6.09.2024

[KP] Jackson Moore


don't stop believing, hold on to the feeling
właść. Jackson Reid Moorejax — urodzony 20 lipca 1990 roku w Camden — najstarszy z trójki braci — rodowity mieszkaniec mariesville — właściciel restauracji RIBEYE Steak House, w której pełni rolę szefa kuchni — wolontariusz w Mariesville Community Center, gdzie pomaga w prowadzeniu społecznej kuchni — własny kąt w Riverside Hollow nad rzeką Maple River — w posiadaniu domu w Farmington Hills, który obecnie wynajmuje Adamowi i Pauline Robertson — jeździ czarnym fordem f-150 z 2010 roku — stały bywalec miejscowego baru — wędkarz — fan muzyki country oraz klasycznego rocka — miłośnik prostoty, natury i swojskiej atmosfery — oddany społecznik Mariesville — rozwodnik — relacje
Życie nie skończyło się, gdy Tessa odeszła, żądając rozwodu. Choć przysporzyło to wiele bólu, rozczarowania i poczucia zagubienia, to przecież otwarło drzwi do nowego etapu życia. Na początku czuł się, jakby na nowo uczył się chodzić, mówić, a nawet stać o własnych siłach. Nie brakowało mu asekuracji i wsparcia ze strony najbliższych, choć wzrok ojca, przepełniony barwami rozczarowania, utkwił mu w pamięci na zawsze. W głębi serca przecież wie, że to nie jego wina, ale emocje człowieka to wielka tajemnica. Chociaż minął już drugi rok, gdy mieszka sam w nowym — małym, lecz swoim — domu, to wspomnienia wciąż potrafią wrócić i wywrócić dni i wieczory do góry nogami. To wówczas czuje, że jest tylko człowiekiem.

Życie nie traci swojego uroku, gdy bywają gorsze tygodnie w restauracji. Rzuca kłody pod nogi, to prawda, ale nie daje mu sytuacji bez wyjścia. Choć kosztuje go to wiele stresu, to widok mieszkańców jego ukochanego miasteczka, jego domu, w środku restauracji wynagradza to wszystko. Gotowanie to jego prawdziwa miłość. Głęboko wierzy, że jedzenie łączy ludzi i cieszy się, że może być tego częścią. Nie smuci się, że w domu posiłki spożywa sam, gdyż czerpie przyjemność z widoków w kuchennym oknie. Przecież jest tylko częścią czegoś większego — pięknego świata, który daje mu więcej radości niż smutku.

Życie nie staje się przytłaczające, gdy każdej soboty budzi się o czwartej i rusza do lokalnej świetlicy środowiskowej, by przygotować ciepłe posiłki dla tych, których może teraz nie stać na to, by wyżywić swoją rodzinę. Nie tylko go to wzbogaca, ale uczy ogromnej pokory, bo nigdy nie wie, co przyniesie jutro. Wierzy, że prawdziwą sztuką życia jest bezinteresownie otworzyć ręce i serce — właśnie tego nauczyło go całe życie w Mariesville oraz jego ukochana matka, która jest dla niego definicją szczerego alturizmu. On zaś z wiekiem zaczyna rozumieć coraz bardziej, że bliżej mu charakterem właśnie do niej niż do ojca. Za to już zawsze będzie dziękować Bogu.

Życie nie stanie się straszne i niepewne, gdy nie będzie wszystkiego planował, a czasem postawi na spontaniczność. Często myśli, jakie to piękne wyjść na spacer i nie wiedzieć, kiedy się wróci, bo spadające liście drzew to najpiękniejszy widok dzisiejszego dnia. Myśli, jakie to piękne wybaczać i zamykać pewne rozdziały życia, by czuć ulgę na sercu. Jakie to piękne ufać, że na drodze życia spotka jeszcze wiele tych, których doceni, a oni docenią go. Jakie to piękne pogłębiać trwające przyjaźnie, więź ze społecznością i rodzinne relacje… Jakie to piękne móc żyć.
Poniższe wpisy mogą zawierać treści przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Cześć! ✉️ cinnamoonlattee@gmail.com 📝 limit: 3/3

31 komentarzy:

  1. [Dzień dobry, witamy z powrotem wybitnego restauratora 😏]
    Olivia

    OdpowiedzUsuń
  2. [Hej,
    Serdecznie dziękuję za powitanie Maxa. Do spisania i powolnego odkrywania część jego historii związana z przebywaniem w niewoli zainspirowała mnie książka pt. Milusha. Tam co prawda osobą porwaną był polski geolog, a więzienie irackie, a nie irańskie, ale musiałam nanieść pewne modyfikacje, by dopasować wszystko do realiów historycznych, miejscowych i formacyjnych. ]

    OdpowiedzUsuń
  3. Ostatni czas w życiu Olivii był dosyć napięty. Jej życie kręciło się głównie wokół gabinetu, wyjazdów do okolicznych farm, pomocy każdemu zwierzakowi, któremu w jakiś sposób pomóc mogła. Uciszała natrętną gonitwę myśli, która pojawiała się w każdej wolnej godzinie, minucie czy sekundzie.
    Dom stał się jedynie przystankiem. Pomieszczeniem, gdzie raptem spędzała kilka godzin w ciągu nocy, gdzie brała szybki prysznic o to w sumie tyle. Widziała spojrzenia zatroskanej mamy, która zawsze pytała, czy wszystko w porządku, oraz błagała, żeby Olivią odpoczęła choć na chwilę. Wiedziała, co było przyczyną tego zachowania, jednak Olivią Mitchell nie chciała w żaden sposób o tym rozmawiać, wracać myślami do tych kilku miesięcy, które były wręcz perfekcyjne. Takie, jak dawniej.

    Wieść o tym, co spotkało Davisów, rozeszła się po miasteczku niczym błyskawica. Olivia usłyszała o wszystkim od pani Harrison, która akurat przyszła na wizytę do jej gabinetu, ze swoim kotem. Jak każdy, była zatroskana tym, jak wielka tragedia spotkała rodzinę, jak sobie teraz poradzą, czy zdołają przywrócić swoje życie na te dawne tory. Olivia słuchała tego wszystkiego że skupioną miną, dzieląc całą swoją uwagę między kota a panią Harrison. W końcu, kiedy skończyła badanie, wyraziła głęboki żal nad tym, co spotkało Willa i Susie, oraz ich bliźniaczki. Wyraziła również ogromną chęć pomocy w jakikolwiek sposób będzie tylko mogła, bo wiedziała, że społeczność Mariesville nie pozostawi swoich mieszkańców samych sobie, z tak wielkim problemem, jaki na nich spadł.
    Nie myliła się, bo kiedy po skończonej pracy, późnym wieczorem zjawiła się w domu, chwilę później w progu jej mieszkania pojawiła się Rosa, informując, że w najbliższy weekend będzie zorganizowany kiermasz, który ma finansowo wspomóc Williama i Susie. Oczywiście, cała rodzina Mitchellów włączyła się do pomocy, dlatego też Olivia nie mogła odmówić.

    Sobota przyszła zdecydowanie szybko. Dla Olivii było to jak mrugnięcie - nagle znalazła się w Mariesville Community Center, gdzie było gwarno, choć i tak było dość wcześnie, a mieszkańcy powoli zaczynali się zbierać.
    Olivią z samego początku kręciła się głównie po stoiskach, próbując ciast i innych wypieków, przyglądając się różnorakim, ręcznie robionym ozdobom, rozmawiała ze znajomymi. I zdecydowanie unikała oraz udawała, że wśród tych wszystkich ludzi, nie ma tam Jacksona. Nie było to łatwe zadanie - Mariesville było małym miasteczkiem, gdzie wszyscy praktycznie się znali, wiedzieli o sobie zdecydowanie za dużo. Właśnie to chyba najbardziej Olivię w tym miejscu denerwowało - ta wszechobecna wiedza ludzi na swój temat. W końcu jednak, przyszedł ten moment, kiedy w końcu i ona znalazła swoje miejsce przy stanowisku z grami.
    W pewnej chwili jej stanowisko zaczęło być tłumnie oblegane przez miejscowe dzieci. Przekrzykujące się, piszczące, roześmiane.

    — Poradzisz sobie? Na pewno? — Marie spojrzała na nią z zatroskana miną, na co Olivia uśmiechnęła się jedynie, kiwając głową.
    — Przecież nie będzie tak źle — odparła ze spokojem, spoglądając na grupkę dzieciaków. Miała taką nadzieję, że źle nie będzie i sobie jakoś poradzi.
    — Znajdę Ci kogoś do pomocy. Naprawdę, zaraz ktoś się tu pojawi — Olivia machnęła na te słowa jedynie ręka, odprowadzając Marię wzrokiem, gdy ta szybkim krokiem kierowała się w stronę innych stoisk. Mitchell musiała przyznać, że Marie Greenwood była cholernie zdolną organizatorką. W mgnieniu oka udało jej się to wszystko ogarnąć, zebrać ludzi, i jeszcze w czasie trwania kiermaszu krążyć między stoiskami i sprawdzać, czy wszystko jest w porządku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gwar i śmiechu znów zwróciły uwagę Olivii Mitchell, która całą swoją uwagę skupiła na najmłodszych, pochłoniętych próbą wygrania… czegokolwiek tak naprawdę. Na stoisku było wszystko - losy, które można było kupić za kilka dolarów. Rzuty piłką do puszek, by zburzyć zbudowaną z nich wieżę, koło fortuny, czy nieopodal nawet malowanie twarzy. Największą atrakcją chyba jednak było łowienie rybek na magnes, bo to właśnie w tym miejscu było największe skupisko dzieci.
      — Masakra — Olivia jęknęła do siebie, odbierając kilka dolarów od grupki chłopców, którym po chwili podała piłki. Świst rzuconej piłki przeciął powietrze tuż przy jej uchu, gdy jeden z nich zamachnął się w stronę puszek.
      — Ale spokojnie, proszę was — powiedziała, odsuwając się nieco w bok. W głowie miała myśl, że prędzej czy później może skończy z jakimś siniakiem.

      W pierwszej chwili nie zauważyła, że Jackson stoi tuż obok jej stanowiska z grami. Skupiła się na wydawaniu nagród, układaniu puszek, odpowiadaniu na milionowe pytania, które niekoniecznie były związane z grami. Dzieciaki pytały ją o wszystko, co było nawet urocze.
      Dopiero, kiedy usłyszała jego głos koło siebie, podskoczyła, nieco zaskoczona.
      —Oh, Jack — powiedziała, zatrzymując spojrzenie na jego twarzy. Od razu wiedziała, że był zmęczony, że wziął sobie za dużo rzeczy do zrobienia, zamiast odpocząć. Ale wiedziała też, że Jackson w żaden sposób nie mógłby odmówić przyjścia tutaj.
      — Cześć. Super, bo już myślałam, że za chwilę mnie te dzieciaki tu zjedzą. Są gotowe zrobić wszystko, by wygrać tego największego Miśka. Jak na razie żaden nie miał takiego szczęścia — powiedziała, śmiejąc się przy tym może zbyt nerwowo.
      Spodziewała się każdego do pomocy, ale nie Jaxa. Czuła, że ten wspólnie spędzony czas może być dla nich niezręczny. Wręcz czuła tą napiętą atmosferę, która między nimi zawisła, niczym gęsta mgła.
      Olivia

      Usuń
  4. Przez niebieskie zasłony do pomieszczenia wlewało się ciepłe, poranne słońce, zwiastujące nadejście kolejnego dnia, oblewając swoimi promieniami leżącego w nogach łóżka psa oddychającego spokojnie przez sen. Jego właścicielka przysłuchiwała się tym odgłosom w skupieniu równym temu, które charakteryzuje medytujących w rytm uderzeń w tybetańskie misy, ale bez duchowego zaangażowania w sam proces. Nie starała dostosować ruchów klatki do tych czworonoga, ale świst wydobywający się z rozchylonego pyska otulał ją zewsząd, pozwalając by i ona znalazła potrzebne wyciszenie.
    Gdyby nie nagłe, brutalnie rozdzierające ten spokój, buczenie telefonu, trwałaby tak w najlepsze, oddając się chwilowemu niemyśleniu o niczym innym niż o tlenie przepływającym od nosa, przez pysk, aż do płuc zwierzęcia. Mrużąc oczy sięgnęła po aparat i krzywiąc się, wzrokiem zamglonym od łez i nagłego powitania ze światem, wyłączyła budzik, nawołujący do przywitania poranka. Najwolniej jak umiała, najciszej jak była w stanie przebrała się w sportowy komplet przygotowany dzień wcześniej, związała włosy i zjadła dwa sucharki, przygotowane dzień wcześniej na stoliku.
    — Komm — zwróciła się do suczki, która przypatrywała się kątem oka przygotowaniom swojej pani. Pies wstał niechętnie, przeciągnął się i leniwie zamerdał ogonem, podchodząc do właścicielki powoli, dobrze wiedząc, że czeka go sesja zakładania szelek, za czym zwyczajnie nie przepadał.
    Wyszła z domu Jaxa, za wszelką cenę starając się nie obudzić mężczyzny śpiącego w pokoju obok i oddała się rutynie, która sklejała jej życie klejem z mąki i wody, dając pozorne poczucie chwilowej stabilności. Miała gdzie chwilowo mieszkać, miała pracę, większość czasu po schowaniu broni poświęcała na opiekowaniu się matką i unikaniu ojca, który też schorowany mógł ją teraz jedynie ranić słowami, nie będąc w stanie wyrządzić innych szkód. Za wszelką cenę starała się przebywać w domku w Riverside Hallow tylko tyle, ile była zmuszona, starając się z tego miejsca uczynić nie dom, a miejsce spania manewrując swoim czasem i obecnością tak, by spędzać możliwie jak najmniej czasu z jego właścicielem.
    Dwa lata. Dwa lata od decyzji, którą podjęła czując zaciskającą się u szyi pętlę zbudowaną ze sznura wspomnień, nieprzepracowanych traum i strachu, które w tym malowniczym miasteczku zyskiwały prawdziwą władzę. Czas ten nie wystarczył, by udało się wyczyścić wszystko to, co było między nią a jej byłym mężem, którego zapach witał ją wieczorem w łazience, którego buty mijała każdego dnia w progu domu. Za mało dni upłynęło też, by nie czuła żalu do samej siebie, że skrzywdziła kogoś, kto na to nigdy nie zasłużył, krzywdząc też tym samą siebie, ale w tamtym momencie nie widziała innego wyjścia. Musiała się w końcu uwolnić od czających się w cieniu koszmarów i opuścić Mariesville, z którym Jackson wydawał się być stopiony w jedną całość. Dlatego i jego musiała opuścić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od początku ich małżeństwa jasno dał jej do zrozumienia, że przeprowadzka nie wchodziła w grę i wcale mu się nie dziwiła - gdyby i ona dorastała w rodzinie podobnej do jego, nie potrzebowałaby ucieczki. Przez te wszystkie lata miała nadzieję, że i ona znajdzie w sobie uczucia do tego miejsca, podobne do tych, któremu przyrzekała na wieki wieków pełne miłości, ale to się niestety nie stało. Ziemia tego miejsca, stare jabłonie i każde inne z drzew wydawało się być świadkiem jej powolnego upadku, na który była skazana przez samo to, że była córką swojego ojca, który przez lata urósł w jej głowie do rangi prywatnego Pennywise’a.
      Klauna, do którego musiała wrócić, bo ten klaun mieszkał z jej matką, której nie była w stanie winić za wszystko, co się wydarzyło. Dlatego teraz, jak robiła to przed laty, pokonywała kolejne metry, czując przyjemne pieczenie w udach i ciężkość w płucach, po doskonale znanych sobie ścieżkach. Chociaż miała groźnie wyglądającego psa, zawód budzący respekt i znacznie spokojniejszą głowę, niż jeszcze dwa lata temu, to nie była w stanie ponownie zamieszkać w domu rodzinnym, w którym każdy głośniejszy trzask powodował, że budziła się z szybciej walącym sercem i strachem tamtej małej dziewczynki, która zastanawiała się, co przyniesie zmierzch.
      Tak bardzo, jak nie chciała wciągać w swoje życie Jaxa, tak samo mocno pragnęła go mieć w nim ponownie, chociaż sama nie miała odwagi się do tego przyznać. Dlatego chociaż poprosiła go o pomoc i mieszkała z nim pod jednym dachem, starała się być własnym cieniem w jego domu. Wychodzić przed nim, wracać gdy już spał, brać każdą możliwą nadgodzinę by zaoszczędzić wystarczająco pieniędzy na kupno możliwie najtańszego domu w okolicy - nie chciała wynajmować, by jej niewielkie oszczędności przeznaczone na ten cel dodatkowo nie stopniały. Robiła wszystko, by mieć możliwie niewielki wpływ na jego życie, a jednak wiedziała, że znowu wywróciła je do góry nogami, jakby chaos i zniszczenie było jedynym, co mogła mu ofiarować.
      — Steh — sapnęła do suczki, kiedy znalazły się na werandzie i sięgnęła po ściereczkę niedbale rzuconą koło futryny drzwi. Wytarła Divie łapy, sama ściągnęła ubłocone buty przed domem i po cichu weszła do domu Moor’a.
      Wzięła szybki prysznic i równie szybko się ubrała, by nie zajmować łazienki zbyt długo. Odkąd przekroczyła próg domu nikogo nie słyszała, dlatego założyła, że Jax jeszcze śpi, kiedy skierowała swoje kroki do kuchni by zrobić sobie kawy. Włączyła ekspres, wyciągnęła dwa kubki z szafki i stojąc na jednej nodze jak flaming przyglądała się, jak cienki strumień przelewa się przez papierowy filtr wprost do szklanego dzbanka.
      — Dzień dobry — zwróciła się do niego, kiedy Diva zdradziła jego wejście do pomieszczenia leniwym machaniem ogona, uderzającego o front szafki — Wstawiłam kawę… — powiedziała cicho, odwracając w jego stronę głowę.

      Tessa☕🏃‍➡️

      Usuń
  5. W przeciwieństwie do Jaxa, Tessa nosiła w sobie nie tylko sympatię do Holdena Caulfielda, ale też niemal organiczne zrozumienie jego potrzeby ucieczki, które nie domagało się uzasadnień, bo rodziło się poniżej poziomu świadomych myśli, w głębokiej podświadomości. Uciekali jednak przed czymś zupełnie innym — to, co dla niego było przytłaczającym ciężarem dorosłości, napierającym z każdej strony jak ściany maleńkiego pokoju, które powoli się zbliżają, dla niej miało w sobie obietnicę rozszczelnienia, pęknięcia, przez które można się przecisnąć. Nie powód był więc istotny, lecz sam ruch stanowiący niemal fizyczny przymus,jakby gadzi mózg powodował, że ciało wyprzedzało decyzję, jakby coś silniejszego od jej woli wprawiało ją w ruch w chwili, gdy tylko dopuściła do siebie myśl o odejściu.
    Zanim jednak ten ruch stał się faktem, próbowała jeszcze zakorzenić się w tym, co powtarzalne, znane i przyjemnie rutynowe. Przesiadywała w domu Carol, pozwalając, by czas płynął się tam wolniej; zajmowała się jej starą krową Molly, karmiła kurczaki, zbierała jajka i bawiła się w dom. Z takim samym zaangażowaniem doglądała ogrodu, jakby przerzucanie ziemi, przycinanie gałęzi i pielenie grządek mogło w jakikolwiek sposób uporządkować to, co w niej samej pozostawało splątane i nieposłuszne. Dom rodzinny omijała szerokim łukiem, jakby jego próg był linią, której przekroczenie groziło natychmiastowym wciągnięciem w coś oblepiającego płuca, duszącego, znajomego aż do obrzydzenia. Kochała matkę — to uczucie było proste, niemal pierwotne, i właśnie dlatego tak trudne do pogodzenia z obrazem kobiety, którą widziała na co dzień. W jej oczach matka powinna była być nieustępliwa, odporna, niewzruszona, tymczasem obserwowała, jak ta kurczy się pod ciężarem dwóch mężczyzn, jak oddaje im przestrzeń kawałek po kawałku, aż w końcu nie zostaje już nic, co należałoby wyłącznie do niej. Ich obecność była wszechogarniająca, wdzierała się w każdy kąt, w każdy centymetr domu, do tego stopnia, że nawet rzeczy najmniejsze, niemal niewidzialne, zdawały się podlegać ich kontroli. To niezrozumienie narastało, warstwa po warstwie, aż zaczęło obejmować wszystko, także matkę, od której Tessa oddalała się coraz bardziej, choć jeszcze długo nie potrafiła przyznać przed sobą, że była to zwykła dezercja.
    Wszystko układało się w zamknięty, samonapędzający się obieg, z którego nie było wyjścia, bo każdy jego element uzależniony był od poprzedniego. Marudność matki i jej zdenerwowanie naruszały status quo, wywołując gniew brata, gniew brata sięgał dalej, aż dotykał ojca,który nie potrzebował wiele, by nadać mu kierunek. Kiedy dopadał Tessę, jego frustracja materializowała się w bardzo prosty sposób, bo w uderzeniu, w pasku, w czymkolwiek, co znalazło się w zasięgu ręki, jakby ciało było najłatwiejszym miejscem, w którym można zapisać własną bezsilność. Ona zaś odpowiadała na to jedynym mechanizmem, jaki znała: znikała. Wyślizgiwała się z domu ze skrzypiącymi deskami, i oddalała się, na ile tylko mogła, choć nigdy na tyle daleko, by to naprawdę mogło coś zmienić, napędzając tym zły humor Valentiny. Ten mechanizm trwał, domykając się sam w sobie — perpetuum mobile, którego nikt nie próbował zatrzymać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jej historia, choć na pierwszy rzut oka odbijała się echem losów Holdena, w istocie była ich odwróceniem na kształt negatywu, w którym biel i czerń zamieniają się miejscami. To, co u niego pojawiło się później, jako coś, co mogło zatrzymać go w miejscu, u niej istniało od samego początku, łącząc się z każdą decyzją i każdym zawahaniem. I właśnie dlatego nie potrafiła odejść. Dopiero brak tej obecności odsłonił skalę zależności; dopiero wtedy poczuła, jak grunt usuwa się jej spod nóg powoli, nieodwracalnie, jakby świat tracił swoją spójność.. Śmierć Carol nie była pojedynczym wydarzeniem, tylko stanowiło wyrwę, przez którą zaczęło wypływać wszystko, co dotąd trzymało się jeszcze w ryzach. Zniknęło coś więcej niż uśmiech, ciepło pomarszczonych dłoni czy spokojne, łagodne słowa, bo zniknęło miejsce, w którym mogła istnieć bez napięcia, bez konieczności ciągłego czuwania. Drugą osią, wokół której wszystko się obracało, był Jax.
      Nie myślała o nim jak o kotwicy, a jednak coraz trudniej było jej ignorować przeświadczenie, że to właśnie na niego przenosi się coś, czego nie powinna była mu przekazywać. Odpowiedzialność bez nazwy, bez wyraźnych granic, być może przez niego samego niedostrzegalna, dla niej stawała się coraz bardziej namacalna, niemal fizyczna. Widziała w miasteczku źródło wszystkiego, co w niej narastało: napięcia, gniewu, smutku. Każde z nich narastało i nie potrafiła już oddzielić od tego jego obecności, jakby sam fakt, że tam był, czynił go częścią tej samej struktury. Równolegle pogłębiało się w niej inne przekonanie, bardziej podstępne, bo pozbawione jednego, konkretnego źródła. Przekonanie o byciu problemem , bo chociaż sam Jax nigdy nie dał jej tego odczuć, to jego babcia, matka i brat z którymi widywali się kilka razy w tygodniu, nie dawali jej zapomnieć, że zajęła czyjeś miejsce . Po powrocie nabrała jedynie przekonania, że jej podejrzenia były słuszne.
      Z czasem wszystko zaczęło układać się w jedną, niepokojąco spójną całość. Jeśli naprawdę go kochała, powinna pozwolić mu odejść i to nie dlatego, że tego chciał, lecz dlatego, że ona nie powinna była go zatrzymywać. Jeśli chciała ocalić choć fragment siebie, musiała odejść pierwsza, zanim to miejsce wchłonie ją całkowicie, zanim stanie się kolejnym elementem tego samego mechanizmu. Myśl ta nie przyszła nagle; narastała powoli, aż przestała być jedną z możliwości, a stała się jedyną konsekwencją wszystkiego, co ją do niej doprowadziło. Najzwyczajniej czuła, że jeśli nie opuści Mariesville, to nigdy nie uda jej się w końcu zacząć głęboko oddychać, bo taka możliwość do tej pory pojawiała się jedynie wtedy, gdy nie widziała w zasięgu wzroku czegokolwiek związanego z własną rodziną, gdy siedziała u Carol, lub przy jej boku był Jax.
      Ironia polegała na tym, że względny spokój nie przyniosła jej wcale Augusta, a przykry wypadek w pracy, po którym została skierowana do terapeutki. W nowym otoczeniu, w końcu z fachową pomocą zaczynała stawać o własnych siłach, na swoich nogach i w końcu oddychać bez strachu, że ktoś odbierze jej tlen. Stan ten, chociaż daleko mu było do szczęścia, ale był przyziemnie spokojny, trwał jedynie kilka miesięcy — zadzwoniła siostra jej matki, mówiąc jej, że Valentina jest chora i potrzebuje pomocy.
      Po kolejnej nieprzespanej nocy, jednej z tych, które rozciągają się nienaturalnie, stanęła przed jego drzwiami bez planu, bez pewności, właściwie bez niczego poza potrzebą, która nie dopuszczała sprzeciwu. Nie wiedziała, do kogo mogłaby pójść — więc poszła tam, gdzie zawsze ktoś na nią czekał, nawet jeśli to „zawsze” nie powinno było już obowiązywać, bo przecież Jax nikomu nie odmawiał pomocy. Zapukała dobrze wiedząc, że tym gestem narusza coś kruchego, coś, co udało mu się odbudować bez niej, warstwa po warstwie, z wysiłkiem, którego nie była świadkiem.

      Usuń
    2. Chęć niesienia pomocy miał wytatuowaną głęboko pod skórą, jakby była naturalnym przedłużeniem jego obecności w świecie. W tym byli do siebie podobni, ona i on. Tessa nie umiała nikomu odmówić pomocnej dłoni, chociaż nie umiała przy tym wykrzesać z siebie tyle entuzjazmu i ciepła, którymi jej były mąż wręcz emanował. Była w tym raczej cicha, skupiona na zadaniu i zbyt milcząca, by bez trudu można było przypisać jej łatkę pomocnej czy miłej. Przez jej wycofanie często była odbierana jako chłodna, przez małomówność jako wyniosła, niesympatyczna. Pozory te pomagały jej w pracy, kiedy nie było w niej miejsca na zbytnie spoufalanie się, ale tam, gdzie potrzebna była wylewność wadziły, jak drzazga pod skórą
      Nie była pozbawiona empatii. Wyrzuty sumienia pojawiły się niemal natychmiast, ostre i trudne do zignorowania, jakby ktoś przyłożył je bezpośrednio do skóry niczym rozżarzony pręt. A jednak istniała w niej również ta druga część będąca mniejsza i cichsza, ale wystarczająco uparta, by nie ustąpić, która po raz pierwszy od dawna pozwoliła sobie na egoizm. To ona sprawiła, że przekroczyła próg, zagłuszając wstyd, odsuwając go na dalszy plan, jakby był tylko jednym z wielu głosów, a nie tym najważniejszym, najgłośniej odzywającym sie w jej głowie. I w tym, co zobaczyła, czyli w jego reakcji, w niewielkim raptem zawahaniu, w tej samej, znajomej gotowości zdołała odnaleźć coś, co było jednocześnie ulgą i ciężarem. Potwierdzenie, że to, co kiedyś budowali, nie rozpadło się całkowicie, że zostawiło w nim ślad równie trwały, jak w niej samej. Byłoby prościej, gdyby wszystko potoczyło się inaczej.
      Teraz byli tu. W obcej dla niej kuchni, w której jeszcze chwilę wcześniej powoli zadomawiała się inna kobieta, której obecność wypierała z każdym dniem swojego pobytu, a która sama swoim brakiem obecności rzucała cień na ich, kiedyś, małżeństwo.
      — Wiem, ale to tylko kawa — powiedziała równie cicho, odsuwając się od ekspresu, by ustąpić mu przy nim miejsca. Kilka lat temu przysunęłaby się do niego bliżej, pogładziła jego policzek na przywitanie pozwalając zarostowi drapać jej skórę i odpowiedziała, że cokolwiek przygotuje będzie dobrze. W tej chwili starała się go unikać choćby muśnięcia jego dłoni, zbyt mocno obawiając się jego reakcji. Czy by go to obrzydziło? Czy syknąłby, jak poparzony? A może zamarłby i już nigdy się do niej nie odezwał?
      — W zasadzie… W zasadzie, to jeśli nie masz jakiś planów, to mógłbyś ze mną podjechać. Nie do mamy, ale mam tam pewien problem logistyczny — stęknęła, zakładając za ucho wciąż wilgotny kosmyk włosów — Muszę zamienić telewizory. Ten w salonie jest większy, więc ojciec go ciągle okupuje, a mama.. Ciężko już jej wchodzić po schodach, więc jest skazana na dole na oglądanie z nim powtórek meczów i jakiś programów o motoryzacji. Mały zniosłam wczoraj, ale tego dużego zwyczajnie sama nie dam rady — wyjaśniła. Sięgnęła po kubek z kawą i wzięła łyk, cicho klnąc pod nosem na poparzone usta, które szybko wytarła palcem z tych kilku kropel płynu, które zdążyły ich dotknąć.
      — Będę musiała tam zostać, więc możemy pojechać na dwa auta, żebyś… No żebyś nie siedział tam bez sensu. Tylko ten telewizor — tylko ten telewizor, dach nad głową i kawa z Twojego ekspresu.

      Tessa📺🏚️

      Usuń
  6. Gdy otworzył dla niej swoje serce, weszła w nie bez zastanowienie i oglądania się za siebie, odnajdując tam dokładnie to, czego brakowało jej przez lata. Ciepło, bezpieczeństwo i poczucie, że w końcu jest naprawę zauważona i ważna. Rozgościła się w nim, chociaż wiedziała, że jest to jedynie rozwiązanie tymczasowe, bo nie da się kochać kogoś tak mocno, jak jej wydawało się, że ona go kocha, nie kochając siebie wcale. W końcu zaczynasz się spalać, oddajesz siebie kawałek po kawałku, byle móc zostać w bezpiecznej przystani chociaż jeden dzień dłużej, a pod koniec nie pozostaje już nic – Tessa bardzo nie chciała, nie była gotowa na to, by nic z niej nie pozostało, nawet jeżeli był to ból i gniew.

    Nigdy specjalnie nie budowała wokół siebie barier, przynajmniej nie świadomie, bo wychodziła z założenia, że najpierw musiałaby mieć wokół czego budować takie mury. Jej poczucie własnej wartości w momencie, kiedy się poznali było zatrważająco niskie, ale milkliwa Tessa nie dawała tego po sobie poznać, nie oczekując ani komplementów, ani większej ilości miłych słów, niż zakładało to randkowanie, pozostając złudnie pogodzona sama ze sobą. Dopiero po wyjeździe uświadomiła sobie, jak bardzo się obwarowała, wykopując fosę ze swojego milczenia, którym wielokrotnie prawdopodobnie doprowadzała Jaxa do białej gorączki. Dla niego mur był nie do przeskoczenia, ale jednak jej, w trakcie tych dwóch lat a Auguście udało się się dokonać przełomu, o który sama by siebie nie podejrzewała. Zasypała fosę, co prawda jedynie z kobietą, której co tydzień płaciła bajońskie sumy za godzinną rozmowę, ale ta sama kobieta przyczyniła się do tego, że mur o nieznanej wysokości coraz bardziej zaczynał przypominać płotek ogrodowy, tracąc zupełnie swoje gargantuiczne rozmiary, w oczach Tessy.

    Do całkowitego przepracowania tego, co powinno było być przepracowana jeszcze zanim powiedziała komukolwiek sakralne tak, była jeszcze długa droga i Tessa dobrze o tym wiedziała, ale z każdym dniem w Mariesville samą siebie zaskakiwała tym, jak duże postępy udało jej się począć. Jako policjantka zawsze zachowywała czujność, ale była to czujność innego typu – profesjonalna, chłodna, bez podszycia paraliżującym strachem, który towarzyszył jej od dziecka, a przez który w tej chwili potrafiła wyczuć zmianę nastroju szybciej, niż ten ktoś umiał to zarejestrować. W chwili obecnej już nie rozglądała się w sklepie poszukując wzrokiem Manuela, nie czuła nieprzyjemnej obawy, wchodząc do baru, gdy umawiała się na piwo z koleżanką, bo nawet, gdyby spotkała tam ojca wiedziała już, że wilk stracił nad nią władzę, bo ona ruszyła do przodu, w końcu uświadamiając sobie, żejego okrucieństwo nie było jej winą. W końcu mogła chodzić po Mariesville bez chowania się za mundurem, czy w ramionach Jacksona. W końcu czuła się wolna i w końcu czuła, że zyskuje własną tożsamość, która nie zamykała się w roli policjantki, żony Jacksona czy dziewczyny z tej rodziny. Była Tessą, mimo plotek i nieprzychylnych spojrzeń tych, dla których plotki stanowiły jedyny pokarm dla duszy.

    Na samym początku myślała dużo o tym, czy nie ma do niego żalu. Nie starała się go prosić o wiele, nie w świadomy sposób, a jednak przegrała z urokliwym miasteczkiem po środku niczego, od którego zawsze wydawała się odstawać. Gniew byłby naturalnym odruchem w sytuacji, w której się znajdowali, bo przecież była jego żoną, czuła się nieszczęśliwa, a jego zadaniem jako dobrego męża, było żonę uszczęśliwiać, tyle tylko… Że Tessa wiedziała, za kogo wychodzi. Łudziła się, miała nadzieję, że z czasem pokocha ją bardziej niż to miejsce, ale tu nie o miłość chodziło a o coś znacznie ważniejszego, bez czego nikt nie mógł istnieć. Tożsamość. Jax był z tym miejscem związany niemal organicznie, swoje korzenie zdawał się zapuszczać od dnia narodzin a Mariesville przyjęło jego oddanie swoją żyzną glebą i pozwoliło kwitnąć. Kim by była, gdyby próbowała przesadzać zdrowe drzewo, skoro od samego początku wiedziała, że w innym klimacie mógłby zwiędnąć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wracając do miasteczka była przekonana, że poradzi sobie bez niego. W końcu miasteczko samo w sobie przestało ją straszyć w jakimkolwiek stopniu, ojciec nie był już w stanie podnieść na nią zniedołężnianej ręki a Juan od dawna był zbyt daleko, by dostarczać jej kolejnych przykrości. Przegrała jednak z domem o skrzypiących deskach, w którego słojach drewna wciąż czuła zamknięty swój krzyk i każde złe wspomnienie, każdą myśl, że to już koniec i każdą, komórkę serca, która zamierała, ilekroć słyszała ruch po drugiej stronie piętra tam, gdzie ojciec zalegał, gdy matka nie wpuszczała go do sypialni. Kakofonia dźwięków jej rodzinnego domu powodowała bezsenność, niszczyła całą pracę, jaką Tessie do tej pory udało się wykonać, przez co ucieczka ponownie wydawała się być jedyną opcją. Tylko w czyje ramiona miała uciec, jeśli nie w jego.

      Głęboko wierzyła, że nie będzie znowu dotykać ran, które zadała sobie z pełną premedytacją, poddając się operacji odejście, a które, po długim czasie jątrzenia, zagoiły się w brzydkie, bolesne blizny, których pieczenie czuła wciąż dotkliwie, jakby ktoś otwierał je na nowo, milimetr po milimetrze. Bo ona, zbyt skupiona na swojej własnej drodze, nie próbowała specjalnie domknąć tego rozdziału, zrzucając tą odpowiedzialność na czas. Minęły w końcu dwa lata. Dwa, długie lata, w trakcie których Jackson zdążył się przeprowadzić, zacząć układać życie z inną kobietą, a to, że to była Olivia… Czuła zazdrość, bardzo dużo zazdrości, ale nie mogła go przecież winić, że postanowił ruszyć na przód. W ostatecznym rozrachunku i tak wybrał pomoc jej, więc gdyby Tessa cieszyła się z cudzego nieszczęścia, pewnie odczuwałaby dzięki temu spełnienie – zamiast tego była na siebie zła, ale z każdym dniem coraz mniej, jakby echo ich dawnego życia ugłaskiwało wyrzuty sumienia. Była przestraszona myślą, że rany pozostawione na pastwę czasu, chociaż już zagojone, rozgrzebywała ilekroć uświadamiała sobie, że to nie jest już jej Jax, do którego mogła podejść się przytulić w każdej chwili, do którego w trakcie służby wpadała do restauracji tylko po to, żeby podjeść coś w kuchni, czy zniknąć z nim na kilka minut na zapleczu, aby skraść mu pocałunki bez widowni. Straciła prawo nawet do myślenia o długich rozmowach, które potrafili przeprowadzać na najbardziej trywialne tematy, czy tęsknego wspominania wypadów nad jezioro. Ale pamiętała, a wspomnienia ich wspólnego życia wciąż przesuwały jej się przed oczami, jak w fotoplastykonie.

      …nie przejmuj się.

      Uniosła kąciki ust ku górze, prawie niewidocznie, ale dla niej samej był to nielada wyczyn zważywszy na to, że odkąd zamieszkała u Jacksa za wszelką cenę obiecała sobie, że nie będzie się dobrze czuć. Że będzie cieniem przemykającym po kątach, możliwie niewidzialna, jakby wcale tu nie mieszkała. Robiła wszystko, byle nie być jeszcze większym problemem, a on i tak brał na siebie więcej, niż miałaby odwagę poprosić. Bo przecież tu tylko o pomoc chodziło, prawda?

      — Dziękuję, Jax — skinęła, wzrok wlepiając w leżącą na blacie ścierkę, kiedy on wyglądał przez okno. Kątem oka widząc jego ruch, sama też się w końcu poruszyła i spojrzała na niego z uwagą.

      — Kupiłam wczoraj bajgle… — sięgnęła w stronę chlebaka, najostrożniej jak umiała, przesuwając się tuż obok niego. Wyciągnęła papierową torbę i położyła ją na blacie — Mogę Ci pomóc? Czy wolisz, żebym w tym czasie zrobiła coś innego? — czy mam sobie pójść? .

      Would I risk a broken heart?
      Tessa 🥯☕

      Usuń
  7. Jackson znał ją jak nikt inny. Potrafił wyłapywać najmniejsze gesty, odczytywać z mowy jej ciała wszystko. Teraz wystarczyło, że Olivia na niego spojrzała, i wiedziała, że jej kłamstwo zostało odkryte.
    Nie, nie było super. Choć Olivia Mitchell robiła wszystko, żeby sprawiać pozory, to nie wychodziło jej to zbyt dobrze. Nie było super od momentu, kiedy ich drogi znów się rozeszły. To wszystko było takie… denerwujące.
    Olivia była zła, o czym Jax mógł się przekonać w dniu, kiedy wyrzuciła mu wszystko, co było związane z Tessą. Irytowała ją obecność jego byłej żony, jego dobroć względem niej i to, że nie mógł się tak łatwo od niej odciąć.
    Oddech Tessy Miller, Olivia czuła na każdym kroku, choć z tego, co mówił Jackson, jego była żona próbowała schodzić mu z drogi za każdym razem.
    Irytowało ją to, że Jackson był urażony, zły na to, jaką decyzję podjęła Olivia. Chyba nawet nie starał się postawić w jej sytuacji, gdyby to nagle w jej życiu pojawił się ktoś, z kim dawniej coś ją łączyło, a ona jak gdyby nigdy nic pomogła mu i w jakiś sposób na nowo pozwoliła zagościć w swoim życiu. To była zdecydowanie chora sytuacja, a Olivia nie miała już w pewnym momencie rywalizować z Tessą.
    Więc odeszła, głównie dla swojego dobra. Bo nie tak to miało wyglądać. Ta historia też nie tak miała się zakończyć.

    Znów spojrzała na Jacksona, chcąc coś powiedzieć, ale jedyne, co wyszło z jej ust, to ciche, pełne żalu westchnięcie. To nadal nie była ta chwila, w której mieli się spotkać. Olivia musiała udawać, robić dobrą minę do złej gry, sprawiać pozory, że przecież wszystko jest okej, kiedy nie było. Jak nigdy, czuła się skrępowana, nie na miejscu. Chciała tak wiele zrobić, tak wiele mu powiedzieć, bo od ich ostatniej rozmowy, pełnej złości i rozżalenia z jej strony, teraz była już zupełnie spokojna i opanowana.

    — Tak, już Ci wszystko tłumaczę — Olivia potrząsnęła głową, jakby chcąc odgonić natrętne myśli, jakby ten gest też miał ją ustawić z powrotem znowu do pionu. Przesunęła wzrokiem po wszystkim wokół, zastanawiając się, do czego ma zacząć.
    — No więc, najbardziej zależy im na loterii z nagrodami, oraz chyba tych rybkach z magnesami. Chociaż, czekaj — powiedziała, po czym schyliła się, zbierając z ziemi kilka piłeczek tenisowych.
    — Nie, zbijanie puszek. Jak któryś z dzieciaków zbije wszystkie wieże, to wygrywa wcześniej wspomnianego miśka — wyjaśniła. Spojrzała na Jacksona, gdy poczuła, jak ich ciała się ze sobą przypadkowo zetknęły. Przez moment nic nie mówiła, z uwagą obserwując jego reakcję.
    — Najmniejszych kieruj na malowanie twarzy, to dla nich największa frajda — dodała, nie odrywając od niego wzroku.
    — Jak się trzymasz, Jack? Całkiem dziwna sytuacja, nie? Chaos — powiedziała, odgarniając kosmyk włosów za ucho.
    —Odpoczywasz? Bo wyglądasz na zapracowanego — mówiąc to, znów spojrzała na niego z uwagą, mimowolnie wyciągając rękę w jego stronę, jednak zawczasu złapała się na tym, co chciała zrobić. Zrezygnowana, opuściła rękę wzdłuż tułowia, odwracając się do Jacksona bokiem.
    —Masz ochotę później na kawę? — zapytała.
    Olivia

    OdpowiedzUsuń
  8. Słyszała to niejednokrotnie. Że byli dla siebie stworzeni, że pasowali jak elementy puzzli. To, że na chwilę do siebie wrócili po jej powrocie do Mariesville, również było znakiem. Przecież to było To. Tak wiele osób im to mówiło, tak wielu trzymało kciuki za nich, że Olivia zaczęła wierzyć, że teraz będzie tylko lepiej. Los im sprzyjał, karma była po ich stronie, pchała ich ciągle do przodu. I pewnego dnia wszystko się spieprzyło. Posypało jak domek z kart, który tak mozolnie układali. Wystarczył jeden nieprzemyślany ruch, by zawaliło się wszystko. By fundamenty ich związku zatrzęsły się niebezpiecznie, przerywane nagłą szczelina.
    Olivia czuła, jakby właśnie stała na jej skraju, a Jackson był po drugiej stronie. Być może zareagowała za późno, a oni zaczęli się od siebie odsuwać, będąc po dwóch różnych stronach. I to nie tak, że porzuciła to wszystko od razu, kiedy na horyzoncie pojawiła się Tessa. Nie, Olivia dała im szansę, próbowała to wszystko jeszcze naprawić - ten mozolnie układany domek z kart, chciała jeszcze naprawić. Jednak z czasem poczuła się, jakby to nie było jej miejsce. Że cokolwiek zrobi, cokolwiek powie, Jackson się nie wycofa, i zrobi dla Tessy wszystko.
    To chyba w tamtym momencie w Olivii pojawiły się wątpliwości, czy aby na pewno jest dla niego ważna. Czy te słowa, że z Tessą to już dawno skończone, były prawdą.

    Najzwyczajniej w świecie bała się o to zapytać. To proste pytanie, czy coś do Tessy czuje, było jak najcięższy kamień, który przyszło jej pchać przed sobą. Było tym ciężarem, który powodował, że Olivia nie miała zbytnio siły go dźwigać. Więc najlepszym, według niej wtedy, wyjściem było, by ciężar ten odłożyć i po prostu pójść przed siebie. Sama, bez Jaxa u boku, jak tego jeszcze nie tak dawno pragnęła.
    Obecność Tessy było jak ta drzazga, która wbiła się głęboko, przeszkadzała i na dodatek nie dało się jej wyciągnąć. Była obcym organizmem, z którym Olivia musiała się po prostu nauczyć żyć. Nie było innego wyjścia.

    Nie była zła o przeszłość Jacksona, przecież każdy ją miał, nawet ona. Była żalą o to, że Jackson tak łatwo na pomóc Tessie, przystał. I chyba jedna, to nie był tak do końca zamknięty rozdział jego życia, jak jeszcze zarzekał się jakiś czas temu. Tessa nie była tu sama, miała rodzinę, miała gdzie wrócić. Choć jej rodzinny dom nie był taki, o którym się marzy, to mogła postąpić zupełnie inaczej. Odsunąć się w cień, pozwolić Jacksonowi, by zaczął od nowa. Ona Jednak postąpiła inaczej. Wróciła jak gdyby nigdy nic, wpakowała się na nowo do jego życia a on… on przyjął ją, jakby to było zupełnie coś normalnego.

    Jego ciepły uśmiech, który posłał w stronę Olivii, sprawił, że poczuła ukłucie tęsknoty. Tak ogromnej, że naprawdę, gdyby nie ci ludzie w okół, pewnie bez słowa by się w niego wtuliła. Jeden raz, może ostatni, by poczuć jego ciepło i bliskość. Zamiast tego stała w miejscu, również się delikatnie uśmiechając, tak bardzo nie wiedząc równocześnie, jak się zachować.
    Na jego pytanie, wzruszyła jedynie ramionami. Jak się trzymała? Nijak, resztkami sił, tak naprawdę.

    — Zdecydowanie szukam sobie dodatkowych zajęć, jak widać — odparła spokojnie, z nutą ironii w głosie.
    — Za miesiąc mam seminarium weterynaryjne w Atlancie. Jadę tam na kilka dni, spotkam się ze znajomymi, wpadnę do mieszkania, bo wynajmujący chcą przedłużyć umowę najmu. Trochę… odpocznę? Nie wiem czy to dobre słowo — zaśmiała się. Atlanta była odskocznią od tego co działo się ostatnio w jej życiu. Powiewem czegoś dawnego i znanego, czymś, za czym Olivia trochę tęskniła.

    Spojrzenie brunetki spoczęło na Jacksonie. Wyłapała od razu to, jak się zawahał. Widziała, jak jego ciało lekko się napięło z tego powodu, jak na twarzy na moment zagościł cień zastanowienia i zawahania.
    — Jeśli nie chcesz, nie musisz — powiedziała, choć Jackson już zgodził się na jej propozycję. Przecież nie w jego stylu było odmawiać czegokolwiek.
    — Chciałam po prostu porozmawiać. Tak jak kiedyś, przecież chyba jeszcze potrafimy, prawda?
    Olivia

    OdpowiedzUsuń
  9. Kojarzyła go dobrze ze szkoły. Był starszy, wysoki i przystojny, a w nastoletnim wieku to wystarczyło, by być zauważonym w edukacyjnej placówce; no i był Jacksonem Moorem, z tych Moorów, którzy cieszyli się dobrą opinią całego miasteczka, będąc znanym przez prawie każdą, jeśli nie dosłownie każdą osobę, która mieszkała tu od przynajmniej kilku lat. Był kimś z zupełnie innego kręgu znajomych, bo prócz wieku różniło ich w tamtym tak wiele, jak wiele może różnić dwie osoby w okresie dorastania – dosłownie wszystko. Kojarzyła także jego związek z Olivią, kolejnym złotym dzieckiem Mariesville, jak lubiła w myślach nazywać mieszkańców, do którego grona nigdy nie podejrzewała, że może dołączyć. Sama w szkole średniej i chwilę po jej zakończeniu chłopaków miewała, bo nigdy z żadnym nie była dłużej, niż kilka tygodni, zmieniając obiekty swoich uczuć, jak rękawiczki. Żadnego z nich nie umiała pokochać, żaden z nich nie był też na tyle interesujący i ciekawy, by mogła z nim być bez miłości, a dla samego towarzystwa. Aż trafiła do akademii policyjnej.

    Z Louisem poznała się pierwszego dnia nauki i od tamtej pory byli nierozłączni. Nie był jednym z tych wprost przystojnych mężczyzn, ale nadrabiał to niesamowitą pewnością siebie ciekawością świata, którą Tessa odkryła dopiero przy nim. Miała wtedy wrażenie, że poznała bratnią duszę, kogoś pokaleczonego jak i ona, kto w mudurze szukał sprawiedliwości i sensu życia, nie znalazłszy go nigdzie indziej. To było namiętne, szybkie, wyniszczające uczucie, które T. może i mogłaby wspominać z tęsknotą na stare lata, gdyby nie to, że Louis okazał zwyczajnie paskudnym gościem, który w domu zostawił dziewczynę w zaawansowanej ciąży, o czym zapomniał Tessie wspomnieć. Była zdruzgotana i taka też powróciła do miasteczka, wprost pod dach Carol, która po śmierci męża cierpiała na chroniczną samotność i nudę, a której zawdzięczała możliwość wydostania się z rodziny , czymkolwiek ten twór był.

    To było świeże. Jax był świeży. Pierwszy raz w życiu uścisnęła jego dłoń, kiedy przedstawiła ich sobie Carol. Z okazji ukończenia akademii kobiety udały się do jego restauracji na kolację, do której Caroline przychodziła kilka razy w tygodniu, a jeszcze jako aktywna funkcjonariuszka – codziennie. Zabrała tam Tessę, opowiadając jej o tym, że jest to miejsce, do którego zagląda większość ludzi i że wyjaśniła jej, że gdyby miała pytania o któregoś z mieszkańców, to któryś z pracowników będzie coś na ten temat wiedział. Do ich stolika podszedł Jackson i wcale nie zawrócił jej w głowie jednym spojrzeniem, jak to jej później dogryzała Carol.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie było zupełnie tak. Jackson Moor nie zdobył gwałtem jej serca, z pełną brutalnością wyrywając je z piersi. Było to coś znacznie wolniejszego, spokojniejszego, co ogrzewało ciepłym światłem, wkradającym się w każdy ciemny kąt. Początkowo zagadywali się wzajemnie w jego restauracji, która faktycznie była często odwiedzanym, przez miejscowych funkcjonariuszy, miejscem. Nic specjalnego, ot koleżeńskie rozmowy, wspominanie nauczycieli ze szkoły, czy bardziej oryginalnych uczniów; niewinne opowiastki z życia miasteczka, czy rozmowy o pogodzie, porach roku, czy czymkolwiek innym, co nie zobowiązywało do niczego. Nie miała pojęcia, kiedy z przyjacielskich pogawędek ich rozmowy zaczęły być znacznie poważniejsze, bardziej głębokie i pozbawione filtrów, które bezbłędnie używali przy towarzyskich spotkaniach. Mówiła mu wszystko, dokładnie w taki sposób jak uważała i pierwszy raz w życiu czuła, że ktoś słucha ją naprawdę. Nie tak, że wydaje się, że niby słucha, ale zamiast tego jedynie kiwa głową, a później wraca do tematu własnych myśli, których bieg ruszył jeszcze w trakcie jej wypowiedzi. Nie. On słuchał i starał się zrozumieć, a to było dla Tessy ważniejsze niż kwiaty, bombonierki, czy inne romantyczne gesty, bo i ona go słuchała, każde słowo później analizując w głowie, obracając się po trzykroć. Nagle zaczęła rozpamiętywać wszystkie spotkania, karmić nimi złaknioną uczuć duszę, w trakcie i po pracy, coraz częściej łapiąc się na tym, że to już nie samo przyzwyczajenie ciągnie ją do lokalu Jaxa, ale fizyczna wręcz potrzeba bycia obok niego, słuchania jego głosu, czy posiadanie samej świadomości, że jest blisko. Przepadła, kiedy do szacunku i podziwu, którymi darzyła go od samego początku ich znajomości, doszła namiętność, znacznie głębsza, niepohamowana, ekstatyczna.

      Tylko Carol wiedziała o tym, co działo się u niej w domu i tylko przed nią czuła, że nie musi się ukrywać. Oczywiście miała koleżanki, nie była totalnym outsiderem społecznym, bo wbrew wszystkiemu, Tessa kochała ludzi. Uwielbiała ich towarzystwo, karmiła się żartami i głębokimi rozmowami, ale wśród swoich znajomych miała opinię raczej zdystansowanej, potrafiącej rozmawiać na większość tematów, poza tymi, które faktycznie dotyczyły większość nastolatków – o rodzicach, chłopakach i przyjaciółkach. Czuła się wybrakowana, kiedy te tematy były wykładane na tapet, bo i o czym miała mówić? Zamiast tego wolała uchodzić za średnio sympatyczną, z wąskim gronem znajomych, którzy lubili ją mimo niekiedy trudnego charakteru, ale przy nim… Przy Jacksonie Moore, mężczyźnie o gołębim sercu, mającym w sobie tyle ciepła, że mógłby nim ogrzać cały świat i łagodność, całkowicie dla Tessy obcą, opuszczenie maski chłodu, cynicznych odzywek i wymownego milczenia, było naturalne i nastąpiło niemal natychmiast, gdy przysiadł się do niej i do Carol. Od samego początku poznawał ją dokładnie taką, jaką była, chociaż i tak trochę czasu musiało upłynąć, by pokazała swój miękki, krzywo pozszywany brzuch, a gdy go w końcu odsłoniła, wiedziała, że nie ma zza tej granicy powrotu, bowiem pokochała tego mężczyznę każdą komórką swojego ciała i każdą, eteryczną cząstką duszy. Kochała go całą sobą, bo dla niej on był czystą miłością – nawet wtedy, kiedy kąsałą go w kłótnia, kiedy on unosił głos i kiedy bez słowa mijali się w domu, niczym dwoje obcych ludzi. Wtedy kochała go nawet jeszcze bardziej, jeśli było to możliwe, bo wiedziała, że po każdej burzy wyjdzie słońce a oni poradzą sobie z każdą trudnością. Razem.

      Usuń
    2. Największym przekleństwem Tessy Moore była wręcz patologiczna potrzeba radzenia sobie, najlepiej samemu, bo chociaż Jackson nigdy jej tego nie wypomniał, nigdy nie wyliczał razy, gdy ratował ją przed jej własnymi demonami, to czuła się winna, bo nie umiała mu dać tego samego. Z każdy rokiem coraz boleśniej uświadamiała też sobie, że jeśli czegoś nie zmieni, to zniknie całkowicie, stanie się wydmuszką samej siebie, bo mimo otaczającej ją miłości, nie umiała znaleźć zgody z samą sobą, na bycie zwyczajnie szczęśliwą. Śmierć Carol, sam akt jej odejścia nie wstrząsnął nią tak mocno, jak towarzysząca temu żałoba i towarzyszące temu oddawanie części Carol, kawałek po kawałku.
      Ostatnie zjedzone ciastko, które przyniosła do herbaty. Zapach, który ulotnił się z pożyczonego koca. Włączająca się poczta głosowa i trawnik, który dawno powinien był być przystrzyżony. Każdego dnia Carol znikała coraz bardziej, aż w końcu dzieci kobiety sprzedały jej dom, a Tessa zobaczyła obcych ludzi na ganku, którzy stanowili bolesne uświadomienie sobie prawdy, że Carol już nie wróci.
      Wtedy Tessa poczuła, jakby zniknęła jej połowa i przeraziła się, że drugą część jej stanowi Jax, a samej Tessy nie ma w tym wcale. Lata psychicznej i fizycznej przemocy, której doświadczył jej młody, chłonny umysł doprowadziły do tego, że jej samopoznanie nigdy się nie dokończyło, jeśli można było mówić o jakimś początku.

      Jej ojciec był sfrustrowanym, nieszczęśliwym, i teraz już wiedziała jak to określić, narcyzem. Przekonany, że jest stworzony do większych rzeczy niż bycie robotnikiem na cudzym ranczu, nie umiał się pogodzić z własnym losem, ale też nie próbował go w żaden sposób zmienić, bo łatwiejszym sposobem było szukanie zapomnienia w kieliszku, niż rozwiązania dla swoich problemów. Kiedy Tessa przyprowadziła Jacksona pierwszy raz na obiad, Manuel nie umiał ukryć niechęci względem adoratora córki, po jego wyjściu głośno komentując, że Tessa nie powinna zapominać kim jest i żeby nawet nie myślała, że ktoś taki jak Jax Moore może myśleć o niej poważnie. Bo przecież w oczach Manuela, jeszcze wtedy młoda Garcia, była nikim, a Jax Moore był dokładnie tym, kim Manuel czuł, że sam być powinien. Tamtego wieczora nasłuchałą się jeszcze dużo przykrych słów, ale nie czekała do momentu eskalacji, jak to miała w zwyczaju robić w przeszłości – spakowała drelichową torbę i zadzwoniła do Carol z informacją, że jednak wraca do niej na noc, bo w jej domu nic się nie zmieniło. Każdą, nawet najmilszą sytuację Manuel potrafił uczynić nieprzyjemną i dotyczącą głównie jego samego, ale Tessa była już wtedy starsza i miała dwie osoby, na których mogła się podeprzeć, dlatego zrobiła to, co robiła do tej pory najlepiej i uciekła, do rodzinnego domu zaglądając tylko wtedy, gdy była w nim sama Val.

      Drzewo bez korzeni szybko się wywraca. Tessa była takim drzewem, ale jej brak ukorzenienia nie był winą Jacksona, który nie mógł zwyczajnie zrobić więcej, bo potwór, którego na swoich gałęziach wyhodowała wgryzł się w tkankę, ssał jej siły i rósł w jej w głowie, wciąż rósł i nie mógł się w tym wzroście zatrzymać, naruszając swym ciężarem pień. Musiała uciec, by w końcu zgładzić gada, ale nie wiedziała, ile jej nie będzie, ani czy wróci kiedykolwiek, a nie miała prawa prosić Jaxa o więcej czasu, którego dał jej już i tak wiele. Najbardziej paradoksalne w całej tej sytuacji było to, że Tessa składając papiery rozwodowe wiedziała, że łamie serca ich obojga, bo ona nigdy nie przestała go kochać i w tamtym momencie była przekonana, że i on kocha ją szczerze. Brutalnie i przykro, ale wychodziło na to, że te osiem lat temu spotkali się w złym czasie, w którym Tessa nie była gotowa na przeciwstawienie się swoim koszmarom, pozwalając im tkwić w uśpieniu głęboko pod skórą, wypuszczając je na światło dzienne wraz z odejściem Carol. Musiała to zrobić sama i była gotowa nosić w sobie dalej to uczucie do Jaxa, jednocześnie jemu nakazując odejść.

      Usuń
    3. Przez cały czas w Auguście nie narzekała na brak zainteresowania, ale nie spotykała się z nikim, zbyt pochłonięta pracą nad sobą i pracą samą w sobie. Wbrew sobie, nauczyła się żyć bez niego stosunkowo szybko, ale cały proces znacząco ułatwiła zmiana otoczenia i zajęcie sobie każdej wolnej chwili jakimiś zajęciami – od wolontariatu, przez treningi i naukę gotowania, po czytanie niebanalnej liczby książek. No i Diva, która zamieszkała z nią ponad rok temu też skutecznie zajmowała uwagę, bo chociaż była świetnie wytresowaną towarzyszką, to mimo emerytury wymagała sporo ruchu i miłości. Brała też każdy dodatkowy dyżur, przyjmowała z uśmiechem każdą nadgodzinę licząc, że szybko uda jej się awansować, aż doszło do incydentu. Coś, co dla jej kolegi było prawdziwą tragedią, bo kula, która przeszyła jego ciało uziemiła go w domu na dobre pół roku, dla Tessy okazało się prawdziwym wybawieniem, tym, po które powinna była sięgnąć od samego początku, ale w jej domu o problemach nie rozmawiało się wcale, bo pomóc mógł tylko Bóg. Psycholog, do której Moore trafiła, pokazała jej, że nie tylko modlitwa może coś zdziałać i że jest dla niej nadzieja, dla odnalezienia Tessy w Tessie i zwyczajnym byciu, bez powracających po zmierzchu potworów.

      Nie miała prawa wracać, nie w ten sposób. Bo nawet po ośmiu latach, które mimo wzlotów i upadków wydawały się być dla niej najszczęśliwszymi w życiu, nie miała prawa prosić Jacksona o cokolwiek. Tym bardziej o to, co w końcu i tak uczynił, jak zwykle postępując w zgodzie ze swoją naturą – pomógł, przyjął ją pod swój dach i pozwolił, by postawiła ich w sytuacji wzbudzającej dyskomfort i zagubienie. Przynajmniej Tessa czuła się zagubiona. Wiedziała, że go zraniła, mogła się bronić, że sam przyczynił się do rozpadu ich małżeństwa, ale nie czuła, by taka zagrywka zmieniła cokolwiek i sprawiła, żeby którekolwiek cierpiało mniej, poza tym… Powrót do miasteczka, do domu Jaxa uświadomił Tessie, że rozpad ich małżeństwa wcale nie oznaczał końca tego, co było między nimi. Żal, gniew i frustracja, którą w sobie nosili, wbrew wszelkiej logice i rozsądkowi, dla Tessy była fasadą, za którą kryło się coś, co każdego dnia uświadamiała sobie tym boleśniej, im bardziej czuła, że nie ma innej możliwości, niż zostanie w domu byłego męża jeszcze kilka tygodni. To coś, czego nie miała prawa nazywać, czego nie miała też prawa czuć sprawiało, że tylko bardziej chciała w końcu ona zadbać o niego, w końcu zrobić coś, czym mogłaby się w jakiś sposób odpłacić za wyrządzone szkody, rozbite związki i poczucie straconego czasu. Może to dlatego starała się być niewidzialna? Czy było możliwe, żeby tylko ona czuła gęste, jak śmietana, powietrze między nimi? Czy dobrze smakowała, że powietrze to nie jest pełne jedynie złości i niechęci, ale czegoś, czego stanowczo w nim być nie powinno?

      Już miała odpowiedzieć, że pójdzie w tym czasie złożyć pranie, gdy zatrzymały ją w kuchni jego dwa ostatnie słowa. Skoro nie przeszkadzała, a mieli spędzić w swoim towarzystwie jeszcze kilka godzin, to może powinna była zostać, zamiast tą dziwną, niekomfortową sytuację czynić dla nich jeszcze bardziej niewygodną? A może podskórnie chciała zostać, jedynie podświadomie szukając u niego pozwolenia, aby zrobić to bez większych wyrzutów sumienia?

      Usuń
    4. Automatycznie. Przyłączyła się do niego automatycznie, poruszając się w kuchni dokładnie tak samo, jak robiła to przez te osiem lat, które byli razem. Bez słowa sprzątnęła po nim obierki, naszykowała herbatę,serwetki, sztućce i talerze. Dała też jeść Divie, która po skończonym przez siebie posiłku, położyła się pod stołem, omal nie przewracając jednego z krzeseł. Przez krótką chwilę poczuła się tak swobodnie, że niewiele brakowało, by zaczęła nucić pod nosem wymyśloną na poczekaniu piosenkę, której tekst zmieniał się w zależności od tego, co Jax gotował, ale kiedy złapała się na tym zamiarze, jedyne co zrobiła to przygryzła wnętrze policzka.
      Nie wiedziała, w czym jeszcze może mu pomóc i dawno temu, wydawać by się mogło że w poprzednim życiu, pewnie zaczęłaby mu przeszkadzać, zaczepiać, może trochę zadziornie dokuczać, tak teraz, nie wiedząc co ma zrobić, westchnęła bezdźwięcznie. Wyciągnęła z lodówki jedzenie, które dzień wcześniej przyszykowała dla rodziców i zapakowała je do płóciennej torby.

      — Zrobiłam wczoraj zupę, wyszło jej dużo… Odłożyłam Ci, jeśli miałbyś ochotę. Tą z kurczakiem i z ziemniakami — powiedziała zwyczajnie, starając się brzmieć przy tym możliwie sympatycznie i lekko, bo przecież to była tylko zupa, którą i tak gotowała dla rodziców, żeby nie spędzać w ich domu ani minuty dłużej, niż było to konieczne.

      Usiadła do stołu i spojrzała na to, co przygotował Jackson, próbując sobie przypomnieć, kiedy jadła coś, co wyglądało równie apetycznie. Tessa umiała przygotować kilka rzeczy na krzyż, kuchnię pozostawiając jako królestwo Jacksona, w którym mogła być jedynie czeladnikiem,pomagającym mistrzowi, dlatego po ich rozwodzie śniadania, które jadła ograniczały się do kawy, jogurtu z granolą albo tosta z awokado. No i gotowanie dla jednej osoby, prócz tego, że logistycznie bywało uciążliwe, to było dla Tessy zwyczajnie przykre.

      — Wygląda bardzo apetycznie, Jax — uśmiechnęła się lekko, tym razem nieco wyraźniej, dopiero teraz uświadamiając sobie, jak bardzo głodna w rzeczywistości była i zabrała się za jedzenie, które zamiast do żołądka, trafiało wprost do serca — Przepyszne — powiedziała szczerze, oblizała usta i kciukiem otarła kąciki warg, na których poczuła drobinki bajglowej posypki. Gdyby można było człowieka zaczarować jedzeniem, to Jackson Moore byłby Merlinem Mariesville.

      Following the stream up North, where do people like us float?
      Tessa


      Usuń
  10. Abi była tchórzem i przekonała się o tym w momencie, gdy uciekła z domu Jaxa, a później nie próbowała z nim porozmawiać. Pocałunek, nawet po pijaku, mocno rzutował na ich wieloletnią znajomość, na przyjaźń opartą na głębokim zaufaniu i akceptacji siebie nawzajem z całym bagażem doświadczeń, zalet i wad. Abigail nadal była wciąż tą młodszą w ich układzie, zawsze będzie, taką która wielu rzeczy nie potrafiła sobie na szybko składnie poukładać, wątpiła w siebie i szukała oparcia, która potrzebowała porady i stabilnych zapewnień. A dodatkowo miała co chwila drżące albo niepewne serce i Jax... po prostu przesadził. Chwila była miła, wyjątkowa, ale on nie pragnął Abi, on pragnął miłości odwzajemnionej od innej kobiety... nie umiała wyrzucić goryczy, jaka w niej rosła, że chciał ugasić tęsknotę z nią. Bo była obok i tak naprawdę to nic nie znaczyło, nie w tym sensie. Była wściekła i poczuła się wykorzystana.
    A później Tanner... Gdy młodszy Moore zaczął jej coś wyznawać, nie pozwoliła mu dokończyć. Też przyszedł do niej pijany, pewnie tylko to pomogło mu się zebrać na odwagę, ale jak otworzył usta i zaczął mówić, i Abiz rozumiała, co się święci, dostał poduszką w twarz. Nie rozumiała co się dzieje z tymi facetami i czy to z wszystkimi, czy to rodzinne i dotyczy tylko Jaxa i jego brata. Wygoniła Tannera, a on zamiast przyznać, że jest pijany i mogą do tego wrócić jutro, albo pojutrze, zrobił jej tak wielką aferę, że sąsiadki w całym Mariesville już wiedziały, że tych dwoje wydzierało się na siebie przed pensjonatem. I mówili sobie brzydkie rzeczy. Była jeszcze bardziej wściekła.
    A później wróciła Tessa i choć zapewniła blondyna, że może jej przygotować pokój, bo rozmawiali od ich karkołomnego wieczoru sporadycznie, ale jednak... on się uparł, że weźmie ją do siebie do domu. I rozwalił sam budowany świeżo związek z Olivią. I wpadał znowu w to samo bagno, jak wtedy, gdy miesiącami nie umiał się pozbierać! Robił głupotę za głupotą, a chociaż samej Tessie Abi źle nie życzyła, to nie życzyła sobie, aby kręciła się obok swojego byłego męża i znów rozwalała mu życie swoją obecnością. Ale co ona tam wie... nie rozumiała Jaxa, nadal była wściekła i się wycofała. Tego było za dużo.
    Kaliber tych wszystkich trosk w życiu osobistym dziewczyny, podbiły problemy pensjonatu, gdy odnalazła lewe umowy i to właśnie w chwilach jak ta, potrzebowała przyjaciela najbardziej. Jego porad, zdroworozsądkowego podejścia do biznesu, przewertowania razem papierów i odnalezienia rozwiązania. Ale on jej teraz nie rozumiał, nie potrafili rozmawiać, miał swoje troski, swoje kobiety na głowie i Abi nie chciała brać w tym udziału. Był jej bliski i drogi, ale był też głupkiem, który chciał zbawić świat własnym kosztem, a na to patrzeć nie zamierzała. Bo kto potem będzie go zbierał, jak upadnie i kto go będzie sklejał, jak sie potłucze w drobny mak w milion kawałeczków... no ona! A on dalej jej nie słuchał.
    - Zadzwoń do tej pani i przeproś za pomyłkę, zapewnij, że pokój jest gotowy i to system nam zwariował - mówiła do młodej dziewczyny, którą zatrudniła na praktyki na recepcję do pomocy. Już żałowała.
    Dziewczyna, niewiele młodsza od niej zresztą, wolała klikać w telefon, niż pilnować systemu rezerwacji i sprawdzać maile, a gdy już się za coś brała... nie wiedzieć jakim cudem, wszystko psuła. To prawdziwy talent, najprawdziwszy, a przecież Abi nie mogła być wszędzie i sama zajmować się wszystkim. Potrzebowała pomocy i teraz... teraz nie wiedziała, w co ręce włożyć. Straciła gościa, organizowała lokalne przyjęcie dla artystki, rozchorował jej się kucharz i na dodatek te umowy, które znalazła... nie spała, nie jadła, chodziła zestresowana, a kiedy Jax pojawił się bez uprzedzenia, oberwał, otrzymując surowe spojrzenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. - Cześć. Nic nie zamawiałam - zauważyła krótko, a potem zgarnęła spory pęk kluczy i wyminęła Moore'a bez słowa, idąc szybkim krokiem do schodów, mocnym aż wbijała pięty w panele. Zatrzymała się za nim, wyciągnęła rękę i odebrała mu paczkę, doskonale wiedząc co to. Ścisnęło ją w brzuchu z głodu, gdy zajrzała do środka i wzięła głeboki wdech, karmiąc się na razie tylko zapachem jedzenia. Właśnie przez niego nigdy nie przejdzie ani na dietę, ani na wegetarianizm.
      Popatrzyła na przyjaciela, na to jak ma zatroskane spojrzenie, jak bardzo się stara i westchneła, pozwalając opaść ramionom.
      - Okropnie... chodź - gestem wskazała, by ruszył za nią, chyba że wolał porozmawiać z praktykantką, która wszystko psuła i nawiązać nowe znajomości i nowe przyjaźnie.
      Nie wiedziała, czego on się spodziewał, przychodząc tu dzisiaj, ale była w podłym nastroju. Poprowadziła go za schody, do kuchni, ale od drugiej części, prywatnej. Weszli do mieszkania ich rodziców, bo od kilku dni przebywali w Camden i tam mieli na dłuższą chwilę pozostać. Ale tego pewnie nie wiedział, bo nie rozmawiali. Odstawiła torbę na bok, wyciągnęła dwa kubki z szafki, wstawiła wode i obróciła się do Jaxa, opierając tyłek o blat mebli. Działa na autopilocie, była pewna że zaraz przejdą do dyskusji na ten temat, więc zanim Moore coś dodał, oparła dłonie na biodrach i z zaciętym wyrazem twarzy odezwała sie pierwsza.
      - Co cię sprowadza?

      gradowa chmura Abi 🌩️🌩️🌩️

      Usuń
  11. Po rozstaniu z Louisem miała wrażenie, że czasy, w których przyszło jej się urodzić, nie sprzyjają miłości. Były pełne cielesności, szybkich i pustych uniesień, ale niewiele widziała w tym prawdziwej miłości – takiej, przy której wyraża się uczucia drobnymi gestami, jak zrobienie drugiej osobie herbaty czy pomoc we wniesieniu zakupów. A przecież to właśnie z takich małych koralików, cierpliwie nawlekanych na sznur czasu, składało się życie. Przy Jacksonie odzyskanie wiary w miłość nastąpiło naturalnie, bo ich uczucie zaczęło się właśnie od takich małych rzeczy – krótkich rozmów, nieśmiałych uśmiechów i przyjemnych, przyziemnych gestów. Jego zaproszenie na randkę nie pojawiło się ani zbyt późno, by wzbudzić w Tessie frustrację, ani zbyt wcześnie, by przed udaniem się na nią powstrzymał ją strach. Wszystko wydawało się być idealnie wyważone, jakby trzymali się od dawna ustalonego planu, na który tylko zdawało im się, że mają jakikolwiek wpływ.

    Zrozumienie, że kocha Jacksona Moore'a, jak większość rzeczy w ich relacji, nie było czymś nagłym. Wiedziała, że coś do niego czuje od momentu, gdy jej serce przyspieszało na samą myśl, że może go zobaczyć w restauracji, ale zrzucała tę fizyczną reakcję na zafascynowanie, otrzymaną od niego uwagę i chęć zaleczenia nie tak dawno złamanego serca – posklejania go choćby na mąkę i wodę. Brakowało jej jednak odwagi, by nazwać to miłością. Zrozumiała, że jest niezaprzeczalnie zauroczona Jaxem, jego ciepłem i spokojem, gdy pośród kolorowych liści uśmiechnął się w taki sposób, jakby uśmiechał się wprost do jej serca, i po dziś dzień Tessa doskonale pamiętała ten uśmiech, bo przez wszystkie lata ich małżeństwa wiedziała, że to on poprowadził ją znacznie dalej, ku miłości do tego mężczyzny.

    Miłość, kochanie, nie miało swojego momentu. Nie było to nagłe olśnienie, a raczej powolne uświadamianie sobie, siedząc w policyjnym radiowozie, że chciałaby jeść przy nim codziennie śniadanie, obiad i kolację. Nie było to także tak jednoznaczne jak ten uśmiech, którym ją obdarzył w starym arboretum. Był to proces – odkrywanie kochania w wysyłanych wiadomościach z życzeniami miłego dnia, długich spacerach i wypitych razem kubkach kawy. We wszystkich pocałunkach, które smakowały tylko lepiej niż ten pierwszy, który chociaż niezapomniany, był nieco nerwowy, wypełniony niepewnością, a następne… W następnych, mimo uczuć zapierających dech w piersiach, nadciągających do niej falami, ona czuła się spokojna, jakby ten spokój, który Jackson nosił w sobie, zaczął i na nią działać. W pewnym momencie, sama nie wiedziała właściwie w którym, z żalem nie będąc w stanie wskazać dokładnej chwili, zwyczajnie wiedziała, że to w jego sercu chce zamieszkać i chce, żeby i on zamieszkał już na stałe w jej – nie potrafiąc wyobrazić sobie w tej przestrzeni nikogo innego.
    Wtedy jeszcze nie wiedziała, że nie zawsze jest się w stanie wiedzieć, czego chce się naprawdę, i że nawet duża wiara we własną nieomylność nie stanowi na to lekarstwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. Była przekonana, że zbudowanie rodziny z Jaxem będzie czymś, co w końcu da jej upragnione chwile wytchnienia w walce z samą sobą. Czasami zastanawiała się, czy byłaby w stanie podjąć decyzję o swoim wyjeździe, gdyby doczekali się dzieci, i dochodziła do bolesnego wniosku, że może i by została, ale prawdopodobnie nie byłaby w stanie być dobrą matką. Pragnęła być archetypicznym ucieleśnieniem ciepłej, kochającej matki, w której ramionach dziecko, nawet dorosłe, wiedziałoby, że może się schować; lwicy gotowej walczyć za swoje potomstwo i jednocześnie oazy łagodności, gdy zachodziłaby taka potrzeba. Bała się, że prócz wyuczonej walki nie umiałaby dać dzieciom niczego więcej, ale jednocześnie wiedziała, że bardzo chciałaby kiedyś zostać matką, chociaż czas z każdym rokiem działał na jej niekorzyść. Na początku ich małżeństwa czuła się zbyt młoda, stawiała pierwsze kroki w policji i chciała nacieszyć się tym, co było między nimi, a później… Później przestraszyła ją wizja uwiązania, które z całą pewnością towarzyszyłoby macierzyństwu, a stres związany z konfliktami, które zamiast maleć, jedynie narastały między nią a Jacksonem, tylko ją w tym umacniał.
      Szkoda, że w życiu nie wystarcza sama miłość.

      Dla Tessy życie dalej było z całą pewnością łatwiejsze. Przeprowadziła się do dużego miasta, którego rytmu uczyła się przez pierwsze miesiące. Zamiast domu z dużym ogrodem zamknęła się w podłej kawalerce, w której udało jej się oddzielić sypialnię od części dziennej za pomocą czerwonej, wyglądającej jak teatralna kurtyna, zasłony, i tak trwała, bo nie nazwałaby tego życiem. Przypominało to wegetację, w której wszystkie ruchy wykonywała ostrożnie, robiąc wszystko, byle nie zostawać zbyt długo sama ze swoimi myślami. Każde święta spędzała w pracy, tłumacząc narzekającej na to matce, że skoro sama nie ma rodziny, to nie chce, żeby ci, na których czekają dzieci w domu, tracili ten czas. Bo w jej domu czekała na nią najpierw pustka, a później podstarzały pies, uparcie noszący w pysku pluszowego hipopotama i ani pustce, ani psu nie robiło różnicy, jaki był dzień tygodnia. Wysłuchiwała wtedy oczywiście litanii na temat tego, że Val jest jej rodziną, że matka wszystko rozumie… ale nie rozumiała, bo przy najgorszych incydentach z udziałem jej ojca zwyczajnie nigdy jej nie było – pracując jako pielęgniarka, częściej była w pracy niż w domu.

      Uśmiechnęła się tylko lekko na jego podziękowanie. Nie myślała o tym w kategorii robienia czegoś miłego, a raczej naturalnego. Z drugiej jednak strony… może naruszyła jakąś niepisaną zasadę bycia współlokatorami? Prócz krótkiego pobytu w akademii nigdy nie mieszkała z kimś obcym, a tak chyba powinna była traktować Jacksona, chociaż obcym wcale dla niej nie był, bo w pewnym momencie ich życia zdawało jej się, że zna go najlepiej ze wszystkich; zarówno od dobrej, jak i tej gorszej strony. W końcu w ich kłótniach nie była osamotniona, nie tylko ona je wywoływała i chociaż teraz przyjmowała niejako pozycję chłopca do bicia, była gotowa wiele wziąć na swoje barki jako własne przewinienia, to w trakcie ich małżeństwa widziała niewiele więcej swojej winy niż jego. Byłoby znacznie prościej, gdyby wszystkie ich nieporozumienia można było sprowadzić do prostego równania, w którym wynikiem jest wina tylko jednego z nich. Mimo upływu dwóch lat była w stanie się założyć, że ten stateczny, pogodzony ze sobą i swoją naturą człowiek nie zmienił się na tyle, by mógł być dla niej nagle kimś obcym, chociaż to pewnie ułatwiłoby ich współdzielenie przestrzeni, jaką był jego dom.

      Usuń
    2. Wolałaby, żeby w końcu zaczął krzyczeć. Udawane uprzejmości, którymi karmili się od momentu jej wprowadzki, chłodne, grzecznościowe wymiany zdań, unikanie się wzajemnie do tego stopnia, że Tessa nasłuchiwała, kiedy wieczorem zamykały się drzwi od jego sypialni, tylko po to, żeby nalać sobie wody w kuchni, czy – tak jak dzisiaj – starała się wstać przed nim, to wszystko… To wszystko przytłaczało i czuła, że w tym uczuciu stłamszenia nie jest osamotniona. Byłoby jej pewnie dużo łatwiej, gdyby w końcu wyrzucił z siebie to napięcie, które czuła, ilekroć wchodziła do pokoju, w którym Jax przebywał, gdyby wydarł się na nią, kazał się wynosić, zniknąć z jego życia raz na zawsze… Byłoby łatwiej, bo nie czułaby pod skórą tego dziwnego, ni to piękącego, ni to drapiącego uczucia, przez które coraz częściej łapała się na ochocie wyjścia ze swojego pokoju dokładnie w tym samym momencie, gdy słyszała że wchodzi do domu. Widziała, że i w nim jest dużo emocji, których źródła się domyślała, ale nie znała kierunku, w który ta burza zmierzała.

      Wolałaby jego wrzask, bo wtedy mogłaby sama zacząć krzyczeć, wydusić z siebie to, co siedziało w niej teraz, i przypomnieć sobie to, co nosiła w sobie przez te wszystkie lata. Chciałaby w końcu przestać go lubić – bo może wtedy znalazłaby w sobie motywację, by poszukać pomocy gdzieś indziej albo pozwolić sobie na cierpienie w rodzinnym domu, z którego ponownie uciekła w jego ramiona, choć tym razem zimne i mniej przyjazne.
      Ta neutralność ją dobijała.
      — Ostatnio dawałam radę cały dzień na jogurcie i płatkach, więc po tym pewnie nie zjem już nic do kolacji — powiedziała, nie podnosząc na niego wzroku, jakby plaster pomidora i jego nienaturalna o tej porze roku czerwień odznaczająca się na białym talerzu zajmowały całą jej uwagę. W rzeczywistości skupiła się na składaniu cichych życzeń, żeby jej ojca nie było w domu, bo nie miała siły na jego przytyki – zwłaszcza że miała pojawić się z Jaxem, za którym Manuel nigdy nie przepadał. Teraz nie miała pojęcia, komu spróbuje zrobić większą przykrość, ale była pewna, że tym razem nie pozwoli, by ją to dobiło. Już nie.
      — Posprzątam — podniosła się i zaczęła zbierać naczynia, układając jedno na drugim, po czym sprawnie wstawiła je do zmywarki. Przeczesała palcami włosy, zastanawiając się przez chwilę, co powinna zrobić dalej, bo w zasadzie, prócz ustalenia, którym samochodem jadą, nic już jej tu nie trzymało.
      — Masz coś jeszcze do zrobienia przed wyjściem, czy możemy jechać? — zapytała, wsuwając przez głowę cienki, bawełniany sweter, na który narzuciła wysłużoną, skórzaną kurtkę, pamiętającą czasy, gdy Jax był jedynie jej przyjacielem.
      — Jeśli nie masz nic przeciwko, chciałabym, żebyśmy pojechali moim wozem. Mam na tylnym siedzeniu rozłożone posłanie dla Divy, a w nogach zostawiłam zakupy dla mamy — powiedziała, chwytając torbę i wyciągając z niej klucze do swojego pełnoletniego, czerwonego Chevroleta Silverado.

      Maybe we should just try, to tell ourselves a good lie?
      Tessa🛻🍅

      Usuń
  12. Nawet w takich domach jak Tessy, w których ściany przesiąknięte były żalem i dziecięcym smutkiem, było miejsce na miłość i to uczucie faktycznie było w nim obecne. Valentina bardzo kochała swojego męża, za którego wyszła mają zaledwie osiemnaście lat, ale z całą wiarą, że czeka ją u boku tego mężczyzny szczęśliwe i spokojne życie. Nie było jej w końcu potrzebne wiele do szczęścia, bo sama nigdy zbyt wiele nie miała, a Manuel mimo to starał się jej udowodnić, że może dać jej więcej, niż nawet zamarzy. Pierwsze lata były szczęśliwe, pełne radości, która całkowicie uśpiła czujność kobiety, swoją barwnością przykrywając ciemne strony mężczyzny, ujawniające się najczęściej po alkoholu i w momentach większej frustracji, która z każdym rokiem dotykała ją coraz częściej. Gdy na świecie pojawił się Juan, wydatki były coraz większe i coraz było obowiązków, Manuel niechętnie, ale z pełnym zaangażowaniem stanął na wysokości zadania, starając się być możliwie dobrym ojcem, chociaż nigdy nie miał z kogo brać przykładu w tej roli. Jego ojca nigdy nie było, nie był nawet pewien, czy jego matka podała prawdziwe dane mężczyzny w jego akcie urodzenia. Ojczym był w oczach Manuela pantoflarzem, człowiekiem łagodnej, niezrozumiałej dla niego natury, który nie dosyć, że podporządkował się swojej żonie, to nigdy nawet nie krzyknął na Manuela, gdy ten wyprowadził go z równowagi. W oczach młodego Garcii był zwykłym słabeuszem, nie zaś prawdziwym mężczyzną, jak chociażby ojciec wybranki jego serca, który długi czas witał go w drzwiach ze strzelbą pod pachą, którą dziwnym trafem zawsze przed jego wizytą decydował się wyczyścić. Ojciec Valentiny był prostym człowiekiem, kierującym się w życiu bardzo prostymi zasadami, które nie zakładały uwzględniania zdania kobiet w podejmowanych przez niego decyzjach, bardzo często dotyczących całej rodziny. Wychowywana przez tyrana Val nie miała szans doświadczyć innej dynamiki w rodzinie i naturalnym dla niej było wyjście za mężczyznę, który tak jak jej ojciec, wiedział lepiej, co jest dobre dla niej i dla ich dzieci. Cały problem polegał na tym, że jej własny ojciec może i był tyranem we własnym domu, ale nigdy nie podniósł na nią ręki, czego Tessa nie mogła powiedzieć o swoim ojcu, w którego występki matka długi czas zwyczajnie nie wierzyła, a zdanie zmieniła dopiero, gdy zobaczyła palce odciśnięte na przedramieniu dziewczynki. Tessa miała wtedy trzynaście lat i perspektywę na spędzenie następnych, przynajmniej, pięciu lat pod jednym dachem z człowiekiem, którego szczerze nienawidziła i chyba tylko ta nienawiść, przeważająca nad strachem, pozwoliła jej ten czas przetrwać. Drzewo, które tworzyli jej rodzice miało poranione korzenie i spróchniały pień, a ona przez lata miała wrażenie, że jest cienką gałązką, którą może zdmuchnąć byle wiatr. I tak się stało. Wyjazd z Mariesville był dla niej jak nowy początek, jak włożenie cienkiej gałązki do wody z nadzieją, że w końcu znajdzie swoje własne, samotne ukorzenienie, w które może jeszcze kiedyś kogoś wpuści, a jeśli nie to przynajmniej będzie mogła rosnąć. Nie była jednak pewna, czy w jej sercu znalazłoby się miejsce dla kogokolwiek innego, bo przez ostatni czas coraz boleśniej uświadamiała sobie, że osoba, którą z całych sił próbowała z tego serca wyeksmitować, nadal w nim siedzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo starała się, aby jej dzieciństwo i otoczenie w którym dorastała, nie było czymś, co ją określało, co stanowiło trzon jej tożsamości i tego, kim była i mogła być dla Jacksona, któremu jako pierwszemu, poza Carol, opowiedziała o wszystkim. Pamiętała wstyd, który czuła, gdy przyznała mu się do bycia ofiarą, jakby to jej winą była brutalność ojca; pamiętała też, jak źle się czuła, gdy wspomniała o uzależnieniach Juana, który lawirował między używkami, naciągając rodzinę na koszty odwyków, którymi matka miała nadzieję zdołać go uratować. Pamiętała, jak ciężko przyszło jej opowiedzieć o roli jej matki w tym wszystkim i jak dużym zakłopotaniem było opowiedzenie jej wszystkiego, co faktycznie dotyczyło jej. Tessy Garcii, która w pracy w policji nie upatrywała jedynie szansy na wyrwanie się z przemocowego otoczenia, ale pokutę dla samej siebie, bo czuła się winna i to poczucie winy towarzyszyło jej ciągle, z czasem jedynie coraz bardziej ciążąc, aż stały się jedną z ważniejszych składowych, które przyczyniły się do ich rozwodu. Tessa bardzo chciała być jak Gracie i bardzo nie lubiła w sobie tego, że zwyczajnie tego nie umiała, a odrzucenie ze strony rodziny Jacksona jedynie to potęgowało, powodując nie tylko powiększanie dystansu między nią, a kobietami z rodziny Moore, ale też jej coraz większe wyrzuty sumienia. Chociaż często kłócili się o stosunek, jaki Gracie miała do Tessy, często też Tessa wymuszała szybszy powrót do domu z rodzinnych imprez, nawet jeśli Jackson dobrze się bawił, to czuła się winna, że nie tylko nie jest w stanie być taką żoną, jaką Gracie była dla Thomasa, ale nie umie być nawet żoną wystarczającą. Albo chociaż wystarczająco twardą, by szczypnięcia, które jej była teściowa kierowała w jej stronę, nie bolały tak bardzo, bo o ich mocy Gracie zdawała się nie mieć pojęcia, a przynajmniej tak chciała myśleć Tessa. Jeśli jednak matka Jaxa, z pełną premedytacją wbijała szpilki, którymi Tessa wychodziła z jej domu cała poraniona, to była zwyczajnie okrutna – nie chciała nigdy myśleć w ten sposób o matce Jacksona, nigdy też nie przyznała mu się, że miewała takie wątpliwości wiedząc, że jest jego matką, dokładnie taką, o jakiej Theresa kiedyś marzyła.
      — Wiem Jacks… — odpowiedziała równie spokojnie, ale głosem jasno sugerującym, że chciała coś dodać, chociaż zabrakło jej na to odwagi. Wiem Jacks, ale nie chcę tego robić za często. To już za dużo. To wszystko, to za dużo.

      — Pójdę spakować resztę rzeczy — oznajmiła w odpowiedzi na jego słowa i wyszła z domu, aby wsadzić do auta pojemniki z jedzeniem.
      Te kilka minut, które Jackson potrzebował dla siebie, postanowiła zaczekać na werandzie i popatrzeć na leniwie poruszającą się wodę, w której z każdym tygodniem coraz wyraźniej odbijały się zielone drzewa i coraz cieplejsze, łagodniejsze słońce, tak charakterystyczne dla wiosny. Gdy mężczyzna wyszedł i zamknął za sobą drzwi, uśmiechnęła się do niego delikatnie, z lekkim rozbawieniem zauważając, że dwa lata temu byłoby z całą pewnością odwrotnie – on musiałby czekać na nią, bo ona wiecznie funkcjonowała w niedoczasie, zwłaszcza, kiedy spieszyło się im do wyjścia.
      Zanim odjechali spod domu spojrzała na Jacksona i z lekkim uśmiechem, którym w nieco nieudolny sposób próbowała zwiększyć wiarygodność słów, które miała zamiar powiedzieć, zwróciła się do byłego męża.

      Usuń
    2. — Jackson, nie musisz… Jeśli zmieniłeś zdanie, albo coś Ci wyskoczyło, to nie musisz ze mną jechać. Wiem, że chcesz pomóc i bardzo to doceniam, ale… Sam wiesz — wiedział, a ona nie miała najmniejszej ochoty nazywać tego po imieniu i to już nie dlatego, że się tego bała. Było to spowodowane tym, że zwyczajnie nie musiała, bo przecież on wiedział, bo bywał w tamtym domu razem z nią, wchodząc do niego wcale z nie mniejszą niechęcią, chociaż jej matka zawsze starała się, by czuł się mile widziany.
      Ruszyli spod domu, wcześniej uchylając lekko okna w samochodzie, ale Tessa nie włączyła muzyki, zbyt skupiona na tym, o czym powinna, a o czym nie powinna myśleć za wszelką cenę, próbując potok myśli ukierunkować w stronę powoli kreującego się w jej głowie planu, co do tego, co musiała zrobić u mamy. Odhaczała w głowie punkty listy, którą zaplanowała wieczorem leżąc w łóżku, a która dzięki obecności Jacksona uległa przyjemnemu skróceniu, bo znała go zbyt dobrze, by wierzyć, że po zniesieniu telewizora usiądzie na kanapie. Będzie chciał pomóc i najpewniej jakaś część niego będzie się z możliwości pomocy cieszyła, tak jak jakaś część niej cieszyła się, że to on z nią jechał, bo nie musiała mu tłumaczyć dynamiki domu, którego próg za chwilę mieli przekroczyć. Była pewna, że nie będzie jak dawniej, bo dawniej było w innym życiu, w którym to Jackson prowadziłby samochód, ona byłaby zła, że muszą tam jechać, a na palcach oboje mieliby złote obrączki, symbolizujące to, że cokolwiek by się nie działo, stawią temu czoła razem. Szkoda, że to nie wystarczyło, by stawić czoła jej samej, gdy pokonały ją jej własne demony i nakazały ucieczkę.
      Droga do jej rodzinnego domu zajęła im ledwie dziesięć minut, które jak na złość zleciały zbyt szybko, by mogło być między nimi bardziej niezręcznie, ale też zbyt szybko, by Tessa przygotowała się do tego przyjazdu w swojej głowie. Codziennie. Dzień w dzień walczyła ze sobą, żeby nie odjechać spod tego budynku. Niewielki, piętrowy, ustawiony trochę krzywo względem drogi, z wylanym dawno temu, spękanym już przez lata podjazdem, w którego szparach coraz odważniej rozpychały się kępki trawy. Elewacja z sidingu była biała w czasach, które Theresa pamiętała ze zdjęć, ale lata bezlitosnego słońca zamieniły ją w nierówny odcień żółci i szarości. W niektórych miejscach plastikowe panele były lekko powyginane, jakby poddały się upałom i zimom, które przechodziły przez tę okolicę rok po roku. Stara weranda, z odchodzącą gdzieniegdzie farbą wołała o odświeżenie i jedynym, co polepszało w jakikolwiek sposób obraz tego rozpadu, były dwa potężne, różane krzewy, które latem wyglądały przepięknie.
      Tessa nie wysiadła z samochodu, tylko patrzyła tępo na budynek, ale nie miała w sobie dawnej obawy, wspomnień, jak przestraszona przeskakiwała schody werandy, albo wydostawała się przez okno. Nie była bierna, nie dawała się zastraszyć na tyle, by nie szukać pomocy, bo wiedziała, że Manueal nawet w największym zamroczeniu alkholem nie pozwoli sobie na spacer do Carol u której Tessa nocowała, ilekroć coś się działo. Zamiast strachu, Tessa karmiła teraz złość, bo z nią było jej tam znacznie łatwiej pójść. Z ulgą zauważyła, że na podjeździe nie ma samochodu ojca, co oznaczało tyle, że przynajmniej przez jakiś czas powinni mieć względny spokój.

      Tessa
      No one else could have the love we shared

      Usuń
  13. Dziwnie jej tak było, stać obok Jacksona, jakby byli tylko zwykłymi znajomymi. Jakby zarówno Olivia, jak i Jax udawali, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Że oboje są pogodzeni z zaistniałą sytuacją, że każde z nich poszło w swoją stronę. Ale Olivia czuła, że to wszystko nie tak się powinno skończyć. Jednak, nie mogła, albo może nie chciała, zmienić swojej decyzji. Była ona trudna - owszem, ale Olivia nie chciała być tą drugą. Nie chciała mieć wiecznie za sobą cienia w postaci Tessy. Chciała być dla Jaxa jedna i jedyna, a tak tez było przez chwilę. Krótka, słodką i tak bardzo zapadająca w jej pamięci. Jackson nawet nie wiedział, że każdego wieczoru Olivia kładła się do łóżka i długa chwilę wpatrywała się w puste miejsce obok. Nie wiedział, że od momentu, kiedy powiedziała mu, że między nimi koniec, każdego wieczoru zasypiała z załzawionymi oczami, wypominając sobie, jak głupia była, podejmując tą decyzję.
    Olivia Mitchell była też jednak osobą, która rzadko kiedy zmieniała zdanie. Nawet jeśli podjęła decyzję, która z czasem okazała się pochopnie podjęta, i tak nadal trwała przy swoim.

    Już nie chciała się na niego gniewać. Nastał za to moment, kiedy Olivia choć trochę próbowała zrozumieć decyzję, którą podjął Jackson, przyjmując Tessę do swojego domu, pozwalając dzielić jej tym samym na nowo wkroczyć do jego życia, wywracając je w jakiś sposób. Było to trudne, ale przecież znała Jacka już tyle czasu, wiedziała, że był to człowiek o najczystszym sercu, jakie Olivia mogła w swoim życiu poznać. W przeciwieństwie od niej, bo Olivia przez te wszystkie lata nieco się zmieniła. Życie w mieście chyba ją zmieniło, pokazało, że nie każdemu należy wybaczać i znów zapraszać do swojego życia. Kiedyś to kiedyś, i nie było możliwości powrotu. Może gdyby Jax dawniej zdecydowałby się na przeprowadzkę do Atlanty, jak go o to prosiła, również by się zmienił, i nie pozwoliłby wrócić komuś do swojego życia po raz drugi. Może gdyby był inny, to nawet i do niej by nie wrócił na tą krótką chwilę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama nie wiedziała, czy ich związek był kruchy, czy może za szybko w to wszystko weszli. Może powinni sobie dać trochę więcej czasu, jakby na nowo po tych wszystkich latach, które spędzili osobno, poznać. Bo przecież każde z nich się zmieniło, każde z nich miało swoje bagaże doświadczeń. Może to wszystko było jednym z głównych powodów, że najzwyczajniej w świecie im nie wyszło.
      Czuła też, że Jackson był pomiędzy nią a Tessą. Z każdą z nich coś go łączyło, każda z nich miała coś, co on lubił i cenił. Dlatego też może nie potrafił tak łatwo zrezygnować z byłej żony, ale też nie potrafił zrezygnować z Olivii. Był między młotem a kowadłem, ale ona nie miała zamiaru na niego naciskać. Nie chciała mówić mu, że musi wybierać i w końcu czas zdecydować. Za to wolała usunąć się w cień, zniknąć, bo tak wydawało się, że będzie jej łatwiej. Pogodziła też się z tym, że na swój sposób go straciła, odsuwając od siebie. Jakby spaliła za sobą most, cholernie żałując tego, że się zdecydowała na to.

      — Jedź ze mną — wypaliła, bez większego namysłu. Nie zastanawiała się, po prostu powiedziała, zanim też pomyślała nad sensem tych słów. Spojrzała na Jacksona, lustrując go z uwagą.
      — Zniknij ze mną, Jack. Na kilka dni — dodała, jakby z cichą nadzieją na to, że się zgodzi. Bo przecież, Atlanta nie była na drugim końcu kraju, gdyby coś, zawsze mógł w każdej chwili wrócić do Mariesville.
      — zobaczysz… zobaczysz kawałek mojego dawnego życia. Pójdziemy do jakiejś dobrej restauracji, później na spacer po parku. W Piedmont Park jest świetny widok na miasto — w głowie Olivii to wszystko było do zrobienia, potrzebna była tylko na to wszystko zgoda Jacksona. Chęć spędzenia z nią czasu, zobaczenia tego, co Olivia tak bardzo lubiła w tym wielkim mieście.
      — Ale na początek kawa. W naszym małym, spokojnym Mariesville. Bo tak, ja też chcę. Chcę nadal potrafić, Jack.
      Olivia

      Usuń
  14. Największa praca, jaką musiała wykonać Tessa to ta nad nią samą i uczuciami względem samej siebie. Lata poczucia wybrakowania, bycia niewystarczającą pomimo zapewnień Jacksona i jego cierpliwego, czułego wsparcia sprawiły, że zamiast poczuć się lepiej, ona zapadała się w sobie jeszcze bardziej. Czuła się winna tego, że nie umie dopuścić go do rdzenia samej siebie, tak jak on dopuścił jego, ale było to coś, nad czym zdawało się, że odebrane jej władzę nim na dobre ją posiadła. Jednocześnie wiedziała, była świadoma, że jej problemy nie wynikały jedynie z jej winy – nie była jedną z tych osób, które pozwoliły swoim traumom stać się ich tożsamością. Nie czuła, że jedyne, co ma do zaoferowania światu, to własny ból i smutek, bo było w niej znacznie więcej niż tylko to, bo przecież gdyby jedynie ten ciężar była w stanie zaoferować nie byłaby w stanie być przez Jacksona tak pokochana i sama jego nie mogłaby kochać.
    Związek z Jacksonem był najlepszym, co ją w życiu spotkało i co do tego nie miała żadnych wątpliwości, ale był też najtrudniejszą rzeczą, która jej się przydarzyła. Jackson rozebrał ją do naga, obnażył wszystkie, skrupulatnie ukrywane słabości, wyciągnął z niej wiele goryczy i złości, które nosiła pod żebrami i nigdy nie byłaby w stanie powiedzieć, że się nie starał. Starał na swój sposób, na tyle na ile tylko mógł, wciąż pozostając wiernym samemu sobie i Tessa bardzo pragnęła, by to było wystarczające, bo długi czas faktycznie było, jednak to nigdy nie w nim leżał problem, a w niej. Była przekonana, że gdyby z nią wyjechał nie miałaby odwagi się z nim rozwieść, zbyt szczęśliwa w tych wszystkich chwilach, gdy byli razem i gdy było zwyczajnie dobrze, spokojnie i przewidywalnie, bo jej nigdy nie było wiele potrzebne do odczuwania przy nim szczęścia. Nie potrzebowała wielkich gestów, śniadań do łóżka, czy kwiatów bez okazji, bo wystarczyło jej to, że gdy wracał do domu późnym wieczorem zawsze przychodził się z nią przywitać, gdy sama już leżała w łóżku. Albo wtedy, gdy wracała z nocnej zmiany, a on specjalnie wstawał trochę wcześniej, by napić się z nią herbaty przed jej snem, a jego pracą. Mogłaby wymieniać w nieskończoność te momenty, wszystkie chwile, gdy zwykła normalność zdawała się naprawiać jej zepsuty świat, robiąc to niestety jedynie na chwilę, ale dając jej cel do wstania każdego następnego dnia.

    Mieszkając w obskurnej kawalerce, głaszcząc Divę po pysku miewała wieczory, kiedy myślała o tym, że spotkała Jacksona zbyt wcześnie. Był to czas, kiedy dopiero zaczynała samodzielnie stawać na nogi, dygoczące jak u młodej sarny, niepewnie robiące krok za krokiem, jakby to ostrożność mogła ją przed czymkolwiek uchronić. Skrzywdzona przez kogoś, kto powinien był ją chronić i zraniona przez mężczyznę, którego wydawało jej się, że pokochała była wtedy szczególnie na wszystko wrażliwa, i nie miała wątpliwości co do tego, że pokochałaby Jacksona mimo to – zupełnie nie o to chodziło. Chodziło o to, że powinna była najpierw zrobić remont samej siebie, swojej głowy i serca, nim zaprosiła do niego Jacksona. Chciała wierzyć, że udało jej się go wyeksmitować przed swoim wyjazdem, że rozwód, pełen gorzkich słów i uczuć spowodował, że w jej sercu zrobiła się przestrzeń dla kogokolwiek innnego, ale nieświadomy niczego Jackson był świadkiem jej przemiany. Serce, wcześniej przypominające właśnie tą brzydką kawalerkę, w której mieszkała w Auguście, w tej chwili było podobne do prostego domu, w jakimś stopniu przypominającego ten, w którym w tej chwili mieszkali. Było tam miejsce, było tam czysto, było tam też na tyle przytulnie, że Tessa czuła, że byłaby w stanie zaproponować komuś, by tam zamieszkał, ale jeszcze nie teraz – domek był dla dwóch osób, więc przez Jaxa i ją samą, był tam komplet.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mieli za sobą wiele cudownych, pięknych chwil z których Tessa nie chciałaby nigdy zrezygnować i jedynie te chwile nie sprawiały, że żałowała spotkania Jaxa w tamten wieczór w restauracji, bo dużo bardziej chciałaby go przyjąć do tego serca po remoncie. Spokojniejszego, dużo bardziej pogodzonego ze sobą, ale w ten przyjemnie ciepły sposób, kiedy człowiek już wie, jak odczuwać samego siebie, rozumie swoje emocje i wszystko to, co siedzi w nim w środku. Nie miała wątpliwości, że przywitałaby go znacznie spokojniej i czulej, mając w sobie wiele więcej pewności, możliwe, że nie musiałby się przegrzebywać przez wszystkie warstwy, a dostałby bilet wstępu upoważniający do pominięcia niektórych etapów. Tessa Moore dopiero teraz była rzeczywiście gotowa na to, by móc się przed kimś prawdziwie otworzyć, znacznie bardziej niż kiedykolwiek i w końcu pozwolić przebić tę elastyczną, niewidzialną barierę, za którą latami trzymała byłego męża. Możliwe,że gdyby poznali się w innym czasie, w innym momencie życia Tessy, mogliby budować swoje szczęście spokojniej, bezpieczniej, bez tego wszystkiego co Tessa sprowadzała ze sobą między nich – bez tego niewypowiedzianego żalu, często niemych oskarżeń i bólu, którego nie umiała sama udźwignąć. Ten ból nadal w niej był, ale już nie tak groźny, oswojony, błyszczący zębami w takich chwilach jak ta, gdy podjechali pod jej dom. Tym razem jednak ten ból miał założony kaganiec.

      Ciepło jego uśmiechu, wbrew zdrowemu rozsądkowi i życzeniom Tessy, wciąż potrafiło dotrzeć zbyt głęboko, by mogło pozostawać obojętne – szczególnie, gdy dzielił się nim w zapewnieniu o swoim chceniu, by zrobić coś, czego nawet Tessa nie miała ochoty robić. Całą drogę była zbyt zamyślona, by poczuć na sobie jego spojrzenie, zbyt pochłonięta planowaniem, rozdawaniem ważności zadaniom, jak na triażu oceniało się pilność do przyjęcia pacjentów. Nie tak, że chciała bezwzględnie wykorzystać wrodzoną pomocność Jacksona, ale zwyczajnie były pewne męskie rzeczy do zrobienia, do których Manuel się zwyczajnie nie kwapił, a Tessa nie zdążyła obejrzeć wystarczająco dużo filmików instruktażowych, by zrobić je samodzielnie. Przez dwa lata samotnego mieszkania nauczyła się wiele, jednak rozleniwił ją bardzo fakt, że gdy tylko jej koledzy z jednostki dowiedzieli się, że jest sama, dziwnym trafem okazali się bardzo pomocni – były to zwykłe, koleżeńskie przysługi, z których Tessa zwyczajnie korzystała. W Mariesville koledzy z jednostki nie tyle, że nie byli tacy pomocni, co nie byli anonimowi; poza tym, nie chciała ich w swoim domu rodzinnym, chociaż każdy dobrze wiedział, który to budynek.

      — Dziękuję — powiedziała przez zaciśnięte gardło, ale spokojnie, bez załamania w głosie, które często jej towarzyszyło na tym podjeździe. Samolubna część Tessy, ta, która nakazała jej wyjazd, teraz cieszyła się z tych słów bardziej, niż Tessa mogłaby przed sobą samą przyznać, nie mówiąc już o szczerości wobec Jacksona. Bo w tym “jestem tu z tobą, pamiętaj”, w głowie Tessy pojawiła się myśl, że nie jest to jedynie jestem, ale też będę, co dla egoistycznej części jej natury było słodkim miodem otulającym myśli. Ta druga strona, która dla Jacksona szukała szczęścia przed jej własnym, wolałaby, żeby te słowa nigdy nie padły, bo chociaż miały stanowić jedynie przyjazne zapewnienie, to jedynie utwierdzały ją w przekonaniu, że nie tylko ona miała wrażenie, że ich losy zostały złączone już na zawsze, a pewne przyzwyczajenia i nawyki wyryte tak głęboko, że nawet czas nie byłby w stanie ich wymazać.

      Usuń
    2. Wysiadła z samochodu, wypuściła psa i wzięła część rzeczy, prosząc, by Jackson wziął to, co zostało. Prócz naszykowanego w domu jedzenia, w samochodzie znajdowało się nieporęczne, duże opakowanie podkładów higienicznych, wyprana i zgrabnie złożona pościel w torbie, oraz zakupy z apteki, które Tess wzięła w pierwszej kolejności. Gwizdnęła do psa, który nieco za daleko się oddalił i nie czekając na Jaxa, ani nie oglądając się za siebie wspięła się po stopniach werandy wiedząc, że im dłużej będzie to odwlekać, tym tylko mniej chętnie przekroczy próg domu. Nie zadzwoniła jednak do drzwi, zapukała jedynie w rytm, dając znać kto wchodzi i weszła do domu, wcześniej wyciągając klucz z torby.

      Dom, który niegdyś pachniał trochę kurzem, trochę starym drewnem, a przede wszystkim starym budynkiem, nic się przez ostatnie dwa lata nie zmienił u swojego wejścia, a jedynie wzbogacił o zapach choroby. Dopiero po zrobieniu kilku kroków i wylądowaniu w niewielkim salonie można było dostrzec to, co wywróciło w pewien sposób logistykę poruszania się w tej przestrzenii – duże łóżko rehabilitacyjne, przez które kanapa, która do tej pory stała pośrodku pokoju, teraz stała tuż pod oknami, a na nim Valentina, powoli podnosząca się by przywitać gości.
      — Zaczekaj mamo — poprosiła Tessa, szybko odkładając wszystkie pakunki w kuchni, ruchem ręki prosząc, by Jax zrobił to samo. Uśmiechnęła się do niego lekko, gdy mijali się w korytarzu w chwili, gdy ona sama wracała do Valentiny, przy której boku znalazła się po kilku sekundach.
      — Tessa, jeszcze chodzę. Czy dobrze widziałam, czy to…
      — Tak mamo, Jax przyjechał mi pomóc z telewizorami. Nie zamienię ich sama — wyjaśniła, biorąc matkę pod rękę, gdy ta chwiejnym, niepewnym krokiem próbowała podejść do mężczyzny stojącego w drzwiach pokoju, wcześniej powoli wstając z łóżka.
      Kobieta, która jeszcze trzy lata temu była pełna energii, w tej chwili przypominała cień dawnej siebie. Znacznie chudsza, bledsza i mająca wyraźnie problemy ze swobodnym poruszaniem się, pomimo swoich własnych zapewnień, w niczym nie przypominała Valentiny Garcii. Ubrana w bawełniany komplet w kolorze dojrzałych brzoskwiń, z zarzuconym na ramiona szlafrokiem spojrzała uważnie na Jacksona, nie oceniająco, raczej z zaciekawieniem i niemym pytaniem co on tu robi?. Nie rozumiała tego, co jest między jej córką a byłym mężem tak samo mocno, jak tego, czemu ta nie umiała zwyczajnie żyć dalej, spać w swoim dawnym pokoju i nie robić tylko większego zamieszania. Valentina wielu rzeczy nie rozumiała, ale wiedziała też, że nie powinna tego komentować.
      — Cześć Jackson, dobrze Cię widzieć s… dobrze Cię widzieć — uśmiechnęła się, w porę nie nazywając Jaxa synem, bo ten przywilej straciła wraz z rozwodem Tessy. Uścisnęła słabo jego ramię, gdy Tessa prowadziła ją do kuchni, by tam posadzić ją przy stole, na którym stały leki i szklanka wody ze słomką.
      Dopiero, kiedy zajęła się matką uświadomiła sobie, że powinna była porozmawiać z Jacksonem przed tym, jak z nią wszedł – opowiedzieć o stanie mamy, uprzedzić go czego się spodziewać i do czego, oprócz telewizora chciałaby go wykorzystać. Zamiast tego, lekko przymknęła drzwi do kuchni i stanęła przed nim, niebardzo wiedząc jak, powinna była zacząć. Oblizała usta i na krótką chwilę przyłożyła palce do potylicy, jakby ten gest miał pomóc jej zebrać myśli.
      — Jackson, jeśli możesz przygotuj ten telewizor z dołu do przeniesienia na górę. Pomogę Ci z nim, jak już zrobię wszystko przy mamie, wiesz… Wykąpać, nakarmić i tak dalej. W tym czasie, jeśli nie masz nic przeciwko, mógłbys zmienić jej pościel? Starą możesz zostawić koło łazienki, to wrzucę ją później do prania, co więcej… W zasadzie to nic, resztę zrobię sama… — uśmiechnęła się do niego lekko i nim zdążyła pomyśleć, delikatnie ścisnęła go za przedramię, jakby tym gestem próbowała wyrazić całą wdzięczność, którą miała w sobie. — Gdyby cokolwiek było dla Ciebie nie tak i chciałbyś wyjść, to weź moje auto, wiem, że to dużo… Bardzo Ci dziękuję.

      This all or nothing way of loving, got me sleeping without you.
      Tessa🥀

      Usuń