Dawson Miller
Dawson Isaac Miller — 17.04.1984, Camden — Rodowity mieszkaniec Mariesville — właściciel rodzinnego rancza Miller Ranch, położonego na samych obrzeżach Farmington Hills — Prowadzi również niewielki warsztat stolarski niedaleko rancza, gdzie zajmuje się naprawą ogrodzeń, budową mebli i wszystkim tym, co można zrobić z kawałka drewna — Rozwodnik i ojciec szesnastoletniej Ruby — syn Betty Miller (zm. 2001) oraz farmera, Roy'a Millera, z którym nie widział się już od ponad trzydziestu lat — cztery lata młodszy brat, Drew (zm. 1996) — jeździ ponad dziesięcioletnim, wiecznie zakurzonym pickupem — czworonożny przyjaciel, Bandit, który towarzyszy mu już od czterech lat — lokalny maruda i zrzęda — samotnik, który ponad wszystko ceni sobie swoją własną przestrzeń — relacje
Każdego dnia przekonuje się, jak dobrym nauczycielem jest proza życia, gdy po całym dniu pracy na ranczu znów uczy się, czym jest pokora. Jego dłonie znają wartość ciężkiej pracy, zarówno na polu, wśród zwierząt, jak i w warsztacie. Struganie w drewnie to satysfakcjonujące zajęcie, ale ponad wszystko uczące go czegoś wartościowego – ile wysiłku wymaga stworzenie czegoś pięknego, co w każdej chwili można zniszczyć lub zepsuć. Ta prosta czynność przypomina mu o nieuchronności i nieprzewidywalności życia. Każdy człowiek buduje bowiem swój własny świat, własny kawałek podłogi, własną historię – i absolutnie nikt nie chce, by skończyła się czymś innym niż happy endem. U niego było podobnie, bo swego czasu wierzył, że jest skłonny zbudować zdrową, szczęśliwą rodzinę i życie, które ma sens. A ta nadzieja nie była przypadkowa, bo wychowując się w dysfunkcyjnym domu czasem jedyne o czym marzył, to by po prostu móc zniknąć.
Darlene poznał mając dwadzieścia cztery lata. Wydawałoby się, że w takim wieku pewne rzeczy powinny już być jasne i konkretne, ale ślub, który odbył się rok później, tylko pokazał, ile kwestii jego umysł dotąd nie przepracował. Towarzyszył mu cień ojca pijaka, który pozostawił po sobie gorzkie wspomnienia i zapach taniego whiskey. Pamiętał też chorującą na raka matkę, która przegrała walkę z nowotworem, gdy miał siedemnaście lat. Wiedział, że rodzicami należy się opiekować, ale nie sądził, że sam stanie się opiekunem Betty mając tylko czternaście lat. To jednak nie bolało go tak mocno, jak świadomość życia, które doświadczyło jego mamę w postaci Roy’a Millera, który raz po raz zostawiał ją z siniakami pod oczami. Doświadczyło ją też bólem straty, gdy zmarł jego ośmioletni brat, Drew. Życie jednak trwało dalej, a Dawson zdążył zrozumieć, że żadna tragedia nie czeka, aż człowiek się złoży i pójdzie dalej. Zacisnął więc zęby i dał prawo głosu rozsądkowi, który miał prowadzić go prostą drogą. Uczucia wymagały jednak więcej – wymagały obecności, wrażliwości i serca. Wymagały wszystkiego, czego wówczas nie był w stanie dać ani żonie, ani córce. Rozczarował je obie – i przy okazji też siebie. Po rozwodzie, zamiast więc stanąć na nogi, zaczął regularnie sięgać po alkohol. Nawet nie zauważył kiedy lokalny bar stał się jego drugim domem, a whiskey – porannym posiłkiem.
Ponoć trudności hartują człowieka. Sam nie wie, czy jego dusza rzeczywiście została wzmocniona. Wie jednak, jak szybko człowiek potrafi dotknąć dna, jak łatwo porzucić to, co wartościowe i stracić z oczu to, co najważniejsze. Wciąż nie wie, skąd znalazł w sobie tyle siły i resztek godności, by się odbić, ale ostatecznie to zrobił. Zdaje się, że chyba to się liczy, nawet jeśli tych straconych czterech lat już nie odzyska. Rozumie jednak, jak wiele może uczynić, by jego przyszłość choć trochę malowała się w lepszych barwach. Może właśnie dlatego jest tak zawzięty, nawet w chwilach słabości, a w The Rusty Nail nie był już ani razu od ponad siedmiu lat, za to w jego domu nie znajduje się choćby puszka piwa. Niewielu wie, ile go to kosztowało i ile poświęcił, by być tu, gdzie jest. Uchodzi za lokalnego marudę i zrzędę, on sam zresztą jest tego w zupełności świadomy. Wcale mu to nie przeszkadza, bo ta etykieta pozwala trzymać innych z daleka od siebie. Życie nauczyło go, że poza sobą samym nie ma nikogo, a gdy spada na dno, odbić od niego musi się sam. Nie szuka przyjaciół ani miłości – nie dlatego, że nie chce, lecz dlatego, że w głębi duszy po prostu się boi. Boi się tego, że nie uniesie ciężaru i znów kogoś zrani, a ponad wszystko ją – Ruby. Jego córka jest jego oczkiem w głowie, nawet jeśli trzyma go na dystans i żywi do niego żal. Nie dziwi jej się – przecież sam czuł to wobec swojego ojca. Może właśnie dlatego, gdy czasem spojrzy w lustro, zastanawia się, czy widzi w sobie Roy’a Millera. Są dni, gdy tak myśli… Ale Roy był zepsuty, a jemu chyba do tego daleko. Może nawet bardzo, bo przecież ma dobre serce, a gdy trzeba – bez wahania wyciąga rękę do pomocy. Tych utrudzonych życiem jest skłonny przyjąć pod swoje skrzydło i pomóc wyjść na prostą, nawet jeśli pomarudzi pod nosem i skarci spojrzeniem. W głębi duszy marzy, aby człowiek człowiekowi był po prostu dobry. Widocznie dlatego czasem robi wszystko, by dać innym choćby odrobinę szczęścia – może dlatego, że szczerze tego pragnie.
A może dlatego, że w głębi serca nie sądzi, że sam na nie zasługuje.
Darlene poznał mając dwadzieścia cztery lata. Wydawałoby się, że w takim wieku pewne rzeczy powinny już być jasne i konkretne, ale ślub, który odbył się rok później, tylko pokazał, ile kwestii jego umysł dotąd nie przepracował. Towarzyszył mu cień ojca pijaka, który pozostawił po sobie gorzkie wspomnienia i zapach taniego whiskey. Pamiętał też chorującą na raka matkę, która przegrała walkę z nowotworem, gdy miał siedemnaście lat. Wiedział, że rodzicami należy się opiekować, ale nie sądził, że sam stanie się opiekunem Betty mając tylko czternaście lat. To jednak nie bolało go tak mocno, jak świadomość życia, które doświadczyło jego mamę w postaci Roy’a Millera, który raz po raz zostawiał ją z siniakami pod oczami. Doświadczyło ją też bólem straty, gdy zmarł jego ośmioletni brat, Drew. Życie jednak trwało dalej, a Dawson zdążył zrozumieć, że żadna tragedia nie czeka, aż człowiek się złoży i pójdzie dalej. Zacisnął więc zęby i dał prawo głosu rozsądkowi, który miał prowadzić go prostą drogą. Uczucia wymagały jednak więcej – wymagały obecności, wrażliwości i serca. Wymagały wszystkiego, czego wówczas nie był w stanie dać ani żonie, ani córce. Rozczarował je obie – i przy okazji też siebie. Po rozwodzie, zamiast więc stanąć na nogi, zaczął regularnie sięgać po alkohol. Nawet nie zauważył kiedy lokalny bar stał się jego drugim domem, a whiskey – porannym posiłkiem.
Ponoć trudności hartują człowieka. Sam nie wie, czy jego dusza rzeczywiście została wzmocniona. Wie jednak, jak szybko człowiek potrafi dotknąć dna, jak łatwo porzucić to, co wartościowe i stracić z oczu to, co najważniejsze. Wciąż nie wie, skąd znalazł w sobie tyle siły i resztek godności, by się odbić, ale ostatecznie to zrobił. Zdaje się, że chyba to się liczy, nawet jeśli tych straconych czterech lat już nie odzyska. Rozumie jednak, jak wiele może uczynić, by jego przyszłość choć trochę malowała się w lepszych barwach. Może właśnie dlatego jest tak zawzięty, nawet w chwilach słabości, a w The Rusty Nail nie był już ani razu od ponad siedmiu lat, za to w jego domu nie znajduje się choćby puszka piwa. Niewielu wie, ile go to kosztowało i ile poświęcił, by być tu, gdzie jest. Uchodzi za lokalnego marudę i zrzędę, on sam zresztą jest tego w zupełności świadomy. Wcale mu to nie przeszkadza, bo ta etykieta pozwala trzymać innych z daleka od siebie. Życie nauczyło go, że poza sobą samym nie ma nikogo, a gdy spada na dno, odbić od niego musi się sam. Nie szuka przyjaciół ani miłości – nie dlatego, że nie chce, lecz dlatego, że w głębi duszy po prostu się boi. Boi się tego, że nie uniesie ciężaru i znów kogoś zrani, a ponad wszystko ją – Ruby. Jego córka jest jego oczkiem w głowie, nawet jeśli trzyma go na dystans i żywi do niego żal. Nie dziwi jej się – przecież sam czuł to wobec swojego ojca. Może właśnie dlatego, gdy czasem spojrzy w lustro, zastanawia się, czy widzi w sobie Roy’a Millera. Są dni, gdy tak myśli… Ale Roy był zepsuty, a jemu chyba do tego daleko. Może nawet bardzo, bo przecież ma dobre serce, a gdy trzeba – bez wahania wyciąga rękę do pomocy. Tych utrudzonych życiem jest skłonny przyjąć pod swoje skrzydło i pomóc wyjść na prostą, nawet jeśli pomarudzi pod nosem i skarci spojrzeniem. W głębi duszy marzy, aby człowiek człowiekowi był po prostu dobry. Widocznie dlatego czasem robi wszystko, by dać innym choćby odrobinę szczęścia – może dlatego, że szczerze tego pragnie.
A może dlatego, że w głębi serca nie sądzi, że sam na nie zasługuje.
DDA — niepijący od ponad siedmiu lat — unikający styl przywiązania — zawsze wstaje o świcie, nawet w dni wolne — najczęściej można go spotkać na ranczu lub w warsztacie — miłośnik czarnej kawy i starych melodii country — zwykle gotuje sobie sam, gdy jednak praca pożera mu czas, Evans Diner staje się jego wybawieniem — gdy potrzebuje odświezyć umysł, spaceruje po polach lub nad rzeką w Riverside Hollow — właściciel małego drewnianego domku nad Maple River, który regularnie konserwuje z myślą o córce — ma starą skrzynkę w warsztacie, gdzie trzyma wszystkie pamiątki po Ruby oraz listy, których nigdy do niej nie wysłał — choć uchodzi za marudę, nigdy nie odmawia innym pomocy — towarzyszy mu nadmierna odpowiedzialność i nieustająca potrzeba kontroli — odwieczna trudność z okazywaniem uczuć, mimo wrażliwego serca — na lewej ręce nosi plecioną bransoletkę z rzemyka, którą dostał od Ruby dziesięć lat temu — ranczo prowadzi sam w pełnym wymiarze jako średniej wielkości gospodarstwo — hoduje głównie krowy i kilka koni — sprzedaje niektóre produkty w niewielkich ilościach, takie jak krowie mleko czy świeże sery — większość jego dochodów pochodzi z warsztatu stolarskiego, gdzie wykonuje produkty zarówno z lokalnych zleceń, ale też dla małych firm w okolicy — jego korzenie sięgają głęboko Mariesville, a on sam nie widzi powodu, by kiedykolwiek to zmienić
Cześć! Zapraszamy :) ✉️ cinnamoonlattee@gmail.com 📝 wątki: 1/3
[Niektórzy muszą sięgnąć dnia, by wybić się wyżej, niż byli kiedykolwiek wcześniej. Bardzo ciężki, trudny i okrutny los, ale też siła charakteru bije z karty. Nie każdy by się podniósł, cieszę się, że stworzyłaś postać, której się udało.
OdpowiedzUsuńDobrej zabawy, czegoś lub kogoś, co ulży jego serduszku życzę! 💖]
Abigail
[Cześć, hej!
OdpowiedzUsuńZdecydowanie z karty bije siła charakteru, ale też pewna swojskość… zdecydowanie mi to współgra z całym Mariesville i klimatem wiejskiej sielanki, gdzie nie zawsze wszystko jest takie kolorowe i łatwe.
Baw się dobrze i życzę wiele, wiele weny!]
Aria Kennedy 🖌️🎨
Słowa odmowy pojawiały się ostatnio w życiu Andy Sullivan zbyt często. Stojąc w progu jedynego hotelu w małym miasteczku, kilkanaście godzin jazdy samochodem od Nowego Jorku, poczuła, jak łzy wezbrały jej w oczach.
OdpowiedzUsuńWszystkie pokoje mamy zarezerwowane na najbliższy tydzień. - zabrzmiały jak kolejny problem, z którym Andy nie miała pojęcia, jak sobie poradzić. W ciągu ostatnich tygodni coraz częściej miała wrażenie, że traci ster własnego życia. Wszystko, co układała przez lata, co budowała ciężką pracą i uporem, powoli przestawało należeć do niej.
Nawet tak prozaiczna decyzja jak to, gdzie będzie spać tej nocy.
Pożegnała się z kobietą na recepcji, posyłając jej zmęczony uśmiech i wyszła z Sunny Meadows Bed & Breakfast na cichą ulicę. Powietrze było chłodniejsze niż się spodziewała. Pachniało czymś słodkim, może owocami z sadów, o których czytała w artykule kilka dni wcześniej?
Z nadzieją wyciągnęła z kieszeni telefon i szybko zweryfikowała swoje marzenia o pozostaniu w tym miasteczku. Przesunęła palcem po ekranie raz, drugi, trzeci. Nic. Żadne z miejsc na krótki wynajem nie było dostępne.
Może powinna zacząć przyzwyczajać się do pecha, który najwyraźniej rozgościł się w jej życiu na dłużej. Westchnęła ciężko i rozejrzała się po niemal pustej ulicy. Mariesville wyglądało dokładnie tak, jak w jej wyobrażeniach. Spokojne, trochę senne, jakby czas płynął tu wolniej niż w Nowym Jorku. I właśnie dlatego chciała tu przyjechać.
Zdecydowała się odjechać. Poszukać noclegu w Camden. A może zawrócić aż do Atlanty?
Dlaczego w ogóle wpadła na pomysł ucieczki do jakiegoś małego miasteczka, do którego przyjechała bez choćby jednej zarezerwowanej nocy? Czy naprawdę była aż tak naiwna, że po przeczytaniu kilku zdań o Mariesville i otaczających je sadach natychmiast zapragnęła znaleźć się tutaj za wszelką cenę?
— Powodzenia, Andy. Tej nocy będziesz spać na tylnej kanapie — skarciła się pod nosem.
Wsiadła do swojego SUV-a i rzuciła torebkę na siedzenie pasażera. Silnik zapalił od razu, jakby samochód w przeciwieństwie do reszty świata nie zamierzał robić jej dziś żadnych problemów. Wyjechała z centrum miasteczka po kilku minutach. Ostatnia latarnia została za nią, potem jeszcze kilka domów, aż w końcu zabudowania zaczęły się przerzedzać, a droga prowadziła między sadami.
Rzędy drzew ciągnęły się po obu stronach asfaltu, ich gałęzie tworzyły ciemne, nieregularne kształty na tle wieczornego nieba. Andy zwolniła odruchowo, chcąc nacieszyć oko widokiem zachodzącego słońca. Przez uchylone okno wpadł chłodniejszy podmuch, który rozwiał kilka kosmyków jej włosów. To miejsce było dziwnie spokojne, zupełnie inne niż Manhattan, niż to co znała do tej pory. W Nowym Jorku wszystko zawsze było głośne. Samochody, rozmowy, stukot naczyń w kuchni, krzyki kelnerów przekrzykujących muzykę z sali. W Ember & Salt o tej porze trwał właśnie serwis kolacji. Wąskie przejścia między stanowiskami były gorące od pieców, a ktoś z zespołu prawdopodobnie właśnie krzyczał, że brakuje jednego talerza z ośmiornicą.
Andy zacisnęła mocniej dłonie na kierownicy. Nie powinna o tym myśleć. Nie teraz.
Po kilku kolejnych kilometrach zjechała na pobocze. Zatrzymała samochód przy niskim ogrodzeniu oddzielającym drogę od pastwiska. I nagle znowu zrobiło się bardzo cicho. Andy nie funkcjonowała dobrze w ciszy, wtedy wracały do niej wspomnienia rozmów, o których nie chciała pamiętać. Włączyła płytę Sombr, na którego koncert udało jej się wyskoczyć z przyjaciółmi w zeszłym miesiącu. Cokolwiek, byle zagłuszyć słowa Enzo, współinwestora, które odbijały się w jej głowie.
UsuńPrzez chwilę siedziała nieruchomo, patrząc przed siebie. Słońce już całkowicie chowało się za horyzont, a ciemność powoli gęstniała, gdzieś w oddali odezwał się pojedynczy odgłos krowy. Wyciągnęła z torebki paczkę papierosów. Nie paliła często, właściwie tylko w momentach, kiedy życie ją przerastało. Wysiadła z samochodu i oparła się o jego maskę, zapaliła. Dym rozszedł się powoli po jej płucach. Gorzki i znajomy, bo od kilku dni oprócz kawy i papierosów, chyba nie miała nic innego w ustach.
Andy wytarła szybko kącik oka palcem, nie wiedziała nawet, kiedy pojawiła się tam pojedyncza łza. Nie była typem człowieka, który płakał nad tym, co się wydarzyło. W kuchni nie było miejsca na rozpacz. Ale teraz siedziała sama w samochodzie na poboczu drogi, kilkanaście godzin od Nowego Jorku, bez planu i bez miejsca do spania.
— Brawo, Sullivan — mruknęła cicho do siebie.
Przez chwilę milczała, patrząc na rzędy drzew ciągnące się w ciemność. I wtedy, niemal wbrew sobie, poczuła ciekawość, bo Mariesville nie wyglądało jak miejsce, które chciało ją wyrzucić. W oddali usłyszała silnik, charakterystyczny pomruk, który powoli zbliżał się drogą od strony miasta. Andy odruchowo odwróciła głowę. W ciemności pojawiły się dwa światła reflektorów, które na chwilę ją oślepiły. Samochód zwolnił.
Pickup z lekko przybrudzonym nadwoziem i otwartym bagażnikiem z tyłu, na którym Andy dostrzegła zarys kilku skrzynek. Pojazd minął ją o kilka metrów, jakby kierowca zamierzał jechać dalej ale po chwili światła stopu rozbłysły czerwienią.
Silnik jeszcze przez moment pracował, a potem pickup powoli cofnął kilka metrów. Andy uniosła lekko brwi.
— Świetnie — mruknęła pod nosem, gasząc papierosa o metalową krawędź ogrodzenia. — Jeśli to scena z horroru, to naprawdę powinnam była zostać w Nowym Jorku.
lost Andy
Andy usłyszała skrzypnięcie drzwi pickupa i odruchowo podniosła głowę. Przez chwilę widziała tylko sylwetkę mężczyzny odcinającą się od światła reflektorów, które wciąż rzucały długie cienie na asfalt i trawę przy drodze. Był wysoki. Szerokie ramiona wypełniały flanelową koszulę, której materiał był lekko przykurzony, rękawy podwinięte do łokci, a na jego przedramionach dostrzegła cienkie, jasne rysy po zadrapaniach może po pracy z drewnem lub narzędziami.
OdpowiedzUsuńWyprostowała się odruchowo, odsuwając się od maski samochodu. Nagle poczuła się trochę zbyt elegancka jak na pobocze drogi między sadami. Czarne spodnie, lekkie botki, jasna koszula i włosy związane niedbale w niski kucyk. Wszystko to bardziej pasowało do Manhattanu niż do pastwiska z krowami gdzieś w Georgii.
Czuła, że powinna być ostrożna. W głowie przemknęła jej niemal absurdalna myśl: jeśli to miałby być początek jakiegoś filmu grozy, to właśnie zaczął się ten moment, gdy ktoś się zatrzymuje, a potem wszystko idzie źle, baaardzo źle. Uśmiechnęła się ironicznie, bardziej do siebie niż do niego i przez sekundę wyobraziła sobie napisy końcowe przewijające się po niebie. Ten rodzaj czarnego humoru zawsze ją ratował.
Przez krótką chwilę przyglądali się sobie w milczeniu. Gdy zapytał ją czy potrzebuje pomocy, Andy przez moment zastanawiała się nad odpowiedzią. Bo co miała mu odpowiedzieć? Że jej życie zrobiło fikołka i wywróciło wszystko do góry nogami? Że jeszcze kilka tygodni temu prowadziła trzy restauracje w Nowym Jorku, podejmowała decyzje warte setki tysięcy dolarów i planowała wydanie własnej książki kucharskiej? A teraz stoi na poboczu drogi gdzieś w Georgii, kilkanaście godzin jazdy od domu, bez planu i bez miejsca do spania?
Że uciekła z daleka od swojego normalnego życia, szukając Bóg jeden wie czego na zielonych pastwiskach Mariesville, o którym nigdy wcześniej nawet nie słyszała? Po prostu na oślep znalazła to miejsce na mapie, wygooglowała kilka zdjęć sadów i pomyślała: dlaczego nie? To była bardzo typowa decyzja Andy Sullivan.
Powstrzymała się jednak przed przewróceniem oczami, odpowiedziała spokojnie i uprzejmie.
— Samochód jest w porządku — powiedziała w końcu, starając się, żeby jej głos brzmiał spokojniej, niż się czuła. — Po prostu… zatrzymałam się na chwilę.
Wskazała niedopałek papierosa, który wciąż trzymała między palcami, jakby to było najbardziej oczywiste wyjaśnienie świata.
— Myślę.
Na sekundę kącik jego ust drgnął w czymś, co mogło być uśmiechem. Andy zauważyła jego twarz wyraźniej. Opaloną, lekko zmęczoną po całym dniu pracy, z cieniem zarostu na szczęce. I oczy. Ciemne, skupione, patrzące na nią z zainteresowaniem, do którego nie przywykła u obcych. W Nowym Jorku nikt nie oferował pomocy, tam wszyscy biegną na oślep przed siebie, zainteresowani jedynie sobą i sprawami dotyczącymi bezpośrednio nich samych. Ona też taka była. Przynajmniej przez większość czasu.
Westchnęła cicho i spojrzała na drogę, potem z powrotem na niego.
— Chciałam zatrzymać się w Mariesville — wyjaśniła. — A właściwie próbowałam. Ale hotel nie ma wolnych pokoi, a każde inne miejsce, które próbowałam wygooglować, nie jest dostępne. Więc… wygląda na to, że właśnie rozważam bardzo ekscytującą noc na tylnej kanapie mojego samochodu, pośrodku… cóż… niczego.
Powiedziała to z lekkim uśmiechem, jakby sama próbowała przekonać się, że to brzmi bardziej jak przygoda życia, a nie katastrofa. Przez sekundę obserwowała jego reakcję i nagle poczuła, że ciekawi ją coś jeszcze. Kim właściwie był facet, który zatrzymuje pickup na środku drogi tylko dlatego, że zobaczył obcy samochód na poboczu? To nie było zachowanie, do którego przywykła. W jej świecie ludzie raczej przyspieszali w takich sytuacjach niż zwalniali.
Usuń— A pan? — zapytała, unosząc lekko brew. — Zatrzymuje się pan przy każdej zagubionej kobiecie na drodze, czy mam dziś wyjątkowe szczęście?
Uśmiechnęła się lekko, choć gdzieś głęboko w środku wciąż kołatała jej myśl, że gdyby to był film, to dokładnie w tym momencie zaczęłaby się naprawdę niepokojąca część scenariusza. Historia jednak już raz pokazała jej, że potrafi ufać osobom, które na to nie zasługują. Najwyraźniej tej lekcji wciąż nie odrobiła do końca.
Bo prawda była taka, że Andy Sullivan, mimo trzydziestu siedmiu lat, restauracji w Nowym Jorku i wszystkich trudnych decyzji, które podejmowała przez ostatnie lata, wciąż miała w sobie coś z dziecka. Tę beztroską, niemal naiwną ciekawość świata, która pchała ją w nieznane miejsca i w rozmowy z obcymi ludźmi.
To właśnie ta część jej charakteru sprawiła kiedyś, że poleciała pierwszy raz do Bangkoku tylko dlatego, że ktoś opowiedział jej o ulicznym jedzeniu na nocnym targu. Ta sama, która kazała jej otworzyć restaurację inspirowaną smakami Azji, kiedy wszyscy mówili, że to zbyt ryzykowne, że jest ich w mieście zbyt wiele, a ona nawet nie potrafi być autentyczna. Jest Amerykanką, a nie Tajką.
I najwyraźniej ta sama część niej sprawiła, że teraz, stojąc na ciemnej drodze gdzieś, gdzie diabeł mówi dobranoc, pośrodku Georgii, zamiast po prostu wsiąść do samochodu i odjechać, patrzyła z zainteresowaniem na zupełnie obcego mężczyznę.
Andy Sullivan miała wiele wad, ale największą z nich było to, że zawsze chciała zobaczyć, co wydarzy się dalej….
sunshine to your grumpy, Andy 🌟
Andy uniosła lekko brew, słysząc jego słowa.
OdpowiedzUsuń— Pech? — powtórzyła z cieniem rozbawienia w głosie.
Przez chwilę patrzyła na niego, jakby rozważała, czy powiedzieć prawdę, czy rzucić jedną z tych lekkich odpowiedzi, którymi zwykle zasłaniała to, czego nie chciała tłumaczyć ludziom. Czy potrzebowała dać upust emocjom i wyrzucić z siebie wszystko? No pewnie, że tak. Nie pragnęła niczego bardziej niż powiedzieć komuś na głos, jak bardzo wszystko wymknęło się spod kontroli. Jak bardzo zmęczona była udawaniem, że wciąż ma plan jak odzyskać restauracje, jak przestać być tylko figurantką na bilbordzie przed lokalem.
Ale nie miała nikogo, kto zechciałby tego słowotoku wysłuchać. A może raczej nie pozwalała nikomu go usłyszeć. Od tygodni unikała rozmów z najbliższymi. Każdy nieodebrany telefon, każda wiadomość, na którą nie odpisała, piętrzyły się w jej telefonie, przypominając o tym, jak bardzo się wstydzi. Wstydzi się swojej naiwności, która pociągnęła za sobą konsekwencje tak wielkie, że jedyną rzeczą, jaka przyszła jej do głowy, była ucieczka na drugi koniec kraju.
Czy stojący przed nią mężczyzna był odpowiednią osobą na zwierzenia? Andy prawie parsknęła cicho na samą myśl. Raczej nie dałaby sobie uciąć ręki za to, że będzie go obchodziło, dlaczego znalazła się w tak marnym położeniu w swoim życiu. A nawet jeśli… nie była pewna, czy potrafiłaby to wszystko ubrać w słowa.
Postanowiła więc zrobić to, co robiła najlepiej: zatrzymać wszystko, co cisnęło się na język, za zębami. Zostawić to dla rozgwieżdżonego nieba, które tej nocy prawdopodobnie i tak będzie jedynym świadkiem gonitwy jej myśli.
Westchnęła cicho.
— To bardzo uprzejmy sposób, żeby to nazwać… Powiedzmy, że ostatnio mam z nim całkiem bliską relację — powiedziała w końcu. — Z pechem.
Oparła biodro o maskę samochodu i skrzyżowała ręce na piersi, przyglądając mu się przez moment. W świetle reflektorów wyglądał jeszcze bardziej jak ktoś, kto nie należy do jej świata. Flanelowa koszula była przykurzona pewnie od pracy na ranczu, buty wyglądały na takie, które spędzają więcej czasu chodząc po łąkach i pastwiskach, niż na chodnikach, a dłonie zdradzały lata fizycznej pracy. Były wielkie, szorstkie, lekko poobijane, z drobnymi zadrapaniami i śladami po narzędziach. Był starszy od niej zaledwie kilka lat, niewątpliwie przystojny, choć w zupełnie inny sposób niż mężczyźni, których zwykle spotykała w Nowym Jorku. Tam wszystko było bardziej odpicowane, drogie zegarki, idealnie skrojone marynarki, fryzury układane w łazienkach restauracji przed kolacją z randkami z Tindera. Ten mężczyzna wyglądał, jakby jedyną rzeczą, którą poprawiał w ciągu dnia, był kowbojski kapelusz, który miał nałożony na głowę. I, ku jej lekkiej irytacji, wyglądał w nim bardzo dobrze.
Zauważyła, że jego twarz była opalona w sposób, którego nie da się osiągnąć podczas weekendowego wypadu poza miasto. To była opalenizna człowieka, który spędza większość czasu na zewnątrz. Wokół oczu miał drobne zmarszczki od mrużenia ich w słońcu, a zarost na szczęce wyglądał na kilkudniowy.
Przez chwilę pomyślała, że to zabawne, że jeszcze kilka godzin temu siedziała za kierownicą swojego samochodu, jadąc do znalezionego w Internecie jabłczanego miasteczka. Próbując nie myśleć o Nowym Jorku, o telefonach od prawników i o restauracjach, które jeszcze niedawno były całym jej światem. A teraz stała na poboczu drogi gdzieś w Georgii i analizowała wygląd nieznajomego farmera w świetle reflektorów jego wielkiego pickupa.
Życie potrafiło pisać dziwne scenariusze.
— Pana rancza? — Andy mrugnęła powoli, jakby przez sekundę przetwarzała jego słowa.
UsuńNa moment odwróciła głowę i spojrzała za siebie, na linię ogrodzenia ciągnącą się wzdłuż drogi i pastwiska. Dopiero teraz naprawdę się temu przyjrzała. W świetle reflektorów wielkiego auta widać było drewniane słupki i rozciągnięty między nimi drut, który ginął dalej w półmroku wieczoru, który rozgościł się już na dobre. Za nim rozciągała się ciemna przestrzeń pastwiska, gdzieniegdzie pofalowana przez delikatne wzgórza. W oddali dostrzegła zarys czegoś większego, może stodoły, a może domu.
Andy zmrużyła lekko oczy.
— No proszę — mruknęła pod nosem. — Proszę mi wierzyć, nie miałam w planach podejrzanego kręcenia się przy pańskim ogrodzeniu. Gdybym wiedziała, że wjeżdżam na teren prywatny, pewnie wybrałabym inne miejsce na egzystencjalny kryzys.
Kącik jej ust drgnął lekko, jakby sama nie była pewna, czy bardziej ją to bawi, czy jednak zawstydza.
Wiatr przeszedł przez pastwisko, poruszając wysoką trawą po drugiej stronie ogrodzenia. Gdzieś dalej, w ciemności, rozległo się ciche muczenie krowy, przez moment patrzyła w tamtą stronę, jakby próbowała przyzwyczaić oczy do ciemności. Potem znowu spojrzała na niego. Im dłużej tu stała, tym bardziej docierało do niej, jak bardzo jej wyprawa na wieś różni się od świata, w którym spędziła ostatnie kilkanaście lat.
Odepchnęła się lekko od maski samochodu i wyprostowała. Przez chwilę jeszcze patrzyła na ogrodzenie, na ciemny zarys stodoły czy domu w oddali, a potem wróciła wzrokiem do niego. Wyglądał dokładnie tak, jak wyobrażała sobie właściciela takiego miejsca. Jak ktoś, kto zna tę ziemię od lat, kto potrafi rozpoznać pogodę po zapachu powietrza i pewnie pamięta każdą dziurę w tej drodze.
— Więc… — odezwała się po chwili, lekko przechylając głowę. — skoro wygląda na to, że właśnie odkryłam wszystkie uroki turystyki w Mariesville i wtargnęłam na teren prywatny — wskazała ręką na drogę, sad i ciemność wokół nich — czy jest jakaś szansa, że ktoś z miejscowych zna inne rozwiązanie niż noc w samochodzie? Bo jeśli naprawdę nie ma innej opcji… — dodała z lekkim uśmiechem — to chyba powinnam przynajmniej przygotować się psychicznie na bardzo romantyczną noc z tylną kanapą… I całym tym pięknym widokiem na… — rzuciła okiem w stronę pastwiska — krowy.
Kącik jej ust uniósł się odrobinę wyżej, bo dopiero kiedy wypowiedziała to na głos, dotarło do niej, jak absurdalnie brzmi jej sytuacja. Andy Sullivan, która przez ostatnie lata przyjmowała gości w restauracjach z listy Michelin, teraz poważnie rozważała nocleg na tylnej kanapie SUV-a przy czyimś ranczu w Georgii. Świat naprawdę miał dziwne poczucie humoru.
Przez chwilę obserwowała jego reakcję. W półmroku reflektorów jego twarz pozostawała spokojna, ale dostrzegła to krótkie drgnięcie w kąciku ust, jakby sytuacja bawiła go odrobinę bardziej niż chciał pokazać.
Andy znów skrzyżowała ręce na piersi.
— Proszę nie brać tego osobiście — dodała po chwili — ale mój plan podróży nie zakładał aż tak… intensywnego kontaktu z naturą…
Andy 🌟
Im dłużej patrzyła na stojącego przed nią mężczyznę, tym bardziej rosła w niej ciekawość. Zaczynał ją fascynować. Jakim był typem człowieka? Jaka była jego historia? Czy całe życie spędził tutaj, między sadami i pastwiskami, czy może tak jak ona też kiedyś gdzieś uciekał? Jak wyglądało jego życie tutaj, w miejscu, gdzie noc zapadała naprawdę ciemna i cicha?
OdpowiedzUsuńPrzyłapała się na tym, że próbuje zgadnąć jego historię. Zawsze była dobra w obserwowaniu ludzi, w restauracji była to jedna z jej najważniejszych umiejętności. Wystarczyło kilka minut przy stoliku, jeden gest dłoni, sposób w jaki ktoś odkładał widelec, by wiedziała, czy gość jest nerwowy, pewny siebie, czy próbuje zrobić wrażenie. Ten mężczyzna zdecydowanie nie próbował zrobić na niej wrażenia. Może właśnie dlatego był tak interesujący?
— Taaak, Jeffrey Dahmer też pewnie mówił, że nie jest seryjnym mordercą — uśmiechnęła się przekornie. Słowa wyszły z jej ust lekko, pół żartem, półprowokacyjnie, ale w głowie naprawdę rozważała jego propozycję.
Stała przy swoim samochodzie, z rękami skrzyżowanymi na piersi, obserwując jego sylwetkę przy pickupie. Reflektory rzucały światło na drogę, a wokół nich zapadał coraz głębszy wieczór. Jej spojrzenie przesunęło się na jego samochód, potem na drogę prowadzącą w stronę pastwiska, a na końcu znów wróciło do niego. Przez chwilę stała nieruchomo, patrząc jak odwraca się i podchodzi do swojego pickupa, jakby właśnie zaproponował jej coś zupełnie zwyczajnego. Nocowankę u znajomego, piżama party, popcorn i komedie romantyczne, może wzajemne maseczki na twarz… Słyszała o couch surfingu, spaniu u nieznajomych; ale to była trochę ekstremalniejsza wersja. W Nowym Jorku taka sytuacja skończyłaby się telefonem do przyjaciółki z komentarzem: jeśli jutro nie dam znaku życia, powiedz policji, że ostatni raz widziano mnie przed ranczem jakiegoś farmera.
Wiatr poruszał wysoką trawą za ogrodzeniem, a gdzieś w oddali znów odezwała się jedna z krów. Noc robiła się coraz chłodniejsza, a ona stała przed wyborem, czując w sobie zderzenie rozsądku i ciekawości. Rozsądek mówił bardzo wyraźnie: nie bądź idiotką, nie idź nigdzie z nieznajomym mężczyzną. Ciekawość, ta sama, która zamieniła ją ze zwykłej pomocy kuchennej, w restauratorkę – z utraconym pakietem kontrolnym, to prawda, ale na tę chwilę to najmniej się liczyło – pchała ją w kierunku przystojnego kowboja i jego pokoiku nad warsztatem.
— Muszę przyznać — powiedziała po chwili, trochę bardziej do siebie niż do niego — że to najdziwniejsza oferta noclegowa, jaką dostałam w życiu.
Uniosła lekko brew i spojrzała w jego stronę, na moment znów zapadła pomiędzy nimi cisza. Poczuła, że powoli zaczyna być jej zimno. Noc w Georgii nie była tak ciepła, jak wyobrażała sobie jeszcze kilka godzin temu, kiedy jechała tutaj z klimatyzacją ustawioną na minimum. Perspektywa tylnej kanapy nagle przestała wydawać się romantyczna. Stała jeszcze przez chwilę, patrząc na jego plecy, gdy otwierał drzwi auta spokojnym ruchem, jakby nie rzucił właśnie najbardziej nadzwyczajnej propozycji, jaką w życiu usłyszała od nieznajomego mężczyzny. Powiedział swoje i pozwolił jej zrobić z tym, co uzna za słuszne. W Nowym Jorku ludzie rzadko dawali innym chwilę do zastanowienia się, tam wszystko działo się szybko i pod presją.
— Fantastycznie — mruknęła cicho do siebie, wypuszczając powoli powietrze. — Sullivan, twoje życie naprawdę przybrało ciekawy obrót.
Zerknęła jeszcze raz na drogę prowadzącą w stronę Mariesville. Na chwilę przyszło jej do głowy, że mogłaby po prostu wsiąść do samochodu i wrócić do miasteczka, spróbować jeszcze raz szczęścia w którymś z tych domków, o których wspomniał. Albo naprawdę przespać się w aucie. Tylko że była zmęczona. Tak strasznie zmęczona podróżą, myśleniem, udawaniem przed samą sobą, że wszystko jest w porządku, kiedy jej świat walił się jak domek z kart. Restauracje, zdrada najbliższych jej osób…
Przeniosła wzrok z powrotem na niego. Stał przy pickupie, jedną ręką oparty o drzwi, jakby czekał tylko na to, czy zobaczy w lusterku światła jej samochodu.
Andy prychnęła pod nosem.
— No dobrze — mruknęła cicho do siebie. — Jeśli to fatalna decyzja, to przynajmniej konsekwentnie wpisuje się w ostatnie tygodnie mojego życia.
UsuńJeszcze kilka tygodni temu największym problemem było to, czy nowa karta dań w Ember & Salt nie okaże się zbyt odważna dla krytyków kulinarnych. Teraz zastanawiała się, czy nocleg nad warsztatem nieznajomego farmera jest dobrą decyzją. Świat miał bardzo dziwne poczucie humoru. Przez moment patrzyła na niego jeszcze wnikliwiej, jakby próbowała wyczytać coś z jego twarzy. Może jakiś sygnał ostrzegawczy. Czerwoną flagę. Może coś, co pozwoliłoby jej zdecydować, że to nie był najlepszy pomysł. Ale nic takiego nie znalazła. Westchnęła więc lekko i spojrzała na swój samochód, a potem znów na niego.
— Zakładam, że w pakiecie z tym pokojem nad warsztatem nie ma jednak koreańskich maseczek na twarz i popcornu — rzuciła z cieniem rozbawienia. — Trochę liczyłam na piżama party, wspólne oglądanie komedii romantycznych…
Po chwili pokręciła głową, jakby sama była zaskoczona własnym poczuciem humoru w tej sytuacji. Jeszcze przez sekundę wahała się w myślach, po czym dodała:
— Ale uprzedzam, że jeśli okaże się pan jednak seryjnym mordercą, to naprawdę będę rozczarowana. Bo wygląda pan na człowieka z dużo ciekawszą historią… A ja mam słabość do ciekawych historii…
Otworzyła drzwi swojego samochodu podejmując jednocześnie decyzję o tym, jak potoczy się ta noc, ale zanim wsiadła, zatrzymała się jeszcze na moment i odwróciła się spoglądając na niego.
— Andy — powiedziała, jakby dopiero teraz przypomniała sobie o najbardziej podstawowej rzeczy. — A skoro zamierza pan uratować mnie przed nocą z pańskimi krowami, to wypadałoby chyba wiedzieć, jak mam nazywać mojego gospodarza, bo właściciel rancza z podejrzanie dobrą ofertą noclegową jest trochę za długie do wymawiania, może mi się poplątać język. A jak już Pan pewnie zauważył należę do tych, co mówią dosyć dużo i bardzo szybko…
Something tells me this is going to be a fun ride. 🎢 ✨ 🧡
OdpowiedzUsuńMężczyzna, który właśnie miał zamknąć drzwi pickupa, zatrzymał się w pół ruchu, słysząc jej słowa. Oparł łokieć o górną krawędź drzwi i odwrócił głowę w jej stronę. Przez moment patrzył na nią w milczeniu, jakby dopiero teraz naprawdę przyglądał się tej dziwnej kobiecie, która pojawiła się nagle przy jego ogrodzeniu z ironicznymi żartami o seryjnych mordercach i kryzysie egzystencjonalnym.
— Dawson — odrzekł i zniknął w kabinie pickupa, zamykając za sobą drzwi.
Powiedział to tak zwyczajnie, jakby przedstawiał się komuś w sklepie spożywczym, a nie kobiecie, która przed chwilą porównała go do seryjnego mordercy i jednocześnie zgodziła się spędzić noc w pokoju nad jego warsztatem. Andy jeszcze przez sekundę stała przy swoim samochodzie, czując jak chłodny wiatr przesuwa się po jej ramionach. Dawson, imię idealne dla kowboja z małego miasteczka, rodzice zapisali jego przyszłość w gwiazdach, gdy go tak nazwali.
Wsiadła do swojego samochodu, włączyła silnik guzikiem start&stop, a cichy odgłos wypełnił wnętrze samochodu. Przez szybę widziała, jak Dawson spogląda do tylnego lusterka i rusza powoli w stronę wąskiej drogi wzdłuż pastwiska. Położyła telefon na siedzeniu obok, ekranem do góry, ale nie po to, żeby odpisać na piętrzące się wiadomości i coraz to większą ilość nieodebranych połączeń, tylko po to że gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli mogła jak najszybciej za niego złapać i modlić się, że miejscowa policja ma dyżury nocne.
— Miejmy nadzieje, że naturalny budzik pod postacią koguta da mi choć trochę pospać i nie zapieje punkt czwarta rano — westchnęła i przełączyła skrzynię biegów na drive.
Jechali przez chwilę, utrzymywała bezpieczny dystans, żeby nie oślepiać go reflektorami, choć droga była tak wąska, że i tak nie miała wyboru, jak tylko jechać dokładnie jego śladem. Asfalt szybko się skończył, a koła jej SUV-a zjechały na ubity szuter, który zaszurał pod oponami. Samochód lekko zakołysał się na nierównościach, a droga zaczęła prowadzić przez wielką bramę, prosto pod jasny budynek, pod którym jej gospodarz już parkował. Zwolniła i zaparkowała kilka metrów obok niego. W świetle reflektorów zobaczyła też kilka krów stojących przy ogrodzeniu. Jedna z nich podniosła głowę, jakby obserwowała przejeżdżające samochody z lekkim zdziwieniem. Andy uśmiechnęła się mimowolnie.
— Fantastycznie — mruknęła. — Mam już pierwszych sąsiadów.
Krowa poruszyła lekko uchem, po czym wróciła do skubania trawy, najwyraźniej uznając, że nowo przybyła nie jest szczególnie interesującym zjawiskiem. Brunetka przeniosła wzrok dalej i dopiero teraz naprawdę rozejrzała się po miejscu, do którego przyjechała. Dom był większy niż wydawało się z drogi. W półmroku widać było, że składał się z dwóch części: głównego budynku mieszkalnego i warsztatu, który stał nieco z boku, połączony z nim szerokim podjazdem. Lampa nad drzwiami warsztatu rzucała żółte światło na żwir, a jej blask odbijał się od metalowego dachu i kilku stojących obok narzędzi. Im dłużej patrzyła na to miejsce, tym bardziej docierało do niej, jak bardzo różni się ono od wszystkiego, co dotychczas znała.
W Nowym Jorku noc nigdy nie była naprawdę ciemna, zawsze paliło się jakieś światło. Czy był to neon, witryna sklepu, czy światła przejeżdżającej taksówki. Nowy Jork nigdy nie spał, zawsze ktoś był na nogach, zawsze ktoś gdzieś szedł, jechał, musiał się znaleźć. Mariesville było ciemne i śpiące, a rancho Dawsona nie odbiegało od tego, oświetlone tylko jedną lampą przy warsztacie i gwiazdami nad nimi. Uniosła głowę jakby dopiero teraz przypomniała sobie, że niebo istnieje także poza szczeliną pomiędzy nowojorskimi wieżowcami.
Było ogromne, ciemne, głębokie i pełne gwiazd. Nie pojedynczych, nie kilku rozproszonych punktów jak nad Manhattanem, ale setek, może tysięcy drobnych świateł, które rozsypały się nad ranczem i oświetlały noc. Przez chwilę po prostu patrzyła. Poczuła coś dziwnego w klatce piersiowej. Nie smutek, ale coś bliskiego nostalgii, jakby przypominała sobie fragment życia, o którym zapomniała. Kiedy ostatni raz naprawdę patrzyła w niebo? Może podczas jakiejś podróży. Może lata temu, zanim jej życie zaczęło kręcić się wyłącznie wokół restauracji i kalendarza wypełnionego spotkaniami z inwestorami i dostawcami?
UsuńWestchnęła cicho i opuściła wzrok, a Dawson wysiadł z samochodu i zamknął drzwi jednym, krótkim ruchem. Stał przez moment obok auta, jakby dawał jej chwilę na oswojenie się z miejscem. Gdy w końcu podszedł do niej z bliska wydawał się jeszcze bardziej częścią tego miejsca. Jakby był jednym z elementów krajobrazu, tak naturalnym jak ogrodzenie, warsztat czy te rzędy drzew w sadzie. Patrzyła, jak podchodzi do jej samochodu i bez większego ceremoniału sięga po walizkę stojącą przy bagażniku. Zrobił to z taką naturalnością, jakby był to najzwyklejszy element wieczoru, jakby kobiety z Nowego Jorku z wielkimi walizkami pojawiały się przy jego ranczu przynajmniej kilka razy w miesiącu. Zanim zdążyła zaprotestować, walizka była już w jego dłoni.
— Nie wiem, czy to część standardowej obsługi hotelowej, czy tylko południowa uprzejmość — powiedziała z cieniem rozbawienia, ruszając za nim — ale zaczynam rozumieć, dlaczego pańskie ranczo ma tak dobre opinie na Google… — zażartowała, doskonale wiedząc, że owy Dawson i jego ranczo na pewno nie zostało nigdy wspomniane w Internecie, bo przecież natrafiłaby na nie, gdy czytała o Mariesville. — Mam nadzieję, że pańska córka nie będzie miała mi za złe, że zajmuję jej pokój — dodała po chwili. — Nie chciałabym zaczynać pobytu od konfliktu z najmłodszą mieszkanką rancza…
A więc miał rodzinę. Ciekawe jaka była? Czy rano pozna jego żonę i córkę? To stwierdzenie zmieniało wszystko w sposób, którego wcześniej nie przewidziała. Do tej pory Dawson był po prostu nieznajomym mężczyzną z rancza, człowiekiem o spokojnym głosie i dłoniach, które wyglądały na przyzwyczajone do ciężkiej pracy. Teraz nagle pojawił się w jej wyobraźni w zupełnie innej roli. Jako ojciec. Andy mimowolnie spojrzała na jego plecy, gdy szedł kilka kroków przed nią z jej walizką w ręku.
Ciekawe, jakim był ojcem. Czy był jednym z tych spokojnych, cierpliwych ludzi, którzy uczą dzieci jeździć na rowerze, łowią z nimi ryby i potrafią naprawić wszystko, co w domu się zepsuje? Czy może raczej z tych milczących, twardych mężczyzn, którzy okazują troskę w sposób prawie niewidoczny, ale zawsze są tam, gdzie trzeba? Wyobraziła sobie dziewczynkę z piegami i rozczochranymi włosami, biegającą po podwórzu między stodołą a pastwiskiem. Potem natychmiast poprawiła się w myślach, Dawson nie wyglądał na człowieka z kilkuletnim dzieckiem. Raczej nastolatka, która ma może czternaście, piętnaście lat. Dziewczyna, która pewnie potrafi jeździć konno lepiej niż większość ludzi prowadzić samochód.
Po chwil pojawiła się też druga myśl. Żona Dawsona. Nawet nie była pewna, dlaczego założyła to tak automatycznie. Może dlatego, że wszystko w tym miejscu wyglądało jak część czyjegoś poukładanego życia. Dom, ranczo, warsztat, córka. W takich historiach zwykle była też żona. Kobieta, która rano robi kawę w tej kuchni, może zostawia kubek na drewnianym stole na werandzie. Próbowała ją sobie wyobrazić. Nieznajomą kobietę, która prawdopodobnie mieszkała w tym domu. Czy była spokojna jak to miejsce? Czy raczej głośna, energiczna, jedna z tych kobiet, które potrafią zarządzać całym gospodarstwem, domem i rodziną jednocześnie? Czy miała ręce całe w mące, bo piekła chleb, czy raczej dłonie tak samo szorstkie jak Dawson, od pracy na zewnątrz? A może była zupełnie inna niż to wszystko, co Andy potrafiła sobie wyobrazić.
UsuńZ jakiegoś powodu ta myśl wywołała w niej dziwne ukłucie ciekawości. Bo jeśli była żona, to znaczyło, że ten człowiek miał normalne życie, które toczyło się tu każdego dnia. Nie tylko krowy, warsztat i pola, ale też rozmowy przy kolacji, poranki z kawą, drobne sprzeczki o rzeczy tak banalne, że po kilku godzinach nikt już ich nie pamięta. Normalność. Coś, czego Andy od dawna nie miała. Jej życie przez ostatnie lata było zupełnie inne. Restauracje, spotkania, inwestorzy, dostawcy, telefony, rezerwacje, ciągły ruch, ciągłe bieganie. Kolacje z przyjaciółmi kończyły się rozmowami o pracy albo planach na kolejne otwarcie. A jej związek z Enzo… Cóż, Enzo był już przeszłością. Nie chciała myśleć o Enzo. Niemal cała sobą poczuła, jak jej umysł próbuje ominąć tę ścieżkę. Jakby w głowie pojawiła się tabliczka z napisem: tędy nie idziemy. Bo gdy tylko pozwalała sobie myśleć o Enzo dłużej niż kilka sekund, wszystko zaczynało boleć. A najbardziej wspomnienie zaufania, które wydawało się tak oczywiste, że nawet przez moment nie przyszło jej do głowy, że ktoś mógłby je wykorzystać.
Andy zacisnęła lekko szczękę, jakby sama przed sobą chciała zamknąć drzwi do tej części wspomnień. Nie teraz, Sullivan.
— Bać się psów? Ani trochę! Uwielbiam psy! — powiedziała niemal odruchowo, jakby potrzebowała zmiany tematu. — Zawsze chciałam mieć swojego, ale mój grafik nigdy by mi na to nie pozwolił…
Dawson zatrzymał się na moment przy schodach prowadzących na górę, jakby upewniał się, że idzie za nim. Walizka w jego dłoni wyglądała przy nim jakby nic nie ważyła, choć Andy dobrze wiedziała, ile rzeczy do niej upchnęła w ostatniej chwili, gdy postanowiła uciec ze swojego dotychczasowego życia.
— Mam się spodziewać, że zaraz jeden nas przywita? Jaka rasa? Uwielbiam takie w typie border collie, goldenów, pudle… — zaczęła wymieniać wyraźnie podekscytowana wizją czworonoga.
Andy🧡
— Czy mi humor dopisuje? — zamyśliła się na chwile wpatrując w Dawsona. — Możemy uznać, że dobry humor to jedyne co mi pozostało, więc lepiej żeby mnie nie opuszczał — odpowiedziała rozbrajająco szczerze, ale nie wdając się w zbędne dla Dawsona szczegóły. — To ważne, bo na świecie brakuje ludzi o dobrych manierach… Ruby na pewno wyrośnie na mądrą i dobrą kobietę.
OdpowiedzUsuńGdy weszli do domu Andy zdjęła kurtkę z ramion i przez chwilę po prostu stała w progu wpatrując się w kuchnię, niewątpliwie jej ulubione miejsce w każdym domu. Była przestronna, ale prosta. Drewniany stół stał na środku pomieszczenia, z kilkoma krzesłami wokół. Na blacie leżała deska do krojenia, obok miska z jabłkami i kilka kubków ustawionych niedbale przy zlewie. Przy lodówce wisiała korkowa tablica pełna przypiętych karteczek, pewnie jakieś listy zakupów, szkolny plan lekcji, zdjęcie dziewczyny w kowbojskim kapeluszu siedzącej na koniu. Czy to właśnie była córka gospodarza? Na jednej ze ścian wisiał kalendarz z zaznaczonymi na czerwono datami, a przy drzwiach stała para błotnistych butów, zdecydowanie należących do mężczyzny. Całe wnętrze wyglądało jak miejsce, które naprawdę jest używane każdego dnia.
Nie miała jednak zbyt wiele czasu na kontemplacje pomieszczenia, bo mężczyzna z jej walizką w ręku przechodził już do kolejnego pomieszczenia, które kończyło się zielonymi drzwiami, przed którymi zobaczyła leżącego psa ewidentnie wybudzonego z wieczornej drzemki. Podniósł pyszczek i zamiast ruszyć by przywitać się ze swoim właścicielem, przez chwile jakby zastanawiał się, co u licha się tutaj dzieje i kim jest idąca za jego panem, kobieta. Powoli wstał, przeciągnął się i ruszył leniwym krokiem w ich stronę, wciąż wbijając wzrok w stojącą z uśmiechem Andy.
— Cześć, Bandit — Andy machnęła ręką w jego stronę w geście powitania, najchętniej przyklękłaby na jedno kolano i wygłaskała tego przepięknego czworonoga, ale wolała nie ryzykować, skoro według Dawsona potrzebował on chwili, aby zaufać nowo poznanym ludziom.
Cóż, nie stanie się jej przyjacielem w takim razie, bo tej nocy, jedyne o czym marzyła to ciepły prysznic i łóżko, aby odespać prawie dwadzieścia cztery godziny w podróży, które pokonała wypijając kilka litrów kawy. Jutro jej już tutaj nie będzie. Choćby miała stanąć na głowie, znajdzie miejsce, w którym będzie mogła się zatrzymać na tak długo, jak tylko będzie chciała. Przecież ktoś musi mieć tutaj jakieś mieszkanie lub pokój na wynajem. Nie chodziło jej o luksusy rodem z Nowego Jorku, po prostu miejsce, w którym będzie mogła przeczekać burzę, która rozpętała się nad jej głową, może wymyślić plan, jak cofnąć wydarzenia ostatnich tygodni, lub po prostu, jak wybrnąć z tej sytuacji.
Dawson poprowadził ją dalej wzdłuż krótkiego korytarzyka i otworzył drzwi prowadzące bezpośrednio do pokoju nad warsztatem. Drzwi zaskrzypiały cicho, kiedy je pchnął. Bandit podążył za nimi, zatrzymując się w progu i jeszcze raz patrząc na Andy z tym swoim ostrożnym zainteresowaniem, jakby upewniał się, że nowa twarz nie stanowi zagrożenia.
Brunetka weszła do środka i przez chwilę stała w drzwiach, pozwalając oczom zlustrować każdy szczegół. Pokój był schludny i miał w sobie coś, co natychmiast ją urzekło, prostotę, która jednak była bardzo ciepła, przyjazna. Drewniana podłoga nosiła drobne rysy po latach użytkowania, sufit był skośny, a w kącie stała skromna lampka rzucająca ciepłe, przytulne światło. Narzuta na łóżku była jasna, lekko pognieciona, jakby ktoś niedawno na niej siedział. Wszystko tu było użyteczne i rozsądne, żadnych durnostojek, nic na pokaz, może właśnie dlatego tak prawdziwe.
Biurko przy oknie przyciągnęło jej wzrok. Na środku leżał szkicownik rozłożony na połowie kartki, obok kilka ołówków ułożonych luźno, jeden nieco stoczony na brzeg. Na kartce zauważyła niedokończony szkic konia, zarysy pastwiska, lekkie kreski sugerujące ruch. Na oparciu krzesła wisiała jasna bluza, a na parapecie stał już lekko zwiędły bukiet, którego płatki opadły tu i ówdzie.
— Twoja córka rysuje? — zapytała, bo ciekawość miała pierwszeństwo przed uprzejmością. I choć pokój był najprostszy z możliwych, Andy poczuła, że gdzieś między grubymi belkami a zwiędłymi kwiatami zaczyna rozkwitać w niej chwilowy spokój, którego od dawna nie zaznała. — Dziękuję, Dawson — uśmiechnęła się delikatnie w jego kierunku zerkając prosto w ciemne oczy. Była mu naprawdę wdzięczna. Nie musiała już żartować o seryjnych mordercach, była pewna, że mężczyzna był po prostu uprzejmym ranczerem, który chciał jej pomóc z dobroci serca. — Dobrze, daj mi chwilę, wezmę tylko coś na przebranie i kilka kosmetyków. Wezmę szybki prysznic i od razu tutaj wrócę. Nie chcę wstrzymywać cię przed wykonaniem swoich obowiązków… Mam za sobą naprawdę długą drogę, więc po prostu prześpię się kilka godzin, z samego rana się spakuję i pojadę poszukać czegoś wolnego na wynajem w mieście.
UsuńGdy Dawson zamknął za sobą drzwi, Andy od razu wzięła się za otwarcie swojej walizki i znalezienie w niej przyborów kosmetycznych i jakiegoś dresu, który mógł uchodzić za piżamę. Nie chciała paradować przed nowo poznanym mężczyzną w nocnej, koronkowej koszuli, którą spakowała ze sobą, z myślą o tym, że wynajmie sobie pokój hotelowy, w którym będzie całkiem sama. Szybko przebrała się w miękki, szary dres i wzięła do ręki kosmetyczkę. Zanim jednak wyszła z pokoju, jeszcze raz zerknęła na szkicownik leżący na biurku i na słoik z polnymi kwiatami na parapecie. Miała dziwne wrażenie, jakby ktoś, kto tu mieszkał, był obecny w każdym drobiazgu. Dziewczyna z fotografii przy lodówce. Dziewczyna, która rysowała konie i zbierała kwiaty na polach. Jego córka, Ruby. Andy uśmiechnęła się lekko, po czym zgasiła światło i wyszła z pokoju, przeszła przez warsztat i ruszyła w stronę domu.
W kuchni nadal paliło się światło. Przez okno widziała sylwetkę Dawsona stojącego przy zlewie. Jedną ręką opierał się o blat, drugą trzymał kubek, z którego unosiła się para. Wyglądał dokładnie tak samo spokojnie jak wcześniej. Otworzyła drzwi i weszła do środka, lekko unosząc kosmetyczkę w dłoni.
— Gotowa — powiedziała z cieniem uśmiechu. Położyła kosmetyczkę na stole na moment, żeby poprawić włosy, które były w opłakanym stanie po podróży. — Obiecuję, że nie zajmę długo łazienki — powiedziała, zerkając na niego kątem oka. — Po tylu godzinach w samochodzie nawet pięć minut pod gorącą wodą brzmi luksusowo.
Bandit wstał powoli i podszedł bliżej, tym razem znacznie śmielej niż wcześniej. Zatrzymał się przy jej nodze i powąchał jej nogawkę. Andy spojrzała w dół i lekko uniosła brwi.
— No proszę — mruknęła z rozbawieniem. — Zaczynam przechodzić kontrolę bezpieczeństwa… Też bym była podejrzliwa wobec obcej kobiety, która pojawia się w środku nocy na twoim ranczu.
Po chwili podniosła wzrok na Dawsona.
Usuń— W którą stronę?
Andy ruszyła za Dawsonem w głąb domu. Korytarz był wąski, podłoga z tego samego jasnego drewna co w kuchni. Zaraz za kuchnią Dawson przystanął przed drzwiami i otworzył je przed nią. Zajrzała do środka, łazienka była niewielka, skromna, ale schludna. Dawson zamknął za nią drzwi i usłyszała, jak odchodzi w głąb domu. Przekręciła klucz w drzwiach i położyła kosmetyczkę na pralce. Zrzuciła z siebie dres i wskoczyła do kabiny prysznicowej, odkręcając wodę, która była dokładnie taka, jaką teraz potrzebowała: gorąca. Zamknęła oczy, pozwalając sobie na chwilę relaksu. Dźwięk wody zagłuszał myśli, którym, mimo iż nie dawała za grosz uwagi, wciąż kotłowały się w jej głowie.
Obrazy wszystkich trzech restauracji, dokumenty, rozmowy, które doprowadziły ją do zguby... Strata, która bolała tak bardzo. Przyjaciele, rodzina, którzy wydzwaniali i wypisywali wiadomości, choć poinformowała ich, że potrzebuje kilku tygodni samotności… Ale pod tym wszystkim, poczuła uczucie ulgi, że nie musi dziś brać odpowiedzialności za nic więcej niż własne zmęczenie. Była wdzięczna za dach nad głową, za ciepłą wodę, za czyjąś prostą życzliwość.
Kiedy opuściła prysznic i ubrała się w ten sam szary dres, zatrzymała się na moment przed lustrem. Zobaczyła zmęczoną twarz, cienie pod oczami, ale też drobny błysk w spojrzeniu, ten sam, który kiedyś pchał ją do kuchni o piątej rano, żeby testować nowe smaki. Uśmiechnęła się do siebie lekko i pomyślała, że może tu w Mariesville odnajdzie to, co straciła; tak bardzo chciała w to uwierzyć, tak bardzo tego po prostu potrzebowała.
Westchnęła cicho, sięgnęła po ręcznik i przetarła nim twarz, po czym odwiesiła go na grzejnik i zgasiła światło wychodząc z pomieszczenia. Wróciła do kuchni, Dawson stał przy zlewie, opłukując kubek. Bandit leżał przy stole, ale gdy tylko ją zobaczył, podniósł głowę. Tym razem jego ogon poruszył się lekko, raz czy dwa, jakby uznał, że kobieta w dresie i z mokrymi włosami nie jest już aż tak podejrzana jak wcześniej.
Andy zatrzymała się w progu.
— Gorąca woda to naprawdę jeden z największych wynalazków ludzkości — odparła półżartem. — Dziękuję jeszcze raz — powiedziała już spokojniej. — A teraz już nie zabieram ci więcej czasu, wiesz, gdzie mnie znaleźć. Będę spać jak zabita. Dobranoc.
Uśmiechnęła się i ruszyła w drogę powrotną do pokoju nad warsztatem, zostawiając za sobą mężczyznę. Od razu wskoczyła pod kołdrę i zamknęła oczy, sen przyszedł po sekundzie.
Andy 🧡
Coś piekielnie głośnego wyrwało Andy z głębokiego snu. Najpierw pomyślała, że to alarm przeciwpożarowy w budynku, w którym mieszkała przy czterdziestej szóstej alei. Albo syrena karetki, a może policji? Albo ktoś naprawdę umierał właśnie pod jej oknami i błagalnie skowyczał o pomoc.
OdpowiedzUsuńOtworzyła oczy gwałtownie, zdezorientowana, przez kilka sekund kompletnie nie wiedząc, gdzie jest. W pokoju panował półmrok, tylko pierwsze, blade światło poranka przeciskało się przez okno pod skośnym sufitem. Drewniane belki nad jej głową wyglądały obco, w niczym nie przypominały jej nowojorskiego loftu, w którym mieszkała przez ostatnich pięć lat, a cisza wokół była zbyt głęboka jak na Nowy Jork.
I wtedy znowu to usłyszała.
— KUKURYKUUUUUUU!
Poderwała się na łóżku.
— O mój Boże…
Przez sekundę miała wrażenie, że ktoś dosłownie obdziera coś ze skóry za oknem. Kogut zapiał ponownie. Ty razem dłużej, o wiele głośniej, jeszcze bardziej dramatycznie, jakby chciał wpędzić ją do grobu. Opadła z powrotem na poduszkę i zakryła twarz dłońmi.
— To musi być żart… — wymamrotała do sufitu.
Wczoraj Dawson wspomniał o naturalnym budziku, ale pamiętała, że coś odpowiedziała o nadziei, że nie zapieje o czwartej rano. Spojrzała na telefon leżący na stoliku obok łóżka.
5:02.
— Fantastycznie — mruknęła, przewracając się na bok. — Po prostu fantastycznie.
Kiedy kogut zapiał po raz trzeci, Andy jęknęła cicho i przycisnęła poduszkę do uszu. Była przyzwyczajona do hałasów panujących za oknem, bo na Manhattanie zawsze było głośno, zawsze coś się działo na chodniku i wszyscy po prostu z tym żyli. Klaksony samochodów od wczesnych godzin porannych, metro, śmieciarki podjeżdżające co drugi dzień pod jej budynek, czasami alarm samochodowy, czy kłótnie sąsiadów. Hałas miasta był naprawdę chaotyczny, ale też bardziej dla niej naturalny niż opętany kogut, który brzmiał jakby traktował swoją pracę aż za bardzo poważnie. Jakby od jego piania zależał los całej farmy.
Andy odrzuciła poduszkę na bok i usiadła na łóżku z miną człowieka, który właśnie podjął bardzo poważną i bardzo nieprzemyślaną decyzję.
— Okej, koguciku… — mruknęła, przecierając twarz dłońmi. — Doigrałeś się.
Kogut odpowiedział jej natychmiast.
— KUKURYKUUUU!
Andy zmrużyła oczy.
— Tak myślałam.
Zsunęła nogi z łóżka i przeciągnęła powoli. Mięśnie zaprotestowały po podróży, ale adrenalina porannego oburzenia działała całkiem skutecznie. Sięgnęła po swoje dresowe spodnie, które leżały na krześle, wsunęła w nie nogi i narzuciła na siebie bluzę. Włosy zgarnęła w niedbały kok, który bardziej przypominał chaotyczną konstrukcję niż fryzurę. Otworzyła drzwi dzielące pokój z warsztatem, przeszła obok narzędzi, starając się nie robi zbędnego hałasu, który mógłby obudzi gospodarza, i wyszła na zewnątrz. Poranek był chłodny, mgła unosiła się nisko nad ziemią, a w oddali widać było sylwetki krów. I gdzieś pomiędzy nimi…
— KUKURYKUUUUUU!
Andy zmrużyła oczy i ruszyła przez podwórko namierzając gagatka.
— Tak, słyszę cię! — zawołała półgłosem.
Szła przez żwir, potem przez kawałek wilgotnej trawy, której rosę natychmiast poczuła przez cienkie materiałowe buty, aż w końcu zobaczyła sprawcę całego zamieszania. Kogut stał na drewnianym płocie jak król całego rancza. Dumny, czerwony grzebień, pierś wypięta jak u generała na paradzie. Stał na ogrodzeniu jak samozwańczy strażnik poranka i najwyraźniej uważał, że wykonuje bardzo ważną misję, zdecydowanie bardzo z siebie zadowolony.
Andy zatrzymała się kilka kroków przed nim, zakładając ręce na piersi.
Usuń— Ty — powiedziała spokojnie. — Kogut przechylił głowę, patrząc na nią jednym okiem. — Słuchaj uważnie, bo powiem to tylko raz. — Zrobiła jeszcze krok bliżej. — Ludzie normalnie śpią o piątej rano. Naprawdę doceniam twoje zaangażowanie w pracę — kontynuowała Andy tonem poważnej negocjatorki. — Ale ja przejechałam wczoraj pół kraju i potrzebuję jeszcze… powiedzmy… siedmiu godzin snu.
Kogut nadął pierś, a Andy zmrużyła oczy. Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami, prawie jak w klasycznym westernie z Clintem Eastwoodem, brakowało jeszcze tylko wiejących farfocli pomiędzy nimi. I wtedy kogut zapiał ponownie. O wiele głośniej niż wcześniej. Andy wciągnęła powoli powietrze.
— Rozumiem. Negocjacje nie idą najlepiej.
Przez chwilę stała w milczeniu, patrząc na koguta tak, jakby próbowała zdecydować, czy właśnie została publicznie upokorzona przez ptaka wielkości poduszki. Kogut tymczasem stał na płocie absolutnie niewzruszony.
— No dobrze — powiedziała w końcu, powoli wypuszczając powietrze z płuc. — Widzę, że mamy tu do czynienia z kimś o silnym charakterze. Słuchaj, kolego — podjęła Andy spokojniej, opierając dłonie na biodrach. — Naprawdę nie chcę zaczynać dnia od konfliktu…
Andy parsknęła cicho śmiechem, bo nagle, cała ta scena wydała jej się absurdalnie zabawna. Andy Sullivan, szefowa kuchni i restauratorka, stała pośrodku Georgii, w szarym dresie, z włosami związanymi w chaotyczny kok, prowadząc poważną dyskusję z kogutem, który najwyraźniej uważał się za władcę tego rancza. Całkowicie postradała zmysły. Dzwońcie do zakładu dla obłąkanych.
— W porządku — powiedziała w końcu, unosząc ręce w geście kapitulacji. — Wygrałeś.
Andy prychnęła, skręciła na pięcie i, zanim zdążyła przetrawić, co właśnie przed chwilą się wydarzyło, zatrzymała się w pół kroku, kiedy usłyszała skrzypnięcie desek werandy. Powoli odwróciła głowę, Dawson stał na górnym stopniu, oparty jednym ramieniem o filar podtrzymujący dach. W dłoni trzymał kubek, z którego unosiła się para. Poranne światło dopiero zaczynało rozjaśniać podwórko, ale wystarczyło, żeby Andy zobaczyła rozbawiony wyraz jego twarzy.
Przez sekundę patrzyła na niego w milczeniu, próbując ocenić, jak długo stał tam i obserwował jej… negocjacje. Nie zastanawiała się nawet, co sobie myślał, bo odpowiedź była aż nazbyt oczywista. Najpewniej uznał, że zwariowała. I uczciwie mówiąc Andy nie była pewna, czy mógłby wyciągnąć z tej sceny jakikolwiek inny wniosek.
Stała jeszcze przez chwilę w miejscu, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, a potem powoli westchnęła i przeczesała palcami włosy ruszając w jego kierunku.
— Prowadziliśmy ważne rozmowy — wyjaśniła rzeczowo. — Niestety, jak widzisz, nie osiągnęliśmy porozumienia…
Kogut, jakby chcąc podkreślić swoją przewagę w tej sytuacji, zapiał ponownie.
Andy negocjatorka 🧡
Andy zatrzymała się na chwilę u podnóża schodów unosząc wzrok na Dawsona, a potem na koguta, który nadal stał na płocie z miną zwycięzcy, jakby właśnie wygrał najważniejszy spór tego poranka. Jej duma cierpiała po przegranej potyczce z drobiem.
OdpowiedzUsuń— Trochę — przyznała w końcu z lekkim westchnieniem. — Ale tylko trochę.
To było oczywiste kłamstewko i oboje o tym doskonale wiedzieli. Wczoraj żywiła się głównie kawą, stresem i przekonaniem, że jeśli będzie prowadzić samochód wystarczająco długo, to może uda jej się nie myśleć o walącym się życiu. Nagle dotarło do niej, że nie jadła porządnie od… właściwie od przedwczorajszego śniadania. A może jeszcze wcześniej.
Bandit, który podszedł bliżej, najwyraźniej również uznał, że pora śniadaniowa jest sprawą poważną i czekał na to, aż Andy w końcu przyzna, że naszedł czas śniadania. Stanął przy jej nodze i spojrzał na nią, jakby zastanawiał się, czy ona naprawdę zamierza dalej dyskutować, czy wreszcie przejdzie do rzeczy. Andy spojrzała na niego, potem na Dawsona i westchnęła.
— Dobrze, niech będzie — powiedziała, unosząc dłonie w geście kapitulacji. — Jestem głodna. Bardzo głodna. I w ramach wdzięczności za dach nad głową i tego o — wskazała palcem na koguta — degenerata o poranku, zrobię śniadanie. Mogę?
Dawson przez ułamek sekundy wyglądał, jakby nie do końca był pewien, czy dobrze ją usłyszał. Uniósł lekko brew, spojrzał na nią uważniej, jakby próbował ocenić, czy to kolejny żart, ale jej mina wcale nie wskazywała na to, że żartuje. Andy Sullivan nigdy nie stroi sobie żartów z jedzenia, bo było ono całym jej jestestwem. Uniosła lekko brew, czekając na zielone światło.
W końcu kącik jego ust drgnął i skinął głową twierdząco.
Bandit, który przez cały ten czas siedział przy jej nodze, odwrócił łeb i spojrzał na nią tym swoim mądrym wzrokiem, jakby oceniał, czy rzeczywiście można jej zaufać z nożem w pobliżu jedzenia. Andy przykucnęła na moment, żeby pogłaskać go po karku.
— Bez obaw, Bandit — powiedziała lekko. — Co jak co, ale znam się na śniadaniach.
Pies przyjął pieszczotę z zadowoleniem i wyciągnął się na przednich łapach. Andy wyprostowała się, przeciągnęła lekko ramiona, a Dawson parsknął cicho śmiechem i ruszył w stronę domu, dając jej znak głową, by poszła za nim. Border collie natychmiast podniósł się z miejsca i podreptał obok. Poranny chłód został za drzwiami, a w środku od razu dotarł do jej nozdrzy zapach świeżo parzonej kawy.
— Dobra — powiedziała, zdejmując z ramion bluzę i zawieszając ją na oparciu krzesła. — Co macie w zapasie? Jajka widziałam. Jabłka widziałam. Chleb pewnie też się znajdzie. — zajrzała do lodówki lustrując jej wnętrze. Na ułamek sekundy zamarła z uchylonymi drzwiami, jakby ktoś właśnie pokazał jej skrzynkę pełną możliwości. Spodziewała się raczej dwóch jajek, kawałka sera i może słoika po czymś, co kiedyś było dżemem.
Tymczasem w środku stały równo ułożone pojemniki z warzywami, misa z jabłkami, świeże zioła w szklance z wodą, kilka cytryn, papryki, garść pomidorów, a na dolnej półce jajka, masło i mały kartonik mleka. Wszystko wyglądało świeżo, schludnie i zaskakująco dobrze zorganizowane. Nie mogła się powstrzymać i sięgnęła po jedno z jabłek, obracając je chwilę w palcach. Skórka była chłodna i gładka, lekko matowa od świeżości. To nie było jabłko z supermarketu w Nowym Jorku, wypolerowane do przesady i bez smaku. To było prawdziwe jabłko. Takie, które prawdopodobnie spadło z drzewa, a nie z chłodni pod Whole Foods Market.
Odłożyła owoc na swoje miejsce i wsunęła dłonie na biodra, jeszcze raz przejrzała zawartość półek ze skupieniem.
— Dobra wiadomość jest taka, że da się z tego zrobić całkiem dobre śniadanie. — Uniosła lekko palec. — Zła wiadomość: będziesz musiał uznać, że kuchnia tymczasowo należy do mnie, możesz iść na dwadzieścia pięć minut i zająć się kogutem lub czymkolwiek tam chcesz.
Mężczyzna przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, rozważając czy właśnie został grzecznie wyproszony z własnej kuchni. Potem uniósł lekko brew, a jego spojrzenie przesunęło się z niej na otwartą lodówkę, na blat i nóż, który już zdążyła położyć przed sobą, po czym z powrotem na Andy. Jeszcze przez chwilę stał w progu, jakby nie do końca chciał wychodzić, ale w końcu skinął głową i ruszył w stronę drzwi.
UsuńAndy odprowadziła go wzrokiem tylko przez sekundę. Drzwi zamknęły się za nim i jego czworonożnym przyjacielem, a ona odwróciła się do blatu i na moment po prostu oparła dłonie o jego krawędź, biorąc głębszy oddech.
— Dobra, Sullivan — mruknęła do siebie cicho. — Wracamy do życia.
Podwinęła rękawy i sięgnęła po pomidory, papryki, garść ziół i kawałek sera. Na moment zatrzymała się przy bazylii, przyciskając liście palcami, żeby poczuć jej zapach. Natychmiast uderzyła ją intensywna, zielona świeżość. Uwielbiała to. Najpierw zabrała się za cebulę, potem paprykę, a potem pokroiła pomidory na cienkie kawałki. Ruchy miała pewne i dokładne, wyćwiczone przez lata praktyki. Nóż poruszał się z równym stukiem, a cienkie plasterki układały się na desce. Kiedy wsypała warzywa na rozgrzaną patelnię, kuchnię natychmiast wypełnił syczący dźwięk.
Do miski wbiła kilka jajek i roztrzepała je widelcem razem z odrobiną soli i pieprzu. Potem dodała trochę mleka, żeby masa była delikatniejsza, a na koniec szczyptę posiekanej bazylii. W lodówce znalazła też szczypiorek, więc dodała go bez wahania. Wzięła jeszcze kilka plasterków sera i garść pomidorów, które zamierzała dodać na końcu. Z szafki wyjęła chleb, krojąc go na grube kromki. Wsunęła je na drugą patelnię, żeby lekko się podpiekały.
Przez chwilę była całkowicie pochłonięta tym, co robi. I właśnie wtedy poczuła to dobrze znane ukojenie. Kuchnia zawsze ją uspokajała. Nieważne, jak bardzo wszystko poza nią się rozpadało, tutaj wszystko miało sens. Wszystko było przewidywalne… Przesunęła łopatką warzywa na patelni, obserwując, jak cebula zaczyna się szklić, a papryka mięknie, uwalniając słodkawy zapach. Dodała odrobinę masła, pozwalając mu powoli się rozpuścić i połączyć z sokiem z pomidorów. Zapach zrobił się natychmiast intensywniejszy. Sięgnęła po jajka i wlała je na patelnię. Masa rozlała się cienką warstwą, zaczynając delikatnie się ścinać. Andy poruszyła nią lekko, tworząc miękkie fałdy. Kątem oka zerknęła na tosty. Złociste, lekko chrupiące na brzegach. Przesunęła je na deskę i natarła cienką warstwą masła, które natychmiast zaczęło się topić, wsiąkając w ciepły chleb. Wtarła w nie główkę czosnku, nadając im swoisty aromat.
Sięgnęła po szczypiorek i posypała nim całość, pozwalając zielonym drobnym kawałkom opaść na jasną powierzchnię jajek. Potem dodała ser, który pod wpływem ciepła zaczął się powoli rozpuszczać, tworząc cienkie, miękkie smugi. Zsunęła patelnię z ognia i sięgnęła po talerze. Zaczęła nakładać śniadanie.
I wtedy usłyszała za plecami kroki mężczyzny, nie odwróciła się od razu. Zamiast tego sięgnęła po nóż i poprawiła jedną z kromek, jakby za chwile miała zaserwować danie jednemu z krytyków kulinarnych.
— Jeśli przyszedłeś sprawdzić, czy kuchnia jeszcze stoi… — powiedziała spokojnie, nie patrząc w stronę drzwi — …to mam dobrą wiadomość. Przetrwała. Siadaj, wszystko gotowe. — Postawiła talerze na stole i odwróciła się, aby nalać im świeżej kawy. — Mam nadzieję, że będzie smakować…
Andy kucharka 🧡
Andy zawsze miała wrażenie, że jej zamiłowanie do gotowania nie wzięło się z dnia na dzień. Nie było żadnego konkretnego momentu, w którym nagle stanęła w kuchni i z pełnym przekonaniem stwierdziła, że właśnie to będzie całym jej życiem. Marzenie to raczej rosło w niej powoli. Zaczęło się bardzo wcześnie, w domu w New Jersey, gdzie kuchnia była najprawdziwszym miejscem w całym budynku. Była ciepła, lekko za ciasna, zawsze pachnąca czymś innym. Raz cebulą smażoną na maśle, raz pieczonym czosnkiem, raz świeżym ciastem, które stygło na blacie, a czasem po prostu tostami z cukrem wanilinowym. Pamiętała, że jako dziecko właśnie tam najchętniej się chowała. Kiedy ktoś był zły, kiedy świat wydawał się zbyt duży i zbyt przytłaczający, kuchnia zawsze była tak samo bezpieczna.
OdpowiedzUsuńTo w niej po raz pierwszy zobaczyła, że jedzenie nie jest tylko jedzeniem. Że potrafi robić rzeczy, których nie umiał żaden dorosły, choć wszyscy udawali, że potrafią. Sprawiała, że ktoś, kto przed chwilą siedział nadąsany, nagle zaczynał opowiadać o swoim dniu. Rozjaśniała twarze tym, co przygotowała. Jeden kęs i jakby dobry humor wracał do ludzi. Najpierw była zwykła dziecięca ciekawość, nie do zduszenia. Dlaczego ciasto rośnie? Dlaczego cebula po podsmażeniu staje się słodsza? Skąd bierze się ten zapach, który rozlewa się po domu? Andy pytała o wszystko. Pytała, bo naprawdę chciała wiedzieć. Bo kiedy tylko nauczyła się dostrzegać, że z kilku zwyczajnych rzeczy może powstać coś, co daje ludziom przyjemność, nie potrafiła już przestać o tym myśleć.
Pamiętała dłonie swojej matki, wiecznie zajęte czymś praktycznym. Krojenie, mieszanie, doprawianie. Pamiętała też, że nikt nie traktował tego jak wielkiej sztuki, a jednak to właśnie tam nauczyła się, że najbardziej zwyczajne czynności mogą mieć w sobie coś ważnego. Że posiłek nie musi być wystawny, by mieć znaczenie. Czasem wystarczy, że ktoś pamięta, jaką zupę lubisz, albo że chleb trzeba podgrzać, zanim się go poda. Andy od początku czuła, że właśnie w takich drobiazgach kryje się prawdziwa troska.
Kiedy przyszło wybierać szkołę, nie miała już żadnych wątpliwości. Culinary Institute of America było obietnicą, że można z tej dziecięcej fascynacji zrobić prawdziwe życie. Że można zamknąć w niej ambicję, technikę, smak i dyscyplinę. Że to, co zaczęło się w ciepłej kuchni w New Jersey, może kiedyś stać się czymś wielkim. I stało się, tylko że Andy nigdy nie myślała o tym w kategoriach wielkości. Myślała o kolejnych nocach bez snu. O poparzonych palcach. O pierwszych słowach uznania, które brzmiały lepiej niż jakiekolwiek nagrody. O czymś, co stworzyła od podstaw, sama. Bardzo wcześnie odkryła, że właśnie to ją interesuje najbardziej. Nie samo gotowanie dla samego gotowania, ale ta chwila, kiedy ktoś bierze pierwszy kęs i na sekundę przestaje mówić, bo jedzenie niespodziewanie trafia dokładnie tam gdzie trzeba. Do serca. Z czasem zaczęła rozumieć, że gotowanie nie jest tylko pracą. Jest wyrażaniem siebie. Jedzeniem można było przepraszać, dziękować, prosić, pocieszać, świętować, żegnać się. Można nim powiedzieć wszystko to, czego nie potrafiło się powiedzieć inaczej.
I może dlatego tak dobrze odnalazła się w Nowym Jorku, mimo że miasto było brutalne, szybkie i nie wybaczało słabości. Tam kuchnia była jak pole bitwy. Każdy serwis przypominał małą wojnę, ale ona lubiła tę energię. Lubiła, gdy wszystko pędziło, gdy wszyscy musieli reagować natychmiast, gdy zespół rozumiał się bez słów. Lubiła napięcie, bo czuła, że w nim rośnie.
Jej ciało jeszcze nie zorientowało się, że została wysłana na przymusowy urlop, że na jakiś czas będzie musiała zapomnieć o dynamice kuchni, o salach pełnych gości. Dziękowała Dawsonowi za dach nad głową na tę jedną noc, w jedyny sposób, w jaki potrafiła: gotowaniem. Nie znała go przecież. Nie wiedziała o nim prawie nic poza tym, że wpuścił ją do swojego domu w środku nocy, bez podejrzliwości. Nie wiedziała, jakim jest ojcem, jakim gospodarzem, jakim człowiekiem na co dzień. Ale dla niej otworzył drzwi własnego domu i to tylko to się liczyło.
Stojąc przy blacie w kuchni Dawsona, czuła się nagle bardziej na miejscu niż powinna. Jeszcze wczoraj w nocy siedziała w samochodzie na poboczu drogi, z telefonem pełnym nieodebranych połączeń i głową pełną rzeczy, których nie chciała nawet przywoływać. Jeszcze wczoraj nie wiedziała, gdzie będzie spała. Jeszcze wczoraj wszystko w jej życiu wyglądało jak pobojowisko. A teraz stała w cudzej kuchni i smażyła tosty i przynajmniej przez chwilę wszystko było w porządku. Ona była w porządku. To uczucie było tak nieoczekiwane, że aż ją zaskoczyło. Jakby nie miała prawa czuć spokoju tak szybko po ostatniej stoczonej bitwie. Jakby powinna jeszcze trochę się martwić, trochę bardziej być czujna, trochę mniej oddychać pełną piersią.
UsuńZapatrzyła się na Dawsona, który usiadł do stołu. Słysząc jego dziękuję, Andy odruchowo wzruszyła lekko ramionami, jakby próbowała zbagatelizować przygotowanie śniadania.
— To ja dziękuję za dach nad głową.
Wiedziała, że gdyby nie on, prawdopodobnie spałaby tej nocy na parkingu przy stacji benzynowej albo w samochodzie, z głową opartą o kierownicę i telefonem w dłoni, udając przed samą sobą, że ma jeszcze plan na życie.
Usiadła w końcu przy stole i sięgnęła po kubek z kawą. Była gorąca, mocna i pachniała dokładnie tak, jak powinna pachnieć kawa o szóstej rano. Mocno. Upiła łyk i przez chwilę milczała. W końcu uniosła wzrok i spojrzała na niego ponad krawędzią talerza. Dawson jadł spokojnie, bez pośpiechu, ale z wyraźnym apetytem. Tost, jajka, warzywa, wszystko znikało z talerza z tą aprobatą, której nie dało się podrobić. Nie mówił nic przesadnie zachwyconego i nie zachowywał się jak ktoś, kto czuje obowiązek pochwalenia. Po prostu jadł. I właśnie to było najlepszym możliwym potwierdzeniem, że naprawdę mu smakowało.
Andy poczuła znajome ukłucie satysfakcji. Oparła łokieć o stół i patrzyła na niego chwilę dłużej niż wypadało. Było w tym domu coś, czego nie umiała nazwać. Coś między zaproszeniem a bezpieczeństwem. Między obcością a ciepłem. Między przypadkiem a początkiem; kiedy przesunęła wzrok na okno, a potem z powrotem na Dawsona, poczuła coś dziwnie miękkiego pod żebrami. Zignorowała to uczucie, nie dając mu chwili by się rozrosło. Bo przecież czas naglił, a ona miała za chwilę wziąć swoją walizkę i pojechać do miasteczka szukać noclegu. Przypomniała sobie o obowiązkach, zapomniała o luksusie nicnierobienia. Ranczo to tylko przystanek, nie może zostać tu zbyt długo, nie powinna przyzwyczajać się do tego domu ani do obecności mężczyzny siedzącego naprzeciwko.
Upiła kolejny łyk kawy, która rozgrzewała gardło i porządkowała myśli szybciej niż cokolwiek innego tego poranka. Przez chwilę patrzyła w kubek, obracając go powoli w dłoniach, jakby zbierała w sobie wystarczająco dużo energii, żeby znowu ruszyć dalej.
Spojrzała jeszcze raz na Dawsona.
— Powinnam chyba niedługo ruszać — powiedziała w końcu, odstawiając kubek na stół trochę wolniej niż zamierzała.
Zdanie zabrzmiało zwyczajnie, prawie neutralnie. Ale w środku poczuła coś w rodzaju lekkiego oporu, jakby część niej wcale nie chciała go wypowiadać.
Przesunęła palcami po krawędzi stołu.
— Muszę znaleźć coś w miasteczku — dodała już bardziej rzeczowo. — Jakiś pokój albo motel na kilka dni. Dopóki nie ogarnę reszty… Ale naprawdę jestem ci bardzo wdzięczna.
Andy 🧡
Kiedy wypowiedziała słowa o znalezieniu sobie jakiegoś miejsca na kolejne noce, poczuła lekkie rozczarowanie, którego nie chciała zdradzić nawet przed samą sobą. Bo choć wiedziała, że tak właśnie powinna zrobić, to wcale nie była pewna, czy naprawdę ma na to ochotę. Zsunęła dłoń z kubka i przez ułamek sekundy wpatrywała się w blat, jakby nagle stał się najbardziej fascynującym punktem w kuchni. Nie chciała patrzeć na Dawsona zbyt długo, bo wiedziała, że w jej twarzy mogłoby się pojawić coś zdradliwego. Jakiś cień zawahania, może nawet to małe, głupie rozczarowanie.
OdpowiedzUsuńJeszcze kilka minut wcześniej wyjazd wydawał się oczywisty. Spakować walizkę, podziękować za gościnę, znaleźć nocleg, ruszyć dalej, znaleźć jakieś zajęcie, które da jej iluzję kontroli. Ale siedząc przy stole w cudzej kuchni, po śniadaniu, którego smak nadal miała w ustach, cała ta pewność zaczęła się lekko chwiać, bo Dawson zaczynał ją intrygować.
Nie w jakiś przesadny sposób, bo znała go dopiero od kilkunastu godzin. Nie tak, jak mężczyźni w Nowym Jorku. Dawson był inny. Poukładany, spokojny, oszczędny w słowach. Nie próbował jej rozszyfrowywać, nie zadawał pytań, nie zakładał niczego zbyt szybko. Ku jej własnemu zaskoczeniu, okazywał się znacznie bardziej zajmujący niż ludzie, z którymi dotychczas miała do czynienia. Może on nie wbiłby jej noża w plecy przy pierwszej możliwej okazji, jak zrobiły to jej najbliższe osoby?
Na moment podniosła wzrok znad talerza i omiotła kuchnię spojrzeniem. Ten dom miał w sobie coś, co działało na nią hipnotyzująco. Nie dlatego, że był imponujący, właśnie przeciwnie. Wszystko było tu proste i funkcjonalne, nie do podziwiania, a do codziennych zajęć. I może właśnie dlatego tak mocno ją przyciągało, bo jej własnym życiu od dawna było zbyt dużo rzeczy ustawionych na pokaz i zbyt mało takich, które po prostu istniały, bo taka była naturalna kolej rzeczy. W jej życiu wszystko było przemyślane dwa razy. Czy dobrze będzie się prezentować przed klientami? Czy spełni wymagania inwestorów? Czy trafi w gusta krytyków?
A ranczo wydawało się jeszcze gorsze pod względem jego niebezpiecznej atrakcyjności. Widziane z kuchennego okna, jawiło się jej jak mały, zamknięty świat; Bandit leżący przy drzwiach, kogut nadal zachowujący się jak strażnik poranka, krowy poruszające się leniwie gdzieś dalej. Sad, który zaczynał się za ogrodzeniem. Warsztat, podjazd. Drobnostki, które mogłyby zapełnić godziny, gdyby tylko nie musiała znowu ruszać w drogę. Bardzo dobrze wiedziała, że właśnie dlatego to miejsce robiło na niej takie wrażenie, bo gdyby została, mogłaby przez chwilę nie myśleć o Nowym Jorku, restauracjach, pakiecie kontrolnym, który straciła... Ani o tym całym chaosie, który zostawiła za sobą i od którego próbowała się odciąć, uciekając do Mariesville. Tutaj mogłaby zająć myśli czymś prostym. Mogłaby obserwować poranne karmienie zwierząt, pomagać przy kuchni, może nawet wybrać się do miasteczka tylko po to, by sprawdzić, jak naprawdę wygląda życie w miejscu, które dotąd istniało dla niej jedynie jako nazwa znaleziona w internecie. Mogłaby chłonąć drobiazgi, których zwykle nie zauważała. Ta możliwość była tak kusząca, że aż trochę niebezpieczna.
Andy przeciągnęła palcami po krawędzi talerza, potem odsunęła go od siebie na kilka centymetrów, kończąc tym samym jeść. Nie powinna tego rozważać. Jej rozsądek mówił wyraźnie: znajdź nocleg i rusza w drogę. Nie zamieniaj zwykłej uprzejmości w coś więcej. Nie przywiązuj się do miejsca, które jest jedynie jednonocnym przystankiem. A jednak jej myśli nie chciały się do tego zastosować, bo obok logiki krążyło coś jeszcze. Upierdliwa ciekawość, która zawsze prowadziła ją za rękę przez życie.
Chciała wiedzieć, jaki Dawson jest naprawdę, kiedy nie obserwuje jej kątem oka. Chciała wiedzieć, jak wygląda jego życie, kiedy poranki nie zaczynają się od karmienia zwierząt i mocnej, czarnej kawy. Chciała wiedzieć, jakim jest ojcem, jakim gospodarzem, czym żyje, kiedy ma chwilę dla siebie. Chciała dowiedzieć się, co stoi za tą jego spokojną twarzą i uprzejmością. Nie wiedziała, czy ma żonę, czy jest sam. Póki co nie zobaczyła żadnych śladów obecności żadnej kobiety, oprócz córki, w jego życiu. Nie było kosmetyków w łazience ani innych bibelotów, które świadczyłyby o obecności kogoś, z kim Dawson dzieli swoje dni… Ale też nietaktem z jej strony byłoby zacząć o to wypytywać.
UsuńW końcu spojrzała na niego. Teraz, kiedy powiedziała już o wyjeździe, patrzył na nią z czymś trudnym do odczytania.
— To znaczy… — zaczęła, ale urwała po chwili, bo sama usłyszała, jak sztucznie zabrzmiało to w jej głosie. Przesunęła dłonią po karku, po czym odchrząknęła cicho. — Muszę sprawdzić, czy uda mi się znaleźć jakiś wolny domek, jasne. Podjadę tam i podpytam, może mi się poszczęści. Szkoda byłoby opuszczać Mariesville bez zatrzymania się w nim na kilka dni.
Zacisnęła lekko usta.
— Miło mi cię poznać, Dawsonie Millerze — uśmiechnęła się, gdy mężczyzna przedstawił jej swoje nazwisko. Tylko szkoda jej było, że to poznanie miało być za chwilę również pożegnaniem. — Sullivan. Andy Sullivan z Nowego Jorku — odpowiedziała tym samym. — Pozmywam po śniadaniu, a później się spakuję, pożegnam z Banditem i moim nowym kumplem z płotu, i nim się nie obejrzysz, już mnie nie będzie…
Uśmiechnęła się więc tylko lekko, bardziej do siebie niż do niego, i odsunęła krzesło od stołu. Wzięła do ręki swój talerz i kubek, włożyła je do zlewu, po czym odwróciła się, aby wziąć naczynia od mężczyzny.
Andy 🧡
W przeciwieństwie do Dawsona, który pewnie traktował ich przypadkowy dotyk jak najzwyklejszy gest, Andy poczuła coś więcej… Niewielki, ale wyraźny impuls, który przemknął delikatnie po skórze jej dłoni i zatrzymał się gdzieś pod żebrami. Tak ulotny, że gdyby nie była wyczulona na wszystko, co działo się teraz w jej ciele i głowie, mogłaby to zignorować. Ale nie zignorowała. Zapatrzyła się o sekundę za długo na swoją dłoń, po czym otrząsnęła się, spychając odczucie w niepamięć. Powoli cofnęła rękę, starając się, żeby ten ruch wyglądał zupełnie naturalnie. Zbyt szybko zaczynała być świadoma własnych palców, własnej skóry, własnego oddechu. A to nie wróżyło dobrze. Nie dlatego, że coś było nie tak. Właśnie dlatego, że było aż za bardzo w porządku. Popatrzyła na twarz Dawsona, jakby chciała sprawdzić, czy w ogóle zauważył ten drobiazg, ale on już odsuwał od niej naczynia jakby ten gest w ogóle nie zwrócił jego uwagi.
OdpowiedzUsuńAndy odchrząknęła i odwróciła wzrok, żeby ukryć to małe, zdradliwe poruszenie, przechodzące przez jej twarz. Nie chciała, by wyglądało na to, że coś ją nagle wytrąciło z równowagi. Stała przez chwilę przy stole, obserwując, jak Dawson odstawia naczynia do zlewu. Mówił, a ona słuchała uważnie. Jedynie przesunęła wzrok na blat, potem na okno, żeby nie patrzeć zbyt długo na jego plecy. W innym życiu taka chwila pewnie nic by dla niej nie znaczyła…
Mężczyzna odwrócił się ku niej dopiero wtedy, gdy wspomniał o okolicy. Andy spojrzała na niego spod lekko uniesionych brwi, słuchając jak mówi, że Riverside Hollow to dzielnica, w której łatwo się zgubić.
Andy odchrząknęła cicho i poprawiła rękaw bluzy, jakby ten prosty gest miał jej pomóc wrócić do rozsądku. Dawson mówił dalej, że pojedzie z nią i pokaże jej okolicę. Nie w jego tonie nie było nic dziwnego ani podejrzanego. Tylko życzliwość. Zwyczajna, bez ukrytych haczyków. A jednak właśnie to sprawiło, że poczuła się jeszcze bardziej rozbrojona…
Nie znała go przecież prawie wcale. Zaledwie kilkanaście godzin. Jeden nocleg, jedno śniadanie, kilka żartów o kogucie. To było wszystko, może nie mogła nazwać tego czymś zwykłym, codziennym, bo sama jej obecność w jego domu nie miała w sobie nic z codzienności, a jednak w jakiś dziwny sposób miała już wrażenie, że to wszystko zaczyna wykraczać poza zwykłą uprzejmość wobec gościa. Jakby, chcąc nie chcąc, wpuścił ją do swojego świata bardziej niż planował. A teraz jeszcze chciał pokazać jej okolicę…
— Nie musisz — odparła odruchowo, choć jej głos nie był już tak stanowczy, jak planowała. — Naprawdę, poradzę sobie. Choć to bardzo miłe z twojej strony… — Oczywiście, że chciała spędzić z nim jak najwięcej czasu, bo ciekawość poznania mężczyzny, w którego kuchni właśnie spędzała poranek, była przerażająco wielka. Ale nie chciała się narzucać, już i tak wiele dla niej zrobił.
Oparła się biodrem o kuchenny blat i patrzyła na Dawsona przez chwilę z tym lekkim uśmiechem, który miał wyglądać zwyczajnie, swobodnie, niemal obojętnie, ale sama wiedziała, że nie był ani trochę obojętny.
— Przeżyłam Nowy Jork. Myślę, że Riverside Hollow też przeżyję. — Miało zabrzmieć żartobliwie, ale nawet mówiąc to, nie była do końca pewna, czy naprawdę chce jechać tam sama. Po prostu, jego propozycja była pierwszą od dawna rzeczą, której nie chciała od razu odrzucić z przyzwyczajenia.
Przez moment milczała, obserwując, jak wyciera dłonie w ściereczkę. Potem uniosła wzrok na jego twarz i tym razem nie odwróciła spojrzenia tak szybko jak wcześniej.
— Ale jeśli naprawdę masz czas… — Uśmiechnęła się lekko. — to chętnie zobaczę okolicę z kimś, kto wie, dokąd jedzie, bo mam wrażenie, że bez przewodnika mogłabym skończyć w sadzie twojego sąsiada i zostać tam na dobre.
Upiła łyk kawy i usiadła na czystym blacie nieopodal zlewu. Kamienny blat był chłodny pod jej dłońmi, kiedy podparła się lekko i usiadła na nim bokiem, z kubkiem w ręku. Zrobiła to odruchowo, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie. Dopiero po sekundzie dotarło do niej, że wcale nie była. Nie w cudzym domu. Nie w kuchni mężczyzny, którego znała od kilkunastu godzin. A jednak jej ciało zachowało się tak, jakby podświadomie czuło się w jego obecności bardziej swobodnie niż powinna.
Usuń— Nie mam tutaj żadnej rodziny. Cała moja rodzina mieszka w New Jersey i Nowym Jorku, a w Mariesville nigdy nie byłam… Szczerze sama nie wiem skąd pomysł na przyjechanie tutaj… — Przez moment obracała kubek w dłoniach, patrząc w jego ciemną powierzchnię, jakby mogła tam znaleźć odpowiedź na jego pytanie. — To było raczej… spontaniczne — dodała ciszej po chwili. — Albo impulsywne. W zależności od tego, jak na to spojrzeć. Wpisałam w Google miasteczko rodem z serii o ranczerach gdzieś w Georgii i Mariesville pojawiło się jako trzecie wyszukiwanie od góry… Dwadzieścia cztery godziny później stałam pod twoim ogrodzeniem żałując, że raz w życiu zrobiłam coś spontanicznie — odpowiedziała z rozbrajającą szczerością.
Jeszcze wczoraj była kimś, kto planował tygodnie do przodu, kto miał pod kontrolą każdy szczegół, każdy ruch, każdą decyzję. A potem… jedno kliknięcie. Jedno wyszukiwanie. Jedna decyzja podjęta bez konsultacji z przyjaciółkami i bez planu B.
Miasteczko rodem z serii o ranczerach…
Prawie się uśmiechnęła pod nosem na tę myśl. To było absurdalne. I jednocześnie dziwnie trafne. Patrząc na Dawsona Millera zaczynała się zastanawiać, czy Google nie miało racji. Dawson mógłby być bohaterem książek, które czytała, gdy chciała na chwilę odprężyć się po męczącym dniu w pracy.
— Brzmi jak najgorszy możliwy plan — dodała po chwili, opierając kubek o udo i splatając palce wokół niego. — Gdyby ktoś mi to podpowiedział, pewnie powiedziałabym, żeby się zastanowił jeszcze raz. Zwykle tak nie robię. Jestem raczej z tych ludzi, którzy mają plan. I plan do planu. I jeszcze zapasowy plan na wypadek, gdyby oba pierwsze przestały działać.
Spojrzała na niego spod rzęs.
— Właściwie… chyba tylko przez pierwsze kilka minut żałowałam. Później pojawiłeś się ty…
Na jej ustach pojawił się lekki uśmiech, podciągnęła nogę trochę wyżej na blacie i oparła łokieć o kolano, wciąż trzymając kubek w dłoniach i patrząc na niego. Czuła, jak z każdą kolejną minutą jej ciało zachowuje się coraz swobodniej w tej kuchni.
— Wiesz co jest najdziwniejsze? — zapytała nagle i nie czekała na odpowiedź. — Że to miejsce wygląda dokładnie tak, jak powinno wyglądać coś, czego człowiek szuka w internecie o drugiej w nocy, kiedy nie chce już być tam, gdzie jest. I chyba trochę liczyłam na to, że okaże się rozczarowujące — przyznała — A nie jest, więc koniecznie musimy mi znaleźć nocleg, mam kilka tygodni do zagospodarowania… — zeskoczyła z blatu i ruszyła w stronę warsztatu, chcąc spakować swoją torbę. — Ogarnę się, zabiorę torbę i możemy zwiedzać Mariesville… Stawiam kawę i dobre ciasto, ale musisz mi powiedzieć, gdzie takie dostaniemy…
Ruszyła przed siebie z uśmiechem, zostawiając go w kuchni. Intuicja podpowiadała jej, że to dopiero początek przygody.
— Co ty robisz, Sullivan… — mruknęła do siebie cicho, ale ani trochę nie żałowała.
Inescapable, I'm not even gonna try and if I get burned, at least we were electrified
Andy
Rozważna Andy, która mieszkała w jej sercu i głowie przez ponad trzydzieści siedem lat życia, niespodziewanie ustąpiła miejsca chaotycznej i spontanicznej Andy, które nigdy wcześniej nie miała okazji poznać… Bo jak inaczej wytłumaczyć sobie wszystkie bezmyślne pomysły, na które Andy Sullivan wpadła w przeciągu ostatnich kilku dni? Najpierw wyrzuciła z własnego apartamentu na Upper West Side mężczyznę, który przez lata malował przed nią wizję wspólnego życia, sukcesów i spokojnej starości, a ostatecznie zabrał jej wszystko to, na co pracowała przez całe swoje życie. Później, po dwóch kieliszkach białego wina i w akompaniamencie łez płynących po policzku, wygooglowała miejsce gdzieś w US, około dwudziestu godzin jazdy samochodem od Nowego Jorku, w którym mogę zniknąć i poczuć się jak bohaterka komedii romantycznej, a o poranku, gdy już w jej organizmie nie było śladu wypitego wina, spakowała się w jedną walizkę, wsiadła do samochodu i ruszyła do Mariesville, trzeciego wyniku od góry w przeglądarce. Bez planu, bez rezerwacji noclegu, za to z pragnieniem zapomnienia o wszystkim, co przydarzyło się jej w ostatnich tygodniach. Minęła znak Witamy w Mariesville i była przekonana, że to miejsce odmieni jej życie. Może właśnie to przekonanie zaciągnęło ją na ranczo Dawsona?
OdpowiedzUsuńPrzeszła przez krótki korytarzyk prowadzący do warsztatu, nie zwracając na niego najmniejszej uwagi. Chciała zabrać swoje rzeczy i zacząć ten dzień u boku mężczyzny, który uratował ją przed przerażającą nocą spędzoną gdzieś na poboczu, ale i oferował jej swój czas, który na pewno miał przeznaczony na ważniejsze sprawy, niż szukanie z nieznajomą, przyjezdną kobietą miejsca, w którym będzie mogła spędzić parę tygodni swojego życia na udawaniu, że wszystko jest w porządku.
Torba była dokładnie tam, gdzie ją zostawiła wczoraj wieczorem. Oparta o ścianę przy łóżku w pokoju nad warsztatem, cierpliwie czekając, aż Andy w końcu zdecyduje, czy naprawdę zamierza z nią wyjechać dalej, czy tylko przenosi ją z miejsca na miejsce, udając przed samą sobą, że wszystko nadal przebiega według planu. Bo Andy Sullivan przez większość dorosłego życia była kobietą, która miała plan na wszystko. Na rozwój restauracji, na kolejne inwestycje, na relacje, na przyszłość. Na to, gdzie będzie mieszkać za pięć lat i jak będzie wyglądał jej grafik za dwa miesiące. Nawet wakacje planowała z wielkim wyprzedzeniem. W jej życiu po prostu nie było miejsca na bycie spontaniczną.
A teraz stała w cudzym domu na ranczu mężczyzny, którego znała od kilkunastu godzin, z torbą spakowaną na kilka tygodni nie wiadomo czego. I nie miała planu.
Otworzyła walizkę i zaczęła pakować rzeczy, które już wcześniej częściowo z niej wyjęła. Dres, kosmetyczka, zapasowa koszula, ładowarka. Zajęło jej to dwie minuty. Wszystko to, co miała przy sobie wystarczyło wrzucić w dwie minuty do walizki i było po wszystkim.
Zasunęła suwak, po czym usiadła na skraju łóżka i na moment zamknęła oczy wyrównując oddech. Jej myśli nie były już tak rozedrgane jak wczoraj, ale nadal krążyły niespokojnie. Nowy Jork i pakiet kontrolny. Telefon od prawnika, którego jeszcze nie odebrała. Wiadomości od rodziców i przyjaciół, których nie przeczytała. Wszystko to czekało, aż brunetka wróci do Nowego Jorku, na Manhattan, do swojego apartamentu na Upper West Side. A przecież właśnie po to tu przyjechała, żeby na chwilę nie wracać.
Nie wiedziała jeszcze, co dokładnie zrobi z resztą swojego pobytu w tym miasteczku, czy w ogóle będzie jej dane w nim zostać. Wiedziała tylko, że nie chce jechać dalej. Gdyby wyjechała z Mariesville już za chwilę, mogłaby stchórzyć i wrócić do Nowego Jorku, wymuszonych decyzji i twarzy ludzi, którzy ją zdradzili. A dopiero teraz zaczynała zauważać, jak bardzo potrzebowała przerwy.
Przejechała dłonią po twarzy, próbując zetrzeć z siebie resztki napięcia, po czym zgarnęła walizkę z łóżka i dopięła ją do końca. Przerzuciła ją przez ramię, a telefon wrzuciła do kieszeni, gotowa na poszukiwania lokum, w którym rozgości się na dłużej niż jedną noc.
Pomyślała o Dawsonie.
UsuńNie pierwszy raz tego poranka. I to był kolejny problem, choć póki co bardzo niewinny. Jego spokojny głos, opanowanie, życzliwość, do której nie przywykła, ta uprzejmość. A przede wszystkim jego uśmiech… To wszystko przyciągało ją w dziwny sposób, wręcz fascynowało. Cieszyła się, że zaproponował jej wspólne poszukiwanie czegoś na wynajem, bo naprawdę nie chciała jeszcze się z nim rozstawać. Chciała dowiedzieć się jaki jest, co lubi robić w wolnych chwilach, kiedy nie musi opiekować się zwierzętami, czy naprawiać zepsutego traktora.
Dawson Miller nie był częścią planu o nazwie wielka ucieczka w nieznane. A mimo to zaczynał wyglądać jak ktoś, kto pojawił się dokładnie wtedy, kiedy powinien by ten plan w ogóle miał szansę powodzenia.
Zeszła z powrotem do kuchni z torbą przewieszoną przez ramię i zatrzymała się przy wejściu. Mężczyzna stał gotowy do wyjścia. Zatrzymała się na moment na progu, z dłonią zawieszoną przy pasku torby i spojrzała na niego z tym samym lekkim, niemal rozbawionym niedowierzaniem, które od rana coraz częściej pojawiało się na jej twarzy. Dawson mówił spokojnie, jakby właśnie proponował jej coś zupełnie zwyczajnego, coś, co robił już dziesiątki razy, prowadząc ludzi przez swoje małe, uporządkowane królestwo. A jednak w jego słowach było coś, co sprawiło, że w niej samej poruszyło się coś, o czym nie miała wcześniej pojęcia. Chodziło o to, że nie robił z tego żadnej wielkiej sprawy. Nie komentował jej decyzji. Nie pytał, czy sobie poradzi. Nie dawał odczuć, że jest obciążeniem, które trzeba uprzejmie odprowadzić do granicy rancza. Po prostu chciał jej pomóc.
Patrzyła, jak bierze walizkę z jej rąk, a potem podniosła wzrok na jego twarz. Z bliska dostrzegała więcej. Cień zarostu, który dodawał mu surowości. Lekko podwinięte rękawy koszuli odsłaniały przedramiona, na których widać było ślady pracy i codzienności. Bliznę, której wcześniej nie zauważyła.
— Gotowa, choć nadal uważam, że to trochę absurdalne — dodała z lekkim uśmiechem, unosząc na niego wzrok. — W sensie… ja, która planuje każdy dzień z wyprzedzeniem, nagle jeździ po małych miasteczkach w Georgii i szuka miejsca do życia z pomocą faceta, którego poznała wczoraj… ale co mi tam, znajdźmy coś, co pomoże mi zrozumieć, że ten plan wcale nie jest taki zły — nawiązała do wcześniejszych słów mężczyzny podchodząc bliżej niego. — Jeżeli to nie problem, to może pojedźmy twoim autem, a jak znajdziemy dla mnie jakieś lokum, to wrócę po auto. W przeciwnym razie będę musiała chyba pojechać do Camden i tam znaleźć to coś…
Andy ruszyła za nim, a kiedy wyszli z domu, na moment zatrzymała się na schodkach werandy i spojrzała po podwórku, jakby chciała jeszcze raz upewnić się, że to wszystko naprawdę dzieje się wokół niej.
— Przyznaję, że zaczynam mieć do tego miejsca słabość. Co jest niepokojące, bo jeszcze wczoraj nie wiedziałam nawet, gdzie dokładnie leży.
UsuńSpojrzała na Dawsona, który szedł obok z jej walizką, a potem na jego samochód. Na moment poczuła zawahanie między rozsądkiem a czymś znacznie mniej przewidywalnym. Rozsądek mówił jasno: jedź za nim, załatw nocleg, nie komplikuj sobie życia. Nie wchodź zbyt głęboko w świat człowieka, który jest dla ciebie tylko miły. Nie przywiązuj się do tego, co tymczasowe. Ale ciekawość już dawno wygrała, bo Andy nigdy nie potrafiła odmówić ciekawości.
Otworzyła drzwi pasażera i usiadła w samochodzie, opierając torbę o nogi i zamykając drzwi. Samochód ruszył powoli z podjazdu, a Andy odruchowo spojrzała jeszcze raz przez szybę na dom jakby chciała go zapamiętać. Przez pierwsze kilkadziesiąt sekund jechali w ciszy, ale nie była niezręczna. Droga prowadząca od rancza była wąska, otoczona drzewami, a światło przeciskało się przez liście. Andy przez chwilę obserwowała krajobraz za oknem, pozwalając oczom przyzwyczaić się do nowej scenerii, w końcu uchyliła szybę i ułożyła dłonie na otwartym oknie, brodę opierając na nich. Słodki zapach jabłoni był pierwszą rzeczą, która naprawdę do niej dotarła. Delikatny, ciepły, trochę wilgotny od porannej rosy, zupełnie inny niż wszystko, co znała z Manhattanu. Przymknęła oczy na sekundę, opierając brodę wygodniej na dłoniach ułożonych na krawędzi okna, wiatr wplatał się w jej włosy i chłodził policzki.
W końcu odwróciła głowę w jego stronę.
— Powiedz mi jedną rzecz — odezwała się nagle z lekkim uśmiechem. — Czy w Mariesville naprawdę da się znaleźć dobre ciasto? Bo jeśli mam tu spędzić kilka tygodni, to jest informacja absolutnie kluczowa. I uprzedzam, mam bardzo wysokie standardy. Nowy Jork mnie rozpieścił.
Andy🧡🌾🚗✨
Andy oparła łokieć na otwartym oknie i pozwoliła, żeby wiatr bez skrępowania wpadał do środka, podnosił pasma jej włosów i rozwiewał na twarzy. Nie poprawiała ich, bo nie chciała, aby cokolwiek zakłócało jej chłonięcie tego miejsca. Wzięła głębszy oddech i poczuła świeżość poranka tak wyraźnie, że aż zamknęła na sekundę oczy delektując się nim bez skrępowania. Zapach trawy, jabłoni i liści. Zapach przygody wymieszanej z zielonym krajobrazem. Zapach ekscytacji, która powoli zaczynała mrowić pod jej skórą.
OdpowiedzUsuńPrzez okno sunęły kolejne obrazy: rząd drzew przy drodze, linia lasu, potem znów otwarta przestrzeń, gdzie trawa falowała lekko na wietrze. W oddali, między pniami, mignęły jej cienie zwierząt albo tylko ruch gałęzi dający złudzenie. Miejsca, które w mieście istniałyby jako teren prywatny albo nie wchodzić, tutaj po prostu były częścią krajobrazu, częścią normalności mieszkańców Mariesville, a Andy zieleń podziwiała tylko w Central Parku, gdzie spacerowała w wolne dni. Jawił się przed nią całkiem inny świat, nie mogła przestać na niego patrzeć, a gdy w końcu odwróciła wzrok od szyby tylko na moment, zapatrzyła się na Dawsona.
Siedział obok niej spokojnie, jedną ręką opierając o kierownicę, drugą luźno trzymając na udzie. Przyglądała mu się przez chwilę z lekkim, prawie niewidocznym rozbawieniem, które coraz częściej pojawiało się na jej twarzy, odkąd poznała gospodarza rancza, który wyglądał, jakby absolutnie nie miał pojęcia, że jest obserwowany. Albo miał, tylko był zbyt skupiony na drodze i nie reagował na to, co robi siedząca obok niego brunetka.
— Wiesz — odezwała się po chwili, nadal patrząc przed siebie, na drogę i na kolejne zielone pasy mijające za szybą — to jest trochę nie fair. — Uniosła na niego brew z półuśmiechem. — Bo ty tak mówisz o tym miejscu, jakby każdy zakręt prowadził do czegoś ładnego. A ja teraz już nie wiem, czy bardziej chcę znaleźć nocleg, czy po prostu zostać tu i sprawdzić, czy to miejsce nie okaże się 10/10 w kategorii miejsc do życia.
Jej głos był lekki, ciepły, z cieniem żartu, który pozwalał jej mówić rzeczy trochę bardziej prawdziwe, niż planowała. Dawson tylko zerknął na nią kątem oka, a Andy uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Nie pamiętała, kiedy ostatnio aż tyle się uśmiechała. Właśnie to zaczęła lubić w Dawsonie najbardziej. Że mogła mówić pół żartem, pół serio, a on i tak zdawał się wszystko przyjmować ze spokojem.
Samochód zwolnił, a droga zaczęła łagodnie schodzić niżej, prowadząc ich w stronę centrum. Natychmiast wyprostowała się odrobinę i spojrzała przez szybę z nową ciekawością. Za drzewami zaczynały pojawiać się pierwsze ślady miasteczka; dachy, pojedyncze budynki, skrzynki pocztowe, urocze podjazdy. Wszystko wyglądało spokojnie, nieco senne, jakby Mariesville dopiero budziło się do życia. Przesunęła się trochę bliżej szyby, jakby to mogło pomóc jej zobaczyć więcej naraz. Miała wrażenie, że jeśli choć na chwilę odwróci wzrok, coś jej umknie. Jakiś szczegół, jakaś drobnostka. Jakiś fragment tego miejsca, który później okaże się ważniejszy, niż wyglądał na pierwszy rzut oka. Chwilę później jej wzrok powędrował z powrotem do Dawsona. Było w nim coś dziwnie uspokajającego. Coś, co sprawiało, że ta cała podróż — absurdalna, spontaniczna, kompletnie nie w jej stylu — przestawała wyglądać jak ucieczka, a zaczynała przypominać całkiem fajną przygodę, o której kiedyś będzie opowiadać wnukom.
Na tę myśl aż cicho parsknęła pod nosem, kręcąc lekko głową, jakby sama nie mogła uwierzyć, dokąd zaprowadziły ją ostatnie dni. Jeszcze kilka dni temu siedziała przy stole w swojej restauracji na Upper West Side, pochylona nad arkuszami, mailami i tabelami, planując kolejne miesiące działalności, kolejne inwestycje, kolejne ruchy, które miały być rozsądne i bezpieczne. By chwilę później dowiedzieć się, że to bezcelowe... A teraz siedziała w pickupie mężczyzny poznanego kilkanaście godzin wcześniej, jechała przez miasteczko, którego nazwę dwa dni temu zobaczyła pierwszy raz w wyszukiwarce i zastanawiała się, czy przypadkiem właśnie nie zaczyna się jeden z tych rozdziałów życia, o których ludzie mówią: to wtedy wszystko się zmieniło. I co najdziwniejsze, wcale jej to nie przerażało.
UsuńSamochód minął kolejny dom z szeroką werandą i donicami ustawionymi przy schodkach. Na jednym z podjazdów ktoś zostawił otwarte drzwi garażu, dalej ktoś rozwieszał pranie. Jeszcze dalej stał drewniany stół ogrodowy z kubkiem kawy zostawionym na blacie, jakby jego właściciel miał zaraz wrócić. To wszystko było tak zwyczajne, że aż niezwykłe, a Andy złapała się na tym, że zaczyna sobie wyobrażać siebie w takim miejscu. I to wcale nie jako turystkę, a mieszkankę. Z własnym kubkiem kawy na werandzie o poranku, który nie zaczyna się od trzydziestu nieodebranych wiadomości. Z dniem, który nie jest rozpisany co do piętnastu minut. Ta myśl była tak niebezpiecznie przyjemna, że przez sekundę zaczęła się zastanawiać czy stać ją na kupno małego domku w tym mieście.
Nie potrafiła powstrzymać cichego śmiechu, który wyrwał jej się z gardła, kiedy Dawson z powagą wymieniał kolejne miejsca gdzie może zjeść ciasto, jakby prezentował listę najlepszych restauracji w całym stanie, a nie niewielkie punkty w miasteczku, którego większość ludzi z Nowego Jorku nawet nie potrafiłaby wskazać na mapie. Mówił o nich z dumą, jakby to było coś oczywistego, że w Mariesville są dobre wypieki. Jakby naprawdę chciał, żeby jej się tu podobało.
Andy odwróciła się do niego trochę bardziej, opierając plecy o drzwi samochodu i podciągając nogę lekko pod siebie na siedzeniu, zupełnie nieświadomie przyjmując coraz swobodniejszą pozycję.
— Cztery? — powtórzyła z udawanym niedowierzaniem. — Dawson Miller, to jest bardzo poważna infrastruktura cukiernicza jak na miasteczko tej wielkości. — Przesunęła palcami po rozwianych włosach i westchnęła lekko, ale uśmiech nie zniknął z jej twarzy. — To będzie bardzo nieuczciwa odpowiedź — uprzedziła go z rozbawieniem. — Bo ja przez ostatnie lata nie chodziłam do cukierni. Prowadziłam restaurację. Więc moje ulubione miejsce z dobrym ciastem było… u mnie. — Uśmiechnęła się trochę szerzej. — Mieliśmy tartę cytrynową, której ludzie potrafili bronić jak własnego dziedzictwa narodowego. I sernik, który znikał szybciej niż stoliki w piątkowy wieczór. I brownie z solonym karmelem, które było absolutnie nielegalne.
Na chwilę zamilkła, patrząc przez szybę na mijane budynki. Nie chciała teraz myśleć o restauracjach. O tym, co się wydarzyło. O tym, co straciła. Więc pozwoliła sobie zostać tylko przy tej części wspomnienia, która była dobra. A ciasto było niewątpliwie jedną z nich.
— Więc co, przewodniku… — odezwała się z lekkim uśmiechem. — Najpierw kawa i test jakości ciasta, czy najpierw znajdowanie mi miejsca do życia? — Przechyliła lekko głowę, obserwując go z ciekawością. — Bo ostrzegam, jeśli zaczniemy od kawy, mogę zacząć podejmować bardzo impulsywne decyzje.
Andy 🧡 🍰🍓