo, by przestać widzieć tylko farbę i płótno, a zacząć dostrzegać napięcie, ciszę, historię. Nie chodziło o wiedzę, nazwiska ani umiejętność mówienia o sztuce właściwym językiem. Chodziło o ten jeden, konkretny moment. To właśnie uważała za najcenniejsze.
    Kennedy nie starała się, aby jej sztuka była ekskluzywna. Malowała, bo w ten sposób pokazywała, jak postrzega świat wokół siebie – kolory były intensywniejsze, przeplatały się i tworzyły całą jej rzeczywistość. Niekiedy trudno było to zrozumieć, dla niektórych to jej mówienie o sztuce czy obrazach należało nazwać artystyczną wrażliwością, ale to było coś więcej. Aria nie traktowała tego jak jakiejś cechy, którą można było opisać jednym słowem. To był jej sposób istnienia, sposób okiełznania rzeczywistości, która dla niej składała się z różnych, przeplatających się ze sobą warstw. Nie malowała, żeby zachwycać, a jej obrazy nie potrzebowały aprobaty, żeby istnieć. Ostatecznie jednak odniosła sukces, bo ktoś chciał kupować jej prace i był skłonny wiele za nie zapłacić. Jej ojciec, Leon, czasem sobie żartował, że mogłaby kupić z trzy domy w Mariesville, ale jeszcze tego nie zrobiła, bo uwielbia mieszkać ze swoimi staruszkami. I w jakimś sensie miał rację. Aria kochała swoich rodziców, uwielbiała ojca i jego żarty oraz mamę, która zawsze za dużo się martwiła – to była jej jedyna rodzina, najlepsza, jaką miała. I nigdy – od dwóch lat – nie żałowała, że wróciła do tego małego miasteczka.
    Kaczuszka Rowana też nie potrzebowała żadnych zachwytów. Była pewna siebie, miała dobry kolor i cały staw dla siebie. Może była kaczuszką-szeryfem, która pod jednym ze skrzydeł trzymała odznakę i broń?
    Nie przeszkadzało jej to, że Rowan się patrzy. Przyzwyczaiła się już do spojrzeń, czasem ciekawskich, innym razem oceniających czy zdegustowanych – Aria Kennedy skupiła wzrok, choć nigdy tego nie pragnęła. Teraz jednak, czując to męskie spojrzenie, zdała sobie sprawę, że musiała wyglądać co najmniej dziwnie. Brudna od farb, w tej swojej już nie tak białej sukience, starych trampkach i włosach, które ledwo trzymały się razem.
    Kiwnęła głową, gdy szeryf wyraził chęć oddania swojego dzieła na licytację. Była pewna, że kaczuszka znajdzie swojego właściciela, który będzie w stanie docenić jej pewność siebie. Gdy Rowan odnosił płótno, Aria zagadała do kilku innych malujących – powstało sporo prac, które Kennedy naprawdę polubiła, szczególnie obraz Arthura Jeffersona, który namalował rzekę widzianą z bardzo niskiej perspektywy, niemal z poziomu wody. Nie była to praca technicznie idealna, bo linia brzegu lekko się rozjeżdżała, a odbicia światła były bardziej intuicyjne niż precyzyjne, ale miała w sobie coś, co natychmiast przyciągnęło uwagę. Pochwaliła więc pracę nastolatka, a ten kiwnął głową i delikatnie się zaczerwienił.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odwróciła głowę do Johnsona, który stanął przy jej sztaludze. Podeszła do szeryfa, a potem wbiła wzrok w obraz. Brakowało mu kilku szczegółów. Gdyby miała więcej czasu, pobawiłaby się światłem, dodała kilka ozdobników, warstw, odwzorowała idealnie strukturę skóry.
      — Tak — odpowiedziała krótko, rzeczowo, wodząc wzrokiem po namalowanych palcach. Zerknęła w jego stronę, słysząc komplement. — Powinieneś kiedyś odwiedzić mnie w galerii. Niedługo będzie nowa wystawa, więc możesz być zaskoczony, jak ładne rzeczy mamy w Mariesville.
      Znów spojrzała w stronę obrazu, gdy Rowan zapytał o kwiaty. Przez moment milczała, a potem wyznała:
      — Piwonia to symbol bogactwa, pomyślności, honoru i miłości, często nazywa się ją królową kwiatów, a dzikie róże, bo nie bez powodu namalowałam właśnie je, mówią o pięknie, wolności i sile przetrwania. W niektórych kulturach oznaczają pokonywanie przeciwności losu, a ze względu na swój zapach historycznie kojarzone są z tajemnicą i dyskrecją, znaną jako sub rosa.
      Odwróciła się bokiem, a potem delikatnie, żeby widział jej ruch, schwyciła jego dłoń i przystawiła do obrazu, nie dotykając płótna. Jego ręka ustawiła się dokładnie tak, jak ujęła to Aria farbami, tylko że ta namalowana trzymała kwiaty.
      — Wcześniej wspomniałam, że masz ładne ręce, dlatego sądzę, że powinny trzymać równie ładne rzeczy — odezwała się. — Choć pewnie w twojej pracy częściej trzymasz te brzydkie. Dlatego właśnie namalowałam te kwiaty, bo są ładne, ale jednocześnie silne, niezłomne, trudne do złamania.
      Zabrała swoje ręce, pozwalając Rowanowi opuścić dłoń, i nie zdążyła dodać nic więcej, bo usłyszała wołanie jednego z miejscowych dziennikarzy.
      — Szeryfie! Panno Kennedy! — zawołał Ethan Caldwell, reporter z Mariesville Gazette, drobny, ciemnowłosy mężczyzna po trzydziestce. Z aparatem przewieszonym przez ramię i notatnikiem wetkniętym pod pachę przeciskał się właśnie między sztalugami.
      — Nie ruszajcie się, proszę — dodał szybko, już unosząc aparat. — Idealnie. Panno Kennedy, może odrobinę bliżej? Szeryfie, niech pan nie wygląda, jakby ktoś pana zmusił do udziału w tym wszystkim pod groźbą aresztu.
      Kennedy stanęła obok Rowana, patrząc w obiektyw. Była niższa od Johnsona, zdecydowanie drobniejsza, jaśniejsza. Szeryf prezentował się dobrze, dumnie, a ona? Ona miała smugę czerwonej farby, która ozdabiała jej policzek, a biała sukienka ubrudzona była pigmentem. Nie miała też niczego, czego mogłyby się złapać jej palce, więc nieco nerwowo poruszyła rękoma, łapiąc delikatnie materiał przy boku.
      Aparat kliknął kilka razy. Raz, gdy oboje z Rowanem patrzyli w stronę dziennikarza. Drugi, gdy Ethan kazał im się uśmiechnąć. Trzeci, kiedy wiatr poruszył końcówkami włosów Arii, aż te po prostu wysunęły się z upięcia, rozpływając się po bokach – były długie, sięgały aż do jej bioder, i miały w sobie biel oraz czerń.
      — Mam to! — zawołał dziennikarz. — Jeśli ktoś po tym nie przyjdzie na następny festiwal, to już nie moja wina. Dziękuję za współpracę. Panno Kennedy, szeryfie.
      Gdy Ethan Caldwell poszedł w swoją stronę, Aria obeszła płótno i podpisała je. Zerknęła w stronę Rowana, który stał naprzeciwko.
      — Robisz coś w ten weekend? — spytała może zbyt bezpośrednio. — Tata wyprawia swoje sześćdziesiąte pierwsze urodziny w ogrodzie, uznając, że początek wiosny to idealny moment, żeby rozpalić grilla i sprosić starych znajomych. Pewnie będzie miło. Prosił, żebym zapytała, czy wpadniesz i próbowała cię przekupić domowymi pączkami i ciastem.

      Aria Kennedy

      Usuń
  8. Większość osób nie miało powodów, aby pojawić się w galerii. I Aria w jakiś sposób to rozumiała, choć przez te dwa lata, kiedy pracowała jako kuratorka wystaw, starała się, żeby to zmienić. Wystawy były różne, dotyczyły wielu tematów, poruszały kulturę Mariesville, ale też sięgały głębiej, dalej – Kennedy urządzała też spotkania z artystami, warsztaty i starała się, aby galeria żyła, bo sztuka znaczyła tyle, ile osób naprawdę chciało ją podziwiać. Zaprosiła Rowana do galerii nie z myślą, że szeryf stanie w progu już jutro i da się porwać w wir subtelnych historii ukrytych w farbach i perspektywie. Zrobiła to raczej dlatego, bo sądziła, że każdy potrzebuje pobyć z czymś pięknym, innym, bo wiszące w galerii obrazy nie były ot tak dostępne w nieco szarym, sielankowym życiu w Mariesville, mogły więc okazać się czymś więcej niż tylko dekoracją, czymś, co pozwalało zobaczyć rzeczy, których na co dzień się nie zauważało.
    Gdyby Rowan wspomniał o tym, jak postrzega broń, zapewne wywiązałaby się z tego płodna dyskusja. Aria nie sądziła, że broń sama w sobie jest straszna, miała ojca detektywa, który swego czasu często zabierał ją na strzelnicę. Umiała trzymać pistolet, wiedziała, jak się ustawić, gdzie oprzeć dłoń, jak kontrolować oddech przed oddaniem strzału. Dla niej to był przedmiot, narzędzie, coś, co działało w określony sposób i wymagało precyzji. To, co było straszne, zawsze zaczynało się gdzie indziej – nie w metalu, tylko w intencji. Brzydkie rzeczy bywały jednak piękne. Przypominały jej prace Andy’ego Warhola z serii Guns; powtarzalne, niemal chłodne, a jednak hipnotyzujące, jakby broń była tam bardziej formą niż zagrożeniem. Aria rozumiała to podejście. Kiedy coś wyjmowało się z kontekstu, zostawał kształt, linia, kontrast. I to właśnie potrafiło być ładne.
    Aria była pewna, że zdjęcie zostanie użyte w artykule, a Ethan Caldwell, jak to miał w zwyczaju, opisze cały festiwal, dodając kilka smaczków od siebie. Jego teksty były zazwyczaj lekkie i rzadko wywoływały kontrowersje.
    Kiwnęła głową, gdy wspomniał, że wpadnie. Ojciec zapewne się ucieszy, skoro planował urodziny, które chciał spędzić ze starymi znajomymi. Leon znany był z tego, że uwielbiał swoją pracę, był skutecznym, pomocnym detektywem, który chętnie współpracował. Czasem mówiono, że stary Kennedy powinien zostać nie detektywem, a politykiem, wtedy przynajmniej nikt by się nie kłócił.
    Złapała za swoją brudną od farb koszulę i wyciągnęła telefon komórkowy. Odblokowała urządzenie przyciskiem, wpisała kod i podała Rowanowi.
    — Zostaw mi swój numer — poprosiła. — Wyślę do ciebie SMS-a z dokładną godziną rozpoczęcia imprezy.
    Gdy Johnson wstukiwał liczby, Aria zaczęła sprzątać stanowisko. Nuciła cicho pod nosem, układając wszystko dokładnie, a kiedy Rowan znów się odezwał, przez moment milczała. Przechyliła lekko głowę w bok.
    — To zależy, czy naprawdę chcesz go uszczęśliwić, czy tylko zachować się poprawnie — odpowiedziała. — Jeśli to pierwsze, przynieś coś, co da się zjeść, wypić albo praktycznie wykorzystać. Mój ojciec umie doceniać jedynie moje obrazy i zdjęcia, ale tak naprawdę mógłby mieć puste ściany w domu.
    Przerzuciła pędzle i wysuszyła włosie, zaraz potem układając je równo obok siebie według rozmiaru, tak żeby żaden nie wystawał bardziej, niż powinien.
    — Myślę, że porządna whisky będzie w porządku. — Posłała mu krótkie spojrzenie. — Poza tym zapewne najbardziej ucieszy go to, że przyjdziesz, i prawdopodobnie nie powie tego wprost, tylko zaproponuje dokładkę mięsa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakiś czas później zaczęła się licytacja. Nie było wielkiej sceny ani mikrofonu, tylko kilka osób stojących bliżej środka i reszta rozproszona wokół, z kubkami w dłoniach, trochę bardziej jeszcze zainteresowana rozmowami niż samym wydarzeniem. Aria obserwowała to z boku, pozwalając prowadzić licytację wolontariuszce z Mariesville Community Center. Pierwsze obrazy schodziły ostrożnie, a kwota, która miała trafić do szkół na zakup przyborów plastycznych, rosła powoli; niekiedy ktoś się wycofywał w połowie zdania, a innym razem ktoś dorzucał kilka dolarów więcej tylko dlatego, że nie chciał przegrać. Z czasem jednak pojawił się też śmiech, krótkie komentarze, a ktoś zaczął żartować, że kupuje obraz tylko dlatego, że pasuje do koloru ścian.
      Kaczuszka Rowana wywołała wyraźną reakcję. Najpierw śmiechy, potem kilka półgłośnych uwag, aż w końcu ktoś zaproponował pierwszą kwotę. Nie była wysoka, ale wystarczająca, żeby ktoś inny od razu ją podbił.
      — Sto dolarów! — Aria podniosła rękę, włączając się do licytowania pewnej siebie rowanowej kaczuszki.
      — Dwieście!
      — Trzysta!
      Kennedy spojrzała po zebranych, a wśród małego tłumu zauważyła Rowana. Najwidoczniej zamierzał obejrzeć licytację lub wziąć w niej udział. Wpatrywała się w niego przez moment; wyróżniał się ubrany w mundur, nieco zdystansowany, ale czujny. Aria znów podniosła rękę, rzucając kwotę:
      — Tysiąc dolarów!

      Aria Kennedy

      Usuń
  9. [Bardzo dziękujemy za powitanie!]

    Dahlia

    OdpowiedzUsuń
  10. [Dziękuję za przywitanie i tutaj :) Mając Rowana za szefa jestem pewna, że przynajmniej w pracy powinno być okej! Jak się tutaj troszkę zadomowię to pewnie pozwolę sobie zagadać w sprawie wątku ;) ]

    Tessa

    OdpowiedzUsuń
  11. Aria rzadko brała udział w licytacjach, ale wiedziała, jak to wszystko działało. Dla niektórych walka o jakiś obraz bywała cenniejsza niż dzieło, bo liczyły się emocje i wygrana. Tutaj nie padały żadne zawrotne sumy, ale Kennedy słyszała już milionowe propozycje i wtedy nie czuła tego co teraz. Może chodziło o to, że pieniądze miały być przeznaczone dla dzieciaków ze szkół, a może o to, że po raz pierwszy od dawna sztuka była po prostu rozrywką? Wątpiła w to, aby licytujące osoby umiały podejść do tych obrazów technicznie, z okiem znawcy – i gdy obserwowała cały ten tłum, słysząc śmiechy i rozmowy, właśnie tak wyobrażała sobie idealny świat, w którym każdy mógłby traktować sztukę po swojemu.
    Przede wszystkim jednak Aria chciała tę kaczuszkę. Była pewna siebie, miała dobry kształt i kolor, a poza tym po prostu niosła ze sobą jakiś przekaz. Kaczka może nie robiła niczego niezwykłego, ale rządziła stawem i ewidentnie radziła sobie ze wszystkim, co ją otaczało. Dlatego kiedy Kennedy wygrała licytację, jej usta wykrzywił delikatny uśmiech. Aria rzadko odpuszczała i była dość uparta, nie lubiła też przegrywać, co dawało dość specyficzną mieszankę, bo do tego dochodziło również jej urocze usposobienie, które dla niektórych wydawało się nieco chłodne, niemal robotyczne.
    Doświadczyła już licytowania swoich prac i choć wtedy była ubrana w drogą, czystą sukienkę i najczęściej trzymała kieliszek wina, to teraz naprawdę chciała tutaj być. Zazwyczaj bardzo zależało Arii, aby jej obrazy trafiły do kogoś, kto docenia sztukę i dostrzega coś więcej w farbach i warstwach, bo każda praca w jakiś sposób była aktem obnażenia swojej duszy – nie całej, a tego jednego fragmentu, który zazwyczaj bywał modyfikowany przez konkretne emocje. Zdarzyło się też, że odmówiła sprzedaży swojego obrazu, bo zawsze zastrzegała sobie do tego prawo. To ona ostatecznie decydowała o tym, kto stanie się nowym właścicielem jej dzieła. Doskonale pamiętała, że wtedy jej obraz chciał kupić jej były, pierwszy chłopak, który ją zdradził, sądząc, że nigdy się tego nie dowie, a potem próbował przeprosić Arię, chcąc zdobyć jej pracę za prawie pół miliona dolarów. Był bogatym chłopcem, miał wpływowych rodziców, ale nic poza tym – wtedy, gdy była młoda i głupia, sądziła, że Oliver naprawdę cenił jej sztukę. Nie płakała jednak, nie błagała ani nie obwiniała się o nic, bo ostatecznie Aria Kennedy była po prostu sobą. A może chodziło o to, że wcale nie kochała Oliviera? A może nie umiała kochać w ogóle? Nigdy się nad tym nie zastanawiała.
    Stała więc z boku, słuchając licytacji. Jej dwukolorowe oczy śledziły osoby, które rzucały kwotami, chcąc zdobyć obraz, który… był niedokończony. Aria chętnie zajęłaby się płótnem jeszcze raz, dopracowała szczegóły, pobawiła się światłem, zadbała o strukturę skóry, napięcie w palcach. Nie spodziewała się wielkiej kwoty za obraz i nawet nie oczekiwała, że taka będzie, bo nie o to chodziło. Kennedy chciała zrobić coś dobrego dla dzieciaków, a przy okazji nieco rozpromować galerię i zachęcić mieszkańców do częstszych odwiedzin.
    Gdy usłyszała głos Rowana, który podał kwotę, przebijając pana z ratusza, odwróciła do niego głowę jeszcze raz. Zresztą nie tylko ona, większość zebranych wbiła w szeryfa swoje spojrzenia. Aria obserwowała przez moment, jak Johnson wzruszył ramionami, wyłapując ten gest dość dokładnie – i w tej chwili była pewna, że gdyby ktoś podbił jego propozycję, to wcale by się nie wycofał, a rzucił wyższą kwotą. Chyba jednak dobrze dobrała kwiaty, które powinien trzymać w ręce.
    Ruszyła się, zbliżając się do Rowana w kilku krokach. Przecisnęła się przez mały tłum, bo szeryf stał gdzieś z tyłu, więc musiała przeprosić kilku licytujących. Ostatecznie udało jej się do niego dotrzeć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Powinieneś pozwolić mi dokończyć ten obraz — odezwała się, zatrzymując się naprzeciwko. Wpatrywała się w jego twarz, nieco zadzierając głowę. Jej wrażliwe na światło słoneczne oczy delikatnie się zmrużyły. — Gratuluję wygranej licytacji, szeryfie.
      W międzyczasie swój występ zaczął Wade Calloway, który witał się z publicznością i otworzył występ jedną ze swoich bardziej znanych piosenek o zachodzącym słońcu i pięknej dziewczynie. Piosenka była skoczna, głos Callowaya nieco zachrypnięty, a tłum zebrany pod małą sceną zdecydowanie się ożywił. Zaraz potem wśród mieszkańców pojawili się wolontariusze, którzy rozdawali małe, papierowe woreczki wypełnione kolorowymi proszkami – intensywną czerwienią, żółcią, błękitem i zielenią.
      Aria odebrała jeden z woreczków od uśmiechniętej, młodej dziewczyny, wsadziła do niego dłoń i schwyciła w palce nieco pigmentu.
      — To Festiwal Kolorów — przypomniała, a przy okazji zrobiła krok w tył, wciąż wpatrując się w szeryfa. — I powinniśmy dobrze powitać wiosnę, Rowanie — mówiąc to, cisnęła w jego stronę garść kolorowego proszku, który rozbił się o jego koszulę i ramię, zostawiając wyraźną czerwoną i żółtą smugę, sięgającą aż do jego szyi i brody.
      Nie czekała, aż zareaguje. Cofnęła się jeszcze o krok, jakby przewidując, co może nastąpić, a potem odwróciła się, znikając w tłumie, z cieniem uśmiechu, który pojawił się zupełnie mimowolnie. Obróciła się jedynie raz przez ramię, widząc, że Rowan Johnson odbiera od innego wolontariusza własny woreczek z kolorowym proszkiem. Zasłoniła usta brudnymi od pigmentu palcami, ukrywając śmiech, i pobiegła przed siebie, sądząc, że szeryf nie będzie miał problemu, żeby złapać sprawcę kolorowego zamieszania.

      Aria Kennedy

      Usuń
  12. Aria zdecydowanie nie lubiła niedokończonych spraw. Wszystko, czego się dotykała, musiało być doprowadzone do końca, niezależnie od tego, czy był to obraz, jakieś przedsięwzięcie czy relacja. Nie lubiła domysłów ani nie marnowała energii, by tworzyć sobie szereg wymówek lub kłamstw – podchodziła do życia dość praktycznie, sądząc, że tak będzie po prostu łatwiej. Jej oczy lekko przesunęły się w bok, ale zdecydowanie pozwoliła Rowanowi zajrzeć sobie w to zwierciadło jej duszy, które, jak już słyszała, pokazywało dwojakość tego, jaka była. Aria nie do końca to rozumiała, bo nikogo nie udawała ani nie próbowała się nikomu przypodobać – była po prostu sobą.
    Rzucając w Rowana kolorami, nie brała pod uwagę tego, że mógłby się obrazić albo, co gorsze, zarzucić jej, że jest niepoważna i że będzie musiała się z tego tłumaczyć. Nie miała pojęcia, czy po prostu zdążyła wyczuć szeryfa tak, aby wiedzieć, że ten da się wciągnąć w tę zabawę, czy mimo wszystko podjęła ryzyko, że skończy jako bezczelna dziewucha, która nie rozumie, jak ważny był mundur, choć nie o mundur ani o służbę teraz chodziło.
    Obróciła się jeszcze raz przez ramię, a widząc, że Rowan biegnie w jej stronę, próbowała nieco przyspieszyć, ukryć się w tłumie, choć pewnie szeryf od razu odnalazłby wzrokiem jej białe włosy – nie byłaby zbyt dobrym złodziejem, bo niemal od razu rzucała się w oczy. Przeciskała się przez mieszkańców, łapiąc oddech. Nie chciała, aby złapał ją tak łatwo, więc ani trochę nie zwolniła i ani razu już nie obejrzała się za siebie.
    Sapnęła cicho, czując jego ręce w talii, a jej dłonie wystrzeliły nieco w górę, gdy z jej ust uciekł śmiech. Pisnęła cicho, z rozbawieniem i z niedowierzaniem, kiedy Rowan obrócił się z nią wokół własnej osi. Dwukolorowymi oczami łapała kolorową falę, obserwując, jak barwy mieszają się ze sobą. Przez moment wydawało jej się, że znajduje się w zupełnie innym świecie, w świecie, w którym niebo ma tak różne kolory, że trudno wyłapać je wszystkie.
    Wzięła głębszy oddech, gdy Rowan pozwolił jej poczuć ziemię, a potem otworzyła lekko usta, chcąc się odezwać, ale nie zdążyła nic powiedzieć, bo szeryf bezczelnie wsadził rękę do papierowej torby i cisnął pigmentem w jej stronę, co wywołało jej śmiech. Nie spodziewała się aż takiej zemsty. Sięgnęła dłońmi do twarzy, aby palcami zebrać trochę kolorów z powiek, a potem wbiła wzrok w szeryfa, który był tak samo kolorowy jak ona. I chyba po raz pierwszy dostrzegła w Rowanie Johnsonie coś tak… luźnego, lekkiego, niemal jasnego. Jego śmiech, uśmiech, przyspieszony od biegu oddech, kolory, które przyległy do jego ubrania, szyi, rąk i twarzy. Przez moment podziwiała szeryfa tak, jak podziwia się obraz, który pokazuje więcej i więcej, gdy dostatecznie długo obserwowało się pociągnięcia pędzla, cienie czy grę świateł.
    — Jeśli nie będzie zadowolona, zawsze możemy ją aresztować. — Uśmiechnęła się, mówiąc to, a potem spojrzała w stronę sceny i rozejrzała się wokół. Niektórzy zaczęli wesoło tańczyć, inne osoby dreptały w miejscu, jeszcze wstydząc się dołączyć do reszty. Wade Calloway śpiewał nisko, chrypliwie, dając z siebie wszystko, aby rozruszać tłum, a był w tym mistrzem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aria jeszcze raz przetarła palcami twarz, wcale nie przejmując się tym, jak wyglądała. Jej białe włosy nie były już tak śnieżne, blada twarz nabrała kolorów tęczy, a dwukolorowe oczy zostały przez nie podkreślone. Wokół słychać było muzykę, śmiechy i rozmowy – festiwal nabrał rozpędu.
      — Zmusiłam cię do malowania, wylicytowałam twoją kaczuszkę, pobrudziłam cię… — wymieniła, wpatrując się w twarz Rowana. Próbowała się nie uśmiechać, ale trudno było zachować powagę, gdy stała naprzeciwko dwa razy większego od siebie mężczyzny, który pokryty był różnymi kolorami.
      — To zdecydowanie mnie powinieneś dzisiaj aresztować — mruknęła, dociskając palce do swoich ust, jakby to miało zasłonić jej rozbawiony grymas.

      Aria Kennedy 🎨🎉
      i ja, które z utęsknieniem na Was czekały 💙🤎

      Usuń
  13. Chyba właśnie to doceniała Aria w sztuce – tę swobodę i to, że czasem wcale nie chodziło o piękne obrazy czy rzeźby. Piękno posiadało różne źródła, a jeśli Festiwal Kolorów miał przypomnieć mieszkańcom Mariesville, że warto brać udział w takich przedsięwzięciach, że czasem liczy się swoboda i że kolory nie są aż tak straszne, to Aria właśnie to chciała oglądać, bo było to częścią tego, co chciała przekazać swoim odbiorcom poprzez sztukę, choć może interpretowała to wszystko za bardzo, może było to o wiele prostsze, niż myślała: ludzie po prostu lubią czuć się beztrosko. Jednak za wplątanie szeryfa Mariesville w tę kolorową zabawę powinna dostać co najmniej medal. Rowan Johnson, brudny od pigmentu, uśmiechnięty i wyluzowany – jeśli to nie miało przekonać wiosny do tego, aby się tutaj pokazała, to Aria nie wiedziała, co jeszcze mogliby zrobić.
    Cicho wierzyła w to, że Rowan nie będzie domagał się zadośćuczynienia w służbowy sposób, a kiedy się odezwał, mimowolnie się zaśmiała. Jego wymowny ton i wesoły uśmiech sprawiały, że nie mogła przestać się uśmiechać, a to oznaczało, że Johnson umiał żartować i robił to dobrze. Może to była jakaś supermoc osób, które pracowały w policji? Jej ojciec także rzucał trafionymi komentarzami – podobno tak poderwał jej matkę, bo, jak mówił, nic nie przyciąga kobiety tak bardzo, jak mężczyzna, który umie ją rozśmieszyć. Aria dodawała wtedy, że owszem, musiało tak być, bo podczas śmiania zazwyczaj zamykało się oczy, a skoro były one zamknięte, to i nie widziało się tak bardzo męskich wad.
    — Zadośćuczynienie? W porządku, chodź, w ramach zadośćuczynienia nakarmię cię i napoję — odparła, zaczesując kilka luźnych kosmyków włosów w tył. — I tak, w tym momencie próbuję cię przekupić jedzeniem, szeryfie.
    Spojrzała po sobie, gdy Rowan wspomniał o kolorach, które akurat były jej do twarzy. Uśmiechnęła się lekko, słysząc to, a potem stwierdziła:
    — Tobie również. Najbardziej podoba mi się ta czerwień w twoich włosach. Dobrze kontrastuje z resztą.
    Chwilę później wskazała ruchem głowy budkę z frytkami i lemoniadą, stojącą nieco z boku, przy samej linii drzew; niewielką, drewnianą, z ręcznie wypisaną tabliczką i słoikami pełnymi plasterków cytryn. Prowadził ją Mason Clarke, miejscowy chłopak, który co roku pojawiał się na festynach z tym samym, prostym menu i niezmiennie dobrą lemoniadą.
    — Tam — dodała krótko. Ruszyła pierwsza, nie oglądając się, czy Rowan idzie za nią, jakby uznała to za coś oczywistego, choć oczywiście nie mogła być pewna, czy szeryf pójdzie jej śladem. Przecisnęła się między ludźmi, omijając dzieci z watami cukrowymi i kilka rozłożonych koców, aż zatrzymała się przy ladzie.
    — Dwie lemoniady i frytki — powiedziała do Masona, zanim jeszcze Rowan zdążył się odezwać.
    Zapłaciła za wszystko, wyciągając gotówkę z jednej z kieszonek w pobrudzonej sukience, i dopiero wtedy odwróciła głowę w jego stronę, mrużąc lekko oczy w słońcu. Były bardziej wrażliwe niż u większości osób, dlatego zawsze mimowolnie je zwężała, gdy była na zewnątrz; sztuczne światło nie raziło jej aż tak bardzo, więc podczas naprawdę słonecznych dni raczej unikała wychodzenia w godzinach największego nasłonecznienia.
    — Możesz uznać, że to część mojej strategii — odezwała się. — Najpierw jedzenie, potem ewentualne negocjacje.
    Odebrała od Masona papierową tackę z frytkami i dwie lemoniady w przezroczystych kubkach, w których pływały cienkie plasterki cytryny i kilka listków mięty. Na moment zatrzymała się, jakby sprawdzała, czy wszystko jest w odpowiednich proporcjach. Potem wyciągnęła rękę w stronę Rowana, wręczając mu jedzenie, i wyciągnęła się po dwie kolorowe słomki, bo w tłumie zapewne wygodniej będzie pić przez nie.
    — Proszę — powiedziała krótko. Zanim jednak zdążył cokolwiek zrobić, sięgnęła do tacki i bez większego zawahania zabrała jedną z frytek. — Muszę sprawdzić, czy nadają się do przekupstwa — dodała, unosząc ją do ust, i spróbowała, przechylając głowę odrobinę w bok, jakby analizowała smak. Oblizała dolną wargę językiem, czując przy niej sól. — Są naprawdę dobre.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pożegnała się z Rowanem, gdy zadośćuczyniła mu całą tę kolorową zabawę i była pewna, że został przekupiony frytkami, które ostatecznie zjedli wspólnie, i lemoniadą. Wróciła jednak do domu jakiś czas później – musiała mieć pewność, że festiwal skończy się dobrze, oddała też pieniądze z licytacji głównej wolontariuszce i zabrała rowanową kaczuszkę ze sobą. W domu napisała jeszcze SMS-a do szeryfa: Dziękuję za dzisiaj. Widzimy się jutro o 15 :).
      Od rana w domu panował chaos, którego nie dało się pomylić z niczym innym. Urodziny jej ojca zawsze wyglądały podobnie; trochę za dużo jedzenia, trochę za dużo krzeseł wyniesionych do ogrodu i ten rodzaj zamieszania, który Leon uważał za nieodłączną część dobrze zorganizowanego spotkania. Już od rana krzątał się między kuchnią a tarasem, jakby sam fakt, że kończy sześćdziesiąt jeden lat, dawał mu prawo do rządzenia się. W końcu rozpalił grilla, którego kupił za zawrotną sumkę, grill był jego dumą, a w powietrzu szybko zaczął unosić się zapach dymu, przypraw i marynowanego mięsa. Rose kręciła się między stołem w salonie a wyjściem do ogrodu, poprawiając półmiski i przestawiając ciasta.
      Aria również pomagała od rana, a kiedy ojciec zaczął witać pierwszych gości, przebrała się w satynową sukienkę w kolorze chłodnej lawendy, przewiązaną w talii, z luźniejszym dołem i nieco bufiastymi rękawami kończącymi się tuż przed nadgarstkami, z wyciętymi plecami, ale zasłoniętym dekoltem. Pachniała dzisiaj karmelem i pomarańczą.
      W ogrodzie zrobiło się już gwarno. Kilku kolegów Leona z pracy trzymało schłodzone piwo i rozmawiało o pracy, dzieciach, emeryturze – ich głosy niosły się ponad ogrodem, przerywane śmiechem i żartami. Był tam Thomas „Tom” Gallagher, który mimo przejścia na emeryturę nadal zachowywał się tak, jakby w każdej chwili miał wrócić na służbę. O jego ramię opierała się jego żona, Elaine, drobna blondynka o łagodnym uśmiechu, która znała chyba wszystkie historie opowiadane przez Toma na pamięć. Niedaleko stał Daniel Brooks, który częściej słuchał niż mówił, ale kiedy już się odzywał, to mówił w punkt. Towarzyszyła mu długoletnia partnerka, Marianne, elegancka, ciemnowłosa kobieta, która trzymała kieliszek wina i co jakiś czas poprawiała mężowi kołnierzyk. Victor Ramirez opierał się o stół, mówiąc głośniej niż wszyscy i gestykulując tak intensywnie, jakby każda anegdota właśnie tego wymagała. Był też Harold Jenkins, najstarszy z nich, z siwiejącymi włosami i spojrzeniem kogoś, kto widział zdecydowanie za dużo, ale zdążył to przetrawić.
      Aria właśnie poprawiała talerze przy stole, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. Ustawiła ostatnie naczynie, a potem przeszła przez korytarz, słysząc za plecami przytłumione odgłosy z ogrodu i syk grilla. Zatrzymała się przy drzwiach, poprawiła luźny kosmyk włosów, który ozdobił jej czoło, po czym nacisnęła klamkę. Po drugiej stronie stał Rowan; jej spojrzenie mimowolnie przesunęło się po jego twarzy, ramionach i ubraniu. Tym razem nie był w mundurze.
      — Przyszedłeś — odezwała się i odsunęła od drzwi, robiąc mu miejsce, aby wszedł do środka. — Tata już zaczął opowiadać swoje żarty o pracy, więc to idealny moment, aby się dołączyć. Reszta już jest.

      Aria Kennedy
      party time 🥳🍾

      Usuń
  14. Rowan dobrze wyglądał w tej wersji; biała koszula, ciemnoszare spodnie. Ta delikatna, niewymuszona elegancka miała w sobie coś przyciągającego i zdecydowanie pasowała do okazji. Poza tym, gdy przechodził obok niej, poczuła zapach jego perfum: kardamon i wanilia?
    — Tego jestem akurat pewna — rzuciła, bo Leon lubił powtarzać swoje historyjki i żarty i wcale się z tym nie krył. Był dobrym facetem, który pracował długo i efektywnie, uczył też młodszych, jak poradzić sobie w szeregach, a gdy w końcu ogłosił, że usuwa się w cień, chyba każdy żałował, że nadszedł ten czas.
    — Dziękuję, miło z twojej strony. — Przyjęła box z różowymi gerberami i wciśniętym z boku pudełeczkiem czekoladek. Wsadziła nos w kwiaty, chcąc poczuć zapach płatków, a potem dodała: — Czuję się trochę tak, jakbym to ja miała urodziny. Uwielbiam słodycze. Mama będzie zachwycona gerberami.
    Szeryf nie musiał aż tak się starać, ale wiedziała, że wynikało to z dobrego zachowania. Ona również nie lubiła przychodzić do kogoś z pustą ręką i starała się mieć ze sobą coś, co albo można zjeść, albo wsadzić do wazonu.
    Zaraz potem zaprowadziła Rowana w stronę ogrodu i pozwoliła, aby się rozgościł. Wróciła do domu tylko po to, żeby zająć się kwiatami, a gdy dołączyła do grilla, szeryf został już ciepło przyjęty.
    — Rowan! — Leon przywitał młodszego mężczyznę z uśmiechem i uścisnął jego dłoń po męsku, a gdy zobaczył drewnianą szkatułkę, zaświeciły mu się oczy. — Nigdy nie zawodzisz, co?
    Poklepał Johnsona po ramieniu, dziękując mu i za prezent, i obecność, a potem pokazał mu miejsce wśród reszty zaproszonych i stanął przy grillu jak przy swoim stanowisku dowodzenia, z jedną ręką opartą o blat, drugą obracając kawałki mięsa. Zapach przypraw i dymu unosił się nad ogrodem widoczną chmurką.
    — Częstuj się. Tam jest piwo, a jeśli wolisz schłodzone, to tam mamy lodówkę turystyczną — odezwał się. — No chyba że preferujesz whisky z lodem, wtedy Ramirez się tym zajmie, bo odkąd tutaj przyszedł, przytula do siebie butelkę, no, prawie jak za starych dobrych czasów.
    Aria stanęła przy stole, sprawdzając, czy niczego nie brakuje, a przy okazji uśmiechnęła się lekko, słuchając męskich rozmów.
    — To był najgłupszy patrol w moim życiu — zaczął Tom, już lekko rozbawiony. — Jedziemy, bo ktoś zgłosił podejrzane odgłosy w ogrodzie. Myślimy: okej, ktoś się kręci po posesji.
    — I co? — dopytał Brooks.
    — I nic! — Parsknął śmiechem. — Okazało się, że to była… koza. Sąsiada. Stała pod oknem i beczała.
    — Ty, ale to i tak lepsze niż ten typ, co zgłosił kradzież… własnego samochodu — skwitował Daniel, trzymając się za bok. — Bo zapomniał, gdzie zaparkował.
    Śmiech rozlał się falowo, aż Gallagher zakrztusił się piwem. W międzyczasie Rose krążyła między gośćmi z miską sałatki, jakby to była jej osobista misja.
    — Spróbuj, naprawdę — zwróciła się do Elaine z ciepłym uśmiechem, nakładając jej porcję, zanim ta zdążyła odmówić. — Zrobiłam rano, świeża.
    — Rose, ja już jadłam… — Elaine próbowała się sprzeciwić, ale zdecydowanie nikt nie był w stanie przekonać kobiety do tego, że nie jest się już głodnym.
    — To zjesz jeszcze trochę — skwitowała Kennedy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aria zajęła miejsce naprzeciwko Rowana, trzymając w ręce schłodzone piwo, choć wciąż czuła się nieco nieswojo, gdy piła przy rodzicach. Była już dorosła i nie robiła nic nielegalnego, ale gdzieś z tyłu głowy wciąż miała to ciche, uporczywe przekonanie, że mama pośle jej karcące spojrzenie, ale gdy zerknęła w stronę Rose, ta piła kolorowego drinka, którego zrobiła sobie przed chwilą, stukając się szklanką z Marianne.
      — Aria, słyszałem, że twoje warsztaty to prawdziwy hit — odezwał się Harold Jenkins, wbijając wzrok w młodą dziewczynę. — Moja wnuczka najchętniej to by tam zamieszkała, jest zachwycona. Nie wiem, jak to robisz, ale dobrze, że znalazł się ktoś, kto się stara… masz to po ojcu. Leon też zawsze się starał i zostawał po godzinach, aż musieliśmy go czasem wywalać, bo gdy już wpadał w trans, to zapominał o jedzeniu i prysznicu.
      — Po prostu przyznaj się, Jenkins, że bałeś się, że Rose do nas wpadnie i wszystkich opieprzy za robotę po godzinach — wtrącił Leon, potrząsając z rozbawieniem głową. Zaczął ściągać mięso z grilla, podsuwając gościom. — Jedzcie, jedzcie, nikt stąd nie wyjdzie głodny… i trzeźwy.
      — Dziękuję. — Aria uśmiechnęła się do Harolda, a słysząc komentarz ojca, przewróciła oczami ze śmiechem. Zaraz potem spoważniała nieco i dodała: — Po prostu chciałam stworzyć miejsce, gdzie każdy będzie mógł być sobą, bez spełniania oczekiwań czy oceniania przez innych. Jeśli będę musiała siedzieć po godzinach, to niech tak będzie, bo... czuję, że ma to sens.
      — To co? Za robienie rzeczy, które mają sens, i za Leona, który zawsze ten sens widział! — Gallagher wzniósł toast z szerokim uśmiechem.

      Aria Kennedy🍻

      Usuń
  15. Aria też nie piła często, a gdy to robiła, to zazwyczaj piła z głową. Przyzwyczaiła się już do imprez, podczas których należało trzymać kieliszek w ręku i rozmawiać, dlatego też wiedziała, jak zapanować nad chęcią napicia się więcej dla towarzystwa. Nigdy nie zdarzyło jej się upić, gdy była poza domem, bo lubiła mieć kontrolę nad tym, co się działo. Wiedziała, oczywiście, że wielu artystów miało problem z alkoholem lub innymi używkami, ale Aria zwyczajnie nie należała do tego grona, bo jej umysł działał inaczej nawet bez tych środków. Nie była też kimś, kto lubił ostro imprezować, choć jako studentka zaliczyła parę większych imprez, zazwyczaj wychodząc po kilku godzinach. Czasem tłumaczyła sobie, że studia dadzą jej coś, czego nie miała jako dziecko i nastolatka: przynależność, ale szybko okazało się, że nie pasuje nawet do ekstrawaganckich artystów, bo nie robiła tego, co było w modzie. Zawsze malowała to, co chciała i mówiła to, co myślała, a to nigdy nie przynosiło jej zbyt wiele dobrego.
    Być może trochę więcej zaczęto mówić o galerii, bo coś zaczęło się dziać. Aria wróciła do Mariesville dwa lata temu, przynosząc ze sobą chęć do działania i siłę, której nie dało się rozproszyć. Była zaangażowana w promowanie galerii, zajęcia artystyczne dla mieszkańców i chętnie organizowała różne rzeczy, a Festiwal Kolorów był jedną z tych większych. Robiła to wszystko, bo chciała, a nie dla sławy czy poklasku. Jeśli mogła wykorzystać jakoś swoją pozycję, talent i sławę, to w ogóle się nad tym nie zastanawiała. Poza tym miała świetny przykład w rodzinie; ojciec zawsze starał się każdemu pomagać, był w stanie zerwać się z łóżka, żeby zjawić się u kumpla w potrzebie, a mama jako pielęgniarka zawsze była dobrze przygotowana do tego, aby wkroczyć w odpowiednim momencie. Niczego się nie bała, po prostu działała.
    Upiła łyk piwa, przełykając, i delikatnie potarła kciukiem butelkę. Gdy Rowan się odezwał, spojrzała w jego stronę, co nie było trudne, bo siedział naprzeciwko niej. Zaśmiała się cicho, gdy porównał ruch w galerii do miejscowego baru, co być może było trafnym określeniem, bo Aria, oczywiście, odnotowała większe zainteresowanie sztuką. Coraz więcej osób chciało przychodzić, aby wziąć udział w spotkaniach z artystami czy w wykładach, a wystawy zachęcały do tego, żeby choć raz zobaczyć, co się działo w galerii. Aria była dumna z tego, co osiągnęła wraz z innymi pracownikami Mariesville Art Gallery.
    — Chętnie cię u nas ugościmy, szeryfie — odpowiedziała, uśmiechając się lekko, a kiedy wspomniał o braku talentu do malowania, przewróciła nieco oczami. — Och, proszę cię, nie jesteś aż tak zły, kaczuszka miała całkiem niezłe proporcje.
    Posłała mu znaczące spojrzenie, bo przecież doskonale wiedziała, że jednak coś umiał namalować, nawet jeśli była to tylko kaczuszka. Miała ten obraz u siebie; kaczuszka stanęła pod ścianą, czekając, aż Aria znajdzie dla niej miejsce, którego i tak było niewiele w pokoju, który był jej od zawsze. Obiecała sobie, że gdy już zdecyduje się kupić dom, weźmie te wszystkie obrazy ze sobą i znajdzie przestrzeń dla każdego z nich.
    Mieszkanie z rodzicami nie było trudne, bo ani Rose, ani Leon nie próbowali wtrącać się w jej życie, zresztą nigdy tego nie robili, owszem, martwili się i wspierali ją we wszystkim, ale przy tym dawali jej przestrzeń. Gdy zdecydowała się wrócić do Mariesville, zmęczona wielkim światem, artystami, którzy nigdy nie byli do końca trzeźwi, i aferami, rodzice od razu zaproponowali, aby zatrzymała się u nich, przynajmniej do czasu, kiedy nie znajdzie czegoś swojego. I szukała swojego miejsca już od jakichś dwóch lat, nie mogąc dostrzec w żadnym domu tego czegoś, dlatego wciąż zwlekała z zakupem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Oh, właśnie! — Rose klasnęła w ręce, a potem sięgnęła po telefon komórkowy, odblokowała ekran i pokazała wszystkim artykuł o Festiwalu Kolorów, a potem kliknęła w zdjęcie, które przedstawiało Arię i Rowana. — Wyszliście naprawdę cudownie. W artykule napisali, że, cytuję: „… Festiwal Kolorów to wydarzenie, które pozwala mieszkańcom być i przeżywać, bo niezależnie od tego, czy jest się szeryfem miasteczka, burmistrzem, czy dyrektorem szkoły, każdy powinien przypomnieć sobie, co oznacza dobra zabawa”.
      Rose uśmiechnęła się z dumą, sięgając do Arii i ściskając delikatnie jej rękę.
      — To naprawdę niezłe zdjęcie, no i, skoro Ethan Caldwell napisał o festiwalu coś dobrego, to… chyba nawet on się świetnie bawił — skwitowała Marianne, unosząc swoją szklankę z drinkiem. — Za pięknych ludzi i ich piękną pracę!
      Urodzinowy grill się rozkręcił, pojawiło się więcej żartów i opowiastek, jedzenie było dobre, a Leon wydawał się szczęśliwy. Aria zerkała w stronę ojca, który nie przestawał mówić i się śmiać – lubiła go takiego widzieć.
      — Pójdę po tort — szepnęła w stronę mamy, podnosząc się z miejsca. Rose przytaknęła, cicho dziękując, a potem dołączyła do rozmów o tym, jak poznała się z Leonem, bo akurat zaczęło się wspominanie lat, kiedy Kennedy był jeszcze młokosem, który ledwo co zaczął robotę i próbował poderwać, jak to powiedział, najgorętszą dziewczynę w mieście.
      — Rowanie, pomożesz mi? — spytała cicho, delikatnie opierając dłoń o jego ramię i pochylając się do jego ucha.
      Nie chciała wyciągać mamy z rozmowy, a szeryf był najbliżej, więc miała nadzieję, że szybko uwiną się z tortem. Weszła do domu, prowadząc Johnsona przez korytarz do jasnej kuchni. Wyciągnęła z lodówki całkiem spory tort, który kształtem przypominał ukochane auto Leona – Porsche Cayenne.
      — Tata uwielbia ten samochód, pewnie gdyby tylko mógł, uznałby je oficjalnie za swoje dziecko — skwitowała, wbijając w ciasto świeczki i dwie brokatowe laski, które, gdy się je podpaliło, zaczynały iskrzyć jak wulkany. Odsunęła się nieco, aby Rowan mógł złapać tort od spodu.
      Opuszczając kuchnię, sięgnęła po zapalniczkę. Zapaliła świeczki i wulkany jeszcze przed wejściem do ogrodu. Brokatowe iskierki wybuchły niemal od razu, rozświetlając wszystko wokół.
      — Sto lat… — zaczęła śpiewać, a chwilę później dołączyła też reszta imprezowiczów. Głosy połączyły się szybko, mniej lub bardziej czysto, głośno, z uśmiechem, czasem z rozbawieniem.
      Rose stała z telefonem w ręku, śpiewając i krążąc wokół, próbując uchwycić każdy moment aparatem.
      — Poczekajcie, jeszcze raz! Leon, nie ruszaj się! Aria, stań trochę bliżej! — rzuciła, robiąc kolejne zdjęcia, zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować.
      Leon zdmuchnął świeczki, poczekał aż wulkany ostygną, a wtedy zaczął kroić tort, choć było mu zdecydowanie szkoda to robić, bo ciasto wyglądało zbyt dobrze.
      — Proszę. — Aria podała talerzyk Rowanowi i stanęła obok niego ze swoją porcją tortu. Nabrała trochę ciasta na mały widelczyk i posmakowała; wypiek smakował delikatną wiśnią i karmelem.
      Zmrużyła lekko oczy, gdy zawiał mocniejszy wiatr, a potem zmarszczyła nos, czując wyraźniej perfumy Johnsona.
      — Kardamon i wanilia — powiedziała niemal od razu, jakby to było oczywiste, że każdy potrafił wychwycić odpowiednie nuty zapachowe. Zerknęła w stronę szeryfa. — Pachniesz jak deser.

      Aria Kennedy 🎂 🎉

      Usuń