Dawson Miller
Dawson Isaac Miller — 17.04.1984, Camden — Rodowity mieszkaniec Mariesville — właściciel rodzinnego rancza Miller Ranch, położonego na samych obrzeżach Farmington Hills — Prowadzi również niewielki warsztat stolarski niedaleko rancza, gdzie zajmuje się naprawą ogrodzeń, budową mebli i wszystkim tym, co można zrobić z kawałka drewna — Rozwodnik i ojciec szesnastoletniej Ruby — syn Betty Miller (zm. 2001) oraz farmera, Roy'a Millera, z którym nie widział się już od ponad trzydziestu lat — cztery lata młodszy brat, Drew (zm. 1996) — jeździ ponad dziesięcioletnim, wiecznie zakurzonym pickupem — czworonożny przyjaciel, Bandit, który towarzyszy mu już od czterech lat — lokalny maruda i zrzęda — samotnik, który ponad wszystko ceni sobie swoją własną przestrzeń — relacje
Każdego dnia przekonuje się, jak dobrym nauczycielem jest proza życia, gdy po całym dniu pracy na ranczu znów uczy się, czym jest pokora. Jego dłonie znają wartość ciężkiej pracy, zarówno na polu, wśród zwierząt, jak i w warsztacie. Struganie w drewnie to satysfakcjonujące zajęcie, ale ponad wszystko uczące go czegoś wartościowego – ile wysiłku wymaga stworzenie czegoś pięknego, co w każdej chwili można zniszczyć lub zepsuć. Ta prosta czynność przypomina mu o nieuchronności i nieprzewidywalności życia. Każdy człowiek buduje bowiem swój własny świat, własny kawałek podłogi, własną historię – i absolutnie nikt nie chce, by skończyła się czymś innym niż happy endem. U niego było podobnie, bo swego czasu wierzył, że jest skłonny zbudować zdrową, szczęśliwą rodzinę i życie, które ma sens. A ta nadzieja nie była przypadkowa, bo wychowując się w dysfunkcyjnym domu czasem jedyne o czym marzył, to by po prostu móc zniknąć.
Darlene poznał mając dwadzieścia cztery lata. Wydawałoby się, że w takim wieku pewne rzeczy powinny już być jasne i konkretne, ale ślub, który odbył się rok później, tylko pokazał, ile kwestii jego umysł dotąd nie przepracował. Towarzyszył mu cień ojca pijaka, który pozostawił po sobie gorzkie wspomnienia i zapach taniego whiskey. Pamiętał też chorującą na raka matkę, która przegrała walkę z nowotworem, gdy miał siedemnaście lat. Wiedział, że rodzicami należy się opiekować, ale nie sądził, że sam stanie się opiekunem Betty mając tylko czternaście lat. To jednak nie bolało go tak mocno, jak świadomość życia, które doświadczyło jego mamę w postaci Roy’a Millera, który raz po raz zostawiał ją z siniakami pod oczami. Doświadczyło ją też bólem straty, gdy zmarł jego ośmioletni brat, Drew. Życie jednak trwało dalej, a Dawson zdążył zrozumieć, że żadna tragedia nie czeka, aż człowiek się złoży i pójdzie dalej. Zacisnął więc zęby i dał prawo głosu rozsądkowi, który miał prowadzić go prostą drogą. Uczucia wymagały jednak więcej – wymagały obecności, wrażliwości i serca. Wymagały wszystkiego, czego wówczas nie był w stanie dać ani żonie, ani córce. Rozczarował je obie – i przy okazji też siebie. Po rozwodzie, zamiast więc stanąć na nogi, zaczął regularnie sięgać po alkohol. Nawet nie zauważył kiedy lokalny bar stał się jego drugim domem, a whiskey – porannym posiłkiem.
Ponoć trudności hartują człowieka. Sam nie wie, czy jego dusza rzeczywiście została wzmocniona. Wie jednak, jak szybko człowiek potrafi dotknąć dna, jak łatwo porzucić to, co wartościowe i stracić z oczu to, co najważniejsze. Wciąż nie wie, skąd znalazł w sobie tyle siły i resztek godności, by się odbić, ale ostatecznie to zrobił. Zdaje się, że chyba to się liczy, nawet jeśli tych straconych czterech lat już nie odzyska. Rozumie jednak, jak wiele może uczynić, by jego przyszłość choć trochę malowała się w lepszych barwach. Może właśnie dlatego jest tak zawzięty, nawet w chwilach słabości, a w The Rusty Nail nie był już ani razu od ponad siedmiu lat, za to w jego domu nie znajduje się choćby puszka piwa. Niewielu wie, ile go to kosztowało i ile poświęcił, by być tu, gdzie jest. Uchodzi za lokalnego marudę i zrzędę, on sam zresztą jest tego w zupełności świadomy. Wcale mu to nie przeszkadza, bo ta etykieta pozwala trzymać innych z daleka od siebie. Życie nauczyło go, że poza sobą samym nie ma nikogo, a gdy spada na dno, odbić od niego musi się sam. Nie szuka przyjaciół ani miłości – nie dlatego, że nie chce, lecz dlatego, że w głębi duszy po prostu się boi. Boi się tego, że nie uniesie ciężaru i znów kogoś zrani, a ponad wszystko ją – Ruby. Jego córka jest jego oczkiem w głowie, nawet jeśli trzyma go na dystans i żywi do niego żal. Nie dziwi jej się – przecież sam czuł to wobec swojego ojca. Może właśnie dlatego, gdy czasem spojrzy w lustro, zastanawia się, czy widzi w sobie Roy’a Millera. Są dni, gdy tak myśli… Ale Roy był zepsuty, a jemu chyba do tego daleko. Może nawet bardzo, bo przecież ma dobre serce, a gdy trzeba – bez wahania wyciąga rękę do pomocy. Tych utrudzonych życiem jest skłonny przyjąć pod swoje skrzydło i pomóc wyjść na prostą, nawet jeśli pomarudzi pod nosem i skarci spojrzeniem. W głębi duszy marzy, aby człowiek człowiekowi był po prostu dobry. Widocznie dlatego czasem robi wszystko, by dać innym choćby odrobinę szczęścia – może dlatego, że szczerze tego pragnie.
A może dlatego, że w głębi serca nie sądzi, że sam na nie zasługuje.
Darlene poznał mając dwadzieścia cztery lata. Wydawałoby się, że w takim wieku pewne rzeczy powinny już być jasne i konkretne, ale ślub, który odbył się rok później, tylko pokazał, ile kwestii jego umysł dotąd nie przepracował. Towarzyszył mu cień ojca pijaka, który pozostawił po sobie gorzkie wspomnienia i zapach taniego whiskey. Pamiętał też chorującą na raka matkę, która przegrała walkę z nowotworem, gdy miał siedemnaście lat. Wiedział, że rodzicami należy się opiekować, ale nie sądził, że sam stanie się opiekunem Betty mając tylko czternaście lat. To jednak nie bolało go tak mocno, jak świadomość życia, które doświadczyło jego mamę w postaci Roy’a Millera, który raz po raz zostawiał ją z siniakami pod oczami. Doświadczyło ją też bólem straty, gdy zmarł jego ośmioletni brat, Drew. Życie jednak trwało dalej, a Dawson zdążył zrozumieć, że żadna tragedia nie czeka, aż człowiek się złoży i pójdzie dalej. Zacisnął więc zęby i dał prawo głosu rozsądkowi, który miał prowadzić go prostą drogą. Uczucia wymagały jednak więcej – wymagały obecności, wrażliwości i serca. Wymagały wszystkiego, czego wówczas nie był w stanie dać ani żonie, ani córce. Rozczarował je obie – i przy okazji też siebie. Po rozwodzie, zamiast więc stanąć na nogi, zaczął regularnie sięgać po alkohol. Nawet nie zauważył kiedy lokalny bar stał się jego drugim domem, a whiskey – porannym posiłkiem.
Ponoć trudności hartują człowieka. Sam nie wie, czy jego dusza rzeczywiście została wzmocniona. Wie jednak, jak szybko człowiek potrafi dotknąć dna, jak łatwo porzucić to, co wartościowe i stracić z oczu to, co najważniejsze. Wciąż nie wie, skąd znalazł w sobie tyle siły i resztek godności, by się odbić, ale ostatecznie to zrobił. Zdaje się, że chyba to się liczy, nawet jeśli tych straconych czterech lat już nie odzyska. Rozumie jednak, jak wiele może uczynić, by jego przyszłość choć trochę malowała się w lepszych barwach. Może właśnie dlatego jest tak zawzięty, nawet w chwilach słabości, a w The Rusty Nail nie był już ani razu od ponad siedmiu lat, za to w jego domu nie znajduje się choćby puszka piwa. Niewielu wie, ile go to kosztowało i ile poświęcił, by być tu, gdzie jest. Uchodzi za lokalnego marudę i zrzędę, on sam zresztą jest tego w zupełności świadomy. Wcale mu to nie przeszkadza, bo ta etykieta pozwala trzymać innych z daleka od siebie. Życie nauczyło go, że poza sobą samym nie ma nikogo, a gdy spada na dno, odbić od niego musi się sam. Nie szuka przyjaciół ani miłości – nie dlatego, że nie chce, lecz dlatego, że w głębi duszy po prostu się boi. Boi się tego, że nie uniesie ciężaru i znów kogoś zrani, a ponad wszystko ją – Ruby. Jego córka jest jego oczkiem w głowie, nawet jeśli trzyma go na dystans i żywi do niego żal. Nie dziwi jej się – przecież sam czuł to wobec swojego ojca. Może właśnie dlatego, gdy czasem spojrzy w lustro, zastanawia się, czy widzi w sobie Roy’a Millera. Są dni, gdy tak myśli… Ale Roy był zepsuty, a jemu chyba do tego daleko. Może nawet bardzo, bo przecież ma dobre serce, a gdy trzeba – bez wahania wyciąga rękę do pomocy. Tych utrudzonych życiem jest skłonny przyjąć pod swoje skrzydło i pomóc wyjść na prostą, nawet jeśli pomarudzi pod nosem i skarci spojrzeniem. W głębi duszy marzy, aby człowiek człowiekowi był po prostu dobry. Widocznie dlatego czasem robi wszystko, by dać innym choćby odrobinę szczęścia – może dlatego, że szczerze tego pragnie.
A może dlatego, że w głębi serca nie sądzi, że sam na nie zasługuje.
DDA — niepijący od ponad siedmiu lat — unikający styl przywiązania — zawsze wstaje o świcie, nawet w dni wolne — najczęściej można go spotkać na ranczu lub w warsztacie — miłośnik czarnej kawy i starych melodii country — zwykle gotuje sobie sam, gdy jednak praca pożera mu czas, Evans Diner staje się jego wybawieniem — gdy potrzebuje odświezyć umysł, spaceruje po polach lub nad rzeką w Riverside Hollow — właściciel małego drewnianego domku nad Maple River, który regularnie konserwuje z myślą o córce — ma starą skrzynkę w warsztacie, gdzie trzyma wszystkie pamiątki po Ruby oraz listy, których nigdy do niej nie wysłał — choć uchodzi za marudę, nigdy nie odmawia innym pomocy — towarzyszy mu nadmierna odpowiedzialność i nieustająca potrzeba kontroli — odwieczna trudność z okazywaniem uczuć, mimo wrażliwego serca — na lewej ręce nosi plecioną bransoletkę z rzemyka, którą dostał od Ruby dziesięć lat temu — ranczo prowadzi sam w pełnym wymiarze jako średniej wielkości gospodarstwo — hoduje głównie krowy i kilka koni — sprzedaje niektóre produkty w niewielkich ilościach, takie jak krowie mleko czy świeże sery — większość jego dochodów pochodzi z warsztatu stolarskiego, gdzie wykonuje produkty zarówno z lokalnych zleceń, ale też dla małych firm w okolicy — jego korzenie sięgają głęboko Mariesville, a on sam nie widzi powodu, by kiedykolwiek to zmienić

Cześć! Zapraszamy :) ✉️ cinnamoonlattee@gmail.com 📝 wątki: 1/3
[Niektórzy muszą sięgnąć dnia, by wybić się wyżej, niż byli kiedykolwiek wcześniej. Bardzo ciężki, trudny i okrutny los, ale też siła charakteru bije z karty. Nie każdy by się podniósł, cieszę się, że stworzyłaś postać, której się udało.
OdpowiedzUsuńDobrej zabawy, czegoś lub kogoś, co ulży jego serduszku życzę! 💖]
Abigail
[Cześć, hej!
OdpowiedzUsuńZdecydowanie z karty bije siła charakteru, ale też pewna swojskość… zdecydowanie mi to współgra z całym Mariesville i klimatem wiejskiej sielanki, gdzie nie zawsze wszystko jest takie kolorowe i łatwe.
Baw się dobrze i życzę wiele, wiele weny!]
Aria Kennedy 🖌️🎨
Słowa odmowy pojawiały się ostatnio w życiu Andy Sullivan zbyt często. Stojąc w progu jedynego hotelu w małym miasteczku, kilkanaście godzin jazdy samochodem od Nowego Jorku, poczuła, jak łzy wezbrały jej w oczach.
OdpowiedzUsuńWszystkie pokoje mamy zarezerwowane na najbliższy tydzień. - zabrzmiały jak kolejny problem, z którym Andy nie miała pojęcia, jak sobie poradzić. W ciągu ostatnich tygodni coraz częściej miała wrażenie, że traci ster własnego życia. Wszystko, co układała przez lata, co budowała ciężką pracą i uporem, powoli przestawało należeć do niej.
Nawet tak prozaiczna decyzja jak to, gdzie będzie spać tej nocy.
Pożegnała się z kobietą na recepcji, posyłając jej zmęczony uśmiech i wyszła z Sunny Meadows Bed & Breakfast na cichą ulicę. Powietrze było chłodniejsze niż się spodziewała. Pachniało czymś słodkim, może owocami z sadów, o których czytała w artykule kilka dni wcześniej?
Z nadzieją wyciągnęła z kieszeni telefon i szybko zweryfikowała swoje marzenia o pozostaniu w tym miasteczku. Przesunęła palcem po ekranie raz, drugi, trzeci. Nic. Żadne z miejsc na krótki wynajem nie było dostępne.
Może powinna zacząć przyzwyczajać się do pecha, który najwyraźniej rozgościł się w jej życiu na dłużej. Westchnęła ciężko i rozejrzała się po niemal pustej ulicy. Mariesville wyglądało dokładnie tak, jak w jej wyobrażeniach. Spokojne, trochę senne, jakby czas płynął tu wolniej niż w Nowym Jorku. I właśnie dlatego chciała tu przyjechać.
Zdecydowała się odjechać. Poszukać noclegu w Camden. A może zawrócić aż do Atlanty?
Dlaczego w ogóle wpadła na pomysł ucieczki do jakiegoś małego miasteczka, do którego przyjechała bez choćby jednej zarezerwowanej nocy? Czy naprawdę była aż tak naiwna, że po przeczytaniu kilku zdań o Mariesville i otaczających je sadach natychmiast zapragnęła znaleźć się tutaj za wszelką cenę?
— Powodzenia, Andy. Tej nocy będziesz spać na tylnej kanapie — skarciła się pod nosem.
Wsiadła do swojego SUV-a i rzuciła torebkę na siedzenie pasażera. Silnik zapalił od razu, jakby samochód w przeciwieństwie do reszty świata nie zamierzał robić jej dziś żadnych problemów. Wyjechała z centrum miasteczka po kilku minutach. Ostatnia latarnia została za nią, potem jeszcze kilka domów, aż w końcu zabudowania zaczęły się przerzedzać, a droga prowadziła między sadami.
Rzędy drzew ciągnęły się po obu stronach asfaltu, ich gałęzie tworzyły ciemne, nieregularne kształty na tle wieczornego nieba. Andy zwolniła odruchowo, chcąc nacieszyć oko widokiem zachodzącego słońca. Przez uchylone okno wpadł chłodniejszy podmuch, który rozwiał kilka kosmyków jej włosów. To miejsce było dziwnie spokojne, zupełnie inne niż Manhattan, niż to co znała do tej pory. W Nowym Jorku wszystko zawsze było głośne. Samochody, rozmowy, stukot naczyń w kuchni, krzyki kelnerów przekrzykujących muzykę z sali. W Ember & Salt o tej porze trwał właśnie serwis kolacji. Wąskie przejścia między stanowiskami były gorące od pieców, a ktoś z zespołu prawdopodobnie właśnie krzyczał, że brakuje jednego talerza z ośmiornicą.
Andy zacisnęła mocniej dłonie na kierownicy. Nie powinna o tym myśleć. Nie teraz.
Po kilku kolejnych kilometrach zjechała na pobocze. Zatrzymała samochód przy niskim ogrodzeniu oddzielającym drogę od pastwiska. I nagle znowu zrobiło się bardzo cicho. Andy nie funkcjonowała dobrze w ciszy, wtedy wracały do niej wspomnienia rozmów, o których nie chciała pamiętać. Włączyła płytę Sombr, na którego koncert udało jej się wyskoczyć z przyjaciółmi w zeszłym miesiącu. Cokolwiek, byle zagłuszyć słowa Enzo, współinwestora, które odbijały się w jej głowie.
UsuńPrzez chwilę siedziała nieruchomo, patrząc przed siebie. Słońce już całkowicie chowało się za horyzont, a ciemność powoli gęstniała, gdzieś w oddali odezwał się pojedynczy odgłos krowy. Wyciągnęła z torebki paczkę papierosów. Nie paliła często, właściwie tylko w momentach, kiedy życie ją przerastało. Wysiadła z samochodu i oparła się o jego maskę, zapaliła. Dym rozszedł się powoli po jej płucach. Gorzki i znajomy, bo od kilku dni oprócz kawy i papierosów, chyba nie miała nic innego w ustach.
Andy wytarła szybko kącik oka palcem, nie wiedziała nawet, kiedy pojawiła się tam pojedyncza łza. Nie była typem człowieka, który płakał nad tym, co się wydarzyło. W kuchni nie było miejsca na rozpacz. Ale teraz siedziała sama w samochodzie na poboczu drogi, kilkanaście godzin od Nowego Jorku, bez planu i bez miejsca do spania.
— Brawo, Sullivan — mruknęła cicho do siebie.
Przez chwilę milczała, patrząc na rzędy drzew ciągnące się w ciemność. I wtedy, niemal wbrew sobie, poczuła ciekawość, bo Mariesville nie wyglądało jak miejsce, które chciało ją wyrzucić. W oddali usłyszała silnik, charakterystyczny pomruk, który powoli zbliżał się drogą od strony miasta. Andy odruchowo odwróciła głowę. W ciemności pojawiły się dwa światła reflektorów, które na chwilę ją oślepiły. Samochód zwolnił.
Pickup z lekko przybrudzonym nadwoziem i otwartym bagażnikiem z tyłu, na którym Andy dostrzegła zarys kilku skrzynek. Pojazd minął ją o kilka metrów, jakby kierowca zamierzał jechać dalej ale po chwili światła stopu rozbłysły czerwienią.
Silnik jeszcze przez moment pracował, a potem pickup powoli cofnął kilka metrów. Andy uniosła lekko brwi.
— Świetnie — mruknęła pod nosem, gasząc papierosa o metalową krawędź ogrodzenia. — Jeśli to scena z horroru, to naprawdę powinnam była zostać w Nowym Jorku.
lost Andy