21.02.2025

[KP] Tanner Gentry

Tanner Gentry
właściciel Jack's Garage
Zawsze miał dobry łeb do złych interesów i niewyparzoną gębę pełną siarczystych epitetów, którymi częstował częściej, niż fajkami kupionymi na sztuki pod ladą. Ludzie wzdychali z ulgą, gdy znikał na kilka długich tygodni i wytężali uwagę, gdy wracał na następne trzy, gorsząc starsze sąsiadki nieogoloną twarzą i świeżymi ranami złapanymi na kilka prowizorycznych szwów. Znalazł sobie doskonały patent na dobry zarobek i uzupełnianie zapasów adrenaliny, w dodatku mógł mieć głęboko gdzieś obowiązki moralne, interesy polityczne i bohaterstwo, a to dla kogo strzelał i czyje emblematy nosił, obchodziło go tyle, co zeszłoroczny śnieg. W domu rzucał na stół gruby zwitek banknotów, psuł nerwy dwójce przybranego rodzeństwa i bez słowa szedł do warsztatu lizać egzystencjalne rany, bo tych, które naprawdę bolą, choć ich nie widać, zgromadził wiele więcej. Zwykle wracał zepsuty, czasami bardziej, czasami mniej, ale skutecznie odprawiał z kwitkiem stroskaną matkę, każąc jej zająć się rozliczaniem długów, które ciągną się za nimi jak smród, a nie płakaniem nad jego niedolą, i środkowym palcem żegnał ojca, nawet w dniu, w którym nałóg wreszcie postawił na nim krzyżyk. Nie było mu go szkoda, bo miał ich za nic, odkąd pamięta, tak samo jak swoje bękarty po związku z kochanką, które sprowadził im na głowę. Przejął po nim warsztat i cały śmietnik z problemami, ale źli chłopcy, którzy czekają na kasę, a za ojca błędy gotowi są rozliczyć wszystkich, których znał, to nie jest wcale najgorsza rzecz, z jaką przyszło mu się w życiu mierzyć. Najgorsze to stracić kogoś, w kogo się wierzy i dla kogo warto było przynajmniej próbować stać się lepszym. 
31 X 1989 r. Camden
kontraktor PMC
muscle cars & gitara & bilard
Dzieciakiem był niesfornym i trudnym do ujarzmienia – jak wszyscy szli w lewo, to on szedł w prawo, bo robienie zasadom na przekór sprawiało mu dużo frajdy, podobnie jak grzebanie pod maską, ale to się chyba nie zmieniło, a przynajmniej nie tak do końca, bo z kodeksem moralnym wciąż nie jest mu po drodze. Tyle tylko, że teraz łamie zasady z głową, bo wie, że grozi mu za to coś gorszego niż nastoletni szlaban. Do domu zawsze wracał późnymi wieczorami, świadomie igrając z gniewem ojca, Jacka Gentry’ego, który pieklił się i sapał, ale bardziej dla zasady, bo w rzeczywistości było mu tak bardzo wszystko jedno, że nie ruszał tyłka z kanapy, na której najczęściej zasypiał z niedopitym piwem w ręku. Matka, Grace Gentry, krzątała się po kuchni, ścierając z mebli kurz, którego wcale tam nie było, i udawała, że nie wie, co ojciec wyprawia, jeżdżąc co drugi dzień do Camden przez te wszystkie lata i zaciągając tam kredyty na lafiryndę, która w końcu dała nogę, zgodnie z wszelkimi przewidywaniami. Nie oprzytomniała nawet wtedy, gdy przywiózł nie jej dziecko – po prostu przyjęła to do wiadomości, bo to i tak było lepsze niż odzywanie się i zbieranie batów, a potem staranie się ich zamaskować jakimś tanim pudrem, żeby koleżanki przypadkiem nie gadały, jak to w ich domu dzieje się źle. Doprawdy, jakby nikt nie wiedział. Mając dwadzieścia dwa lata nagle okazał się bratem przyrodnim piętnastoletniej Gemmy Gentry, a dwadzieścia dwa i pół, gdy okazał się jeszcze bratem osiemnastoletniego Travisa Gentry’ego, studenta ekonomii, który – na jego szczęście – wyjechał w pizdu do Kalifornii i wcale się tu nie pokazał. Oczywiście, do czasu.
Z naprawiania pojazdów, maszyn rolniczych i starych gratów żyć godnie się nie dało, gdy ojciec przewalał kasę na maszynach i bawił się w sponsoring, mimo że przez bardzo długi czas mieli tu monopol, a nielegalne interesy okazały się zbyt ryzykowne, szczególnie gdy było się już na celowniku stróżów prawa. W tym momencie i tak nie pozostało mu nic innego. Trzeba było szukać innej ścieżki, więc za sprawą dobrych kolegów, którym musiał później odpalić odpowiedni procent, dał się zwerbować do armii – brudnej i trochę innej niż ta honorowa, znana ludziom z filmów akcji. Wpasował się, bo życie na krawędzi było mu dobrze znane, a wyjazdy na operacje w barwach obcego kraju okazały się tego dopełnieniem. Musiał tylko uważać, żeby nie dać się złapać, bo nie przysługiwały mu żadne żołnierskie prawa i przywileje, ale wizja bycia sądzonym w Afryce za zabójstwo była skuteczną motywacją do tego, by biegać szybko i niespostrzeżenie. Najemnik wojskowy na eksport – nie dobrze było się tym chwalić, ale dobrze było od tego zacząć, żeby otworzyć sobie kolejne drzwi, którymi dostał się do prywatnej organizacji militarnej, i tym sposobem zacząć przeplatać bieganie po Afryce z chronieniem tyłków ważnych osobistości. Pieniądze się zgadzały, a jemu było wszystko jedno, w kogo miał się wcielić, dopóki ojciec się nie przekręcił i nie wylało się szambo, o którym przez tyle lat nie miał pojęcia. Ale skoro poradził sobie z życiem w wykolejonej rodzinie, skoro przetrwał pierwsze wrażenie po oddaniu celnego strzału, odejście kobiety, którą kochał a także pogrzebanie relacji z kobietą, którą próbował pokochać, choć nigdy nie zdołał, bo w rzeczywistości nie chciał, to z lewymi interesami ojca też sobie poradzi. Musi. I tylko czas pokaże z jakim skutkiem.
witamy i pogrzeszyć zapraszamy 🤭
zdaniezlozone@gmail.com 📧 1
UWAGA: poniższe treści mogą zawierać elementy przeznaczone dla dorosłych czytelników

40 komentarzy:

  1. [Zanim do niej dotrze, że mogłaby z powodzeniem napisać poczytną książkę o samej sobie, minie pewnie trochę czasu. Ale to dobrze, bo w tym okresie będzie mogła nękać Tannera swoją osobą. Czekamy! ♥♥♥]

    Mia Whitaker🌼

    OdpowiedzUsuń
  2. Myślała, że będzie nienawidzić Mariesville. Tak z całego serca. Całą sobą. Że nie będzie chciała tutaj być, a opieka nad niesfornym bratankiem i przeuroczą, na odległość, bratanicą będzie przymusem, niechcianym obowiązkiem. Zdziwiła się, kiedy podjęcie decyzji przyszło jej z łatwością, kiedy po pogrzebie brata i jego żony wróciła do Bostonu tylko po to, aby zrezygnować z pracy w rozgłośni i zabrać swoje rzeczy. Nie było ich wiele. Parę walizek ubrań, kilka książek i smętny kwiatek w doniczce. Wynajmowane w Bostonie mieszkanie miało ten urok, że wszystko, z czym je przyjęła, zostawiała. Zostawiła też kiełkujący związek, nie mając żadnego sentymentu do przystojnego, ale zapatrzonego w siebie prawnika korporacyjnego. Jackson był sympatyczny, dobry w łóżku, ale po piątej randce zbyt często wspominał o ustatkowaniu i o tym, że kobieta powinna być ozdobą mężczyzny. Mia była zbyt młoda i zbyt ambitna, aby chcieć być czyjąś ozdobą. Jak ten wazon, który stłukła pierwszego dnia po przeprowadzce. Był ozdobą dla właściciela mieszkania, a dla Mii zbierał kurz i paskudził wnętrze zbyt krzykliwym wzornictwem. Nie żałowała go i choć odkupiła identyczny, to schowała go głęboko do szafy, aby nie wadził.
    Obowiązki w Mariesville znacznie różniły się od tego, co robiła w Bostonie. Nie musiała wstawać przed czwartą, aby zdążyć na poranną audycję ruszającą o piątej trzydzieści. Nie miała prawa kłaść się w ciągu dnia, musiała być pełna energii przez kilkanaście godzin. Nie jadła na śniadanie bajgla z pobliskiej piekarni i nie zapijała go puszką energetyka. Nie. Mia wstawała po szóstej, wypuszczała psa na podwórko, szykowała śniadanie dla Callie, dbając o to, aby śniadaniówka sześciolatki była kolorowa i co zaskakujące - sprawiało to młodej kobiecie zaskakującą frajdę. Szykowała też kanapki dla Ethana, które zjadała sama, bo ten manifestując upór godny piętnastolatka nie jadł nic, co wychodziło spod jej ręki. A przynajmniej nie wtedy, gdy Mia patrzyła. Zaskakująco przyjemnie było jej wpaść też w tę rutynę, jaką było odprowadzanie Callie do przedszkola – przy ładnej pogodzie wychodziły wcześniej, urządzając sobie wspólny spacer. Czasami pożyczyła starego, rozklekotanego forda ojca, który lata świetności miał już dawno za sobą. Ford Bronco drugiej generacji towarzyszył im rodzinie, odkąd pamiętała, a kiedy bezpieczny i nowoczesny suv Colina i Jessie trafił na żyletki, nie miała innego wyjścia, jak uruchomić gruchota. Mimo lat, działał, jeździł, choć wierutnie kopcił.
    Nie miała lekko, zdawała sobie z tego sprawę. Nadto, każdego wieczora musiała uronić łzę. Nie panowała nad tym, myśl o tym, że nigdy nie zobaczy ani brata, ani Jessie, była fatalnie przytłaczająca, a Mia czuła się zdecydowanie źle. Była przygnębiona, czego nie pokazywała na co dzień, bo musiała uśmiechać się do dziewczynki, która potrafiła kilka razy w ciągu doby pytać o to, czy spotka rodziców w niebie. Musiała się uśmiechać, bo miała wrażenie, że w ten sposób dotrze do Ethana i musiała się uśmiechać takie wtedy, gdy ciężkie, nieprzychylne słowa ojca padały na jej barki.
    Ten dzień nie różnił się nadto od pozostałych. Po godzinie szesnastej wszyscy byli w domu, spaghetti z klopsikami królowało na dzisiejszym stole i tylko Ethan poszedł jeść do swojego pokoju. Nawet ojciec zdawał się mieć względnie dobry humor, a mała Callie opowiadała o nowej zabawie, którą dzisiaj poznała. Była niesamowicie podobna do swojej matki, ale ciepłe, piwne oczy odziedziczyła po Whitakerach.
    Mia mogłaby ten dzień zaliczyć do udanych, gdyby nie to, że w pewnym momencie jej bratanek wyszedł z domu, nie odezwawszy się do nikogo słowem. Zacisnęła tylko usta w wąską linię i pokręciła głową, dając znać Georgowi, żeby się nie odzywał. Dni były coraz dłuższe i przyjemnie ciepłe, dlatego nie zareagowała, licząc się z tym, że buntownik wróci do domu przed zmierzchem.
    Nie wrócił, nie odpisywał też na jej wiadomości i nie odbierał, choć widziała, że był dostępny, on-line.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Tato, pójdę go poszukać, może jest u Mike’a — poinformowała. — Callie jest u siebie, niech za godzinę się położy, jeśli nie wrócę. Hunter na podwórku — rzucała te krótkie komunikaty do mężczyzny, który siedział w fotelu przed telewizorem. I wcale, ale to wcale nie przesuwał tego fotela coraz bliżej.
      Mia ruszyła. Wpierw do domu Mike’a, który mieszkał kilkaset metrów dalej. Nie było tam jednak Ethana. Nie było go też w miejscu nad rzeką, gdzie lubił przesiadywać, nie było go też na boisku. Zostawało więc jeszcze jedno miejsce, a choć minęła już godzina, Whitaker miała w nogach kilka kilometrów, to szła zawzięcie w kierunku warsztatu samochodowego.
      Tannera kojarzyła z tych dziecięcych lat, kiedy niezbyt świadomie łaziła za swoim starszym bratem i wpadała na jego kumpli. Gentry był jednym z nich i nigdy szczególnie nie wzbudzał w niej sympatii. Skrzywiła się więc mimowolnie na jego widok. A mina mężczyzny i wzrok uciekający w miejsce, którego nie dostrzegała z tej perspektywy, kazał jej nabrać przeświadczenia, że Ethan tu był.
      Weszła w głąb warsztatu, zaciskając palce na telefonie, który podczas tych wszystkich prób kontaktu z nastolatkiem zwyczajnie się rozładował.
      — Ethan… — zaczęła, dostrzegając w końcu nastolatka. — Wracamy do domu, musisz odrobić le…
      — Nie jesteś moją matką — warknął, jakby sam widok ciotki go rozwścieczył. Między Ethanem a Mią różnica wieku nie była jakaś szczególna, nie tak znowu dawno, panna Whitaker też była nastolatką. — Nie będę odrabiał żadnych zasranych lek…
      — Ethan… — Mia chciała to ukrócić, nie chciała urządzać sceny przed człowiekiem, który tak właściwie był jej obcy i nie chciała, aby dostrzegał jej problemy wychowawcze, choć faktycznie nie była matką swojego bratanka i wcale nie próbowała mu jej zastąpić. — Do do…
      — Tanner mi płaci, zarabiam na siebie, pierdolę szkołę i was wszystkich — mruknął, ale nie krzyczał, nie podnosił głosu. Podszedł bliżej Mii. Mierzyła ona niespełna metr siedemdziesiąt, ale piętnastolatek zdołał już ją przerosnąć. Miała wrażenie, że odkąd wróciła do Mariesville, to z miesiąca na miesiąc stawał się coraz bardziej mężczyzną, a przestawał być chłopcem. — Idę do domu — rzucił tylko, szturchnął Mię ramieniem, kiedy ją mijął i wyszedł z warsztatu, na podłogę rzucając szmatkę, w którą wycierał ręce.
      Whitaker stała osłupiała, chwytając się dłonią za to ramię, które staranował Ethan. Zamrugała kilkakrotnie, a kiedy w końcu westchnęła, przeniosła spojrzenie na mechanika.
      — Płacisz mu? — Spytała cicho, unosząc lekko brew. — Naprawdę uważasz, że skończenie szkoły to taki zły pomysł? — W tonie jej głosu wybrzmiał zarzut, który na chwilę odmalował się również na jej twarzy, ale im dłużej patrzyła na Tannera, tym bardziej bezsilna się stawała. — Ubrudziłeś się — rzuciła tylko i kiedy puściła swoje ramię, palcem wskazującym dotknęła swojego czoła.

      Mia Whitaker 🌸

      Usuń
  3. Historia warsztatu Gentrych, jak i samej rodziny Tannera, nigdy specjalnie Mii Whitaker nie interesowała – z prostych właśnie względów. Przede wszystkim dlatego, że Tanner był kumplem sporo starszego brata młodej kobiety, ale też dlatego, że odnosiła nieodparte wrażenie, nawet jeśli myślami cofała się wstecz do swoich nastoletnich lat, że Gentry nigdy nie należał do najsympatyczniejszych, a uśmiech na jego ustach stanowił rzadki widok. Na szczęście Mia zajęta była wtedy albo swoją dziewczyną, albo chłopakiem, w zależności od tego, kto ją wtedy zainteresował bardziej. Była raczej typem towarzyskiego człowieka, nie bez powodu rozkręciła działalność szkolnego radiowęzła, szybko znajdując sobie też miejsce w samorządzie. Udowodniła sobie, ale też innym rówieśnikom, że wcale nie trzeba było być cheerleaderką na szczycie piramidy albo futbolistą, żeby osiągnąć sukces i coś znaczyć. Lubiła też mówić. I to dużo, ale wtedy, gdy ktoś w ogóle jej słuchał, wyrażał choćby cień nieśmiałego zainteresowania. Dlatego tak dużo opowiadała małej Callie, razem z nią tworzyła historie, które pomagały im choć na chwilę zapomnieć o tym, co działo się w rzeczywistym świecie. I lubiła mówić do mikrofonu, bo wtedy miała przed sobą albo po drugiej stronie linii żywo zainteresowanego rozmówcę. Mia lubiła dzielić się spostrzeżeniami, obserwować świat i uczyć się na własnych potknięciach, ale Ethan, ten młody, buntowniczy człowiek, jej to uniemożliwiał. Nie mogła do niego mówić, bo jej nie słuchał. Nie mogła go karać, bo miał ją w poważaniu. Nie mogła nic. Miała wrażenie, że musi przeczekać ten najgorszy okres, chociaż ciągnął się on od pogrzebu Whitakerów. Wypadek miał miejsce po Święcie Dziękczynienia. Pogrzeb odbył się chwilę przed Bożym Narodzeniem, które było zawsze hucznie obchodzone w ich rodzinie. W nowy rok weszli w okrojonym składzie, w ciszy i w zadumie. Poza Ethanem, który wrócił do domu dopiero drugiego stycznia.
    Martwiła się, zapisała piętnastolatka do terapeuty, ale co z tego, że nie przychodził na umówione wizyty. George, ojciec Mii, a dziadek chłopaka w ogóle nie reagował, pogrążony we własnej rozpaczy, bo nie dość, że sześć lat temu stracił żonę, tak teraz okrutny los pozbawił go ulubionego dziecka.
    Lubiła mówić. Martwiła się. I żadne z tych rzeczy nie miało znaczenia teraz, kiedy Ethan znikał z pola jej widzenia. Mogłaby go gonić, owszem, ale nigdy nie była zbyt dobra w bieganiu. Mogłaby rzucić w niego rozładowanym telefonem, ale istniało spore ryzyko, że ten nie sięgnąłby celu. Mogłaby krzyczeć za nim, ale nawet nie próbowała, bo zbyt ceniła sobie brzmienie swojego głosu, a krzyki i wrzaski nigdy nie były w jej stylu. Wbrew temu, co czuła, co sprawiło, że w jej wnętrzu zawrzało, pozostawała zaskakująco spokojna, choć swój gniew i bezradność postanowiła wycelować w Tannera, który przecież nie był odpowiedzialny za Ethana, jego stopnie w szkole i zachowanie.
    Mia przecież wiedziała, że Ethan tutaj bywał. Że w Jack’s Garage znajdował to, czego nie mógł znaleźć ani w domu, ani w szkole, dlatego nie protestowała, ale gdy dotarła do niej informacja o pieniądzach, zaczęła obawiać się tego, że nastolatek porzuci szkołę, co z pewnością nie ucieszyłoby jego rodziców. Mia zmarszczyła brwi, gdy Gentry się roześmiał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawym było, że poczuł się tak rozbawiony, kiedy ona poruszała poważne, przynajmniej z jej perspektywy, tematy. Mężczyzna mógł sobie nie zdawać z tego sprawy, ale jego słowa cięły skuteczniej niż dobrze naostrzony nóż. Choć pewnie wiedział, wiedział, że wcale nie był miły czy pomocny. Poczuła nieprzyjemny chłód, który obejmował jej wnętrzności, gdy dotarł do niej ich sens. Stała, nieco zbita z tropu i obserwowała, jak ręka Tannera sięga męskiego czoła, rozsmarowując na nim smar. Patrzyła, jak schylił się po szmatkę ciśnięta przez Ethana, a którą podnosił teraz Gentry. Patrzyła, jak skrupulatnie wkładał klucze na przeznaczone im miejsce.
      Och, gdyby tylko życie było tak proste, jak sprzątanie warsztatu…
      — Na cmentarzu? — odpowiedziała w końcu na jego zarzuty, które mogły być formą obrony, ale dotknęły ją do żywego, ale ku własnemu zaskoczeniu zarejestrowała, że na wspomnienie Colina i Jessie nie zadrżał jej głos. — Masz rację, powinnam pójść im powiedzieć, że spierdolili sprawę — mruknęła i już odwróciła się na pięcie, aby wyjść tam, skąd przyszła. Czekał ją długi spacer powrotny, ale wcale nie spieszyło jej się do domu. Miała wrażenie, że od grudnia postarzała się o kilka lat. Zrobiła kilka kroków w kierunku wyjścia, gdy jednak ostatecznie się zatrzymała, wsuwając rozładowany telefon do kieszeni jeansów. — Może… — zaczęła, wzdychając cicho. Palce sięgnęły kosmyka włosów, który wymknął się spod niedbałego upięcia. — Mógłbyś mi napisać, jeśli będzie się tu pojawiał? — spytała cicho, bo to, że Ethan nie zrezygnuje z tego miejsca, było więcej niż pewne.

      Mia Whitaker 🌸

      Usuń
  4. Prawdopodobnie, choć nie było to znowu tak pewne, Mia zapukałaby, gdyby miała wejść do cudzego domu. Warsztat, choć niewątpliwie stanowił prywatny teren, był dla niej jednocześnie otwarty, w końcu Tanner przyjmował w nim klientów, ale i zatrudniał pracowników, więc ludzie przewijali się w tym miejscu niemal bez przerwy. Prawdą było natomiast to, że Mia pojawiła się po standardowych godzinach pracy Jack’s Garage, ale nadal – weszła przez otwarte drzwi, nie szturmując żadnych zabezpieczeń, a i przecież miała powód. Towarzyszący jej niepokój, kiełkująca złość i bezradność, z którą nie potrafiła sobie poradzić, pchały ją do działania, a fakt, że dostrzegła Ethana we wnętrzu warsztatu, przyniósł jej ulgę. Ta natomiast szybko została przytłumiona gniewem, który bez trudu brał we władanie młodą kobietę, wyłączając przy tym rozsądek.
    Była jednak słaba. Jej złość nie była w stanie ukierunkować się bezwzględnie na zbuntowanego nastolatka, bo to przecież nie była wina młodego Whitakera, że tak niespodziewanie poukładane, dobre życie, które miał, legło w gruzach. Nie pomyślała nawet o tym, żeby przywitać się z właścicielem tego miejsca, chcąc za wszelką cenę sprowadzić, czy z jej bratankiem wszystko było w porządku. Nie było. Z nikim w ich rodzinie nie było w porządku, ale to Mia miała wrażenie, że odebrano jej prawo do przeżywania żałoby i czasami żałowała, że nie zgodziła się na propozycję siostry Jessie, która zaoferowała, że to ona zostanie prawnym opiekunem Callie i Ethana, pod warunkiem, że ci przeniosą się do Atlanty, gdzie kobieta mieszkała ze swoją rodziną. Mia jednak nie chciała, żeby dzieciaki jej brata przeżywały kolejną traumę, że po raz kolejny traciły grunt pod nogami. Mariesville było ich domem, mieli tu znajomych, Ethan nawet dziewczynę, o której słyszała jeszcze rok temu, choć teraz nie miała bladego pojęcia, co stało się z nieznajomą i czy ta nadal trwała przy nastolatku.
    Mia była miła. Tak zwyczajnie i po prostu. Każdego dnia była miła i wdzięczna, ale dzisiaj dała ponieść się nie tylko zmęczeniu, co złości i frustracji. Zdała sobie sprawę, że niepotrzebnie ukierunkowała ją na Gentry’ego, który był po prostu obcym facetem. Nie wiedziała o nim nic, poza tym, czego nasłuchała się z plotek, nie tylko tych sprzed kilku lat, ale i tych, które docierały do niej teraz. Miała nieodparte wrażenie, że Mariesville żyło tylko i wyłącznie plotkami. O niej też mówili. Niekoniecznie pochlebnie, bo przecież miała czelność wyjechać do Bostonu i zgrywać pańcię z wielkiego miasta.
    Gówno prawda, chciała im odpowiedzieć, ale nic takiego nie było w stanie wydostać się z jej ust. Mia faktycznie nigdy nie straciła tej małomiasteczkowej energii, nawet w wielkim i poniekąd przerażającym ją początkowo Bostonie była po prostu sobą – młodą dziewczyną, która wygodę stawiała ponad szokowanie, która nawet teraz ubrana była w ciemnozieloną bluzę z kapturem, a na nią narzuciła krótki, puchowy bezrękawnik. Proste jeansy i znoszone trampki dopełniały wiosennej kreacji damy. Whitaker była prostym człowiekiem i mimo poczucia braku jakiejkolwiek sprawczości, mimo opanowującej ją słabości, próbowała działać. Chciała sprawić, aby jej decyzja o zostaniu opiekunem prawnych dwojga nieletnich Whitakerów okazała się właściwa i warta jej poświęcenia.
    Uśmiechnęła się blado, gdy Tanner sprostował jej wypowiedź. Mało brakowało, a uroniłaby teraz łzę, ale wiedziała, że nie był to ani czas, ani miejsce na płacz. Przełknęła gulę, która rozrosła się w jej gardle i zamrugała kilkakrotnie, szybko, aby przegonić zbierające się pod powiekami łzy.
    — Moja wina… — mruknęła tylko cicho, odwracając na moment wzrok od mechanika. Jasnobrązowe, ciepłe oczy nie miały w sobie tych iskierek, którymi czarowała, które świadczyły o pogodzie ducha młodej kobiety. Może Ethan miał sporo racji w swoim zachowaniu, może faktycznie wszystko to, co się teraz działo, było winą jego ciotki – Mii Whitaker, która odebrała im możliwość lepszego życia w Atlancie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niewątpliwie musiała z nastolatkiem porozmawiać. Problem pojawiał się jednak w miejscu i w czasie realizacji tego założenia. Ethan jej unikał, a kiedy dochodziło między nimi do konfrontacji, była w zasadzie jednostronna i obarczona takim ładunkiem frustracji, że trudno było z niej cokolwiek wyciągnąć.
      Nie odpowiedziała mu nic więcej w tym temacie, czując tylko jak coś boleśnie ukuło ją w okolicy serca. Nie było to nic przyjemnego i właściwie pierwszy raz odkąd wróciła do rodzinnego miasteczka, pomyślała, że mogłaby umówić wizytę u terapeuty u siebie, a nie dla Ethana, ale myśl ta szybko wyparowała z jej głowy. Słysząc zaś jego krótkie mógłbym odetchnęła z ulgą.
      — No to czeeee… — urwała, gotowa opuścić warsztat. Właściwie chciała stąd wyjść jak najszybciej, nie musieć patrzeć na Tannera i jego niezadowolenie. Bo była przecież przekonana, że był niezadowolony. Czuła jednak na sobie jego spojrzenie i wbrew własnym oczekiwaniom, wcale nie było jej z tym niewygodnie. Sama w końcu skierowała uwagę na niego. Omiotła spojrzeniem sylwetkę mężczyzny i zdawała sobie sprawę, że był w pewnych cechach podobny do Colina. Równie wysoki, jeśli nawet nie wyższy, szeroki w barkach, a przy tym -- w przeciwieństwie do jej brata – sprawiał nieodparte wrażenie więcej niż nieprzystępnego. A mimo to, Whitaker zamiast iść dalej w kierunku wyjścia, poczyniła kilka kroków w jego stronę.
      — Podyktuję ci — oznajmiła. Łatwiej byłoby, gdyby to ona, czystymi dłońmi sięgnęła po swój telefon i zapisała numer Gentry’ego, puszczając mu potem jeden sygnał, ale… machnęła telefonem, wzruszając bezradnie ramionami. — Mój się rozładował, więc możesz potem coś napisać…? — Mia nigdy nie była bezczelna i nawet teraz, kiedy próbowała stawiać jakiekolwiek warunki albo o cokolwiek prosić, w jej nastawieniu pojawiała się ta typowa dla niej miękkość.
      Pierwszy odruch obronny, przeradzający się w atak, mógłby napawać ją wstydem, ale przecież dała mu się sprowadzić do pionu i zamilkła. Nie analizowała. Przecież to była jej wina. Posłała mu ten lekki, blady uśmiech, który nieśmiało kształtował się na jej ustach, czekając, aż Gentry będzie gotowy, aby zapisać (najważniejszy) numer Mii (w swoim życiu.

      Mia Whitaker 🌸

      Usuń
  5. Mia nie miała świadomości tego, jakie problemy miał w życiu Tanner. O chorobie jego matki słyszała tyle, o ile, bo w końcu w Mariesville mówiono o każdym i nikogo nie oszczędzano. Wiedziała, że Jack’s Garage funkcjonowało dobrze, że większość mieszkańców oddawało samochody i inne maszyny właśnie tutaj, bo Tanner i jego ludzie zwyczajnie robili dobrą robotę. Może dlatego dotarło do niej, że przebywanie Ethana akurat w tym miejscu, nie było wcale takie złe. Nie miał tutaj dostępu do alkoholu i narkotyków, a po prostu do pracy. Uczył się pewnej kultury, skoro nie miał tutaj problemu z tym, aby sięgnąć po szmatę i wytrzeć podłogę, co wynikało bezpośrednio ze słów Gentry’ego. W domu Ethan nie sprzątał, nie umiał nawet wynieść śmieci, a do jego pokoju drzwi pozostawały zawsze zamknięte. W byciu mechanikiem samochodowym nie było nic złego, młody Whitaker nie musiał iść na studia, mógł po skończeniu ogólniaka złapać fach w ręku i zarabiać prawdziwe pieniądze, a nie tylko kid money.
    Mia odebrała od Tannera jego komórkę i zaczęła wprowadzać swój numer, kiedy dotarła do niej istota słów mężczyzny. Zadarła nieco głowę, przechyliła ją i uniosła brew, patrząc na niego co najmniej tak, jakby widziała go pierwszy raz w życiu. Ostatnim czego spodziewała się po Gentrym, to właśnie te przeprosiny. Nie brzmiały jednak ani nieszczerze, ani tak, jakby je na sobie wymuszał. Jedyne, co przyszło jej teraz do głowy, to… wzruszenie ramionami i opuszczenie spojrzenia na wygasający powoli telefon, szybko i chaotycznie machnęła palcem po ekranie, wychodząc z opcji klawiatury, przez co musiała od nowa zacząć wprowadzać swój numer. Dłonie jednak jej drżały, jakby coś nie pozwalało jej na to, aby pozostać obojętną na słowa Tannera. Westchnęła i znowu zawiesiła palec nad wyświetlaczem, po wprowadzeniu ledwie trzech cyfr.
    — Daj spokój — odezwała się w końcu, znowu odważając się na niego spojrzeć i w tym momencie ich spojrzenia zwyczajnie w świecie się ze sobą skrzyżowały. Nie była w stanie wystarczająco godnie przyjąć tych przeprosin, choć skłamałaby, gdyby przyznała, że nie zrobiły na niej wrażenia. Bo zrobiły. Jej serce zabiło mocniej, bo odkąd Colin i Jessie zginęli w wypadku, to ona wiecznie wszystkich przepraszała. Mało brakowało, a wydawałoby się jej, że będzie przepraszać za to, że oddycha, a kiedy chciała tam wszystkim rzucić w cholerę, to przed oczami pojawiała się uśmiechnięta buźka małej Callie.
    — Nie wychodzi mi to zbyt dobrze — przyznała nagle, a telefon Tannera w jej dłoni w końcu zgasł. Wyświetlacz przestał rzucać światło na jej buźkę, a ona niczym niewzruszona ciągle na niego patrzyła. — To całe… moje zdanie — dodała, pozwalając sobie przy tym na krzywy uśmiech. Dawała dupy. Zdecydowanie. Nie radziła sobie. Ostatnio miała wrażenie, że nie radziła sobie ze zbyt wieloma rzeczami. — Ale to co… ty… no, wiesz… — westchnęła, kręcąc lekko głową. — Wolę, żeby Ethan spędzał czas tutaj niż w jakiejś melinie — przyznała. — Jeśli chcesz mu płacić i to dla ciebie nie problem, to rób to… — mówiąc to, uśmiechała się przy tym ciepło i delikatnie. Nie umiała przecież inaczej. — Nie wychodzi mi nawet to… — jęknęła z zażenowaniem, kiedy w końcu spojrzała na telefon. Wyciągnęła urządzenie znowu w jego stronę. — Mógłbyś? — spytała niepewnie, bo to przecież w jej interesie i w interesie Ethana, który pozostawał pod jej opieką, było wklepanie jej numeru telefonu w komórkę Tannera. Powinno jej na tym zależeć i zależało, bo nawet jeśli nastolatek miał stracać się na długie godziny, to wolałaby wiedzieć gdzie jest i co robi, a nie alarmować za każdym razem szeryfa.
    — Wolałabym, żeby to zdanie nadal należało do Jessie i Colina — mruknęła nagle, mimo wszystko zaciskając nieco mocniej palce na telefonie, który przecież nie należał do niej. Miała pewne obawy, jak będzie sobie radziła nadal, wiedziała, że zawsze można było sądownie zmienić decyzję i pieczę przekazać siostrze Jessie. Wolałaby tego nie robić, choćby ze względu na Callie, ale nie mogli rozdzielić rodzeństwa. Nikt by przychylnie na to nie patrzył.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jej wyznanie nie mogło mieć większego sensu, bo chyba każdy wolał, aby Whitakerowie pozostawali przy życiu. Zdarzało się nawet, że podczas porannych audycji, które prowadziła w Mariesville Radio, ktoś dzwonił podczas czasu antenowego, aby złożyć jej kondolencję. Było to o tyle niewygodne, że nie mogła zostawiać tych słów bez żadnej reakcji. Teraz zaś czekała na reakcję Gentry’ego, ciekawa, kiedy mechanik straci do niej cierpliwość.

      Mia Whitaker 🌸

      Usuń
  6. Parsknęła krótkim śmiechem, gdy dotarły do niej słowa Gentry’ego. Nie był to jednak przesadnie dźwięczny i wyjątkowo rozbawiony śmiech, raczej krótkie prychnięcie, w którym można było doszukiwać się oznak wesołości, kiedy Mia ostatecznie skupiła się na wyświetlaczu telefonu należącego do Tannera. Wbiła swój numer, utworzyła nowy kontakt, który podpisała nie inaczej jak Mia Whitaker, a potem wysłała do siebie krótką wiadomość o treści TG. Jej rozładowany telefon nie dawał żadnych oznak życia, ale wiedziała, że jeśli tylko podłączy aparat do prądu, będzie mogła zapisać sobie numer Tannera. Nie było to nic dziwnego, prawda? Wymieniali się numerami ze względu na dobro nastolatka, zbuntowanego Ethana Whitakera, który nie radził sobie po śmierci rodziców.
    Ale czy mogła mu się dziwić? Sama przeżyła odejście matki wyjątkowo ciężko. Brała wtedy leki na uspokojenie i bardzo długo chodziła zwyczajnie przygnębiona. Gdyby nie obecność Colina i Jessie, którzy wzięli na swoje barki przygotowanie pogrzebu, skromnej stypy i załatwili wszystkie formalności, nie była pewna, czy to wszystko wyglądałoby tak dobrze. Po odejściu brata i jego żony, Mia musiała zająć się wszystkim sama. Czekać na raporty koronera, ruszyć do pastora, do urzędu i nie mogła wtedy uronić ani jednej łzy. Jednocześnie z tyłu głowy miała myśl, że w domu czeka na nią Callie i Ethan. Mia zwyczajnie nie miała czasu na żałobę, a mimo tego, że w ciągu ostatnich lat jej relacja z bratem uległa ochłodzeniu. Prawdą jednak było to, że każda śmierć coś kończyła, ale też zaczynała. Miało to miejsce w przypadku śmierci starego Gentry’ego, z czym borykał się Tannera i jego matka, ale też w przypadku śmierci pani Whitaker.
    Matka Mii zostawiła za sobą całą masę ciepłych wspomnień i zapoczątkowo stopniowe znikanie własnego męża. George był nieznośny już kiedyś, nigdy nie był szczególnie troskliwym i ciepłym ojcem czy dziadkiem, ale po utracie swojej ukochanej Sookie stracił z pola widzenia tę osobę, która czyniła go lepszym. Miłość rodziców Mii była dla niej zagadką. George nigdy nie był zbyt wylewny, był typowym mrukiem, a Sookie stanowiła jego przeciwieństwo.
    Jessie i Colin zostawili po sobie rozkopany dom. Dosłownie. Stary dom Whitakerów wymagał gruntownego remontu i Colin, korzystając ze swoich zdrowych rąk, a Jessie z faktu, że była projektantką wnętrz, odświeżali nieruchomość. Robili to od dwóch lat, wyremontowali ledwo kuchnię i salon, a cała reszta była albo na etapie przygotowania, albo tknięte jedynie zębem czasu. Mia mogłaby mieć dostęp do projektów Jessie, bo te były na wciąż nietkniętym laptopie, w nietkniętej sypialni głównej na parterze domu. Mia próbowała jednak malować ściany, przyklejać listwy przypodłogowe, ale najgorsza w tym wszystkim była ogrodowa altanka, która niemal waliła jej się na głowę, zapomniana przez wszystkich.
    Zostawili też po sobie kredyt zaciągnięty na remont, środki zamrożone na koncie i brak możliwości jakiegokolwiek ruchu, bo wciąż czekali na wypłatę ubezpieczenia. Ubezpieczalnia jednak robiła wszystko, aby winę za wypadek zrzucić na prowadzącego wtedy Colina. Mieli do przeżycia oszczędności Mii z Bostonu, jej śmieszną pensję z tutejszego radia i emeryturę ojca. Nic nie było takie, jak powinno być.
    Zablokowała telefon Tannera i odłożyła go na warsztatowy stół, skoro mężczyzna miał dłonie w kieszeni spodni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Dzięki, Tan — mruknęła tylko, odrobinę pokrzepiona tym, że mechanik nie robił jej problemów i zgodził się jej pomóc, nawet jeśli to miałyby być tylko krótkie wiadomości co parę dni o tym, że Ethan jest bezpieczny w Jack’s Garage. — Pewnie kiedyś się ułoży — przyznała jednak po chwili, choć co do tego nie była przekonana. Wsunęła dłonie do tylnych kieszeni jeansów. Zabujała się na swoich stopach.
      Musiała być w ruchu, wtedy łatwiej było rozładować jej napięcie, wtedy nie drżały jej taki dłonie, bo nie było to ani wyrazem lęku o telefon, ani zimnem. Po prostu układ nerwowy młodej Whitaker był już dawno w strzępach, nie sypiała ani zbyt dobrze, ani wystarczająco długo. Praca w lokalnej rozgłośni bardziej ją męczyła niż radowała.
      — Pójdę już — uśmiechnęła się delikatnie, zerkając na niego z czymś, co zaczynało przypominać wdzięczność. — Dzięki za pomoc — dodała w końcu, wyciągnęła dłonie z kieszeni, odgarnęła kosmyk włosów za ucho, bo nieustannie się stamtąd wymykał. — Do zobaczenia — powiedziała, nawet nie wiedząc, skąd się w niej wzięło to przeświadczenie, że będą jeszcze mieli kiedykolwiek powód, aby się znowu zobaczyć.

      Mia Whitaker 🌸

      Usuń
  7. Mia opuściła warsztat Tannera nieco bardziej spokojna. Wierzyła mu na słowo, że będzie ją informował o pobycie Ethana w jego przybytku i tak też było, właśnie najczęściej wtedy, gdy młoda Whitaker nie wiedziała, gdzie podział się jej bratanek. Zauważyła, że dzięki temu nie jest tak nerwowa, a nawet oddycha z ulgą, gdy miała świadomość, że nastolatek jest bezpieczny i nie robi głupstw.
    Nadal jednak nic nie było takie, jak powinno. Mia odpisywała Gentry’emu najczęściej emotkami. Albo zwykłym uśmiechem, albo tym z oczkiem, albo krótkim thx, albo czasami kciukiem uniesionym w górę. Nie czuła potrzeby, aby wdawać się z mechanikiem w dyskusję, skoro wiadomości tekstowy między nimi wyglądały niczym czysty kanał informacyjny. Ethan w warsztacie. — Dzięki, bez odbioru. Jej relacja z Callie ciągle była prawidłowa, ojciec odzywał się trochę częściej, ale to też wszystko zależało od dnia, a Ethan był Ethanem. Może dlatego Mia, z całym tym naręczem problemów, nie mogła nie roześmiać się w głos, kiedy na wyświetlaczu jej telefonu pojawiła się twarz Gentry’ego i mało nie odesłała mu swojej, gdy ten jednak napisał, że to pomyłka. A szkoda, pomyślała. Zdziwienie mieszało się z rozbawieniem, a ona nawet mu nie odpisała, po prostu tym klasycznym kciukiem zareagowała na samo zdjęcie, co mogło Tannerowi zwyczajnie umknąć.
    Nic nie było takie, jak powinno. Nawet w to piątkowe popołudnie, kiedy Elizabeth Stone, siostra Jessie, przyjechała swoim nowiusieńkim Lexusem pod rozpadający się dom Whitakerów. Przepaść między rodziną Mii, a świetnie prosperującą prawniczką korporacyjną z Atlanty, była ogromna. Mia nie opuszczała jednak gardy, choć przy olśniewającej, nieco ponad czterdziestoletniej platynowej blondynce, które włosy ułożone idealnie, ścięte na długość klasycznego boba tworzyły idealną ramę dla owalnej buzi kobiety sukcesu. Elizabeth mimo drogiego samochodu, markowych ubrań i fryzury zapewne codziennie układanej przez fryzjera, nie była nadąsana. Uśmiechała się zupełnie naturalnie, a to świadczyło o tym, że jej twarz nie jest efektem zabiegów upiększających ani żadnych wypełniaczy. Pierwsze zmarszczki pojawiały się przy ustach i w kącikach oczu, czyniąc z niej po prostu pięknego człowieka. Mia nie mogła jej nienawidzić, bo Betty, jak kazała się tytułować siostra Jessie, była zwyczajnie sympatyczna dla ludzi, którzy byli jej bliscy. Ethan zdawał się wręcz lgnąc do ciotki, która była niesamowicie podobna do swojej zmarłej siostry, w przeciwieństwie do Mii, która i przy Jessie, i przy Betty, była zwykłą małomiasteczkową, szarą myszką w bluzie z kapturem i legginsach poplamionych domestosem. Callie nie chciała jechać na weekend do Atlanty, chciała zostać z Mią i odmalowywać altankę, choć Mia wiedziała, że samo pomalowanie nic nie da, że powinna zamówić nowe deski i wymienić albo chociaż wzmocnić konstrukcję. Callie dała się skusić obietnicą McDonalda w drodze do Atlanty i w drodze powrotnej do Mariesville w niedzielę wieczorem oraz wizją, że czeka na nią nagrany Zwierzogród 2 i cała miska kwaśnych żelek, których była fanką. Mia puszczała te dzieciaki z ciężkim sercem i myślą, że może tam, w Atlancie, u boku zaradnej, bogatej i imponująco sympatycznej ciotki, byłoby im lepiej. A co gorsze – Betty wydawała się o wiele bardziej ogarnięta niż Mia, która goniła Lexusa przez kilkanaście metrów, wymachując pluszowym królikiem, bez którego Callie nie potrafiła zasnąć. Może znowu nie była taka najgorsza?
    Została sama, kiedy George oznajmił, że idzie na partyjkę pokera do przyjaciół z dawnych lat i wcale nie umknęło jej uwadze, że wziął jedną z butelek domowego bimbru, który dostali od Henry’ego – najlepszego kumpla Colina. Została sama.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyciągnęła jedną z zakorkowanych butelek i wlała część jej zawartości do szklaneczki. Popijając mocny, palący przełyk alkohol, ogarnęła dom, upewniła się, że w sypialni Ethana nie wykiełkowało nowe życie, pościeliła łóżko księżniczki w pokoju Mii i klapnęła w końcu na kanapie w salonie, spoglądając na butelkę z bimbrem, która patrzyła na nią zapraszająco. Ostatnim, czego chciała Whitaker to picie do lustra, dlatego błyskawicznie podjęła decyzję o tym, że pierwszy raz od pogrzeby brata i bratowej, odwiedzi The Rusty Nail. Wzięła szybki prysznic, poplamione legginsy wymieniła na czarne, dopasowane jeansy i nawet zrezygnowała z wysłużonych trampek, ubierając botki na niewysokim obcasie, te zgrabnie obejmowały jej kostkę, dodając jej nieco centymetrów. Ubrała jasnobłękitną koszulę, a na nią narzuciła skórzaną ramoneskę. Rozpuściła włosy i nawet pozwoliła sobie na makijaż, a kiedy przed wyjściem zerknęła w lustro, musiała przyznać, że po prostu wyglądała dobrze. Jak kobieta, a nie szara myszka.
      W The Rusty Nail wędrowała od stolika do stolika, rozmawiając z dawno niewidzianymi ludźmi, ale też z tymi, którzy lubili przewijać się przez dom Whitakerów. Po jednej z takich rozmów szła właśnie do baru, po kolejnego drinka albo piwo – sama nie wiedziała, na co ma ochotę. I może gdyby była bardziej skupiona na drodze, to nie wpadłaby na coś twardego. Cofnęła się o krok i dopiero gdy uniosła głowę, koncentrując spojrzenie na swojej ofierze, rozpoznała w mężczyźnie Tannera.
      — O. — Okrąglutki, miękki wyraz zdziwienia wyrwał się z jej ust, gdy zacisnęła mocniej palce na pustej szklance po piwie. Uśmiechnęła się. Szeroko i ładnie, bo nie było to trudne, kiedy była już stosunkowo wstawiona, a z tyłu głowy nie miała myśli, że czekają ją jakiekolwiek problemy czy obowiązki. Dzieci był bezpieczne, w końcu Betty napisała jej wiadomość, dołączając do tego zdjęcie roześmianej Callie i Mia musiała wtedy poczuć coś, czego nie czuła nigdy wcześniej – zazdrość. Może dlatego upijanie się szło jej tak całkiem dobrze. I miło. Bo było jej miło, nawet z widokiem Gentry’ego przed swoimi brązowymi oczami.
      — Dawno mi nic nie wysłałeś — odparła, choć nijak się to miało do zadanego przez mechanika pytania. A może właśnie miało? Zaśmiała się i uniosła szklankę. — Idę po picie. A ty? Co pijesz? — Bez żadnego skrępowania, sięgnęła po butelkę z piwem, którą trzymał Tanner, ale przecież chciała sprawdzić tylko etykietkę. Wcale nie miałą zamiaru go opijać, prawda?

      Mia Whitaker 🌻

      Usuń
  8. — Jestem nieśmiała — odparła cicho, gdy bez większego zastanowienia Tanner odpowiedział na jej zarzut. Posłała mu przy tym lekki uśmiech. Zdecydowanie była bardziej rozluźniona niż wtedy, gdy spotkali się, nie tak dawno temu, w warsztacie Gentry’ego. Wtedy była wystraszona, spięta i sfrustrowana. Dzisiaj miała swój wieczór. Ubrała się, umalowała i upiła, chociaż jeszcze niewątpliwie trzymała się na nogach. I chociaż nigdy nie była nieśmiała w ogólnym znaczeniu tego słowa, bo wyjście do ludzi i przemawianie do nich nigdy nie stanowiło dla niej problemu, tak każda pierwsza, a nawet i druga randka, ją stresowała. Mia nie do końca dobrze radziła sobie w relacjach romantycznych lub quasi-romantycznych, nie była – a przynajmniej tak jej się wydawało – przesadnie wylewna, nie była też urocza w ten sposób, w jaki bywały słodkie dziewczyny, ale nie była też kusząco wyzywająca, jak te kobiety, które znają swoją wartość. Mia Whitaker po prostu była. Nie dostała jeszcze szansy od życia, aby odkryć oblicze swojej kobiecości. Była w kilku związkach, przed wypadkiem Colina rozpoczęła kolejny i czuła się w nim dobrze, ale nie dostrzegała do tej pory w oczach swoich partnerów lub partnerek tego błysku, o którym rozpisywano się w romansach.
    — Ale możesz czasami wysłać mi coś od siebie — zauważyła. Było to niespodziewane nawet dla niej. Chociaż gdyby miała się nad tym głębiej zastanowić, to nie do końca. Większość jej znajomych ze szkoły albo miała już rodziny, albo żyła poza granicami Mariesville. Była jednak też grupka młodych dorosłych, którzy umawiali się co weekend na piwo w The Rusty Nail albo na inne grupowe aktywności, ale Mia nie czuła się w ich towarzystwie komfortowo. Patrzyli na nią inaczej. Ze współczuciem, nie żartowali przy niej tak swobodnie, jak choćby teraz, bo głośny wybuch zmasowanego śmiechu mógł dotrzeć do uszu Mii i Tannera, którzy stali oddaleni o kilka metrów od sporego narożnika zajmowanego przez znajomych Whitaker. Mia zostawiła przyjaciół w Bostonie. Pisała regularnie z Gemmą, która nie chciała odpuszczać kontaktu, ale ten z miesiąca na miesiąc był jednak coraz rzadszy. Pisała z Freddym, który niemal codziennie wysyłał jej pocztówkę z Bostonu. Pisał do niej też Alex. Tęsknił. I prosił o fotki cycków. Zarzucał, że złamała mu serce i przez nią nie może znaleźć sobie dziewczyny, a potem dorzucał, że fotka tyłka w tych czarnych, koronkowych majtkach też będzie okej. Tego ostatniego Mia ignorowała, nawet jeśli zdarzało mu się wysłać selfie znacznie gorszego typu niż to, któe wysłał jej Gentry’ego.
    — Tylko następnym razem nie możesz ruszać telefonem, bo wyszło strasznie rozmazane — poinstruowała go, a uśmiech na jej buzi stał się zwyczajnie szerszy, a gdy już zacisnęła palce na butelce Miller Lite, którą kupił sobie Tanner, uśmiechnęła się jeszcze pełniej.
    Zrobiła łyk piwa i oddała mu butelkę. Piwo faktycznie było lekkie w smaku, pozbawione tej goryczki, która najczęściej sprawiała, że Mia kończyła picie piwa na jednej butelce, bo im bardziej było wygazowane, tym mniejsza miała na nie ochotę.
    — Dobre, też chcę… — zadecydowała i już miała minąć Tannera, i ruszyć w kierunku baru, przy którym kłębiła się grupa świeżo przybyłych klientów. The Rusty Nail niewątpliwie przyciągało lokalsów, ale ludzi z pobliskich wiosek. Muzyka na żywo, świetne jedzenie i przystępne ceny były wabikiem, a stoły do bilarda i tarcze do darta stanowiły tylko dodatkową atrakcję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Nie — odpowiedziała na jego pytanie, chociaż przecież było jawnym kłamstwem, bo nikt tutaj Mii nie zaprosił. Po prostu przyszła, próbowała rozmawiać z ludźmi, próbowała żyć normalnie, nie myśleć przez chwilę o Callie i Ethanie, ale też nie myśleć o Colinie i Jessie. Ten jeden wieczór chciała myśleć tylko o sobie, a choć było to samolubne, to była przekonana, że każdy miał prawo do tego egoizmu. — Z tobą — dodała, nawet jeśli w tyle jej głowy pojawiła się myśl, że to on mógł z kimś tutaj przyjść, to nie czuła, aby powiedziała coś nie tak. — Chyba że… — urwała, dając mu jednak możliwość wyboru i minęła go, ruszając w kierunku tego baru, aby spróbować się przecisnąć przez to całe towarzystwo i zamówić sobie piwo.

      Mia Whitaker 🌻🍺

      Usuń
  9. Tanner Gentry mógł być pewien, właściwie mógłby być boleśnie przekonany o tym, że gdyby Mia Whitaker nie wlała w siebie już kilku różnych napojów mających w swoim składzie słodkie procenty, to pewnie nigdy nie rzuciłaby propozycji, aby ten wysłał jej coś od siebie. A tym bardziej nigdy nie rzuciłaby propozycji dotyczącej wysłania jej selfie faceta, którego… ledwo znała. Owszem, kojarzyła Gentry’ego jako kumpla swojego starszego brata, ale dziesięć lat różnicy skutecznie eliminowało Mię z zainteresowań chłopaków, a ich wykluczało jako obiekty westchnień młodej Whitaker, kiedy ta jeszcze otwarcie do kogoś, na szkolnych korytarzach, wzdychała. Kiedy Colin i Gentry mieli ponad dwadzieścia lat, a więc mieli pełne prawo do tego, aby nazywać się dorosłymi i pić legalnie alkohol, Mia wkraczała w swoją własną fazę buntu i zaczynała nadawać w szkolnej radiostacji. Przepaść, w tamtych czasach, była między nimi nie do zniesienia, co nie zmieniało faktu, że Mia nie pałętała się pod nogami starszego brata. Pałętała się. Oczywiście, że była małym upierdliwcem, a że innego rodzeństwa nie miała, a pierwsze dziecko Colina przyszło na świat, gdy Mia była jeszcze w wieku nastoletnim, to przywiązana była do niego bardzo mocno. Ich relacja miała swoje wzloty i upadki, ale Mia zwyczajnie podziwiała Colina. Była w niego zapatrzona i czasami psioczyła na brata, to jednak gotowa była wskoczyć za nim w ogień. Może dlatego wróciła do Mariesville i postanowiła zaopiekować się jego dziećmi. Może.
    Mia jednak mogła mieć też dziesiątki innych powodów do powrotu, ale nie trudno było połączyć jej pojawienie się w Mariesville ze śmiercią brata i Jessie. Ludzie nie byli ślepi. I ludzie mieli długie jęzory, a lekko wstawionej Mii było już naprawdę wszystko jedno. Tanner Gentry wydawał się być w porządku, dopóki się nie odezwał.
    Zatrzymała się, odwróciła przez ramię i zmarszczyła brwi, posyłając mu groźną minkę. Minkę, bo trudno było jej zachować powagę i udawać faktycznie oburzoną słowami mężczyzny.
    — Śmiało, proszę, nie krępuj się — odpowiedziała, gdy Tanner oznajmił najbliżej zlokalizowanym ludziom, że Mia Whitaker wystroiła się właśnie dla niego, a on postawi jej piwo. Mia przesunęła językiem po swoich ustach i wskazała mu dłonią bar. Był od niej wyższy, lepiej zbudowany i na pewno miał w sobie coś, co kazało rówieśnikom Mii, którzy rozwalili się przy ladzie, ustąpić mu miejsca.
    Nim tam jednak dotarli, kolejne słowa Gentry’ego wprawiły ją w niemałe osłupienie. Była wstawiona, w jej głowie przyjemnie szumiało, otoczeniu brakowało stabilizacji obrazu, a sama Mia miała problem, żeby się nie uśmiechać, co było przyjemną odmianą na to, co prezentowała na co dzień. Musiała zmrużyć oczy, żeby lepiej go słyszeć. Naprawdę! Nagle zrobiło się wokół niej zbyt głośno.
    — C-c-oo? — zdołała wydukać tylko tyle, bo przecież nie spodziewała się takiego obrotu spraw. Że niby dlaczego miałaby z nim wyjść? I dokąd? I skąd w ogóle takie pomysły? He? — He? — powtórzyła na głos, w ogóle nie zdając sobie sprawy z tego, że to robi. — A o której planujesz wyjść? — spytała głupio. Mogła zadać mu tak wiele pytań, przeróżnych pytań, mogła użyć tego mistycznego uroku, którym władały kobiety, ale nie wiedziała nawet, gdzie się go włącza. Mogła kontynuować tę przedziwną namiastkę flirtu, nawet jeśli była zupełnie nieplanowana i wynikała tylko i wyłącznie z głupoty samej Whitaker.
    Ruszyła za nim, korzystając z odrobiny luzu, którą dla nich wygrodził wśród tych wszystkich klientów The Rusty Nail, a potem zgrabnie wślizgnęła się przed niego i stając bokiem do wysokiej lady. Ta sięgała jej niemal pod pachę, ale Mia dostrzegała wszystko, co było wystawione na wiszących półkach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Miller lite — zadecydowała bez wahania i spojrzała na Tannera, który więcej niż chętnie, w odczuciu lekko pijanej Whitakter, zapłacił za jej napój. Czekając, aż barmanka otworzy butelkę i postawi ją na barze, Mia zerknęłą na Tannera.
      — Naprawdę ładnie wyglądam? — spytała i ot, niby to od niechcenia sięgnęła do kosmyka brązowych włosów, odgarniajac go za ucho. Brązowe oczy nie unikały patrzenia na Gentry’ego, wręcz przeciwnie, była w niego zapatrzona, przynajmniej na tę chwilę, dopóki nic jej nie rozpraszało.

      Mia Whitaker 🌻🍺

      Usuń
  10. Mia nie lubiła plotek, zwykle sama ich nie rozsiewała, a jeśli już to robiła, to zupełnie nieświadomie. Nie lubiła wścibstwa i nigdy wścibska nie była, może stąd jej trudności w ujarzmieniu Ethana, który poczuł brak stanowczości z jej stron i uznał, że może robić wszystko to, co nie podobało się ciotce. Może była zbyt młoda, a dekada różnicy między nim a Mią nie robiła na nim żadnego wrażenia. Może po prostu nie była stworzona do tego, aby wychowywać dzieci, zwłaszcza cudze, bo też nigdy nie myślała nawet o posiadaniu swoich. Jedna z bostońskich znajomych przyznała, że to się pojawi, gdy tylko spotka odpowiednią osobę, z którą będzie chciała powołać nowe życie. Dla Whitaker było to abstrakcyjne w podobnym stopniu, jak wydarzenia w serii książek o młodym czarodzieju. Teraz jednak miała Callie, która potrafiła być najsłodszą przylepą na świecie i Ethana, który potrafił być największym dupkiem w Mariesville.
    Dlatego Mia nie lubiła plotek, bo te o jej rodzinie trafiały do niej z zaskakującą łatwością, a to sąsiadki skarżył się na opryskliwość Ethana i próbowały wcisnąć mu w usta skręty, a to Callie w zerówce wyrwała kłębek włosów koleżance, a to jej ojciec przebijał z nudów opony w samochodach, a to Mia biła dzieci swojego brata i sprowadzała na noc podejrzanych typów, choć sama Whitaker nie pamiętała żadnego typa, bo ostatniego sprowadziła w wieku osiemnastu lat, przed wyjazdem do Bostonu. A może dlatego powinna była dzisiaj utrzeć nosa plotkarom i dać im prawdziwy powód do plotek? Być może te stare raszple wcale nie przychodziło o tej godzinie w piątek do The Rusty Nail, ale Mia była pewna, że ktoś z obecnych zwyczajnie w świecie im doniesie albo uruchomią czujki wzdłuż ulic Mariesville, a czujki będą wyglądać zza firanek i notować godziny powrotu.
    Whitaker lubiła Mariesville, nigdy nie uważała inaczej. Lubiła tutaj wracać, a choć ostatni powrót okazał się bolesny, cieszyła się z dzisiejszego wieczoru w The Rusty Nail, a musiała przyznać sama przed sobą, że ten był lepszy, odkąd wpadła na Tannera. Mogła w końcu porozmawiać z kimś, kto nie widział w niej tylko i wyłącznie żałobnicy, a że do pewnych działań i do wypowiadania pewnych zdań pchał ją alkohol, wszystko było zaskakująco przyjemne.
    Nie była jednak pewna, czy niewypowiedzianymi sugestiami Gentry’ego powinna się przejąć, oburzyć i wrócić do towarzystwa, od którego uciekła. Tanner jednak faktycznie ani nie miał brzydkiej gęby, ani brzydkiego ciała i nawet jeśli pod maską całkiem przystojnego faceta skrywał oblicze rasowego dupka, nie dał odczuć tego Mii. Nie uważała go za złego człowieka ani tym bardziej za typa spod ciemnej gwiazdy. Nie miała żadnych powodów do tego, aby tak go oceniać. Nie słuchała przecież plotek zbyt uważnie, a to, że kręcił interesy z niebezpiecznymi ludźmi puszczała mimo uszu, bo nie wierzyła w ten spisek godny scenariusza filmu akcji.
    — Jak nam się znudzi… — powtórzyła po nim, szczególny nacisk kładąc właśnie na to nam, które nijak nie pasowało jej do niej i do Gentry’ego. Ale mimo pewnych wątpliwości, które podsuwała jej głowa, brnęła w to dalej. Czuła na sobie spojrzenia kilku mężczyzn, którzy pewnie myśleli, że dokonała złego wyboru, stając w barze obok Gentry’ego i to jemu pozwalając postawić sobie piwo.
    Zadarła nieco buźkę, obserwując to, jaką ścieżką podążały jasne oczy mężczyzny, dostrzegała to, jak przechylał głowę, a uśmiech nie znikał z jej ust. Barmanka postawiła przed nią butelkę z piwem, a na brązowym szkle pojawiły się kropelki wody. Mia, nie odrywając spojrzenia od Tannera, przyjęła komplement, wymuszony jej pytaniem, skinieniem głowy. Palce ręki, która opierała się o barową ladę, zacisnęły się na piwe, a chłód prędko przeniknął przez delikatną skórę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I już miała przerwać tę grę spojrzeń i ruszyć dalej, szukając sobie dogodnego miejsca, gdy mechanik dokończył wypowiedź w sposób, którego w ogóle się nie spodziewała. Palce mocniej zacisnęły się na butelce, a ona potrząsnęła głową. Serce uderzyło mocniej, a te kilka razy rezonowały w jej klatce piersiowej. Nie spodziewała się tego, że Tanner będzie pamiętał to, w czym ubrana była wtedy, gdy szukała w jego warsztacie Ethana.
      — Gentry… — mruknęła tak, jakby zaczynała go strofować. — Bo jeszcze pomyślę, że mnie podrywasz — dodała, ale już nieco łagodniej, znowu z tym uśmiechem, który sięgał czekoladowych oczu, znowu obracając to wszystko w żart, bo tak przecież było najłatwiej. Przyciągnęła butelkę i zrobiła łyk piwa, a ktoś za jej plecami akurat rozpychał się tak bardzo, że wbił jej łokieć między łopatki, a ona zmuszona była zmniejszyć odległość między nią a Tannerem.

      Mia Whitaker😏

      Usuń
  11. Mia niespecjalnie reagowała na plotki i pomówienia, które dotykały bezpośrednio jej osoby. Mogłaby, bo w końcu nie tak dawno wróciła do Mariesville jako córa marnotrawna, a to wiązało się z tym, że siłą rzeczy historie dotyczącej Whitaker generowały się same. Te krążące wokół pogrzebu Colina i Jessie, wokół jej ojca, który nie radził sobie wpierw ze stratą żony, a potem syna. Te, które krążyły wokół dzieci brata Mii. Ale też te, które były bezpośrednio związane z nią. Ostatnio, kiedy tankowała forda ojca, dowiedziała się, że śmierć Colina była tylko pretekstem do tego, aby uciec z Bostonu. A powód ucieczki był prosty: złamane serce. Czasami zastanawiała się, co musiało tlić się w głowach tych paskudnych plotkar, aby były w stanie stworzyć takie, a nie inne historie. Mia dużo mówiła. Od zawsze dużo mówiła, ale nigdy nie tworzyła historii, które mogłyby skrzywdzić innych. Opowiadała, streszczała wydarzenia, przeprowadzała rozmowy. Jej buzia potrafiła się nie zamykać, a kiedy tak się zdarzało – ona sama odczuwała niemal niepokojącą, na pewno niewygodną ciszę.
    Oczywistym było, że przycichła, kiedy straciła brata, kiedy stała na cmentarzu w Mariesville nad podwójnym grobem i żegnała dwie bliskie sobie osoby. Miała wtedy wrażenie, że było tam bardzo ciasno, że zjechała się ich rodzina, rodzina Jessie i niemal całe miasto. Widziała tam też osoby z Camdem, z biura, w którym pracowała jej bratowa. Widziała wiele osób, które zwykle się nie angażowały w życie sąsiedzkie, a na pogrzebie Colina się pojawili. Mia nie czuła się wtedy dobrze, nafaszerowana lekami na uspokojenie, liczyła tylko na to, że stypa szybko się skończy. Chciała, żeby się skończyła, a potem z ulgą powitała, że w ich domu została siostra Jessie, bardziej opanowana, po prostu lepsza. Zajęła się dziećmi, jej mąż ojcem Mii, a młoda Whitaker mogła się zamknąć w swoim starym pokoju i pić. I spać. Nie miała siły na żadne interakcje i wieczór po pogrzebie był jedynym czasem, gdy myślała tylko o sobie.
    Od tamtego czasu na pierwszy plan wysuwali się bratankowie, skutecznie zapominała o sobie, dlatego ten wieczór, ten wypad do The Rusty Nail, buty na obcasie, ładna koszula i obcisłe spodnie, delikatny makijaż i włosy, których dotknęła szczotka – to wszystko pozwalało jej się znowu poczuć kobieco. I dobrze. Być tą Mią, którą ostatnio była w Bostonie.
    Nie przeszkadzało jej to, że musiała postąpić krok w stronę Gentry’ego. Jasne, najchętniej odwinęłaby się i przywaliła temu, który próbował znokautować ją łokciem, ale chwilowo miała znacznie lepsze zajęcie niż to, aby się z kimś wykłócać. Zresztą była w takim w stanie, w którym na pewno nie mogłaby pozostać wielce poważna i groźna. Po chwili jednak doszła do wniosku, że wcale nie była groźna. Nikt nigdy nie traktował jej specjalnie na serio. Nie była wysoka, nie była silna, nie potrafiła krzyczeć, rozbrajała jednak uśmiechem i nie raz, i nie dwa na kolejnych randkach słyszała, że ma wspaniałe, duże oczy. Na pewno chodziło o oczy-oczy. Musiało o nie chodzić. Przecież były ładne. Takie ciepłe, iskrzące, jakby w Mii nieustannie siedział mały chochlik.
    A jeśli tak, to co?
    Nie była pewna, co dokładnie poczuła akurat w momencie, kiedy Gentry zadał jej to i kolejne pytanie. Nie zdołała się nawet porządnie napić piwa, utkwiwszy spojrzenie brązowych oczu w twarzy Tannera. Mruknęła coś pod nosem, coś – co mogło brzmieć, jak tak, ale nie wybrzmiało ani głośno, ani pewnie, bo zagłuszały ją odgłosy życia w The Rusty Nail.
    A potem Gentry wspomniał Colina i jedyne, co zrobiła Mia, to porządny łyk, zimnego piwa. Gazowany napój przeorał jej gardło, ale piła tak długo, aż nie brakło jej tchu. Nieco zdyszana, co dziwne, odsunęła od ust szyjkę butelki, które zawartość opróżniła do połowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Byłoby miło z jego strony, ale obydwoje wiemy, że to niemożliwe — mruknęła, ale zaraz potem posłała mu uśmiech. Nie był może niesamowicie szeroki ani entuzjastyczny, ale nie był też wymuszony. Mia zdawała się powoli radzić sobie ze stratą brata. Im jednak bardziej dawała się ponieść wyobrażeniom w swojej głowie, tym szerszy stawał się ten uśmiech. Nie dane jej było nigdy zobaczyć, jak Colin obija w jej sprawie komuś gębę. I choć szkoda byłoby gęby Tannera, w końcu nie była brzydka, a nawet zdawała się być całkiem przyjemna dla oka, to chętnie obejrzałaby taki spektakl.
      — Myślałam, że już dałam się poderwać. Postawiłeś mi piwo — dodała w końcu, odstawiając tę w połowie opróżnioną flaszkę na bar. — To tak nie działa? — spytała i tylko bóg, bogowie i inne diabły jej świadkiem, że gdy przygryzała dolną wargę, robiła to zupełnie nieświadomie, popychana zapewne wypitym wcześniej alkoholem.

      Mia Whitaker 🌸
      i lisek - cholernie stęsknione ♥

      Usuń
  12. Małe miejscowości miały do siebie właśnie to, że ludzie lubili żyć plotkami. Tymi z własnego podwórka, bo były na wyciągnięcie ręki, a ich bohaterowie przechadzali się pod oknami zainteresowanych. W Mariesville niewiele rzeczy można było ukryć. Romans dyrektora szkoły z jedną z uczennic odbił się takim echem, że każdy kolejny dyrektor unikał podobnych sytuacji, jak ognia. Nic dziwnego. Mieszkańcy tego jabłkowego raju, chcąc nie chcąc, potrafili napiętnować swoimi opowieściami. Nie tylko daną osobę, ale i funkcję. Prawda jednak była taka, że Mia nigdy nie czuła się tu źle. Lubiła to miasteczko, lubiła jego wolny rytm i lubiła codziennie widywać te same twarze. Dawało jej to pewne poczucie bezpieczeństwa, którego nie poczuła w Bostonie. Boston, mimo wszystko, dał jej jednak inne rzeczy. Przede wszystkim szerszą perspektywę. I tak, jak lubiła życie w Mariesville, tak pokochała to w Bostonie. Pokochała tamtejszą różnorodność, nie tylko wśród wyboru lokali gastronomicznych, ale i wśród ludzi. Wydawali jej się o wiele bardziej otwarci. Boston był większy, a więc siłą rzeczy miał do zaoferowania więcej historii, których łaknęła Whitaker i które chciała móc opowiadać w radio.
    Mimo powrotu do małego, zapyziałego Mariesville, nie nudziła się. Nie miała czasu, żeby się nudzić. Nie mogła się nudzić. Ethan i Callie zajmowali jej wyjątkowo dużo czasu. Próbowała pozwalać im na tyle samodzielności, ile jej potrzebowali, ale rzeczą oczywistą było to, że sześciolatka wcale dużo jej nie potrzebowała. Potrzebowała opieki i wsparcia, w każdej czynności. I choć ubierała się sama, sama wybierała sobie ubrania i kolor ścian do pokoju, to potrzebowała jednak czujnej troski Mii.
    Ale teraz Mia, pierwszy raz od pogrzebu Colina i Jessie, nie skupiała się na bratankach. Może wychodziła na egoistkę, ale uznała, że miała do tego pełne prawo. Równie dobrze mogła nie wrócić dzisiaj do domu, zabawić się tak, jak zabawiali się wolni ludzie w jej wieku, bo przecież była niezaprzeczalnie wolna. Nie miała nikogo pod opieką, nie licząc psa, który świetnie radził sobie sam. Nie musiała iść jutro do pracy. Nie musiała martwić się tym, co ugotuje na obiad, żeby zadowolić każdego w domu. Była tylko ona.
    Ona. Szum w głowie. Miękkie nogi. Szybko krążąca po żyłach krew. Ona. Lekko falująca podłoga, do połowy opróżniona butelka Miller Lite i on. Tanner Gentry. Naprzeciwko niej, właściwie tak blisko, że bez trudu mogła zaciągnąć się zapachem jego perfum, choć nie byłaby w stanie ich nazwać.
    — Nie wiesz, jak się randkuje? — Znowu odpowiedziała pytaniem na pytanie. Przechyliła lekko głowę, a potem w zdziwieniu uniosła brew. — Ja ciebie? — spytała ciszej, ale nie mogła całkiem przejść do szeptu, bo nadal byli w pubie. W głośnym, tłocznym, rozbawionym pubie. — W takim razie, łatwo dałeś się poderwać — stwierdziła ze słodkim uśmiechem, który bez trudu wpłynął na jej usta. — Zawsze tak się dajesz? Łatwo? — Większość tych pytań, które mu zadawała, dyktowane były niewątpliwie alkoholem. Nie była nieśmiała na trzeźwo, ale na pewno ostrożniejsza.
    No i znowu. Znowu ci za nią rozpychali się przy barze. Z jednej strony nie mogła im się dziwić, bo każdy chciał się dostać do wodopoju, a wysoka, barowa lada w The Rusty Nail była dla nich niczym źródełko na pustyni dla dzikich zwierząt. Z drugiej zaś – niekoniecznie jej się to podobało, bo tym razem nie dane jej było się obronić przed nadchodzącym pchnięciem.
    Poleciała. Na Gentry’ego. Dosłownie. Niemal nosem zaryła w okolicach jego piersi i tylko da dłoń, którą wsparła się na męskim biodrze, uchroniła ją przed kompletnym zatraceniu się w Tannerze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Wiesz… — wymamrotała i teraz musiała doprawdy zadrzeć głowę, by na niego spojrzeć. — Weź po jeszcze jednym i znajdźmy sobie lepsze miejsce, jeśli to ma być randka — mruknęła, a zaraz potem sięgnęła po swoją butelkę. Powoli zerknęła przez ramię, dostrzegając tylko masywne plecy gościa za nią. Oblizała usta, ale zamiast rzucić się do szyi troglodycie, zerknęła znowu na Tannera i prychnęła.
      — Bostoński chłopak, co? — spytała, kręcąc przy tym lekko głową. Ironiczny uśmiech wpełzł na jej usta. — Słabe zagranie, Gentry — mruknęła, bo jakoś przekonana była, że pije do tych wszystkich plotek. — Ale jeśli chcesz wiedzieć to nie, nie złamał mi serca. Ja z nim zerwałam — dodała i wycofała się z tej najbardziej zatłoczonej strefy przy barze, czekając na ruch Tannera.

      Mia Whitaker 🌸

      Usuń
  13. Mia podczas pobytu w Bostonie przetestowała kilka aplikacji do randkowania, głównie zajmowała się Tinderem i przesuwaniem – w prawo i w lewo, miała jednak spory problem, aby kogokolwiek odrzucać, chyba że już na pierwszy rzut oka wydawał się niesamowicie odpychający albo jego opis świadczył o tym, że szuka przygody na jedną noc. Nie żeby Mia unikała takich rozrywek, ale zdarzały jej się one niezwykle rzadko. Była też przekonana, że na Tinderze szuka po prostu miłości swojego życia, bo naoglądała się zbyt wielu tandetnych komedii romantycznych, które przez niski budżet kręcone były w Kanadzie imitującej Nowy Jork. Nie znalazła, ale gdy już wracała do przesuwania, czy to w prawo, czy to w lewo, godziła się na rozmowę. Czasami były to miłe pogaduszki, w których od razu klikało i rozmowa przeradzała się w co najmniej jedno spotkanie, czasami był to rozmowy tak nudne i wymuszone, że Mia poddawała się po drugim pytaniu, a czasami – wyjątkowo często zresztą – były to rozmowy, które polegały głównie na wysłaniu fotki penisa delikwenta po drugiej stronie. Imponujące jak niewiele trzeba było, aby ludzie poczuli się bezkarni. Mia jednak to ignorowała, blokowała, puszczała w niepamięć. Wcale nie potrzebowała mieć nikogo. Nie szukała na siłę. Bawiła się tym. Korzystała w wolnym czasie. Zaliczyła kilka udanych randek i kilka udanych nocy, a potem trafiła na chłopaka, którego zostawiła.
    Odbijając się jednak w The Rusty Nail o ciało Tannera w ogóle nie myślała o swoim byłym chłopaku. Głupia by była, gdyby stojąc naprzeciwko przecież całkiem przystojnego faceta, wpatrując się swoim lekko podpitym spojrzeniem w jego jasne, zaskakująco ładne i wyraźne oczy, myślała o swoim byłym. Ale to nie była randka, Mia wcale nie musiała zgrywać łatwej czy trudnej do zdobycia, a mimo to, droczyła się z nim bez opamiętania. Tak! Bez opamiętania, bo przecież Mia Whitaker wcale taka nie była. Nie właziła facetom do łóżka, nie mizdrzyła się, nie szukała atencji.
    I też nie lubiła chodzić na randki. Na te prawdziwe – kolacje ze świecami, wolała spacer z kubkiem kawy w ręku. Tak po prostu, bez rozpraszającego otoczenia, bez nagonki i cudzych spojrzeń, ale nie miała nic przeciwko żenującym historiom z dzieciństwa, w końcu – opowiadała je zawodowo.
    — Zależy? — Powtórzyła po nim, dodając tę pytającą nutę na końcu zdania. Zmarszczyła czoło i uśmiechnęła się, bo mimo irytującego faceta za jej plecami, skupiła się teraz na facecie przed nią. Zdecydowanie mniej irytującym. Prawie wcale. Co dla samej Mii też było niemałym zaskoczeniem. — Ach tak. Od czego? — Najpierw sobie odpowiedziała, a zaraz potem zapytała, ciekawa jego odpowiedzi.
    Jednak dla niezakłóconego toku rozmowy musieli zmienić miejsce. Na mniej tłoczne, chociaż o takie trudno było w The Rusty Nail, ale kiedy Gentry zamawiał kolejne piwo i przekąski, Mia rozglądała się po lokalu. Wyhaczyła mały stolik w rogu sali. Skórzany, barowy narożnik pomieściłby i cztery osoby, ale mały, kwadratowy mebel z blatem, już niekoniecznie.
    — Tam — Mia zadecydowała, gdy Tanner znalazł się w pobliżu. Biedak szedł z trzema butelkami piwa, więc Mia złapała go tylko za nadgarstek, ciągnąc w kierunku wolnego miejsca. I dopiero wtedy dotarły do niej kolejne męskie słowa.
    — Co? — spytała na niego, gdy dotarli do stolika. Byli pierwsi, choć Whitaker kątem oka widziała też dwie inne grupki próbujące tu dotrzeć. Usiadła przy jednej krawędzi stołu, drugie miejsce, obok siebie rzecz jasna, pozostawiając do dyspozycji Gentry’ego. Swoją opróżnioną niemal do końca butelkę postawiła obok siebie. Zaskakującym było, że podczas rozmowy z Tannerem ani razu nie pomyślała o bratankach, dopiero teraz, gdy telefon kładła obok piwa i nie spostrzegła na nim żadnego nowego powiadomienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Kolejne słabe zagranie — zauważyła, ściągając brwi ku sobie i przyglądając mu się prawie groźnie. — Nie wiem, za kogo mnie masz, ale randka to słaby czas na wypłakiwanie oczu po byłym — wypaliła nagle, kierowana oczywiście alkoholem, który pchał ją teraz do różnych głupotek. Choćby do jawnego podrywania Gentry’ego, czego oczywiście Colin nigdy by nie pochwalił.

      Mia Whitaker 🌸

      Usuń
  14. Mia nie miałaby nic przeciwko zostania jednonocnym numerkiem. Chwila. Stop. No, nie miałaby, bo już w swoim życiu przeżywała i takie znajomości, i wcale nie było jej z tym źle. Nie myślała jednak w tej kategorii o Tannerze, ba, przez myśl jej nie przeszło, aby chcieć zaciągnąć go do łóżka. Był przystojnym mężczyzną, ba, miał całkiem ładne te swoje ślepia, którymi teraz wwiercał się w jej myśli, a może nawet i duszę, kiedy siedzieli obok siebie przy tym stoliku, a dzielił ich rant mebla, paczka orzeszków i nic poza tym. Nie miała nic przeciwko temu, aby faktycznie nazywać to spotkanie randką, nawet jeśli na samym początku było to po prostu przypadkowe wpadnięcie na siebie i głupie żarty. Bo to musiało być głupie, oni musieli być głupi, że w ogóle ciągnęli to w ten sposób, balansując na cienkiej granicy powinności.
    Zgrywał się. Posłała mu lekki uśmiech, robiąc łyk swojego piwa. Była wstawiona. Niewątpliwie była wstawiona, ale sięgnęła do otwartej przez mężczyznę paczki orzeszków. Wrzuciła kilka posolonych połówek arachidów do buzi, odchylając głowę w tył. Fistaszki faktycznie wybornie pasowały do orzeźwiającej goryczki piwa. Wzruszyła ramionami, gdy przyznał, że niewiele o niej wiedział. Nie było to wcale zaskakujące, choć Mia nie wątpiłą, że przynajmniej część popularniejszych plotek dotarła i do jego warsztatu. Nie podsuwała mu jednak tropu, nie potwierdzając, ani nie zaprzeczając niczemu, co z prędkością światła krążyło po Mariesville.
    Mruknęła pod nosem, choć może było to po prostu cięższe westchnienie, gdy zaczął zadawać jej pytania. Nie patrzyła teraz na Gentry’ego, tylko przed siebie, ale towarzyszący jej mężczyzna mógł bez trudu zauważyć rosnący na jej buzi, szeroki, ba, promienny uśmiech.
    — Tak, chyba tak się robi na randkach… — odpowiedziała cicho, powoli kierując swoją kompletną uwagę właśnie na niego. Brązowe oczyska skupiły się na przyjemnej, przystojnej twarzy mechanika. — Przynajmniej z tego, co wiem. Też tak czasami robiłam — dodała od razu, prostując nieco plecy, co by na zbyt rozanieloną w jego towarzystwie nie wyjść. Trudno jednak było zachować i powagę, i brak jakichkolwiek innych, przyjemnych odczuć, kiedy krążące w żyłach procenty skutecznie zmiękczały samą Whitaker.
    — Duże? — spytała, drapiąc się lekko po policzku. Naprawdę starałą wydawać się nieprzejętą jego pytaniami, ale odkąd wróciła do Mariesville, tuż przed pogrzebem Colina i Jessie, to nikt nie zapytał jej o to, jak żyło jej się w Bostonie. — Może na początku — odpowiedziała, nadal cicho, nie podnosząc głosu, ale nachylając się jednak nieco nad stolikiem w stronę Tannera.
    Nikt jej nie zapytał, a jednak ludzie tworzyli nieprzyjemne plotki na jej temat i najgorsze w tym wszystkim było to, że nikt nie próbował znaleźć prawdy, nikt nawet nie dotarł do źródła.
    — Z pewnością byłeś w jakimś większym mieście, więc możesz sobie bez trudu wyobrazić, jak to jest być z dala od Mariesville… — zaczęła tłumaczyć i opowiadać, robiła przerwy na przegryzienie orzeszka i niewielkie łyki piwa, choć z tym ostatnim ewidentnie przystopowała. — Było mi tam dobrze, było tam głośno, ale znałam miejsca, w których odnajdywałam ciszę i spokój. Wiecznie się coś tam działo, nawet jeśli się nudziłam, to wcale nie musiałam, wiesz o co mi chodzi? Tęsknię za Bostonem — wyznała nagle, chyba samej się tego nie spodziewała. Spojrzała zaskoczona na Gentry’ego zupełnie tak, jakby to on jej coś powiedział, a nie na odwrót. — A praca tam była wspaniała — kontynuowała, by zamaskować poprzednie wrażenie. — Tutaj mam wrażenie, że muszę do duchów.
    Dopiero teraz pozwoliła sobie na większy łyk piwa i westchnęłą, odstawiając zimną butelkę na blat. Zostawiała ona mokre ślady, ale Mia zupełnie się tym nie przejmowała.
    — Ja też mogę zadać tobie pytanie?

    Mia Whitaker 🌸

    OdpowiedzUsuń
  15. Mia była raczej pogodną, pełną słońca dziewczyną. Prostą, niezbyt wymagającą, cieszącą się z drobiazgów i nad drobiazgami płaczącą. Jednak śmierć brata i bratowej, które nastąpiły znowu nie tak długo po śmierci ukochanej matki, odbiły się niewątpliwie piętnem na młodej kobiecie. Straciła nieco ze swojego blasku, nie żartowała już tak chętnie i skupiała się głównie na powinnościach dotyczących dwójki bratanków. To było męczące, przygnębiające i zwyczajnie ciężkie, ale Mia nie odważyła się narzekać. Uznała w końcu, że była to młodym dłużna i dłużna była to swoim starszemu bratu. Colina nadal wspominała. Często wpadała na cmentarz, żeby z nim porozmawiać, bo chociaż różnica wieku między rodzeństwem była duża, to Mia czuła z Colinem przez całe swoje życie tę nieprzyzwoicie bliską więź. I nie chodziło tu wcale o jakieś zdrożne rzeczy. Po prostu wiedziała, że z każdym problemem może do niego przyjść. I mimo tego, że Colin bywał dla niej opryskliwy, zwłaszcza wtedy, kiedy młoda Whitaker szlajała się za nim i za jego kolegami, to nigdy nie kazał jej spierdalać, kiedy przychodziła już tylko do niego.
    Dlatego też zaskakującym, ale wyjątkowo przyjemnym zrządzeniem losu była ta randka z jego kumplem. Nie była w stanie określić, czy Gentry był tym najbliższym przyjacielem Colina, ale niewątpliwie często bywał w ich domu rodzinnym, a Whitaker w jego garażu. Niewątpliwie trzymali się razem od czasów szkolnych i na przeszkodzie nie stanęły im nawet wyjazdy Tannera. Mia nie wiedziała, na czym dokładnie polegała ta męska przyjaźń, ale wyjątkowo szybko przestała interesować się kumplami brata, głównie dlatego, że jako nastolatce, która chciała przeżywać swoje pierwsze miłości, okazywali się zbyt starzy.
    Teraz, choć przepaść wiekowa między nimi pozostawała taka sama, nie odczuwała tego w ten sposób. Nieco podchmielona wypitym tego wieczoru alkoholem, podbierała teraz brodę na swojej dłoni i wpatrywała się w Gentry’ego. Obserwowała, jak zajadał się fistaszkami i obserwowała to, jak się uśmiechał.
    Zaśmiała się, choć śmiech był przerywany przez napór brody na dłoń. Nie, Tanner zdecydowanie nie wyglądał jej na ducha. Całkiem nieprzezroczysty, wyjątkowo mięsisty, jeśli spojrzała się na jego pracujące pod materiałem koszuli ramiona. Mia musiała odsunąć własne spojrzenie od męskich przedramion, bo mętne spojrzenie mogłoby ją przed mechanikiem wydać, a przecież tego nie chciała.
    Wolną dłonią podkradła z paczki trochę orzeszków.
    — Może powinieneś mniej imprezować? — zasugerowała z rozbrajającą szczerością, choć wcale nie podejrzewała Gentry’ego, aby imprezował jakoś szczególnie dużo. Ona tutaj nie imprezowała. Dzisiaj zdarzył się taki wieczór, podczas którego mogła zyskać coś z tego swojego wewnętrznego słońca, o którym zapomniała. — Słuchasz moich audycji? — spytała jednak po chwili z zaciekawieniem, które zagryzła garścią orzeszków rzuconych wprost do buzi, kiedy odchyliła lekko głowę do tyłu i sięgnęła po piwo.
    Uśmiechnęła się jednak szeroko, gdy Tanner po raz kolejny wspomniał, że to randka. To było miłe. Miłe, że nie uciekł z krzykiem, gdy rozmowy zaczęły podążać w tym właśnie kierunku, bo przecież była tylko młodszą siostrą Colina i nieszczególnie musiał chcieć spotykać się właśnie z nią. Poza tym, ciężko było jej uwierzyć w to, że żadne panny (niekoniecznie tylko panny) nie zwracały na niego uwagi. Był przecież przystojny. Miał swój własny interes i pewnie mógłby w tych ramionach udźwginąć niejedną.
    Przygryzła delikatnie dolną wargę zaraz po tym, jak wzięła kolejny łyk piwa i chrząknęła, sadowiąc się obok niego nieco wygodniej, jakby faktycznie zajmowała pozycję do startu.
    — Wiem już, że lubisz pić to piwo… — poruszyła nieznacznie butelką. — A jakie jest twoje ulubione danie? — spytała, poruszając znacząco brwiami, bo w końcu zadała mu jedno z tych standardowych, oklepanych pytań, które padały między ludźmi, którzy się poznawali. I spojrzała na niego tak, jakby traktowała to naprawdę serio, a słodki uśmiech dopełnił całości.

    Mia Whitaker 🌸

    OdpowiedzUsuń
  16. — Zaskoczę cię — odezwała się nagle, na chwilę zmieniając temat, nie dając mu jeszcze czasu na odpowiedź. Alkohol robił swoje. Mia skakała z tematu na temat jak szalona, pijąc nadal piwo i zajadając się nadal orzeszkami. To były naprawdę dobre orzeszki. Zdawała sobie sprawę z tego, że to sprawka tej zdradliwej soli, że to ona tak na nią działała. Kazała jeść jeszcze i jeszcze, i jeszcze. — Wcale nie będzie tutaj tak trudno napisać książkę — zauważyła, unosząc osolony, wskazujący palec ku górze. — Gdyby zebrać te wszystkie plotki, tych wszystkich ludzi, o i zrobić z pani Simpson i pana McCoreya głównych bohaterów… — Poruszyła znacząco brwiami. Uśmiechnęła się lekko, a potem już tylko wzruszyła ramionami.
    Patrzyła na Tannera z rosnącym i wcale nieukrywanym zainteresowaniem. Mia była słabym kłamcą, Mia nie potrafiła oszukiwać ludzi i reagować w sposób, który do niej nie pasował. Skoro zainteresowała się takim starym dziadem, jakim był Gentry, to szczerze i na razie nic nie zapowiadało tego, aby miała to zainteresowanie stracić. Uśmiechała się cały czas, mimo tego, że siedziała – pozostawała też cały w czas w ruchu, a to odgarniała włosy za ucho, a to bardzo żywo gestykulowała, a to sięgała po orzeszki albo piwo, albo zakładała nogę na nogę, a potem odwrotnie drugą na pierwszą. Z jednej strony, w tyle głowy wciąż miała myśl dotycząca bratanków, z drugiej chciała, aby nie wracali zbyt szybko, bo mimo tego, że była w Mariesville, to mogła poczuć, że żyje. Zupełnie tak, jak czuła się w Bostonie.
    Na kolejne słowa Tannera, zamarła. Zmarszczyła groźnie brwi i już miała mu radzić, aby po prostu ustawił w warsztacie inną stację, może w Camden prowadził audycje ktoś lepszy, ale nie zdołała. Zaskoczył ją. Na policzkach podchmielonej Mii pojawiły się intensywne rumieńce. Nikt nigdy w tak bezceremonialny sposób nie powiedział jej, że ma seksowny głos. Sama nie uważała, aby miała seksowny głos.
    Patrzyła teraz na niego, taka rumiana, z rozchylonymi lekko ustami, z zapartym tchem. A Gentry nie przestawał na nią patrzeć. I tak przez chwilę trwali, dopóki Mia nie zrobiła solidnego łyku piwa i nie uciekła spojrzeniem w kierunku sali. Nie patrzyła na niego, oddychając powoli, ale płytko. Dostrzegła kilka znajomych twarzy, jednej osobie nawet odmachała, siląc się na lekki, drżący uśmiech.
    Musiała zmienić temat. Na razie. Padło więc na bezpieczny temat jedzenia. Dlatego zignorowała zaczepkę Tannera, który sugerował, że spodziewał się czegoś więcej. Uniosła tylko lekko brew. Prychnęła. Uśmiechnęła się dopiero wtedy, kiedy Gentry wspomniał o chilli con carne. Musiała zapamiętać. Chciała zapamiętać i kiedy to do niej dotarło, dotarło do niej również, że chciałaby zapamiętać też tę randkę. Butelka z piwem opadła z powrotem na blat, a Mia przysunęła się bliżej jego roku, będąc tym samym bliżej Gentry’ego.
    — Carbonarę. Ale taką prawdziwą. Na jajku — wyznała, niby szeptem, niby w konspiracji, ale oczywiście szeptać nie mogła, bo było tutaj głośno, ale dawało jej to pretekst do tego, żeby znaleźć się bliżej. I wiedziała, och, wiedziała, że było to dyktowane przez alkohol. — A skoro mam tak seksowny głos… — zaczęła. Na narożniku przysunęła się jeszcze bliżej. Siedzieli teraz w jednej linii. Obok siebie. Mia wyciągnęła się ku górze, ustami mknąć do jego ucha, by szepnąć: — To może chcesz, żebym przeczytała ci swoją książkę? — spytała, sądząc, że jest na wygranej pozycji i że teraz to ona wprawi go w zakłopotanie, choć powoli do niej docierało, że się myliła. A tłukące się nieznośnie w piersi serce tylko to potwierdzało.

    Mia Whitaker🌼

    OdpowiedzUsuń
  17. — A wyobraź sobie, co byłoby, gdybym napisała książkę o naszej szkole średniej… — zaczęła, bo co jak co, ale temat pisarstw był tym, co jarało młodą Whitaker od zawsze. Wygrywała konkursy literackie, pisywała poczytne opowiadania, przynajmniej w środowisku nauczycieli, a jej blog, który prowadziła od nastoletnich lat, kiedyś sięgał szczytów popularności w całych Stanach. Jej potterowski fanfick i inspirowane Zmierzchem opowiadania miały wzięcie wśród nastoletnich czytelników. Blog nadal istniał, choć z tego, co widziała, wejścia tam były sporadyczne. Świetność takiej formy twórczości dawno minęła, teraz modne były rolki. Tik-toki. I inne rzeczy, które atakowały bodźcami człowieczą świadomość. — O! — Uniosła palec wskazujący jednej ręki. — O waszych czasach! Jak z Colinem uganialiście się za Sookie. Kogo w końcu wybrała? — spytała, śmiejąc się przy tym cicho. Sookie. Lokalna gwiazda, piękność. Brała nawet udział w ANTM. Dawno jej nie widziała. Może już nie mieszkała w Mariesville?
    Mia była gadułą. Od zawsze. Głos seksowny miała. Może. Ale nie zwracała na to uwagi, choć często zdarzało jej się słyszeć, że jej głos nie pasował do jej buzi. Najczęściej od słuchaczy radia. Paru jej się przyznawało, że wyobrażali sobie przed mikrofonem kogoś pokroju Megan Fox albo Pameli Anderson. Mia zdecydowanie miała zbyt słodką i zbyt niewinną buzię. Zwłaszcza wtedy, kiedy się uśmiechała, a dzisiaj tych uśmiechów Tannerowi wcale nie szczędziła. Nie miała powodu. Tak samo, jak nie miała powodu, aby się do niego przysuwać i szeptać mu do ucha. Nie miała. Ba, nie powinna mieć, ale wypity przez młodą kobietę alkohol był innego zdania.
    Była blisko. Czuła zapach jego perfum. Nienachalny, orzeźwiający i męski. Niemal jęknęła, kiedy ten zapach wtłoczył się w jej nozdrza, gdy Gentry poruszył głową. Cofnęła się. Na tyle, aby złapać jego spojrzenie. Och, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że kiedy mówił to albo patrzył jej w oczy, albo na jej usta. Dlatego przygryzła dolną wargę, czując jak jej wnętrzności niemal boleśnie się zaciskają, kiedy tym swoim głosem, zupełnie seksownym i zupełnie pobudzającym jej wyobraźnię, powiedział, że miałby ochotę na coś innego.
    Słowom Tannera nie brakowało podtekstu. Ba, były nim przesiąknięte, a Mia wpatrując się w niego tak, jakby był najseksowniejszym objawieniem w Mariesville, po prostu się nimi karmiła. Głupia, naiwna Whitaker. Naprawdę myślała, że ktoś taki, jak Gentry mógłby się nią zainteresować? Poza Rusty Nail? Zwłaszcza, gdy była trzeźwa i pozbawiona tej alkoholowej śmiałości?
    Rumieńce na jej twarzy nie nabierały intensywności, ale też nie znikały. Mia po omacku, bo nie odwracała wzroku od Tannera, sięgnęła po butelkę z piwem. Zrobiła łyk. Dopiła resztkę z otwartej butelki. Napój zdołał się ogrzać i wygazować. Nie smakował już tak dobrze, ale Mia przechyliła szkło i wypiła wszystko to, co tam zalegało. Odstawiła ją z impetem. Szkło zadzwoniło o drewniany, lakierowany blat stolika.
    — To bez sensu, skoro i tak niczego byś nie zapamiętał… — dodała, z trudem biorąc oddech. Bo ciężko było teraz wycofać się z gry, którą sama rozpoczęła. Ciężko było odwrócić od niego wzrok i nie myśleć o tym, jak jego usta suną po jej skórze, kiedy ona z uporem maniaka czyta mu na głos Zabić drozda. Bo choć oferowała mu swoją książkę, to w tej konkretnej scenerii czuła odrobinę zażenowania.
    — Chcesz iść na rzekę? — spytała nagle. Ona potrzebowała pójść na rzekę. Ochłonąć. Może nawet odrobinę zmarznąć, choć według prognoz noc miała być nawet ciepła. Z pewnością przyjemna, a nad rzeką niemal zawsze dodatkowo wiał wiatr, chłód bił od wody. — Wezmę piwo i pójdę nad rzekę — stwierdziła. Nabrała powietrza w płuca. To był drżący wdech i Tanner mógł to zawahanie wyczuć. Złapała za nieotwartą butelkę i paczkę orzeszków. Trudno, najwyżej Gentry umrze z głodu. Trzymała szyję i paczkę w palcach jednej dłoni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wstała. Zachwiała się. Bo miejsca między siedziskiem a stolikiem było niewiele. Wolną dłonią wsparła się o jego ramię. I bóg jej świadkiem, że poczuła ten dreszcz, ten elektryczny impuls, którego wcale nie chciała czuć.

      Mia Whitaker 🌸

      Usuń
  18. Gdy Tanner złapał jej rękę, pochyliła się nad nim bardziej, mając go teraz niemal na linii swojego wzroku, co przy ich różnicy wzrostu było doprawdy ciekawą i nie zdarzającą się zbyt często kombinacją. Mia uniosła lekko brew, gdy zwrócił się do niej po nazwisku. Niby nic dziwnego, w końcu tak się nazywała, ale miała wrażenie, że w tym momencie próbował zastąpić jej starszego brata. Owszem – była pijana i owszem – wejście do wody byłoby w jej przypadku wielce ryzykowne. Nie twierdziła jednak, że idzie się nad rzekę kąpać. Po prostu, potrzebowała świeżego powietrza i potrzebowała znaleźć ujście dla swoich emocji, które kłębiły się w niej teraz, dodatkowo nakręcane działaniem alkoholu. Niepotrzebnie tyle piła, ale postanowiła to kontynuować. Bo było łatwiej, przyjemniej, bo nie wiedziała, że tak może – upić się i nie płakać. Bo w końcu była sama i sama mogła wybrać sobie towarzystwo na ten wieczór. Bo Tanner nie był takim gburem i dupkiem za jakiego go brała, ale to też pewnie zasługa – a może wina? – alkoholu.
    — Grozisz mi? — spytała tylko zaczepnie, a potem role się odwróciły i Gentry patrzył na nią z góry. To zawsze robiło wrażenie na Whitaker. Nie lubiła tego, kiedy inni nad nią w ten sposób górowali, a przy jej niewielkim wzroście było to raczej nieuniknione. Odnosiła wtedy wrażenie, że na samym starcie stawiano ją na przegranej pozycji. A jednak, dzisiaj spojrzała na Tannera inaczej. Zadarła głowę ku górze. Przy stoliku było ciasno, więc miała do Gentry’ego wyjątkowo blisko, a jednocześnie daleko, jeśli chodziło o wzrost. A mimo to, że całkiem przyjemnie patrzyło się na niej z tego pozycji, wzruszyła niby to obojętnie ramionami, wyrzucając z głowy wszystkie te obrazy, które pojawiały się tam pewnie za sprawą tych wszystkich komedii romantycznych, które po kryjomu oglądała niemal każdego wieczora. Jej małe quilty pleasure, dlatego uważała, że plusem było posiadanie telewizora w sypialni, chociaż ten w salonie był większy i czasami siedziała po nocach na narożniku pod kocem, zatracając się w kolejnej miłosnej historii.
    Przewróciła teatralnie oczami, gdy wspomniał coś o lepszym miejscu na randkę. Nie. Stop. Nie o lepszym, o bardziej romantycznym. Czy ona w ogóle posądzała Gentry’ego o bycie romantycznym? Ale skądże, chyba że w stosunku do tych wszystkich samochodów, które namiętnie dopieszczał we własnym warsztacie. Przez głowę przemknęła jej myśl, krótka, ulotna ledwie, że może powinna zazdrościć tym samochodom, skoro mogą być przez niego dotykane. Przegoniła go, powoli ruszając zaraz za Tannerem.
    Stolik, który zwolnili, nie pozostawał wolny zbyt długo. Właściwie wcale. Cztery młode, chichoczące kobiety, wśród nich spostrzegła nawet tutejszą listonoszkę, zajęły ich miejsca, ledwo od niego odeszli. Musiały więc czaić się na ten kącik już od momentu, w którym podniosła się Mia.
    — A czy każdy pomysł musi brać się skądś? — odpowiedziała pytaniem na pytanie, choć doskonale wiedziała, że jej własne nie ma sensu, bo tak – pomysły brały się skądś. Z głowy. Z inspiracji. — Chcę się przewietrzyć — przyznała nagle, posyłając mu lekki uśmiech, kiedy zrównała z nim krok. Oczywiście, że orzeszków jeszcze nie oddała.
    Wyszli z The Rusty Nail, a chłód wiosennej nocy uderzył w Whitaker. Wzdrygnęła się nieco. Miała w dłoni zamkniętą butelkę i otwartą paczkę orzeszków, nic więc dziwnego, że rzuciła kilka fistaszków do buzi, maszerując pewnie do siebie. W końcu spędziła tutaj większość życia, doskonale wiedziała, którędy idzie się nad rzekę.
    Ulice były opustoszałe, gdzieś na chodniku przebiegł szop. Albo kuna. A może wyrośnięty kot? Jedna z latarni ulicznych mrugała chybotliwie, sprawiając przy tym złowieszcze wrażenie.
    — Jesteś starszy — zauważyła nagle, wciąż idąc obok niego. — Powiedz mi… kiedy całowałeś się po raz pierwszy?
    Pierwsze stwierdzenie nie miało nic wspólnego z kolejnym pytaniem, ale Mii nadal szumiało w głowie, a choć kroki miała pewne, to nieco chwiejne. W końcu, po kolejnym potknięciu poddała się na tyle, że dłoń, w której trzymała piwo, wsunęła pod ramię Tannera.

    Mia Whitaker 🌸

    OdpowiedzUsuń
  19. [ Tak, Millie miała generalnie bardzo udane życie, więc uznałam, że rzucę jej jakąś dodatkową kłodę pod nogi, a co! ;) Twoi panowie też swoje przeszli, chociaż ich problemy to trudności o wiele większego kalibru... Z mojej strony chęci oczywiście są, daj tylko znać, którego z nich wolałabyś skazać na spotkanie z panną Poe, a wtedy spróbuję wyjść z jakąś bardziej konkretną propozycją. Tymczasem udanego wątkowania! ]

    Millie

    OdpowiedzUsuń
  20. [ Hmm... To może, skoro już jestem pod kartą Tannera, zostańmy przy nim? Podoba mi się pomysł z sąsiadami. Co powiesz na oklepany motyw, w którym okna ich sypialni ulokowane są na przeciwko siebie (zapewne oddzielone długością podwórka, but still)? Jak już udowodniłam, lubię odrobinę mieszać, dlatego chętnie pokusiłabym się o dodatkowe tło pod wątek — kolejne cliché, z którymi osobiście nie mam problemu tak długo, jak działają xD Millie mogłaby zjawić się w warsztacie, aby dopytać o możliwość sprawdzenia stanu Camaro i uświadomiłaby sobie, że właścicielem jest ten sam mężczyzna, przed którym kilka dni wcześniej świeciła cyckami przez szybę, w pierwszej chwili zupełnie nieświadoma jego obecności. Daj znać czy coś takiego by Ci odpowiadało ;) ]

    Millie

    OdpowiedzUsuń
  21. [ Haha, powiedziałabym, że do usług, ale Millie na pewno nie byłaby zadowolona i muszę przynajmniej udawać, że stoję po jej stronie... xD Tak, Poe mieszka z babcią i chociaż Patricia to twarda babka, serce ma miękkie. Szczególnie odkąd jej syn przeprowadził się z rodziną do Atlanty, a mąż zmarł na zawał kilka lat temu i została w Mariesville zupełnie sama. Całkiem prawdopodobne, że co jakiś czas chętnie pomaga sąsiadom (to ten typ kobiety, która nazwałaby Grace w twarz głupią dziewuchą za życiowe wybory, a dwa dni później przyniosłaby jej zapiekankę na kolację), więc jeśli Ci to nie przeszkadza możemy zostać przy takich drobnych założeniach, jak dzielenie się posiłkiem, angażowanie Grace w jakieś społeczne inicjatywy, czy zaganianie przyrodniej siostry Tannera do roboty w swoim studiu ceramiki za uczciwą zapłatą (to zapewne miało miejsce w przeszłości, bo o ile dobrze rozumiem, dziewczyna jest teraz znacznie starsza i ma zapewne własne życie). Umknęło mi wcześniej, że warsztat mieści się za domem Tannera, ale to w sumie żaden problem, bo przed przeprowadzką do Atlanty Millie mieszkała z rodzicami bliżej centrum i mogła być przekonana, że właścicielem Jack's Garage jest wciąż jego ojciec. Plus, bliskie sąsiedztwo daje więcej możliwości, jak choćby późniejsze, ewentualne przyłapanie Millie na paleniu papierosów za ogrodem, co usilnie stara się przed babką ukryć jakby wciąż była nastolatką, której grozi szlaban (zaczęła palić po zerwaniu zaręczyn) itd. Także no, mi to wszystko odpowiada, ale jakbyś miała jakieś uwagi, to śmiało. ;) ]

    Millie

    OdpowiedzUsuń
  22. [ Naah, wszystko jest super! ]

    Minął tydzień od jej powrotu. Siedem długich, zaskakująco leniwych dni, które Millie poświęciła na doskonaleniu tajemnej sztuki unikania myślenia o sobie czy swoim prywatnym życiu. Sztuki, która najwyraźniej wymagała zestawu cech, których nie posiadała… Ilekroć rzucała się w wir podsuwanych przez babkę obowiązków albo drobnych spraw wokół domu, który od lat nie widział odpowiedniej troski, za każdym razem koniec końców i tak przyłapywała się na tym, że jej myśli podążają w kierunku Atlanty i tego, co za sobą zostawiła. Jedynym rozwiązaniem, na które potrafiła w tej sytuacji wpaść, było więc chwytanie się kolejnych zajęć z nadzieją na to, że w końcu naprawdę uda jej się zapomnieć.
    Zakurzone Camaro w dziadkowym garażu okazało się idealnym pochłaniaczem czasu oraz energii. Millie spędziła niemal cały poranek na zakupach, sprzątaniu wnętrza zabytkowego auta, uzupełnianiu zbiorników pod maską, a wreszcie - w okolicach południa - zabrała się za wymianę akumulatora. Niestety, pomimo jej najszczerszych chęci, najlepszym co osiągnęła po przekręceniu kluczyka w stacyjce było żałosne rzężenie silnika. Chevrolet był z całą pewnością żywy, ale ledwie i uparcie odmawiał współpracy.
    Zwrócenie się o pomoc do eksperta okazało się nieuniknione. Na szczęście Poe nie musiała daleko szukać; usytuowany zaraz za płotem Jack's Garage, zwykle stanowiący największe źródło jej porannych bolączek, tym razem okazał się zbawieniem. Jack Gentry majaczył w jej nastoletnich wspomnieniach jako człowiek niepokojący i niebezpieczny, ale (jeśli wierzyć słowom zmarłego dziadka) jakkolwiek kompetentny w dziedzinie naprawy szwankujących pojazdów. Szczegół, na którym Millie w tej chwili zależało najbardziej, dlatego też wraz z nadejściem późnego popołudnia osobiście udała się do sąsiadującego z jej podwórkiem warsztatu.
    Jedyny mechanik, którego zastała na miejscu był o wiele młodszy, niż się spodziewała. Albo interes trafił w nowe, świeże ręce, albo pod jej nieobecność stary Gentry zdołał odnaleźć sposób na wykorzystanie lokalnych jabłek w produkcji eliksiru odmładzającego… Oczywiście, istniała również szansa, że był to po prostu jeden z jego pomocników, ale ta opcja była na tyle mało interesująca, że chwilowo nie poświęciła jej szczególnej uwagi. Zamiast tego zerknęła na mężczyznę, który wyłonił się spod podwozia samochodu i przechyliła głowę, przy pomocy wyobraźni próbując obrócić obraz w głowie. Zatrzymała się, kiedy po warsztacie rozniósł się odgłos uderzenia, któremu zawtórowało echo zduszonego przekleństwa. Kącik jej ust zadrżał zdradziecko, zanim jej rysy ściągnęły się w wyrazie zdawkowego zmartwienia.
    Mechanik najwyraźniej nie miał zamiaru marnować czasu na stanięcie z nią twarzą w twarz, dlatego Millie postanowiła zaradzić temu po swojemu. Zrobiła kilka kroków do przodu, tym samym zrównując się z najbliższym kołem Cadillaca, a potem obróciła się, powoli przechodząc w kucki tuż obok nieznajomego. Uniosła dłonie i wsunęła sobie kosmyki włosów za uszy, aby nie wchodziły jej do oczu, gdy nachyliła się ku niemu nieznacznie.
    — Dzień dobry — mruknęła, wyraźnie zadowolona, że nie musi dłużej spoglądać na niego pod niewygodnym kątem. — Chciałam zapyta… — urwała, ponieważ uświadomiła sobie, że mężczyzna wygląda znajomo. Przez moment w pośpiechu przeszukiwała wspomnienia, a gdy wreszcie trybiki w jej głowie zaskoczyły, uprzejmy uśmiech ustąpił miejsca niedowierzaniu. Millie zmrużyła oczy, czując jak jej policzki rozgrzewają się pod wpływem wstydliwych rumieńców.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Ty. — sapnęła z oburzeniem, a jej dłoń instynktownie podążyła do jej biustu, aby go zakryć, chociaż jej koszulka stanowiła wystarczającą barierę przed niepożądanym spojrzeniem niebieskich oczu nieznajomego. Przynajmniej tym razem...
      To było jednak niewielkie pocieszenie, skoro wiedział już doskonale co znajduje się pod materiałem. Poe doskonale pamiętała incydent sprzed kilku dni: swoje zaskoczenie, które szybko przerodziło się w panikę, zażenowanie, a w końcu palącą złość oraz szok, który odmalował się na twarzy mężczyzny w drugim oknie, a który w końcu przerodził się… w coś zupełnie innego.
      Samo wspomnienie tego upokorzenia wystarczyło, aby zaklęła pod nosem. Jej wolna dłoń wystrzeliła, aby nakryć oczy mechanika, chociaż była doskonale świadoma tego, jak absurdalna była to reakcja. Koniec końców, to nawet nie była przecież jego wina.

      Millie

      Usuń
  23. Mia była specyficzna. Potrafiła być czuła, łagodna i pełna zrozumienia. Potrafiła czarować uśmiechem, a kiedy mocno się postarała, była całkiem słodka, ale potrafiła być też nieprzejednana i twarda, konsekwentna i zabójczo uparta. Zdarzało jej się więc krzyczeć ns Ethana, a chwilę później przytulać małą Callie i opowiadać jej wymyślone bajki. Dzisiaj nie musiała być ani łagodna, ani twarda. Mogła być tą Mią, o której zapomniała w dniu, w którym dowiedziała się o śmierci brata. Mią, która pamiętała, jak się śmiać, jak się bawić, jak pić alkohol, jak flirtować, jak się droczyć. Na boga! Nie pamiętała już, kiedy ostatnio rozmawiała z kimś dorosłym i nie byłaby to sąsiadka w markecie albo marudny ojciec, albo jedna z matek pod budynkiem szkoły.
    Mówiła więc dużo, korzystając z tego, że Tanner jej na to pozwalał, ba, brał aktywny udział w tej rozmowie i bardzo jej to odpowiadało. Okazywał się bowiem zabawniejszy, weselszy i bardziej skory do żartów niż mogłaby przypuszczać. Jej obraz Gentry’ego jako nastolatka był rozmazany, niewyraźny i wyjątkowo odległy, ale dzisiaj kreowała sobie nowe widoki i te jej zwyczajnie odpowiadały.
    Chwycenie Tannera pod ramię było dla niej czymś naturalnym, a choć nie szukała w nim starszego brata, to nie szukała też w nim chłopaka. Wydawał jej się przede wszystkim za stary na chłopaka. Mógł być czyimś mężczyzną, kochankiem, partnerem, ale nie chłopakiem, a Mia o swoich byłych facetach, wciąż mówiła, jak o chłopakach. Była młoda, choć sporo jej rówieśniczek pozakładało już rodziny i nikogo to nie dziwiło. Dziś wieczór widziała w mechaniku przyjemne, ba, wyjątkowo przyjemne towarzystwo. Z dodatkiem piwa i solonych fistaszków.
    Zresztą, bliskość Tannera miała kolejny plus – było jej przy nim po prostu cieplej. Czuła pod palcami, gdy musnęła nimi męskie przedramię, ciepło jego skóry, ale nie pozwalała sobie na te gesty zbyt często. Mia, choć pijana, w ten uroczy i słodki sposób, nadal pozostawała w pewnym sensie nieśmiałą kobietą. Rzadko kiedy wykonywała względem facetów pierwszy ruch i tu wcale nie chodziło o to, że uważała, że tak wypada, że takimi prawami rządzą się konwenanse. Nie. Whitaker po prostu bała się tego, że mogłaby się wygłupić. Zwykle czekała na bardzo czytelny znak. Skłamałaby, gdyby odmówiła przyznania, że Gentry był teraz w jej głowie i że widziała kilka różnych finałów tego wieczoru. Ale z drugiej strony, wcale nie chciała się do tego przyznawać.
    Zaśmiała się, gdy wspomniał o piaskownicy. I śmiała się nadal, gdy próbował przekonać ją o powadze tejże sytuacji. Spojrzała na niego z dołu, unosząc lekko brew. Usta nadal niebezpiecznie jej drgały, choć próbowała zachować się nieco poważniej, próbowała się uspokoić. A potem… Otworzyła nieładnie buzię, zupełnie jakby nie dowierzała w to, co mówił Gentry. Ona i pokaz?
    Zbliżali się już do rzeki. Mogli więc zejść po kilku stopniach przy moście, aby znaleźć się na błoniach pokrytych miękką, soczyście zieloną, wiosenną trawą. Księżyc odbijał się w lekko wzburzonej tafli rzeki. Tutaj, nad samą wodą, odczuwalny był lekki, rześki wiatr. Mia chrząknęła, puściła ramię Tannera. Kilkanaście metrów przed nimi było wyznaczone miejsce na ognisko, otoczone pniakami i kamieniami, a kawałek dalej leżał spory, samotny konar i to on był celem Mii.
    — Buziak w usta też się liczy — przyznała cicho, a potem posłała mu uśmiech, idąc coraz to bliżej rzeki. — Gentry — mruknęła, zatrzymując się nagle. Tyłem do rzeki, przodem do boku mężczyzny. — Chcesz, żebym cię pocałowała? — spytała, odgarniając kosmyk włosów z twarzy za ucho, przez co wypuściła paczkę z fistaszkami, kompletnie o niej zapominając.
    — A czego ty mi dasz pokaz w zamian?

    Mia Whitaker 🌸

    OdpowiedzUsuń
  24. Dla nastoletniej dziewczyny, która wtedy nie zaznała jeszcze żadnej dotkliwej krzywdy ze strony najbliższych nerwowy charakter, głośne awantury i odgłos uderzeń metalu, który roznosił się podwórku w akompaniamencie przekleństw wystarczyły, aby utożsamiać starego Gentry’ego z niebezpieczeństwem. Niewielkim może, ale wciąż… Teraz jednak, jako dorosła kobieta Millie wiedziała już, że są w życiu rzeczy znacznie gorsze niż rozhisteryzowany mechanik z brakiem umiejętności regulacji własnych emocji. Przekonała się na własnej skórze, że ci opanowani, z pozoru porządni mężczyźni bywają tak samo zdradliwi, po prostu znacznie trudniej wyłapać znaki ostrzegawcze w ciszy, niż we wrzasku.

    Między innymi właśnie dlatego Poe czuła uporczywą potrzebę stanięcia z rozmówcą twarzą w twarzą. To znacznie ułatwiało próby rozszyfrowania cudzych reakcji czy intencji; nawyk, który po zdradzie narzeczonego przybrał u niej formę niewielkiej obsesji. Obsesji podsycanej naiwnym przekonaniem, że być może - być może - gdyby zdołała dostrzec pęknięcia na nieskazitelnej tafli jego osobowości nieco wcześniej, mogłaby w porę uniknąć całej tej katastrofy.

    Kolejny odgłos uderzenia wyrwał ją z zamyślenia. Wzdrygnęła się mimowolnie, a dłoń mechanika objęła jej nadgarstek, odciągając jej palce od jego oczu i Millie sapnęła cicho w zaskoczeniu. Zanim jednak zdołała zareagować i wyszarpnąć się, uścisk zniknął, pozostawiając po sobie jedynie niewielką, ciemną smugę, która kontrastowała z jej jasną skórą niczym piętno. Nie miała nawet szansy pomyśleć o tym, aby ją zetrzeć, ponieważ mężczyzna wysunął się spod samochodu, skutecznie odwracając jej uwagę.

    — Jesteś pewien? — mruknęła, przechylając głowę i poderwała się do pionu, gdy tylko nieznajomy zrobił to samo, po równo wystraszona i zażenowana. — Moglibyśmy przynajmniej spróbować — zauważyła idiotycznie, a potem uniosła dłonie i potarła nimi zaczerwienioną twarz, próbując przynajmniej częściowo ukryć zdradliwy rumieniec.

    Zaraz potem westchnęła ciężko, uświadamiając sobie, że właśnie zaproponowała wydłubanie oczu obcemu człowiekowi. Próbowała zmusić myśli do podążenia w innym kierunku, ale zapewnienie, że mechanik zachowa wspomnienie dla siebie wcale nie pomogło uspokoić jej nerwów.

    Millie zrobiła krok w tył i obrzuciła mężczyznę uważnym spojrzeniem. Przesunęła się wzrokiem po jego sylwetce, na moment zatrzymując się na jego kolanach. Drugie uderzenie wydawało się o wiele gorsze i podejrzewała, że zostanie mu po tym pamiątka w postaci sińca, ale zdołała ugryźć się w język, zanim zapytała czy z jego nogą wszystko w porządku. Zamiast tego skupiła uwagę z powrotem na jego twarzy i skrzywiła się, wyraźnie zmieszana.

    — Przepraszam — wykrztusiła odruchowo, choć nie wiedziała za co dokładnie przeprasza. Wyciągnęła dłoń w bok, aby oprzeć ją na karoserii Cadillaca, ale powstrzymała się w ostatniej chwili i cofnęła palce gwałtownie, zaciskając je w pięść, a tę opuszczając wreszcie wzdłuż boku.

    Nie miała pojęcia co ze sobą zrobić. Przestąpiła z nogi na nogę i chwyciła się ponowionego pytania niczym tonący brzytwy.

    — Camaro! — wyrzuciła z siebie i oblizała usta. — Przyszłam w sprawie Camaro, nie żeby o cokolwiek cię os… — urwała, wydała z siebie jakiś dziwny, udręczony dźwięk i zaczerpnęła kolejny, uspokajający wdech. — Stoi w garażu od lat, nie odpala i chciałam zapytać Jacka czy ktoś mógłby na nie zerknąć — wyjaśniła pospiesznie. — Oczywiście zapłacę, za ewentualną naprawę też, ale najpierw chciałabym wiedzieć czy jest w ogóle sens cokolwiek reperować, czy może lepiej od razu wymienić części na nowe. Nie zależy mi na czasie, chcę tylko, żeby wóz znów był sprawny — paplała, póki nie uświadomiła sobie, że to robi, a wtedy od razu zamknęła usta i wlepiła w mężczyznę zdesperowane, wyczekujące spojrzenie.


    Millie

    OdpowiedzUsuń
  25. Radosna, swobodna, wyjątkowo ładnie uśmiechnięta, rozgadana i nieco roztrzepana, ale w swoim rozgardiaszu znajdująca klucz do porządku – tak w Bostonie mogliby opisać Mię. Bo taka tam się pojawiła, bez ciężkich doświadczeń, bez zdruzgotanego przez los życia. Dopiero po przeprowadzce straciła mamę, ale to była kwestia czasu, bo wszyscy widzieli, jak pani Whitaker męczyła się z nieuleczalną chorobą. Zrywali z nią chłopcy, kosza dała nawet jej dziewczyna z liceum, ale nic odbiło się na Mii takim piętnem, aby chciała zacząć nowe życie. Nie. Ona nowe życie wybrała dlatego, że chciała poznać nowe smaki, poczuć, że ekscytuje ją coś więcej niż święto jabłka i sąsiedzkie plotki. Chciała móc odetchnąć pełną piersią, poczuć luz, wolność i nadzieję. Boston jej to wszystko dał, w Bostonie na nowo odkrywała siebie. Nietrudno było lubić młodą Whitaker. Miała spore grono znajomych, zarówno w Mariesville, jak i w Bostonie, choć i jedno i drugie nadgryzł ząb czasu. Sporo jej znajomości z Mariesville miało już swoje rodziny i było na zupełnie innym etapie niż ona, znajomości z Bostonu nagle urwała, z nielicznymi utrzymując kontakt. Życie odcisnęło na niej piętno dopiero teraz, niedawno, kiedy zupełnie niespodziewanie śmierć zabrała Colina i jego żonę. Po tym nie mogła się pozbierać, ale musiała. Dla tej dwójki osieroconych dzieciaków i dla swojego ojca, który zupełnie tego nie doceniał, a stał się po prostu jeszcze bardziej markotny.
    Gentry natomiast był przyjemnym zaskoczeniem w nowym rozdziale jej życia. Nie spodziewała się tego, że dzisiejszy wieczór się tak potoczy, że Tanner okaże się być zabawnym, rozmownym kolesiem, a nie gburem z warsztatu, który chciał pouczać ją, jak powinna wychowywać Ethana. Na samo wspomnienie chciała się skrzywić, ale miało to szczęście, że była pod wpływem, a alkohol wolniej przekazywał do jej mózgu pewne impulsy. Nie zdążyła się skrzywić, bo musiała się zdziwić.
    Rozchyliła lekko usta i otworzyła szeroko oczy, drapiąc się lekko po policzku. Chętnie.
    Chętnie. Kurwa. Chętnie. Mia była w szoku. Dopóki to były jednak tylko słowa, brała to na dystans. Droczył się z nią, może nawet naśmiewał, bo przecież była młodszą siostrą dobrego kumpla. Odruchowo spojrzała w górę, ku niebu, jakby chciała dojrzeć tam Colina ze złośliwym uśmiechem. Miałby ubaw, gdyby teraz ich ze sobą zobaczył.
    … żeby buziak w usta się nie liczył. Co? Mia patrzyła na Tannera tak, jakby podziwiała wyjątkowo cenny, muzealny okaz, o którym chciała dowiedzieć się jak najwięcej. Przełknęła ślinę. Gentry mógł to usłyszeć i dojrzeć. Zaschło jej bowiem w gardle, a butelka z piwem była zamknięta. Taka była odważna, dopóki Tanner nie odpowiedział na jej zaczepki. Bo to były tylko zaczepki. Prawda, Mia?
    Wiedziała, że nie. Wiedziała, że chciała coś tej nocy poczuć. Coś, co nie dotyczyłoby ani Ethana, ani Callie. Coś, co byłoby tylko jej. Tak po prostu. Tylko i wyłącznie jej. Nie zdołała jednak nic odpowiedzieć w odpowiednim czasie, bo Tanner okazał się szybszy. Chwycił jej dłoń, a ona miała szczęście, że trawa była wysoka, bo upuszczona w nią butelka z piwem nie mogła się roztłuc. Dobiła do Gentry’ego. Dosłownie. Odbiła się swoim ciałem o jego tors i momentalnie zabrakło jej tchu.
    Czuła się jak nastolatka. Zupełnie tak, jakby miała pocałować się po raz pierwszy. I nie wiedziała, czy to kwestia tego, że znowu była w Mariesville, w miejscu, w którym sporo mieszkańców zaliczało pierwsze pocałunki. Czy kwestia tego, że była tutaj z kumplem starszego brata, czy może tego, że naprawdę trochę dzisiaj wypiła, czy może dlatego, że tak bardzo podobały jej się jasne oczy Tannera i że zwróciła na nie już uwagę na tym przypadkowym selfie? Nie wiedziała. I chyba nie chciała wiedzieć, bo chciała się tak czuć. Miękko, lekko, z ekscytacją.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Naprawdę chcesz mnie pocałować? — spytała raz jeszcze, szukając racjonalnego powodu w swojej głowie. Była przecież szarą myszką, nawet nie w typie dziewczyny z sąsiedztwa. Jej dłonie miękko opadły na biodra Tannera, kiedy zadarła głowę ku górze. W życiu tyle nie rozmawiała przez pocałunkiem. — Dlaczego?
      To pytanie mogło być głupie, ale też trudne. Dla niej. Nigdy nie zastanawiała się nad tym, dlaczego ktoś mógłby chcieć ją całować. Zwykle to po prostu robiła, ale Tanner w dziwny sposób ją onieśmielał.
      — A ty… mi… — mruczała pod nosem, uciekając w końcu spojrzeniem gdzieś w bok, w kierunku tego pniaka, przy którym chciała usiąść. — Pokażesz jak zmienić koło w samochodzie.

      Mia Whitaker 🌷😏

      Usuń