21.02.2025

[KP] Tanner Gentry

Tanner Gentry
właściciel Jack's Garage
Zawsze miał dobry łeb do złych interesów i niewyparzoną gębę pełną siarczystych epitetów, którymi częstował częściej, niż fajkami kupionymi na sztuki pod ladą. Ludzie wzdychali z ulgą, gdy znikał na kilka długich tygodni i wytężali uwagę, gdy wracał na następne trzy, gorsząc starsze sąsiadki nieogoloną twarzą i świeżymi ranami złapanymi na kilka prowizorycznych szwów. Znalazł sobie doskonały patent na dobry zarobek i uzupełnianie zapasów adrenaliny, w dodatku mógł mieć głęboko gdzieś obowiązki moralne, interesy polityczne i bohaterstwo, a to dla kogo strzelał i czyje emblematy nosił, obchodziło go tyle, co zeszłoroczny śnieg. W domu rzucał na stół gruby zwitek banknotów, psuł nerwy dwójce przybranego rodzeństwa i bez słowa szedł do warsztatu lizać egzystencjalne rany, bo tych, które naprawdę bolą, choć ich nie widać, zgromadził wiele więcej. Zwykle wracał zepsuty, czasami bardziej, czasami mniej, ale skutecznie odprawiał z kwitkiem stroskaną matkę, każąc jej zająć się rozliczaniem długów, które ciągną się za nimi jak smród, a nie płakaniem nad jego niedolą, i środkowym palcem żegnał ojca, nawet w dniu, w którym nałóg wreszcie postawił na nim krzyżyk. Nie było mu go szkoda, bo miał ich za nic, odkąd pamięta, tak samo jak swoje bękarty po związku z kochanką, które sprowadził im na głowę. Przejął po nim warsztat i cały śmietnik z problemami, ale źli chłopcy, którzy czekają na kasę, a za ojca błędy gotowi są rozliczyć wszystkich, których znał, to nie jest wcale najgorsza rzecz, z jaką przyszło mu się w życiu mierzyć. Najgorsze to stracić kogoś, w kogo się wierzy i dla kogo warto było przynajmniej próbować stać się lepszym. 
31 X 1989 r. Camden
Rodowici Mieszkańcy
kontraktor PMC
muscle cars & gitara & bilard
Dzieciakiem był niesfornym i trudnym do ujarzmienia – jak wszyscy szli w lewo, to on szedł w prawo, bo robienie zasadom na przekór sprawiało mu dużo frajdy, podobnie jak grzebanie pod maską, ale to się chyba nie zmieniło, a przynajmniej nie tak do końca, bo z kodeksem moralnym wciąż nie jest mu po drodze. Tyle tylko, że teraz łamie zasady z głową, bo wie, że grozi mu za to coś gorszego niż nastoletni szlaban. Do domu zawsze wracał późnymi wieczorami, świadomie igrając z gniewem ojca, Jacka Gentry’ego, który pieklił się i sapał, ale bardziej dla zasady, bo w rzeczywistości było mu tak bardzo wszystko jedno, że nie ruszał tyłka z kanapy, na której najczęściej zasypiał z niedopitym piwem w ręku. Matka, Grace Gentry, krzątała się po kuchni, ścierając z mebli kurz, którego wcale tam nie było, i udawała, że nie wie, co ojciec wyprawia, jeżdżąc co drugi dzień do Camden przez te wszystkie lata i zaciągając tam kredyty na lafiryndę, która w końcu dała nogę, zgodnie z wszelkimi przewidywaniami. Nie oprzytomniała nawet wtedy, gdy przywiózł nie jej dziecko – po prostu przyjęła to do wiadomości, bo to i tak było lepsze niż odzywanie się i zbieranie batów, a potem staranie się ich zamaskować jakimś tanim pudrem, żeby koleżanki przypadkiem nie gadały, jak to w ich domu dzieje się źle. Doprawdy, jakby nikt nie wiedział. Mając dwadzieścia dwa lata nagle okazał się bratem przyrodnim piętnastoletniej Gemmy Gentry, a dwadzieścia dwa i pół, gdy okazał się jeszcze bratem osiemnastoletniego Travisa Gentry’ego, studenta ekonomii, który – na jego szczęście – wyjechał w pizdu do Kalifornii i wcale się tu nie pokazał. Oczywiście, do czasu.
Z naprawiania pojazdów, maszyn rolniczych i starych gratów żyć godnie się nie dało, gdy ojciec przewalał kasę na maszynach i bawił się w sponsoring, mimo że przez bardzo długi czas mieli tu monopol, a nielegalne interesy okazały się zbyt ryzykowne, szczególnie gdy było się już na celowniku stróżów prawa. W tym momencie i tak nie pozostało mu nic innego. Trzeba było szukać innej ścieżki, więc za sprawą dobrych kolegów, którym musiał później odpalić odpowiedni procent, dał się zwerbować do armii – brudnej i trochę innej niż ta honorowa, znana ludziom z filmów akcji. Wpasował się, bo życie na krawędzi było mu dobrze znane, a wyjazdy na operacje w barwach obcego kraju okazały się tego dopełnieniem. Musiał tylko uważać, żeby nie dać się złapać, bo nie przysługiwały mu żadne żołnierskie prawa i przywileje, ale wizja bycia sądzonym w Afryce za zabójstwo była skuteczną motywacją do tego, by biegać szybko i niespostrzeżenie. Najemnik wojskowy na eksport – nie dobrze było się tym chwalić, ale dobrze było od tego zacząć, żeby otworzyć sobie kolejne drzwi, którymi dostał się do prywatnej organizacji militarnej, i tym sposobem zacząć przeplatać bieganie po Afryce z chronieniem tyłków ważnych osobistości. Pieniądze się zgadzały, a jemu było wszystko jedno, w kogo miał się wcielić, dopóki ojciec się nie przekręcił i nie wylało się szambo, o którym przez tyle lat nie miał pojęcia. Ale skoro poradził sobie z życiem w wykolejonej rodzinie, skoro przetrwał pierwsze wrażenie po oddaniu celnego strzału, odejście kobiety, którą kochał a także pogrzebanie relacji z kobietą, którą próbował pokochać, choć nigdy nie zdołał, bo w rzeczywistości nie chciał, to z lewymi interesami ojca też sobie poradzi. Musi. I tylko czas pokaże z jakim skutkiem.
witamy i pogrzeszyć zapraszamy 🤭
zdaniezlozone@gmail.com 📧 1
UWAGA: poniższe treści mogą zawierać elementy przeznaczone dla dorosłych czytelników

1 komentarz:

  1. [Zanim do niej dotrze, że mogłaby z powodzeniem napisać poczytną książkę o samej sobie, minie pewnie trochę czasu. Ale to dobrze, bo w tym okresie będzie mogła nękać Tannera swoją osobą. Czekamy! ♥♥♥]

    Mia Whitaker🌼

    OdpowiedzUsuń