Przysłonięta karta -> Anatole Boone
Kiedyś założył się z kolegami, że zje pizzę z ananasem. Wygrał, ale nigdy nie przyznał, że naprawdę mu smakowała.
Pozornie
niepozorna, rodzinna firma Morbido Bianco od lat kojarzona jest ze żrącym
luksusem i kuszącą niedostępnością. Niewielkie, dopracowane kolekcje oraz
niezmienna, najwyższa jakość sprawiły, że rodzinny interes od lat przynosił
zadowalający zysk oraz popularność na rynku marek luksusowych. Kaszmir, z
którego ręcznie produkowano ubrania Morbido Bianco od lat klasyfikowany jest na
podium światowej jakości, a ci, którym udało się zdobyć najdrobniejszy produkt
spod igły tej marki, zaznać może wybiórczego luksusu, wartego niemal każdych
pieniędzy.
Choć
główny rynek oraz charakter rodziny kojarzony jest przede wszystkim z gorącą
Italią, niewielu wie, że początki działalności firmy przypadają na obrzeża
Mariesville, gdzie pradziadek Gustavo prowadził niewielką farmę kóz. Młodociane
małżeństwo jego jedynego syna, ze zdolną krawcową pochodzącą z Włoch
zapoczątkowało rozwój rodzinnego interesu, który trwa nieprzerwanie od przeszło
pięćdziesięciu lat. Z biegiem lat farma kóz kaszmirskich rozrastała się, a
pozycja rodziny umacniała się w klasie wyższej. Niewielki dom miejscowej
rodziny zmienił się na rezydencję w bogatszej części miasta, a niemal wszyscy
żyjący wówczas członkowie zmienili nazwisko na rodowe nazwisko włoskiej
krawcowej.
Tworząc
pozorną tradycję, ojciec Gustavo sprowadził po studiach kolejną włoską żonę,
która w hołdzie rodzimej miejscowości, przed laty założyła w Mariesville jedyny
butik Morbido Bianco na terenie USA. Jego siostry pozostały natomiast w Rzymie,
dbając o rozwój i pozycję marki w docelowym rynku i doglądając by kolejne
pokolenie kształtowało się na godnych, równie tradycjonalnych następców.
On od zawsze czuł się bardziej
Włochem. Gorące korzenie wybuchowej matki buzowały w jego młodzieńczych żyłach,
rozpalając żądze wrażeń. Chciał poznawać, doznawać, szukać.
Głośny,
trochę zbyt zabawowy, a za mało odpowiedzialny.
Miał
być najsłabszym filarem. Nieokiełznanym ogierem, który nie trzymany za wodze,
mógł sprowadzić klęskę na tradycjonalną firmę. Gorszy brat, który żył z dnia na
dzień, nie snując dalekosiężnych planów. Ten, którego trzeba było nakierować na
odpowiednie tory, by wpasował się w nałożony szablon.
Chętnie
zmieniał miejsce zamieszkania, szkoląc się w kilku europejskich miastach. Jego
serce umocowane było jednak w gasnącym o zachodzie Rzymie, który przybierał
czerwonawe, rozpalające barwy. W czarnej, aromatycznej kawie i gorącej,
włoskiej miłości, która nierzadko kończyła się wraz już ze wschodem słońca.
Usiłował
zerwać z siebie łatkę gorszego brata. Planował, na przekór dziwnym tradycjom,
pozostać z siostrami w rzymskim raju. Chciał kreować własną, nowoczesną wizję
marki. Rozpraszać jej sidła na kolejne europejskie miasta. I pozbyć się
przypisanej pozycji transparentnego członka wyjątkowo włoskiej rodziny Bianco.
Afera
finansowa, po której jego starszy brat trafił za kratki, zatrząsnęła
fundamentalnym porządkiem firmy i spokojem tradycjonalnej rodziny. Zatrząsnęła
też wizją jego dotychczasowego życia, z ukrycia otwierając w jego głowie furtkę
późnej dojrzałości. Niespiesznie wyciszając jego głośne usposobienie, kryjąc
ziarna wpajanych przez lata przestarzałych wartości, które w końcu miały
wykiełkować.
Wezwany
do jabłkowego zadupia na dłużej, choć wciąż broni się rękami i nogami. Miał
wrócić z obiecaną włoską żoną, ale przecież zapomniał jej znaleźć.
Zapomniał też wspomnieć rodzicom, że firma zaczyna mieć poważne problemy finansowe i włoska sielanka powoli biegnie ku upadkowi.
♘♘♘
Ciao di nuovo!
fc: młody Al Pacino
wedsdxxc@gmail.com
Poniższe wpisy mogą zawierać treści przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Bardzo, bardzo, baaardzo dobrze Was znów widzieć ❤️ pokażcie nam ten włoski temperament!
OdpowiedzUsuńAbi
Bolała ją głowa, a żołądek skakał nieprzyjemnie przy każdym gwałtownym ruchu. Głową pękała. Kac dobijał. Abigail nie bywała w takim stanie, najwyżej ją trochę suszyło, ale poza tym... Do diaska, nie piła za wiele piwa i na pewno nie kończyła dnia z awanturzystą w swoim mieszkaniu. A teraz oprócz dolegliwości wewnętrznych, morale miała lekko skopane i trochę tylko martwiła się o Gustavo. Tylko trochę, bo bardziej martwiła się o siebie.
OdpowiedzUsuńZ pobladłą twarzą, nisko związanymi spuszonymi włosami i podkrążonymi oczami, siedziała nad laptopem w kuchni. Naciągnęła na tyłek miękkie leginsy i zarzuciła na drobne ramiona gruby sweter, bo wciąż marzła. Była niewyspana i spięta, choć takie dni jak te, sobotnie poranki, były tylko dla niej. I w takie dni robiła sobie wyjątkowo pyszne śniadanie, nakładała maseczkę na twarz, malowała paznokcie na jakiś jasny kolor. Sobota była dla niej, aby o siebie zadbać, aby odpocząć i zrelaksować się po ciężkim tygodniu. Oglądała odcinek zapomnianego kiedyś serialu, malowała coś, albo piekła, bo to też lubiła. Ale nie dziś. Dziś nie myślała o sobie, a przynajmniej nie tak jak zwykle. Dziś martwiła się, że ma w mieszkaniu karalucha, którego zwykły but nie przepędzi i on może jej zrobić coś złego.
Abigail muchy by nie skrzywdziła, ale jeśli ktoś krzywdził jej bliskich, zmieniała się w paskudną bestię. Była wtedy nieprzyjemna, bardzo niemiła, a wręcz upierdliwa i wtedy pokazywała, że nawet słodki kotek ma pazurki. Bianco zalazł jej za skórę, choć po wczorajszym występie to najłagodniejsze, co można powiedzieć o jej odczuciach względem niego. Miała ochotę wydrapac mu oczy.
Drgnęła, zaciskając palce na telefonie, gdy stanął w progu kuchni. Czekała już godzinę, aż ten królewicz wstanie i do niej przyjdzie. Na wszelki wypadek miała w szybkim wybieraniu numer do szeryfa. Zatrzymała spojrzenie na jego twarzy i skrzywiła się. Nawet nie wiedziała, co ma powiedzieć, nie rozumiała go i nie rozumiała nic z tego, co robi i do niej mówi. Wczorajsza sprzeczka w barze to najmniejszy szczegół, który zaprzątał jej głowę. Bardziej bała się tego, że Gustavo za nią tu dotarł... I że wszedł do jej mieszkania, nie słuchając jej sprzeciwów! Wystraszył ją wczoraj na poważnie. Ale wczoraj była też pijana, więc mogli się kłócić i przepychać, a dziś ... dziś była słabsza. Bez siły i złości od alkoholu. Dziś była bardziej sobą i to jej się nie podobało.
Podparła się o stół i podniosła powoli. Czuła jak uda jej drżą o jak w plecach dziś zatrzymuje się wyjątkową sztywność. Całą noc czuwała i miała niespokojną, a sen płytki. Jasne tęczówki zadrżały i prześlizgnęły się po odkrytym torsie mężczyzny. Zmierzyła oceniająco odkrytą skórę i zmarszczyła brwi, widząc nisko usunięte spodnie. On był niepoważny.
- Wyglądasz okropnie - pokręciła głową, nie mogąc odwzajemnić komplementu i wracając spojrzeniem do jego twarzy, skupiła się na zmęczonych oczach i opadających nieco na czoło kosmykach. Miał w sobie jakiś ciepły, magnetyczny urok, ale była na niego tak zła i tak mocno uprzedzona, że łatwiej było się tego trzymać, niż zastanawiać, czy jest w nim coś przyjemnego.
Sięgnęła po wodę, butelka z nią stała na stoliku, a choć jedna już cała zniknęła, ratując jej głowę i gardło, Abi nadal czuła się spragniona. Jej palce trafiły na dłoń Gustavo i nie ustąpiła. Zacisnęła dłoń, łapiąc go za rękę i za butelkę i jasne, ale czujne spojrzenie pociemniało. Nie ufała mu. Nie lubiła go. Bała się go.
- Bianco... - rzuciła cicho, niemal groźnie, prostując się. Obróciła ciało w jego stronę i powoli cofnęła rękę. Stała chwilę naprzeciw niego, zupełnie jakby szacowała swoje szanse. Ale nikt się na nikogo nie rzucił.
UsuńZmęczona opadła znów na krzesło. Zebrała kartki, które przeglądała, położyła na klawiaturze laptopa i zamknęła go. Nie chciała, by widział, co tu miała. To były jej raporty za ostatnie miesiące zysków pensjonatu, rachunki, zamówienia i faktury, coś do czego nie powinien mieć wglądu. Ani on, ani nikt z jego rodzi to.
- Szklanki są w szafce na górnej półce - mruknęła , wskazując mu miejsce i dając znać, aby się obsłużył. I może podać jej też szklankę, nie obrazi się.
Powinna go wygonić i chyba nawet pięć minut temu to właśnie miała w planach. Powiedzieć, że ma wyjść, albo wezwie Johnsona. Ale on naprawdę wyglądał na zmordowanego... Więc jeszcze da mu chwilę. Pozwoli mu się napić wody. I wtedy go wygoni. Skutecznie, lepiej niż wczoraj. Siedziała więc nadal spięta i obserwowała go ukradkiem. Bo przecież widać było, że nie skacze na jego widok z radości, nawet jeśli ta jego nonszalancja była zaskakująco słodka.
little bird
[Cześć, hej! :) Ten włoski urok przyciąga, zdecydowanie. W ramach rekompensaty za przysłonięcie karty, zapraszam na wątek!]
OdpowiedzUsuńemma cooper
Nie zapomniała, że u niej jest. Właśnie ta świadomość, że niechciany, nieproszony, ale wciąż niesamowicie swobodny nadal tu był, a że ona nie zrobiła nic, by go nie było ją truła. Ta świadomość nie pozwalała jej spać spokojnie całą noc. I nie bała się, że coś jej zrobi w nocy, bo odleciał nieprzytomny, nawet na nią nie zważając. Bała się tego poranka i była tym okropnie zmęczona.
OdpowiedzUsuńSiedziała dość sztywno w własnej kuchni i to też ją drażniło. Czuła się skrępowana tym, jak beztrosko Bianco odnosi się z swoją skórą, jak odkryty i obleczony z koszuli stoi nonszalancko... Jakby miał do tego prawo. Jakby to, że tu jest, to norma do jakiej oboje przywykli. A ona ani nie gościła na śniadaniach mężczyzn, ani za bardzo sama nie przebywała tu, zwykle spędzając czas w pensjonacie. Tym, który potrzebował kogoś mądrego do zarządzania i podniesienia z dołka finansowego spowodowanego przed laty właśnie przez rodzinę Gustavo.
I jedno jego słowo, jedno z pozoru spokojne, niemal niewinne pytanie sprawiło, że znów się w niej zagotowało. Zacisnęła dłoń na telefonie, knykcie jej zbielały, a broda zadrżała, gdy podniosła wzrok i przeszyła go ostrym spojrzeniem. Rozchyliła usta, wypuściła powietrze, czując jak policzku jej już płoną. I daleko jej było do płaczu i tej kruchości, jaką mogła pokazać tylko samej sobie.
- Powinnam zadzwonić po szeryfa, żeby wytargał cię stąd natychmiast, nawet jeśli spodnie ci spadną z tyłka! - fukneła. - Napadłeś mnie w mieszkaniu, Bianco! - przypomniała, prostując palce, a gdy telefon z głośnym dźwiękiem uderzył o blat, wiadomym było, że po Johnsona nie zadzwoni. Wsparła się znów o stół i wstała, aby mieć tę przewagę, by patrzeć na niego z góry. Wrogo i groźnie. Ostrzegawczo. Cała napięta, jak drapieżnik, za jakiego ją miał.
Odetchnęła głęboko i potrzasneła głową z niedowierzaniem, co się tu odwala, a ognista czupryna rozlała się wokół jej twarzy, krótsze kosmyki jak płomienie musnęły jej ciepłe policzki, a reszta ciężkiej kaskady opadła wodospadem na ramiona i plecy. Była zmęczona, ale i wystraszona, więc miała jeszcze siłę się bronić. No ale jeśli uważał, że skacze jak pchła... To udowodni mu, że gryzie dużo bardziej dotkliwie, boleśniej niż jakiś malutki pasożyt.
Pochyliła się w jego stronę i ściągnęła gniewnie brwi.
- Nie mamy o czym rozmawiać - stwierdziła twardo, cicho, żeby złapać jego uwagę. Żeby ją w końcu usłyszał. - Wczoraj bełkotałeś i to po włosku! Czy ty wiesz, w jakim świecie żyjesz? Czy ty w ogóle widzisz kogoś innego poza sobą? - prychneła, mocniej podpierając się o krawędź blatu, ale nie po to, by wywołać w nim wrażenie, czy go wystraszyć. Po prostu zrobiło jej się aż niedobrze z tych emocji i cały efekt górowania zanikał, bo znów pobladła i klapneła na krzesło.
Zamknęła oczy, odetchnęła głębiej i sięgnęła po szklankę. Nie miała na to sił. Nie miała nawet na tę rozmowę ochoty. Bianco niemal zrujnowali jej ojca, prawie przez nich stracili pensjonat. Nie było nic, o czy miałaby z nim rozmawiać, a on nie miał prawa się już wtrącać.
- Jesteś okropny - oceniła cicho, nieco ochryple gdy za zimna woda zamiast ukoić, podrażniła wysuszone gardło. I już nie patrzyła na niego, skupiając spojrzenie obok, w linii jego ramienia odcinającego się od jej kuchni. To że miał smukłe ciało i ładnie wyrzeźbioną sylwetkę też ją drażniło. Było w nim za wiele dobrych rzeczy, by był po prostu parszywym gnojkiem, ale ona potrzebowała złego bohatera w tej historii nieszczęścia.
Przytrzymała szklankę przy ustach, raz jeszcze obrzucając go krótkim spojrzeniem i odwróciła płonącą twarz w stronę drzwi.
- Ubierz się - mruknęła, upominając go jeszcze. Nie była gościnna i nie traktowała go jak gościa. O tych dbała, do tych się uśmiechała, dla tych się starała. Ale oni jej nie śledzili i jej nie straszyli! On nawet nie zdawał sobie sprawy, jaki potrafił być przerażający.
c'mon, tiger!
Cisza między nimi narastała, a im mniej słów rzucała Abi, tym więcej mówił on. I o ile ona zwykle z mówieniem problemu nie miała, teraz zwyczajnie nie wiedziała, co on chce usłyszeć, albo co powinien usłyszeć, by stąd wyjść i dać jej wreszcie odetchnąć! To że tu był, nie było komfortowe, a ona zwykle nie była niemiła, więc nawet budowanie dystansu i złość ją męczyły. Powinna jednak zadzwonić po szeryfa, on załatwiłby sprawę w pięć minut.
OdpowiedzUsuńChciała zostać sama, chciała aby piekące oczy po nieprzespanej nocy całkiem utonęły w łzach. Chciała płakać, zrzucić z siebie całe to napięcie zbierane od wczoraj, bo było jej źle. Sama obecność Gustavo rozdrapywała żal, złość, gorycz, a przede wszystkim niezrozumienie. Bo on też miał swoją rację, Abigail nie wiedziała do końca, co się wydarzyło między jej ojcem a rodziną Bianco. To było kilka lat temu, a jej nikt nie wtajemniczył, bo pakowała się na studia daleko stąd. Zresztą rodzice chcieli ją chronić i im uwierzyła. A teraz łatała dziury i sprzątała nie swój bałagan.
Obróciła się na krześle, mierząc jego nagie plecy może trochę zbyt natarczywie i dokładnie. Dopóki się nie obrócił i nie mógł jej przyłapać, zaciekawione spojrzenie ślizgało się wzdłuż kręgosłupa, odkrywając pojedyncze pieprzyki na jasnej skórze mężczyzny. Tworzyli zabawny duet, ona blada i zmarznięta w swetrze wełnianym, a on z skórą napitą słońcem o oliwkowym odcieniu z odkrytym torsem, jakby wciąż było mu za ciepło. Krępował ja tą swobodą i tym jak swobodnie czuje się w nagości.
- Bianco... - rzuciła znów cicho, ale westchnęła zupełnie nie pojmując, jak można mieć taki tupet. Nic do niego nie docierało. Absolutnie nie słuchał i nie przyjmował ani jej słów, ani emocji, a jedyne co do niego dotarło to ten rzut chochlą wczoraj. A przecież nie chciała i nie miała zamiaru dzisiaj go atakować. Szkoda jej było tego co miała w kuchni, o.
Zwiesiła głowę, nie wiedząc co robić. Nagle wyszedł z żądaniem ubrania, a to nawet nie ona rozerwała mu koszule!
- Idź do domu - poprosiła. Zwyczajnie poprosiła, bo ani język nie działania nie przynosiły pożądanych rezultatów.
Wsunęła kartki pod laptop, starannie i równo, aby żaden skrawek papieru zbyt zachęcająco nie wystawał. Wydrukowane raporty zysków, zamówienia, nowe dwie umowy z lokalnymi dostawcami to nie było nic dla oczu gościa. I nawet nie powinna tego wyciągać, gdy on był w pobliżu!
Wstała, podeszła do niego i zwyczajnie wcisnęła mu w mokre dłonie bawełnianą ściereczkę, aby wytarł palce i nie chlapał wszędzie wodą. - Dam ci coś zamiast koszuli, ale idź stąd - powiedziała z naciskiem. - Nie będziesz się tu kąpał, nie będziemy rozmawiać o interesach, bo ja żadnych z tobą nie będę robić - dodała, znów mocniej, znów szybciej nabierając powietrza. Znów się denerwowała. - Mamy już nauczkę - mruknęła, mając na myśli interesy ich rodzin. Była ścianą nie do przebicia, nie chciała go słuchać.
Pensjonat był dla niej domem, nie interesem. Nie umiała tego oddzielić, nie chciała. Dbała o to, jak umiała najlepiej, on mówił o planie i wytykał sentyment, a ona nie widziała w tym drugim nic złego. Próbowała przecież nowych rzeczy! Założyła stronę, podpieła rezerwacje przez booking, założyła social media i zbierała zasięgi. Była młoda, śmiała i naiwna, ale szło jej to wszystko dobrze! Naprawiała straty, jakie mieli przez jego rodzinę, a on... Był po prostu bezczelny.
- Chodź, znajdę ci jakąś bluzę - złapała go za nadgarstek i pociągnęła tam, gdzie wczoraj nie mógł dotrzeć. Im szybciej go ubierze, tym szybciej on wyjdzie, prawda?
UsuńPrzeszli z kuchni do większego pokoju z kanapą, na której Gustavo nieelegancko rozłożony spedził noc. Abi puściła jego rękę i weszła do swojej sypialni, gdzie pochyliła się od razu do szerokiej komody stojącej obok dużego i wygodnego łóżka. Chciała do niego wrócić, zakopać się w teraz rozkopaną pościel i jeszcze dospać to, czego nie mogła w nocy przez intruza. Nie miała wieku rzeczy, w jakich mężczyzna nie wyglądałby jak totalny idiota, ale było też kilka sztuk ciuchów lekko przydużych na jej półkach. I jedna wyjątkowa rzecz, którą wyciągnęła z szelmowskim, nieco triumfującym i złośliwym uśmiechem.
- Proszę. Możesz mi tego nie oddawać - odwróciła się w jego stronę z absurdalnie krótkim i puchatym egzemplarzem. To pewnie miał być szlafrok, jednocześnie ciepły bo z miękkiego i ciepłego materiału, ale sięgał jej do bioder i nie zasłaniał nawet ud, więc... Nie nadawała się do niczego. Ostre pomarańczowe kimono nie mogło dobrze wyglądać na nikim, kolor był przytłaczający , a naszyta na piersi cekinowa cytryna absurdalna i wstrętna.
Abi podeszła do Gustavo, wręczyła mu w ręce tę rzecz i oparła dłonie na biodrach, rejestrując jego minę. Czekała, aż wybuchnie, bo była pewna, że tego nie przyjmie. Gdyby się znów zaczęli drżeć w kłótni, łatwiej byłoby jej go wywalić... Łatwiej byłoby wezwać kogoś do pomocy.
- Pomóc ci to założyć? - docisnęła guziczek zapowiadający eksplozje. - Nie jesteśmy sobie bliscy, nocowałeś u mnie na kanapie, bo nie mam siły nosić twoich spitych zwłok przez próg, ale ty się tu praktycznie włamałeś! - a jednak sama nie wytrzymała, a gdy nazwała rzeczy po imieniu głos jej skoczył niemal o oktawę wyżej, a oczy znowu zapłonęły. Była przerażona jego nieprzewidywalnością i tym, że po prostu wyglądał za dobrze. I że był upierdliwy. I że nie rozumiał, że ona nie chce jego pomocy. Nie chciała żadnej pomocy od nikogo z jego rodziny. Wzięła to na siebie i chciała sama się zmierzyć z problemami. Obiecała tacie, że pomoże, a to była dla niej ważna sprawa, nie jakieś przepychanki. Wydawało jej się, że Bianco tego nie rozumiał. Nie znał jej i nie wiedział, jakie to dla niej ważne.
nierozsądnie ciągnąca za sznureczki Abi
Dom przy Applewood Grove zazwyczaj bywał cichy, ale tego popołudnia cisza miała w sobie coś nienaturalnego. Takiego, co już od progu kładło się zimnem na ramionach Emmy. Gdy tylko weszła do środka, poczuła, że coś jest nie tak. Drzwi wejściowe były uchylone, co prawda ostatnimi czasy zamek często się psuł, ale to było podejrzane. Torba z dokumentami zsunęła jej się z ramienia, kiedy zawołała.
OdpowiedzUsuń— Tato?
Nie odpowiedział. Zazwyczaj odpowiadał, choćby krótkim pomrukiem, pytaniem o jej dzień, wspomnieniem, które nie zawsze trafiało w teraźniejszość. Tym razem nie usłyszała nic. Serce zaczęło bić jej szybciej, twardo, niemal boleśnie. Ostatnio często znikał z domu. Zdarzało się, że znajdowała go na werandzie, patrzącego gdzieś w dal, jakby nie pamiętał, kim jest. Innym razem mówił, że czeka na Matthew, jakby jego syn wciąż żył.
— Tato? — powtórzyła, jakby łagodniejszy ton mógł odmienić rzeczywistość. Wszystko na nic.
Przeszukała cały parter. Salon. Kuchnię. Łazienkę. Sypialnię. Jedną, drugą, trzecią. Żadnego śladu. Światło za oknem zaczynało blednąć, a wraz z nim jej spokój. Wiedziała, że ojciec nie radzi sobie już z prostymi sprawami; zapinał guziki nie w tej kolejności, nie wiedział, gdzie stoją talerze, a czasem zapominał, jak wrócić z podjazdu do drzwi wejściowych. Wybiegła na ganek, trzymając telefon w drżącej dłoni. Z kim powinna się skontaktować? Z policją? Z sąsiadami? Z którymkolwiek z Murrayów? Każdy wiedział, że jej ojciec ma coraz gorsze dni, ale nikt nie wiedział, jak bardzo. Emma z nikim nie dzieliła się swoimi problemami. Nie chciała nikogo innego tym obciążać. Nie chciała współczucia, a tym bardziej litości. Rzuciła torbę na fotel, zamknęła dom na klucz, który schowała w kieszeni obcisłych dżinsów i ruszyła w stronę wzgórz. Droga mijająca sad pachniała mokrą ziemią i jabłkami, a jej oddech stawał się coraz szybszy. Nie wiedziała dokąd iść. Biegła więc przed siebie, mijając okoliczne domy i nerwowo rozglądając się wokół siebie. Pytała sąsiadów czy może widzieli jej ojca, jednak nikt go nie spotkał. Na litość boską, gdzie on jest? Różne myśli kotłowały się w jej głowie, te najczarniejsze, najbardziej mroczne próbowała od siebie odetchnąć. Krążyła po osiedlu przez dobrą godzinę, jednak nigdzie go nie znalazła. Nie było go u sąsiadów, w jego ulubionych miejscach ani w okolicznych sklepikach. Emma była załamana i nie wiedziała co powinna ze sobą zrobić. Zdyszana wróciła do domu i z tylnej kieszeni dżinsów wyciągnęła telefon, chcąc dzwonić na policję i zgłosić zaginięcie. W tym momencie w oddali usłyszała znajomy głos. zobaczyła dwie sylwetki idące alejką wśród drzew. Jedna drobna i niepewna, druga wyprostowana, pewna siebie. Zatrzymała się. To był jej ojciec. A obok niego mężczyzna, którego nie znała; elegancki, ciemnowłosy, z południową urodą i spojrzeniem, które od razu przyciągało uwagę. Był inny niż wszyscy mężczyźni z Mariesville. Podeszła bliżej starając się usłyszeć rozmowę.
— … pamiętam to miejsce — mówił jej ojciec, głosem, który dawno nie brzmiał tak pewnie. — Pana ojciec miał doskonałe wyczucie równowagi. Ogród włoski… to sztuka dyscypliny. Ja kiedyś…
— Wiem, panie Cooper — odezwał się nieznajomy miękko. — Dlatego chciałbym, aby to pan poprowadził odnowę ogrodów. To byłby zaszczyt.
Emmę zamurowało. Ojciec nie pracował od lat. Nie był już w stanie. A jednak stał tu dumny, wyprostowany, jakby na chwilę odzyskał dawną tożsamość.
— Tato! — zawołała. Obaj mężczyźni odwrócili się w jej stronę.
UsuńOjciec spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem.
— Emily? Co ty tu robisz? — znowu nazwał ją imieniem jej matki, ale kobieta to zignorowała.
— Szukałam cię. Martwiłam się. Nie powinieneś sam… — zaczęła, ale przerwała, gdy spojrzenie ciemnowłosego mężczyzny spotkało się z jej własnym. Miał głęboko osadzone oczy, pełne uważności. Patrzył na nią tak, jakby analizował każdy szczegół, ale bez nieprzyjemnej nachalności. Uśmiech, który pojawił się na jego ustach, był uprzejmy, ale też… ciepły. Skupiła na nim swoją uwagę. — A Ty… nie powinieneś był go nigdzie zabierać! Za kogo Ty się masz?! — straciła nad sobą panowanie i podniosła głos. Była zmarznięta, zdyszana a jej opalona skóra się zaróżowiła. Czuła jak wszystkie emocje się w niej kumulują, zwiastując wybuch.
W tym momencie Thomas Cooper, jej ojciec, usiadł zmęczony na ławce w pobliżu domu, mamrocząc coś pod nosem. Gustavo zamiast spojrzeć na nią, zerknął na niego, nieco skonsternowany.
— Hej, do Ciebie mówię! — szarpnęła go energicznie za ramię, żądając wyjaśnień. — Przez godzinę biegałam po Applewood Grove, szukając go jak wariatka. A wielki panicz zabrał go na spacer po swoich ogrodach i wielkiej posiadłości? — prychnęła. — Otóż muszę Pana rozczarować! Mój ojciec jest na emeryturze i nie będzie żadnej renowacji ogrodu…
W tym czasie starszy Cooper przewrócił się na ławce, a Emma zaklęła pod nosem, podbiegając do niego.
— Tato, wszystko dobrze? — westchnęła zmartwiona. — Chodźmy do domu… musisz odpocząć. — próbowała go podnieść, ale marnie jej szło. Przydałaby się pomoc, ale oczywiście była zbyt dumna by o nią poprosić.
Emma ⚡️
Budowała mur, zimny i gruby, wysoki i solidny. Broniła własnej przestrzeni i własną głowę, by móc zaściankowo wierzyć w krzywdę rodziców. Bo ich kochała i im ufała, a Bianco był obcy. Bianco przede wszystkim był tym złym w całej historii i nie ważne, że Abigail nie wiedziała który z synów zawinił i kto tak naprawdę był w wszystko zaangażowany. Ona miała swój świat, który chciała chronić, a Gustavo zaskakująco łatwo sprawiał, że jej przekonania drżały w posadach.
OdpowiedzUsuńW jej spojrzeniu znów zapłonęły iskry, a zmarznięte ramiona pod swetrem się uniosły. Drobna sylwetka dziewczyny nagle urosła, a ona nie tylko wcisnęła mu w ręce brzydki szlafrok, a wcisnęła w niego też całą swoją uwagę i wrogość. Gotowa do dokończenia starcia z dnia wczorajszego, bo była uparta i mocno pewna swojej racji.
- Co...? - uniosła brwi, gdy odmówił a potem minął ją i zajął się szperaniem w jej komodzie. W jej sypialni. - Gustavo! - zawołała głośno i wściekle, dopadając do niego. - Przestań! - zawołała znowu, próbując go odepchnąć. Stal stabilnie i pewnie, roszcząc sobie bezczelnie prawo do bycia tutaj. Nie mogła uwierzyć, jaki ma tupet!
Została sama po chwili w pokoju i aż pisneła wściekła, rzucając parszywy szlafrok, nietrafiony prezent, pod nogi. Była wobec gościa tak bezsilna i bezradna, a to doprowadzało ją na kraniec zmysłów. Przeszła po materiale, depcząc neonowy poliester i doskoczyła do Włocha. Złapała go za biodro i obróciła do siebie, łapiąc za wełnę, w którą się przyodział. Zacisnęła palce z przodu na ozdobnym warkoczu z siłą i determinacja.
- To mój ulubiony, rozciągniesz wszystko- jekneła, teraz już nie wściekła za włamanie, nawet nie bardzo za to panoszenie się bez pytania, a to, że zepsuje jej sweter. Cud że się w niego wcisnął! - Rozbieraj się - zarządziła groźnie, a nie chcąc szarpać za materiał, podwinęła go mocno, odsłaniając znów ciało Włocha. Wyczuła pod zimnymi opuszkami gorące mięśnie i aż drgnęła zaskoczona.
Dotarło do niej, że ma przed sobą człowieka. Mężczyznę. Kogoś, kto wyszarpuje z niej emocje, uderzając w ukryte struny. Popatrzyła na niego szeroko otwartymi oczami na nowo. I nie chciała się do tego przyznać, bo to było tak zdumiewające odkrycie, że na moment się uciszyła.
I o ile resztę musiał zrobić on, a przede wszystkim zgodzić się w ogóle oddać jej ciuch, to Abigail poczuła w tej chwili, jak znów kac łupie jej pod czaszką. Zacisnęła usta, zaczerpnęła wdech przez nos, aż zapiekło ją gdzieś w środku i oparła się o Gustavo, układając dłonie na ciepłej skórze przy żebrach mężczyzny. Na tych ładnych mięśniach, ładnie napinający ładną skórę. Pod zmarzniętymi dłońmi czuła słońce i krew, a w szoku swojego odkrycia, pobladła jeszcze bardziej.
- Czemu taki jesteś? - spytała tylko krótko, marszcząc brwi jak on przed chwilą, w irytacji i rozdrażnieniu.
Mogła mu zarzucić w tej chwili tak wiele, że nie była pewna, czy to w ogóle ma sens i czy oboje mają czas i ochotę tego słuchać. Był uparty równie jak ona, poza tym tak niegrzecznie swobodny i bezczelny, aż irytacja sięgała zenitu. Nie pozwalał się wyrzucić, ani wygonić, nie słuchał jej wcale.
bliska eksplozja niewiadomej?
Abigail nie była silna. Bardziej wesoła, pogodna, czuła że niekiedy skruszy się gdy przyjdzie coś większego. Skakała i krzyczała pełna życia i emocji, a może nawet w jej krwi płynęła jakaś nutka włoska, ale nie pragnęła chaosu. Hałas, nieporządek, napięcie i pośpiech nie były jej domeną i nie odnajdywała się w trudnych chwilach. Samo jej mieszkanko urządzone tak, jakby babci nigdy nie zabrakło, utknęło w czasie, gdy nie była obciążona taką presją, odpowiedzialnością i oczekiwaniami. Tapety w wyblakłe kwiaty, zakurzony i wytarty gdzieniegdzie dywanik pod kanapą w salonie, stare talerze i kubek z uszczerbionym brzegiem... Abi łakneła ciepła i komfortu. Była pełna energii i życia, ale chciał się dzielić uśmiechem i dobrem! Była wytrwała, to prawda, więc z kolejnymi wyzwaniami mierzyła się niestrudzenie idąc przed siebie, ale ... To wszystko wiele ją kosztowało. I bała się, że nie podoła, że nie tylko nie utrzyma pensjonatu, ale doprowadzi do jego upadku! To wszystko głęboko w niej siedziało, uciskało i męczyło, spędzało sen z powiek przez wiele nocy, a teraz Bianco wkraczał w jej życie, wkradał się po nocy w jej cztery ściany azylu i burzył kruche wrażenie, że się uda. Że wytrwa i nie zawiedzie, choćby sukces osiągnęła nie dziś i nie za rok, a za dziesięć. Pękała w środku podburzana jego krzykiem i tym bezczelnym spojrzeniem, tym nonszalanckim spokojem w każdym jego kroju. Przerażał ją i przerażało jego spojrzenie, które zdawało się sięgać zbyt głęboko. Jakby wiedział więcej niż ona. Jakby dostrzegał w niej wszystkie słabości.
OdpowiedzUsuńSpięła się, gdy podniósł głos. Wstrzymała oddech i tak jak on spojrzał jej w oczy, ona wycelowała spojrzenie w niego. Świdrujący głęboko. By coś dostrzec, albo zrozumieć. Szarpali się tak od wczoraj, każde chcąc mieć swoją rację na wierzchu. Ale ona nie słuchała go wcale, a on dobijał się do niej coraz słabiej. Rezygnował i widziała to. Brakowało mu dziś tego przekonania i ognia, z jakim przemawiał do niej wczoraj.
Cofnęła ręce, a potem jakoś bezradnie patrzyła, jak Bianco zrywa z siebie jej sweter, rzuca go wściekłe na komodę i wraca do kuchni. Na opuszkach czuła mrowienie od jego ciepłej skóry, zdając sobie sprawę, jak bardzo się różnią. I jak jednocześnie są podobni, jak sam to nazwał. Stała chwilę sama w sypialni, a jego krzyk dzwonił jej w obolałej głowie. Czy naprawdę była zamknięta? Czy naprawdę zaściankowo blokowała własny rozwój? Poczuła gorzki smak za językiem, bo może jednak zdawała sobie sprawę z tego, że Bianco mógł się nie mylić, a ona bała się śmiałych ruchów. I ryzyka, które mogłoby podnieść pensjonat, działania bez sentymentu.
Gustavo zapominał jednak o ważnym fakcie, że Abigail była bardzo młodziutka. Wróciła po trzech latach z studiów i głowę miała pełną ambicji i pięknych wizji. Dopiero mierzyła się z wyzwaniami i trudnościami codzienności w Mariesville. Uczyła się być przedsiębiorcą i daleko jej było do doświadczeń, jakie on już uzbierał.
Słyszała, jak się krząta. Jak kroczy wsciekle po mieszkaniu. Przysiadła na łóżku i zakryła twarz dłońmi, oddychając głośno. Nie miała sił na te starcia, na krzyki, niezrozumienie i wysiłek. Chciała spać, chciała połknąć jakieś tabletki na kaca i dospać kilka godzin. Odbierał jej spokój, obdzierał ją brutalnie z komfortu w jej własnym mieszkaniu. Chciała już tylko zamknąć za nim drzwi, przekręcić klucz i pewna, że nikt tu nie wtargnie położyć się.
UsuńWstała wreszcie i wyszła. Blada i dumnie wyprostowana. Objęła się ramionami, pokazując postawą i zacięta miną, jak ją uraził, obraził i złościł. I jak bardzo nie chciała go tu widzieć. Nie okazywali sobie ani odrobiny dobra, szacunku, czy kultury. Ale on miał dostatecznie dużo oleju w głowie, by się nie wykłócać i nie przebijać przez jej mury, a ona dość, by mu podać grubą bawełnianą koszulę w ciemnym granacie. Nie chciała, by wychodząc od niej w nisko opadajacych spodniach się rozchorował, bo w powietrzu czaił się już chłód.
Położyła koszule na oparciu krzesła w kuchni i bez słowa zawróciła, nie chcąc już się mierzyć nawet z jego spojrzeniem. Miała zresztą dużo pracy i mimo słabego samopoczucia, musiała iść do kilku pilnych spraw. Miała również swoją dumę i wolała trzymać się gniewu i niezrozumienia, niż przepraszać. Bo uważała, że jeśli już ktoś powinien, to Bianco w pierwszej kolejności.
- Nie spotykajmy się więcej... Nie tak - poprosiła tylko przez ramię. Bo to że się spotkają w tej mieścince to więcej jak pewne, tu nikt przed nikim ani nie ucieknie, ani się nie schowa.
show must go on!
Cała ta nonszalancja i spokój, który od niego emanował budził jej coraz większą złość. Zupełnie jakby nie rozumiał powagi całej sytuacji i nie wiedział jak ona musiała się martwić, co musiała przeżyć. I teraz i każdego cholernego dnia. Wzięła głębszy oddech i klęknęła przed ojcem, kiedy już udało jej się ponownie posadzić go na starej, spróchniałej ławce.
OdpowiedzUsuń— Tato, martwiłam się. Dlaczego wyszedłeś z domu? — spojrzała w jego twarz, szukając w nim jakiejkolwiek trzeźwości umysłu.
— Emily, zostałem zaproszony. — ojciec spojrzał na Gustavo z dumą. — Syn pana Bianco chce, żebym odnowił ogrody. Wyobrażasz sobie? W końcu! W końcu ktoś pamięta, jak to powinno wyglądać.
Emma czuła łzy pod powiekami, ale nie pozwoliła im wypłynąć. Nie tutaj. Nie teraz. Nigdy nie lubiła publicznie pokazywać swoich słabości.
— Nie jestem Emily. Ona odeszła siedemnaście lat temu — wycedziła przez zaciśnięte zęby. Nienawidziła kiedy ją tak nazywał. To było dla niej niczym obelga. Szybko jednak ustawiła się do pionu, bo mimo że zdarzały jej się wybuchy złości, wszak była dość impulsywna, to nigdy one nie przyniosły niczego dobrego. Zawsze tylko wszystko pogarszały. — Chodźmy do domu, dobrze? Musisz odpocząć. — poprosiła, nie chcąc robić sceny przy sąsiadach. Mimo, że przed chwilą zrobiła scenę Gustavo.
— Ale… — ojciec zawahał się, jakby ktoś nagle zgasił w nim światło — Miałem… miałem sprawę. Ważną.
— Załatwimy ją jutro — wyszeptała, a jej głos pękał jak cienki lód.
Doskonale zdawała sobie sprawę, że jutro o wszystkim zapomni. Nie będzie pamiętał twarzy Gustavo, jego ogrodu, ani jego ojca. Kiedy jej ojciec wstał i odrzucił jej pomoc, kiedy chciała wziąć go pod ramię, westchnęła nieco rozdrażniona całą tą sytuacją i całkowitym brakiem wdzięczności, że się o niego troszczy. Powłóczystym krokiem ruszył do domu, zostawiając uchylone drzwi. Emma obserwowała to wszystko w ciszy, nie narzucała swojej pomocy, bo wiedziała, że to by się źle skończyło. Dopiero po krótkiej chwili przeniosła wzrok na mężczyznę.
— On jest pod moją opieką. Nie mieszka tu sam, mieszka ze mną — sprostowała, a jej głos wciąż brzmiał ostro co zupełnie nie pasowało do jej delikatnej buźki. — Gdyby mieszkał sam, to idąc po bułki, wylądowałby w San Francisco. — burknęła pod nosem. — Posłuchaj… — westchnęła, przyznawanie się do błędu przychodziło jej bowiem z trudem i nie do końca leżało w jej naturze. — Może zbytnio się uniosłam, ale on — wskazała dłonią na skrzypiące wpół otwarte drzwi. — Nie ogarnia życia i tego na jakiej planecie jest. — była szczera i prostolinijna, choć zazwyczaj kryła się ze swoimi problemami i stanem ojca. — Więc nie rozgaduj nikomu, co się z nim dzieje. Tutaj wszyscy o wszystkich plotkują, a ja nie zamierzam być kolejny raz tematem plotek. Rozumiesz? — zmarszczyła brwi, miała jednak nadzieję, że mężczyzna dochowa tajemnicy. Nie potrzebowała kolejnych problemów, obecne wystarczająco zajmowały jej głowę.
— Tak w ogóle to jestem Emma. Emma Cooper. — wysunęła ku niemu delikatną i zmarzniętą dłoń.
Emma.⚡️🐯
Ciążyło jej to, jaki ziąb czuła pod skórą, gdy strach i gorycz wyrzutów ściskały ją od środka i bolało to jaki ogrom niezrozumienia błyszczał w jego oczach. Nie nienawidziła go przecież... Ale miała dość. Widziała złość, wściekłość gorącą i wylewającą się z niego niczym lawa - wprost na nią. Bolało ją to, jak Bianco niestrudzenie na nia napiera, jak walczy, jak się stara wybielić i jak nieudolnie odpiera jego ataki. Gdyby była tak okrutna, jak uznawał, już wczoraj wieczorem sięgnełaby po telefon i faktycznie wybrała numer do szeryfa, a Gustavo nie spędziłby nocy na jej kanapie. On nie ocenił jej trafnie, a ona jego po prostu beznadziejnie, więc byli siebie warci.
OdpowiedzUsuńNie było w niej żadnego triumfu, bo ta walka nie dążyła do niczyjego zwycięstwa. Wczoraj ruszyła na niego w szarży, ale tak naprawdę nie miała w sobie nic poza emocjami i to one stanowiły jej strzały. Trafiała nimi w niego, to prawda, ale on nie pozostał bierny. Doprowadził ją na skraj i wycisnął z niej szczerość, bo te łzy które szkliły się w jasnych oczach zdradzały aż nadto, że jak sam wykrzyczał - dbają o swoich bliskich i są tacy sami. O co im więc w takim razie poszło w tych krzykach i uporze? O jego bezczelność, czy jej histerię? Gdy Gustavo się szykował do wyjścia, Abi stała, pilnując każdego jego ruchu i... sama już nie wiedziała. On wracał do tego oszustwa, chcąc coś wyjaśnić, ale to nie miało prawa zmienić przeszłości, więc czy był sens do tego wracać?
Odetchnęła, gdy została po nim cisza i nowy zapach osiadający w mieszkaniu. Stanęła jednak za firanką w oknie, odprowadzając go spojrzeniem i dumając... czy naprawdę więcej jej nie spotka tak, jak wczoraj? I czy naprawdę chciała właśnie to powiedzieć?
Miała otwartą głowę, a słowa o zaściankowym podejściu do pensjonatu nie tylko ją ubodły, ale jak wyjątkowo upierdliwa drzazga, wcisneły się gdzieś w jej głowie i nie chciały wylecieć. Niespełna kilka miesięcy temu wróciła do Mariesville z nadzieją, że przejmie pensjonat i usprawni wiele rzeczy, podniesie zyski, a wręcz zażegna wszystkie troski, które przez lata naniosły na twarze jej ojca i matki zmarszczek. Wierzyła i w siebie i w przyszłość, w to że zalążek wiedzy, jaką posiadła i gotowość do podejmowania wyzwań wystarczą. A potem zaczęły się schody i to uczucie, że nie podoła, że utknęła, że jest niewystarczająca. Skrzydła jakie miała, szybciutko zostały podcięte, a kłód rzucanych pod drobne stopy nie brakowało i Abigail powolutku gasła... Jeszcze walczyła, ale z tygodnia na tydzień mniej zaciekle i o ile lato było pomyślne, jeśli chodzi o gości, to nadchodząca zima zapowiadała się ciężko.
Kilka umów było dla niej niezrozumiałych i zbyt zawiłych, ale zanim na dobre w nie wsiąknęła i zaczęła dokładniej sprawdzać, wertowała faktury i raporty od księgowej. Opłaty za niektóre dostawy były horendalne i wręcz abstrakcyjne i nie wiedziała do końca, za co się najpierw zabrać, by obniżyć koszty utrzymania domu. Domu... bo pensjonatem był dla turystów. I kiedy po jakimś czasie od upojnej nocy z niezapowiedzianym gościem, listonoszka przyniosła jej kopertę... prawie osiwiała, czytając nową umowę z leśniczym. Zajęło jej to godzinę, prawie dwie, by przeczytać nowy papier, porównać z dotychczasowym, zorientować się, że jednej strony z druku jej brakuje w segregatorze, przypomnieć sobie, gdzie ostatni raz go widziała... i połączyć kropki. A potem ubrać się i wybiec z domu z prędkością światła, aby dopaść tego bezczelnego dupka, który kolejny raz nieproszony wpierdzielał się w jej sprawy!
UsuńTo było po prostu poza skalą jej wyobraźni. To już nie tylko brakowało jej słów, to... Jej zwoje mózgowe się zacinały i nie umiała objąć rozumem tego, jak młody Bianco może w ogóle panoszyć się w jej życiu. Miał tupet, w ogóle interesować się pensjonatem po tym całym przekręcie, który jego rodzina zrobiła, a ona aż wariowała na samą myśl, że mogliby się znowu obok kręcić!
Dzień był mroźny, ale słońce na zaskakująco czystym niebie przyjemnie jeszcze łaskotało skórę. Włosy, których nie zdążyła uczesać fruwały niczym wściekłe płomienie wokół jej drobnej twarzy, policzki pomalował ziąb na malinowo, a oczy błyszczały. I może mogłoby być w tym coś słodkiego, a gdyby była zamiast w puchowej kurtce w pościeli, to nawet pociągającego nieziemsko, gdyby nie to, że aż biła od niej rozdygotana wściekłość, gdy przed jego domem, widząc jak gdzieś wychodzi, zwyczajnie się na niego rzuciła. Bez pardonu zastąpiła mu drogę i zaciskając palce na kopercie, którą wcześniej dostarczyła poczta, stanęła przy nim i złapała go za szalik, ciągnąć w swoją stronę w dół, by się pochylił.
- Co to ma znaczyć?! - fuknęła krótko, mrużąc wściekle oczy. - Coś ty narobił?! - ściszyła głos do groźnego pomruku i teraz mógł pomyśleć , że jest jak tygrys, albo przyczajona puma. Bo patrzyła tylko na niego, gotowa do skoku, ignorując poruszone firanki w jednym z okiem w sąsiednim domu. Jeśli chodzi o jej dom, gotowa była walczyć do końca o wszystko i wszystkim, co ma.
furious cat
Abigail nie należała do tych osób, które krzyczą i rzucają się na ludzi. Ona w złości potrafiła najwyżej pogryźć sobie dolną wargę, choć ta dzisiaj i tak już była podrażniona i zaczerwieniona, a słodki miód leczniczy smarowany wieczorami i tak nie dawał rady tego załagodzić. Ona była iskierką skaczącą wokół, by rozdać ciepło, słoneczkiem które niesie jasność i podmuchem wiosennego wietrzyku, za którym nadciągają barwy, rozkwit i coś po prostu przyjemnego. Ale teraz przypominała chmurę gradową, taką z gwałtownymi i nieprzewidywalnymi piorunami. Policzki z emocji pomalowane na ciemną malinę buchały gorącem, z oczu sypały się iskry i to wcale nie takie wesołe i skaczące, a dłonie ściskała tak mocno na szaliku Gustavo, jakby chciała go w tej sekundzie udusić!
OdpowiedzUsuńTo jedno zero w największej tabeli umowy po stronie zysków leśniczego starczyło, aby porzuciła to, kim jest i przeobraziła się w zmorę. I miała zamiar prześladować Gustavo do końca jego dni bezlitośnie, nie zważając na sprawiedliwość i dość istotny fakt, że nie doczytała umowy do końca, a z pensjonatu wybiegła jak burza, nie pozwalając do głosu dojść ani rozsądkowi, ani nawet własnym myślom- innym, biegnącym tuż za rozbuchaną furią.
Serce w piersi tłukło jej jak oszalałe, oddech miała płytki i po trochu od biegu i pędu, w jakim się tu zjawiła, ale głównie przez niego. Ten mężczyzna doprowadzał ją na skraj, a gdy uśmiechnął się szeroko, zapiekło ją aż w płucach, gdy zaczerpnęła głeboki wdech, mrużąc jak wąż oczy. Teraz, w tych wczesnych promieniach słońca odbijały świat ostro niczym stal i to nie wróżyło nic dobrego.
Całkiem świadomie zignorowała wzmiankę o furtce i o włamaniu. Smukła sylwetka prześlizgnęła się sprytnie w luce obok bramy, bo to było mniejszym wysiłkiem po biegu niż przeskakiwanie górą i ryzyko rozprucia spodni, ale to nie było ważne. Abigail bolało serce i duma, bo Bianco wtrącał się w jej sprawy bez jakiegokolwiek poszanowania jej osoby! Te, za które chciała odpowiadać sama, o które chciała dbać samodzielnie i co obiecała! Pensjonat to było marzenie jej rodziców, jej dziadków i jej własne marzenie! To nie był zwykły nabyty biznes, to było jak... jak powołanie do cholery. Deptał po niej tak okrutnie, tak diabolicznie, aż nie była w stanie ubrać tego w słowa, a do niego czuła tak wiele negatywnych uczuć, że nie umiałaby ich wymienić na jednym wdechu.
- Bezczelny jesteś...! - syknęła. Abigail nie wytrzymała, pozwoliła mu uwolnić swój szalik, ale dłonie niemal od razu zacisnęła mocno w drobne pięści, czując jak sama sobie wbija własne paznokcie w wnętrze dłoni, sprawiając ból. Jej oczy błyskały pełne gorącej złości, która się na niego wylewała niczym wulkaniczna lawa, a głos zabrzmiał jak zgrzyt metalu pod napięciem. - To jest koniec twoich gierek, przestań się wtrącać i manipulować! - rzuciła ostrzegawczo, pokonując znów te pół kroku, jakie od niej uciekł, bo nie po to tu była, aby mógł się oddalać. - Pensjonat nie jest twoją zabawką, nie miałeś prawa w nic ingerować! - wybuchła, krzyknęła, wyrzuciła ramiona, a potem zwyczajnie w dzikości i bezsilności uderzyła go w pierś. Potem drugi raz i znów zagryzła wargę, aż poczuła jak w oczach stają jej łzy, gdy wwiercała się w niego rozjuszonym spojrzeniem.
Jej ojca nie było w Mariesville, ale jak wróci... Ona nie spojrzy mu w oczy przecież. Dla Bianco to była może jakaś gra, nie wiedziała jeszcze tylko, co chce jej udowodnić. Ale nie zamieszała mu pozwolić się tak traktować, ignorować i szydzić. I choć nawet teraz, dobrze jej było stać tak blisko przy nim, to nadepnął jej na odcisk wystarczająco, aby sprzeciwiała się zawsze i wszędzie tam, gdzie się pojawi. On jej nie szanował, traktował jak pionka, a więc ona mu pokaże!
please continue... <3
Może jakaś jej część też wzięła się z Włoch, bo o ile krzyczała rzadko, była nieutemperowana w swoim zapale i temperament miała gorący. Gnała przed siebie z niecierpliwością, chcąc działać, pomagać i widzieć zmiany. I oczywiście nie brakowało jej łagodności i ciepła, bo w ogromnej trosce dbała o wszystko i wszystkich, ale najbardziej cieszyły ją szybkie rezultaty. A w emocjach wybuchała, jak teraz. I może teraz to był pierwszy raz od dawna, gdy tak wiele czuła.
OdpowiedzUsuńAbigail spojrzała na niego zmieszana, dostrzegając mieszankę rozbawienia i irytacji w twarzy Bianco. W głębi duszy czuła, że jej emocje są coraz trudniejsze do opanowania, że płoną jak oddech, który wypuściła przez rozchylone usta, a postawa Bianco niczego nie ułatwia. Krzyk, który wylewał się z jej ust, był dla niej jedynie wyrazem frustracji, a nie próbą prowokacji. Nie zwróciła uwagi, że wysokie ogrodzenie i szereg łysiejących na zimę cyprysów chronią ich od spojrzeń i uszu, ale nie od uczuć, które buzowały pod powierzchnią.
Gdy Gustavo zignorował jej gniew i zaczął się z niej wyśmiewać, jej szczupłe dłonie zacisnęły się jeszcze mocniej, a paznokcie podrapały skórę sprawiając ból. Skrzywiła się i zagryzając znów dolną wargę, zsunęła spojrzenie na jego usta i ten bliźniaczy gest. Nie była przyzwyczajona do tego, by ktoś traktował ją z takim lekceważeniem, bo choć była młoda i musiała walczyć o uznanie, to starała się i udowadniała, co potrafi. A jego słowa tylko podsycały teraz jej irytację. Jednak mimo to, nie pozwoliła sobie na pełen wybuch i wściekłość, bo choć ciosy w jego tors były impulsem, był to raczej wyraz bezsilności niż chęci ranienia. To wszystko po prostu na równi z złością, przynosiło wielką niepewność i strach.
Patrzyła na niego z zaciekłością, ale też z nutą żalu. Nie oczekiwała od niego zrozumienia, ale choć odrobinę szacunku i że w końcu posłucha. Jego słowa o koszuli i ciasteczkach wywołały w niej jedynie ciche westchnienie, bo nie znała go na tyle, by wiedzieć, że to tylko sposób na zebranie i może uporządkowanie myśli i odwrócenie uwagi od tego, co naprawdę się działo. W ogóle nie znała Bianco, ani tego, ani żadnego i miał rację w tym, co mówił... ale ona miała swoją. Szła w zaparte po swojemu do przodu, nie słuchając go tak samo, jak on nie słuchał jej, gdy zalany niczym bela wparował do jej mieszkania kilka dni temu. Moze ot był odwet za tamten wieczór, a może wciąż walczyła za ojca, który już nie miał tyle siły.
Gdy zaczął mówić o spotkaniu i umowie, jej oczy zwęziły się nieco, a w głowie pojawiła się mieszanka niepokoju i zniecierpliwienia. Przystąpiła z nogi na nogę, bo chłodniejszy podmuch wiatru wdarł się pod jej kurtkę i poczuła ziąb. Wiedziała, że nie ma odwrotu, i choć próbowała się powstrzymać, jakoś obejść leśniczego, nie wiedziała, z której strony to ugryźć. Wychodził brak jej doświadczenia i naiwność i wiedziała to. Denerwowała się na samą siebie, ale nie wycofywała.
- Bo mówisz bzdury! - fuknęła, zaciskając zęby, gdy znów wrócili do tematu jej niesłuchania. - Albo bredzisz po pijaku i mnie straszysz, albo na mnie krzyczysz, zamiast mnie uspokoić - wyrzuciła mu. - To nie jest proste! - przyznała w końcu z żalem, opuszczając ramiona z braku sił, chyba pierwszy raz odsłaniając swoją słabość. Nie bezpośrednio, nie konkretnie, nie nadając im kształtów, ale przyznała to. Jeśli o to się bili, jeśli chciał usłyszeć, że jest głupia, to wyraźniej już tego nie usłyszy.
UsuńCzuła na sobie jego spojrzenie, jakby próbował wyczytać jej najskrytsze myśli i to sprawiało, że twarz płonęła jej jeszcze mocniej. Wróciła po studiach, z wiatrem, chcąc latać, a miała wrażenie, że upada coraz niżej i co chwila zderza się z skałą, obija o ziemię i koziołkuje. Gdy było ciepło, to wszystko się toczyło, ale jej nie chodziło o to, by pensjonat trwał, a o to, by to faktycznie przynosiło zysk, zyskiwało popularność, przyciągało nowych i z powrotem stałych turystów. Chciała stworzyć dobre i piękne miejsce i zarażać ludzi swoją miłością do okolic i samego Mariesville, a nic z tego nie wychodziło! Nie chciała tak jak jej rodzice czekać na lepszy czas, chciała budować ten czas teraz i sama stwarzać najlepsze okazje dla ludzi, aby tu wypoczęli i dalej ruszali w świat. Czy to było aż tak wiele? Czy naprawdę było to tak trudne?
Odetchnęła głeboko i widząc, że Gustavo najwidoczniej zbiera się do drogi, podeszła do auta i stanęła obok.
- Nie przeczytałam wszystkiego - przyznała. Bąknęła właściwie, bo akurat przed nim trudno jej było teraz po tym wybuchu powiedzieć głośno o kolejnym niedociągnięciu.
Wiedziała, że to wszystko jest skomplikowane, przynajmniej dla niej, ale też była pewna, że musi zachować siłę, by nie dać się zdominować. Gdy Gustavo wspomniał o umowie i o tym, co zrobiła z takim obrzydzeniem, poczuła, jak jej gardło się zaciska, a oddech staje się płytki. I to nie mijało. Oparła się ramieniem o samochód i położyła dłoń na klamce, gotowa rozmawiać, gdziekolwiek się wybierał.
W głębi ducha, Abigail wiedziała, że musi znaleźć w sobie odwagę, by stawić czoła wszystkim wyzwaniom, nawet jeśli oznacza to konfrontację z własnymi emocjami. I z Bianco. Jej spojrzenie było pełne determinacji, mimo że w oczach błyszczały łzy, które próbowała powstrzymać. Wiedziała, że to, co się dzieje, jest trudne, ale nie zamierza się poddać. Musi znaleźć siłę, by przejść przez to wszystko i wyjść z tego silniejsza., mądrzejsza i bardziej odporna. I nie może zawieźć ani taty, ani samej siebie.
let's go together, babe
Jej oczy w odcieniu migdałów; niejednoznaczne, zawieszone gdzieś między zielenią a brązem wpatrywały się w niego intensywnie, jakby próbowała przeniknąć przez jego spokój i odczytać, co naprawdę kryje się za tą pozornie niewzruszoną twarzą. Miała wrażenie, że im dłużej patrzy, tym więcej nieznanych odcieni pojawia się w jego spojrzeniu. W końcu nie była z nim zupełnie obca; nazwisko Bianco przewijało się w rozmowach sąsiadów, choć ona sama znała ich jedynie z widzenia. Zawsze mijali się jak dwa światy, które teoretycznie istniały obok siebie, lecz nigdy się nie stykały. Orchard Heights nie było miejscem, w które zapuszczała się bez konkretnej potrzeby, dzielnica słynęła z luksusowych, piekielnie drogich domów, a sama doskonale wiedziała, że na taki nigdy jej nie będzie stać. Dlatego tym bardziej dziwiło ją, że jego nigdy wcześniej nie widziała. Ani przelotem. Ani przypadkiem. Nawet w sklepach, w których prędzej czy później wszyscy się pojawiali.
OdpowiedzUsuń— Właściwie to nigdy nie widziałam cię w okolicy… — zagaiła ostrożnie, ale z ciekawością. — Dziwne, bo tu wszyscy się znają. — wzruszyła ramionami.
Wiatr szarpał jej włosy bez litości, unosząc je i rozwiewając w każdą możliwą stronę. Poprawiła niesforne kosmyki ruchem, który był już niemal odruchowy, palce przesunęły się po policzku, po czym wsunęła włosy za ucho, odsłaniając przy tym delikatnie zaróżowioną od chłodu skórę. Wyglądała tak, jakby należała tu od zawsze, jakby całkowicie wrosła w to miasteczko.
— Nie słyszałam żadnych plotek o tobie… — dodała z lekkim, nieco prowokującym uśmiechem. O jego rodzinie, owszem. Historie, wspomnienia, podszeptywane komentarze. Ale o nim? Nic. Jakby wyrósł znikąd. — Może opowiesz mi o jakichś przy herbacie? — jej uśmiech stał się bardziej łobuzerski, jakby celowo wystawiała go na próbę, chcąc zobaczyć, gdzie leży granica jego powściągliwości.
W głowie miała zapisane, że nie powinna zapraszać obcych do domu. Ale czy oni wciąż byli obcymi? Przecież właśnie rozmawiali, a rozmowa, nawet krótka, potrafiła nagiąć wiele zasad. Poza tym… była ciekawa. Z natury, z uporu, z potrzeby rozumienia ludzi, którzy niespodziewanie pojawiali się w jej życiu. Mimowolnie zerknęła w stronę domu. Wydawało jej się, że w jednym z okien coś drgnęło, jakby sylwetka ojca przesunęła się za firanką. Miała nadzieję, że był zmęczony po całym dniu i poszedł od razu do swojego pokoju. Zdecydowanie nie byłaby gotowa na kolejną awanturę czy próby tłumaczenia mu rzeczywistości.
— A więc chcesz być niańką dla mojego ojca, kiedy ja będę chodzić na randki albo szaleć w barach? — uniosła brew, przeciągając słowa tak, żeby brzmiały lekko, wręcz figlarnie. — Ciekawa propozycja, nie powiem… — przegryzła dolną wargę, nie całkiem świadomie, a jej oczy błysnęły zadziornie.
Cała sobą emanowała tym nieuchwytnym połączeniem prowokacji i ciepła, które albo kogoś natychmiast odpychało, albo przyciągało jak magnes. Chłód zaczynał powoli przesiąkać przez materiał jej kurtki. Drgnęła lekko, z zimna.
— Cóż, wracam do domu, bo inaczej zamarznę tu jeszcze przed zimą… — parsknęła krótkim, melodyjnym śmiechem, który zaskakująco dobrze pasował do szarego, chłodnego wieczoru. Zrobiła pół kroku w stronę wejścia, ale odwróciła się jeszcze przez ramię.
— Jeśli chcesz się rozgrzać herbatą, to zapraszam. A jeśli nie… — jej uśmiech zmiękł, stał się prawie serdeczny. — To następnym razem, jak postanowisz odwiedzić mojego ojca, poszukaj najpierw mnie. — puściła mu oczko, sygnalizując, że nie żywi już do niego żadnej urazy, a cała wcześniejsza złość rozpłynęła się jak para znad kubka zimową porą.
Emocje krążyły w niej szybko, zmieniały się jak w kalejdoskopie, od gniewu, przez ciekawość, po lekkie rozbawienie. Była jaka była, a on musiał to zaakceptować, jeśli miał zamiar wrócić. W końcu ruszyła do domu, stawiając kroki nieco zbyt lekkie jak na osobę marznącą na dworze. Delikatnie pchnęła brązowe drzwi, które cały czas pozostawały uchylone, a ich skrzypnięcie rozbrzmiało w cichym, wieczornym powietrzu jak zaproszenie lub ostrzeżenie.
Emma
Nietrudno było rozgryźć Abi, wystarczyło tylko nadstawić uszu i poobserwować jak gra jej twarz. Jej oczy błyszczały, usta wykrzywiały się w wielorakich grymasach, nos marszczył, a piegi na nim tańczyły. Była otwartą księgą i zrozumieć, co dziewczyna ma na myśli to żadna sztuka. Tylko trzeba chcieć. Pytanie, czy Bianco chciał, czy go to w ogóle interesowało? Strzelała, że tak; to znaczy tak by strzelała, gdyby zwolniła i nad tym pomyślała. Ale nie myślała o nim wiele, skupiła się na ich zatargu i niezgodzie, bo zaskakująco interesujące okazały się kłótnie z nim. Miała go za oszustwa, na dodatek za rozpieszczonego synalka z bogatego domu, owszem. I było to bardzo niesprawiedliwe, bo nawet się osobiście nigdy nie poznali, a kojarzenie z widzenia to tyle co nic. Ale tak było łatwiej i prościej, tak było też szybciej, bo przecież ani ona, ani on nie musieli nawet dzisiaj z sobą rozmawiać. A rozmawiali, właściwie skakali sobie do gardeł niemal i temat, który ich znalazł mielił się przecież już długi czas. Było w tym coś oczyszczającego, ale i niesłusznego i Abi nie czuła się dobrze.
OdpowiedzUsuńTemat, który poruszał Gustavo był trudny i zakorzeniony głeboko i choć zwykle nie wadził, był miły jej sercu, to dokuczał niekiedy też dość boleśnie. Pensjonat był jej marzeniem, ale też tkwił niewygodnie jak wygięty cierń, haczący zdrowe tkanki w ciele. Bo ona nie miała nic poza tym interesikiem, nie wiedziała nawet, kim innym mogłaby być poza panią gospodynią. Nie mieli tak prężnie prosperującego biznesu jak jego rodzina, ani innych perspektyw, a dom, w którego części mieszkali rodzice Wilson, nie mógł się równać z posiadłością Bianco. Naprawdę wiele ich różniło. I to niemal na każdym polu, od nazwiska i charakteru, po wykształcenie i plany na przyszłość. Jednak nie uciekła, a zamiast tego postanowiła z nim jechać, chcąc kontynuować to, co tu wyczyniali. Choćby miał im wyjść kolejny tragiczny spektakl.
- Mam wszystko z sobą - zapewniła jeszcze, wślizgując się przed nim to auta, skoro już był takim dżentelmenem, że trzymał jej drzwi. Zignorowała tylko z początku to westchnienie i dziadowskie pouczenie, bo zapach lawendy i wanilii przyciągnął jej zmysły i pomógł jej uciec uwagą od tego, że Gustavo wydaje się smuklejszy, niż zapamiętała.
Abigail nie była zarozumiała, a do bycia niegrzeczną dzieliło ją siedem mórz. Ale Bianco miał tak niesamowity talent, do zapalania jej w najgorszy możliwy sposób i to tak błyskawicznie, że nawet fajerwerka przy niej wypadała kiepsko. Zapięła pas, a gdy i on znalazł się w środku, ułożyła dłonie na kolanach i obróciła twarz w jego stronę.
- Nie jesteś chyba aż tak stary, aby upominać mnie w ten sposób...? - zgadywała niby retorycznie, odwdzięczając się na złośliwość drobnym szczypaniem. Posłała mu mimo wszystko słodki, troszkę grany uśmiech i zaraz spojrzała na krople, kładące się nierówno po szybie i zamazujące widok przed nimi. - Nie jestem furiatką i nie jestem impulsywna, to wszystko przez ciebie, masz na mnie fatalny wpływ - sprostowała tę kwestię nonszalancko, która wydawała się bardzo istotna.
Jedyne co się zgadzało z tym, co jej zarzucił, to że zmarzła. Dlatego bez pytania sięgnęła do pokręteł i guzików na desce w aucie i gdy odpalał, już próbowała znaleźć ogrzewanie i nawiew skierowany na nogi w swoim fotelu. Mogli jechać.
sweetie
Nie miała z nim aż tak dużo wspólnego i tak częstych spotkań, by mogła mu się przyjrzeć, a jednak za każdym razem, gdy się widzieli, zdumiewały ją jego kocie ruchy, ta sprężystość i lekkość. Trochę jej tym psuł wizerunek, który umotała sobie o nim w swojej wyobraźni, bo nie był zrzędliwym i cwanym staruchem. A od kiedy mogła podziwiać, choć nie wiązało się to wcale z żadną wielką przyjemnością, jego klatę u siebie w kuchni, musiała to przyznać - młody Bianco był pociągający. I choć nie wspominała ani jego widoku, ani nawet jego osoby za często, to była już świadoma, że to nieznośny, ale za to przystojny młody mężczyzna, w którym było coś elektryzującego. Był po prostu niebezpiecznych dla takich nieopierzonych kaczuszek jak ona.
OdpowiedzUsuńOn z kolei rozszyfrował ją bezbłędnie, a jeśli oboje umieliby się zatrzymać i zamknąć usta, natomiast odchylić uszy, aby coś do nich wpadło, może zrozumieliby się lepiej. I nauczyli szanować, zamiast skakać sobie do gardeł. Abigail nie była niegrzeczna, ani nawet pyskata, nie bywała niemiła, a Gustavo uruchamiał w niej właśnie wszystko to co wymienione. Miał jakąś specjalną moc wykrzesywania z niej piekielnego ognia, który siedzi dużo głebiej niż reszta jej uroczych i niezaprzeczalnie słodkich cech. Był w tym zaskakująco dobry i jednocześnie wręcz paskudny, gdyż czerpał z tego satysfakcję. Zupełnie jakby umiał ją podejść, jakby wiedział, jak to jest się bać i starać z wszystkich świat zawojować świat. Nie cierpiała go za to.
Gdyby zwrócił jej uwagę, że się panoszy w aucie, poskarżyłaby się oczywiście na pogodę. Gdy jednak zaproponował kawę, sięgnęła po kubek, który najpierw z uwagą obejrzała. Przesunęła opuszkami po grawerze i uniosła brew.
- To naprawdę zdumiewające, jaki jesteś pyszny - mruknęła, nie mając na myśli nic pozytywnego. Wiedziała, że on zaraz też jej coś dogryzie i... nie musiała długo czekać.
Herbata to był jej napój, bulion z kości i warzyw gdy nie miała ochoty na gęstą zupę też lubiła pić jesienią i zimą, ale kawa... tylko słodka, z karmelem, cynamonem, miodem. Po pierwszym małym łyku wykrzywiła usta od gorzkiego mocnego smaku i grzecznie podziękowała. Trzymała nadal kubek w dłoniach, ogrzewając blade paluszki i patrzyła na drogę, zastanawiając się... czy ona właśnie wsiadła w auto z obcym, który ją wywiezie, aby porąbać tępą siekierą w lesie i rzucić dzikim świniom, albo wilkom na pożarcie? Te absurdalne myśli szybko rozwiały jego uwagi.
Przekazała mu kubek, aby się napił i starczyło ledwie kilka krótkich zdań z jego ust, aby nabrała powietrza głębiej, głośniej i gwałtowniej. Złapała za pas, aby poluźnić go na swojej piersi, jakby szykowała się do skoku, do ataku na biednego Bianco za wszystkie plugastwa, jakimi w nią rzucał. Drugą dłoń zacisnęła w pięść na swoim udzie, jakby i ta ręka miała się zaraz unieść i wycelować w jego profil, albo jeszcze bardziej sprawić, że włoski nos będzie włoski.
- Akurat po pijaku udaje mi się mówić same najtrafniejsze kwestie, może nie pamietasz, bo sam doprowadzasz się do rynsztoku? - wycedziła, czując że złość znów gotuje jej krew w żyłach. Sapnęła, próbując zapanować nad emocjami, wsiadła z nim do auta i nie mogli się teraz pokłócić. Bo jak on ją wysadzi, to Abi najzwyczajniej utknie w środku pola po nocy. Kto wie, do czego jest zdolny ten diabeł siedzący obok.
UsuńOdwróciła wzrok, aby na niego nie patrzeć choć kilka sekund. Auto jechało, podskakując na wybojach nierówności, a ona czuła jak pali ją twarz, a w kącikach wzbierają łzy z bezsilności i zwyczajnej wściekłości. Po raz kolejny wracali do punktu wyjścia, a miało być inaczej. Może jednak nie umieli się porozumieć?
- Ja nie mam dwudziestu tysięcy, do diaska, Bianco, wrzucasz mnie na minę i udajesz pomoc?! - wrzasnęła w końcu, niemal podskakując wraz z samochodem, gdy najechali na jakis nierówny kamień wystający z drogi. - Dlaczego w ogóle się w to wtrącasz?! Nie prosiłam cię o pomoc, kazałem ci się trzymać z daleka ode mnie i pensjonatu! - wybuchła, zabrała mu, a wręcz wyrwała kubek z kawą w ręki i żeby zamknąć samej sobie usta, upiła większy łyk. Gorzki smak znów wykrzywił jej twarz, a gorący napój niemal poparzył podniebienie i gardło.
Oczywiście nie czytała dalszych zapisów w umowie i nie miała pojęcia, co się zmieniło. Tutaj, w tym miejscu, powinna się zamknąć. Więc się zamknęła, bo paliło ją w środku wszystko, od języka aż po serce. Gniewne spojrzenie wcisnęła w drogę, tak jak Gustavo w nią, gdy dojechali. Po jego słowach i przedstawieniu opcji, co może robić czekając na niego szarpnęła pas, odpięła się i wysiadła wraz z nim, zamykając drzwi z złością. Nie strzeliła nimi z siłą, bo nie chciała jednak narażać się kierowcy, który mógłby jej nie odwieść do domu, ale nie zamierzała odstępować go na krok. Powinni w końcu porozmawiać.
- Chcę iść z tobą - oświadczyła z jakąś niebywale surową zaciętością, owijając szyję mięciutkim szalikiem. I był tak przyjemny, aż zrobiło jej się głupio za te wybuchy, bo mimo wszystko Bianco okazał jej troszkę dobroci... Ale to było tylko troszkę, ziarenko malutkie w porównaniu do tego, jak ją zdenerwował i wręcz rozwścieczył, więc nie skomentowała gestu.
Obeszła samochód i po prostu niemal przykleiła się do jego pleców, krocząc za nim. Zaczęła też rozglądać się wokół z ciekawością, bo o ile całe życie poza epizodem studiów mieszkała w Mariesville, tutaj nie dotarła.
hot grumpy vulcano