5.03.2026

[KP] Andy Sullivan

Andy Sullivan

nowicjuszka --- lat 37 --- urodzona w New Jersey, od osiemnastego roku życia mieszkanka Manhattanu --- restauratorka,  była właścicielka trzech nowojorskich restauracji, szefowa kuchni --- EMBER & SALT ⭐⭐ elegancka restauracja fine-dining na Manhattanie --- HUDSON TABLE ⭐ popularna wśród mieszkańców i krytyków kulinarnych --- NIGHT MARKET 27, nowoczesny street food zainspirowany smakami Singapuru, Bangkoku i Seulu, wyróżniony Bib Gourmand --- ukończony Culinary Institute of America, kierunek Culinary Arts and Food Business --- regularne występy w mediach kulinarnych --- podpisany kontrakt na książkę kucharską --- uważana za jedną z najbardziej obiecujących restauratorek Nowego Jorku --- prywatnie pasjonatka kuchni azjatyckiej, podróży i romansów, które czyta w każdej wolnej chwili --- ciepła, ciekawa świata i ludzi --- gdzie diabeł nie może, tam Andy pośle --- aktualnie mierząca się z utratą pakietu kontrolnego nad swoimi restauracjami, na rzecz współinwestorów --- w Mariesville od kilku dni --- powiązania - Dear August, please don't let me fall 'cause I don't know where this road is headed anymore


W życiu Andy Sullivan od zawsze tylko trzy rzeczy miały znaczenie: jedzenie, ludzie i opowieści - dokładnie w tej kolejności, choć zazwyczaj wszystkie trzy splatały się przy jednym stole. Od dziecka, wywijając krnąbrnie nożem i widelcem, wiedziała, że swoje życie chce oprzeć na tak prozaicznym aspekcie, jakim jest gotowanie z miłością dla ludzi. Przez lata budowała własny świat na styku smaku i przedsiębiorczości. Najpierw była najlepsza szkoła kucharska; potem pierwsza kuchnia, pierwsze nieprzespane noce, pierwsze poparzenia i pierwsze zachwycone twarze gości. Później przyszły restauracje. Każda z nich trochę inna, ale w każdej było coś z niej samej. 

Andy wkładała w swoje restauracje wszystko: serce, pasję, energię i bezczelne przekonanie, że jedzenie może koić ludzkie emocje. Kolejne gwiazdki Michelin. Kolejni recenzenci. Opinie, pochwały, tłumy gości. Rezerwacje robione na kilka tygodni do przodu. Jej nazwisko zaczęło pojawiać się w mediach kulinarnych, podpisywała artykuły, występowała w programach, opowiadała o kuchni azjatyckiej, którą kochała od pierwszej podróży na drugi koniec świata. W końcu przyszedł moment, który miał być kolejnym krokiem naprzód: kontrakt na książkę kucharską. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak powinno wyglądać życie jednej z najbardziej obiecujących restauratorek Nowego Jorku.

A jednak sukces rzadko jest tak stabilny, jak się wydaje.

W świecie nowojorskich restauracji, gdzie każda decyzja kosztuje miliony, a każdy błąd może pogrzebać lata pracy, Andy musiała nauczyć się ufać ludziom. Inwestorom. Partnerom. Osobom, które miały pomóc jej rozwijać imperium smaków, które stworzyła niemal od zera. Tyle że zaufanie, podobnie jak delikatny sos, czasem potrafi się zwarzyć w najmniej oczekiwanym momencie.

W ciągu kilku miesięcy wszystko zaczęło wymykać się spod kontroli. Nowe umowy. Nowi inwestorzy. Nowe decyzje podejmowane bez niej. Zanim zdążyła zrozumieć, co naprawdę się dzieje, straciła pakiet kontrolny w biznesie, który był całym jej życiem. Nagle przestała być osobą, która decyduje o menu, zespole i kierunku, w którym idzie jej własna kuchnia. Stała się tylko nazwiskiem nad drzwiami wejściowymi.

Kiedyś wchodziła tam, gdzie diabeł nie odważyłby się postawić stopy - w najtrudniejsze projekty, w ryzykowne decyzje, w pomysły, które inni uznawali za szalone. Dzisiaj jednak Andy Sullivan zrobiła coś, czego nigdy wcześniej nie zrobiła. Uciekła z Nowego Jorku. Ze swojego ciężko zbudowanego życia. 

Na oślep wybrała Mariesville, o którym wcześniej nigdy nie słyszała. Przyjechała z jedną walizką, kilkoma książkami i głową pełną pytań, na które nie zna odpowiedzi. Bo Andy Sullivan przez całe życie wiedziała, dokąd idzie, a teraz po raz pierwszy się zgubiła.... 'Cause hope is a road you can take when the old one ends.

 


tobec99@gmail.com ; Dakota Johnson ; możemy coś razem ugotować :) możliwe treści +18

 

 

 

35 komentarzy:

  1. [There she is! <3 Jeszcze tu wrócę. :D]

    OdpowiedzUsuń
  2. Wczesnowiosenne poranki na ranczu zawsze miały w sobie coś surowego. Powietrze wówczas było jeszcze chłodne, a ziemia wilgotna jak gdyby na pamięć o minionej już zimie. Wraz z przyjściem marca, nie przychodziły tylko ciepłe popołudnia i chłodniejsze poranki, ale i pierwsze oznaki nadchodzącego sezonu. Dla Dawsona oznaczało to czas, kiedy dzień zaczynał się dużo wcześniej niż zwykle, a lista obowiązków wybudzała go z zimowego snu. Nie brakowało zadań, Dawson praktycznie od świtu był na nogach, bo zwierzęta nie znały pojęcia wolnego dnia, a ogrodzenia po zimie zawsze wymagały naprawy. Mimo to, bardzo lubił dźwięk rancza — każde ze zwierząt, które dawało o sobie znać, zapach surowej ziemi, promienie słońca, gdy ogrzewały skórę jego twarzy w oczekiwaniu na pełnię dnia. Przechodząc przez podwórze, w stronę krów na pastwisku, w dłoniach wciąż czuł szorstkość drewna. Poprzedniego wieczoru kończył strugać kawałek starej sosny, z którego miał stworzyć mały stoliczek dla pana Waltera. Jego sąsiad, w podeszłym już wieku, poprosił go o to ostatnio, a Dawson wziął się za to tak prędko, jak tylko mógł. To było miłe uczucie satysfakcji, gdy skończył tworzenie tego przedmiotu.

    Jednocześnie, to poczucie zadowolenia było słodko-gorzkie, bo choć jedno zadanie udało mu się dokończyć, reszta zdawała się podwajać i nigdy nie kończyć. Przed nim wciąż czekały naprawy ogrodzeń na północnym pastwisku oraz przegląd starej stodoły, gdzie konieczne było sprawdzenie dachu zanim wiosenne deszcze postanowią przypomnieć o każdym, choćby najdrobniejszym przecieku… Poza tym, w zagrodach musiał przygotować boksy dla cieląt oraz rozwożenie bel siana, bo wczesna trawa nie była jeszcze dość mocna, by wykarmić całe stado. A między tym wszystkim pozostawała jeszcze Ruby, a to właśnie ona była najważniejszym punktem każdego dnia. Odkąd nauczyli się z Darlene jakoś dzielić opieką, takie drobne obowiązki, jak odebranie jej ze szkoły czy zawiezienie na dodatkowe zajęcia, stały się częścią jego tygodnia. Dawson pilnował tego bardziej niż czekogolwiek innego, bo nie chciał rozczarować ani swojej córki, ani jej matki.

    Nie wszystko jednak przychodziło tak łatwo. Ten dzień był wymagający, bo poza pracą na ranczu, Dawson miał dostarczyć stolik panu Walterowi przed południem, odebrać zamówienie ze sklepu ogrodniczego, a w międzyczasie zawieźć Ruby na zajęcia dodatkowe do Camden i jeszcze ją stamtąd przywieźć. Pech chciał, że już poranek przyniósł problem… Mężczyzna ledwo co skończył poranny przegląd pastwisk, gdy zauważył, że Benny, jeden ze starszych już koni, miał lekką opuchlizną na lewej przedniej nodze. Wiedział, że trzeba sprawdzić, czy nie skaleczył się przy ogrodzeniu, ale zanim weterynarz przyjechał, przez następne dwie godziny musiał uporządkować boks i przygotować stajnię, by praca mogła przebiec sprawnie.
    Gdy więc pracownik lokalnej kliniki weterynaryjnej przyjechał i zrobił, co trzeba, Dawson wziął się do pracy. W samo południe, z lekkim opóźnieniem, zawiózł Walterowi drewniany stolik, a zaraz po tym odebrał kilka worków nawozu oraz nasiona trawy, które zamówił w Green Thumb Nursery. Nie zdążył jednak wrócić do domu i z pełnym bagażnikiem pojechał odebrać Ruby ze szkoły.

    — Jezu, tato, mogłeś się chociaż przebrać — wymamrotała na powitanie, zamykając za sobą drzwi i prędko zakładając słuchawki na uszy. Drogę do Camden pokonali w ciszy – on ze swoimi myślami, ona z muzyką w słuchawkach. Nawet nie próbował się przez to przebić.
    Ruby wyszła z auta w ciszy, bez pożegnania, idąc żwawym krokiem w kierunku wysokiego budynku. To właśnie tam odbywały się zajęcia klubu teatralnego, czyli najważniejszej części tygodnia Ruby. Gdy pierwszy raz usłyszał, że jego córka zaczęła tam uczęszczać, uśmiechnął się z politowaniem. Dla niego było to marnotrawstwem czasu, który Ruby mogła wykorzystać na coś pożytecznego, a ponad wszystko coś, co przyda jej się w dorosłym życiu. Dopóki jednak ją to uszczęśliwiało, próbował odsunąć swoje opinie na bok i po prostu ją wspierać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stał jeszcze przez chwilę przy samochodzie, obserwując jak Ruby znika w drzwiach budynku. Jego wzrok zatrzymał się na drodze, po której raz po raz przejeżdżały auta. Camden nie było metropolią, a jednak nie brakowało tu ruchu w godzinach szczytu… Niemniej, zyskał dwie godziny dla siebie, czyli wystarczająco, by dokupić brakujące rzeczy, poszukać kilku rzeczy do domu i załatwić formalności, które wcześniej odkładał. Nawet nie zauważył, kiedy czas minął, a on był już w drodze powrotnej do domu Darlene.
      Stamtąd wracał już w ciszy.

      Światło zachodzącego słońca intensywnie oświetlało asfalt, który prowadził go w kierunku rancza. Droga była pusta, a melodia z radia grała cicho, wręcz nieśmiało. Z domu Darlene do jego było trochę kilometrów, ale nie na tyle, by miało mu się dłużyć. Takie uczucie jednak mu towarzyszyło, być może ze zmęczenia, bo ten dobiegający już końca dzień nie szczędził mu wrażeń. Lubił ciężką pracę i lubił być zajęty, ale marzył już o tym, by móc usiąść w fotelu i choćby na chwilę po prostu się zdrzemnąć. Gdy więc zakręcił już w doskonale znaną sobie uliczkę, jadąc w kierunku rancza, przez moment poczuł spokój i ulgę. Aż zobaczył auto stojące obok ogrodzenia – auto, którego wcale nie znał, z obcą rejestracją i kobietą, której nigdy nie widział.

      Zatrzymał samochód kilka metrów dalej, wyłączając silnik. Muzyka przestała grać, a cisza rancza wydawała się jeszcze głębsza pośród lekkiego szelestu wiatru tańczącego między drzewami. Wyciągnął dłoń po swój kapelusz i wyszedł z auta. Powoli założył kapelusz na głowę, odwracając się w kierunku kobiety. Podchodził do niej spokojnym, pewnym krokiem, aż znalazł się w odpowiedniej odległości – na tyle blisko, by móc dobrze jej się przyjrzeć, i na tyle daleko, by nie naruszać jej przestrzeni.
      Od razu wiedział, że to nie była miejscowa. Co więcej, doskonale wiedział, że nie pochodziła nawet z Camden. Kobieta, która wciąż opierała się o maskę swojego samochodu, dosłownie promieniała wielkomiejską energią. Dawson zlustrował ją wzrokiem, marszcząc czoło, po którym spływały krople potu. W porównaniu z jej eleganckim wyglądem, Miller wyglądał niemal biednie – niebieskawa, flanelowa koszula zakurzona od wcześniejszej pracy na polu, drobinki ziemi wciąż przyklejone do skóry twarzy i ręce szorstkie, lekko porysowane od drewna i narzędzi, zdradzały każdą godzinę spędzoną w słońcu. Podwinął rękawy ku łokciom, wciąż uważnie obserwując obcą sobie kobietę.

      — Potrzebuje Pani pomocy z autem? — zapytał w końcu, unosząc brew ku górze — Czy może czegoś Pani szuka?

      Dawson

      Usuń
  3. Czy kochał Mariesville? Nie. Szanował je, w pewien sposób cenił, ale mieszkał tutaj ze względu na ranczo, córkę oraz z przyzwyczajenia. Jego korzenie były tu zbyt głęboko, by miał to zmieniać, nawet jeśli Mariesville nie było jego ulubionym miasteczkiem. W przeciwieństwie do większości mieszkańców, nie był zakochany w tym miejscu, nawet jeśli uważał je za dobre i całkiem urokliwe. Zapach jabłoni w sezonie nie był jego ulubionym, a sąsiedzkie bliskie relacje, które każdy chwalił, były tylko dobrze wykalkulowaną grą. Rzecz jasna nie u wszystkich, ale wciąż uważał, że nie było to w pełni szczere. Większość ludzi próbowała się do ciebie zbliżyć i oferować pomoc, by potem móc dowiedzieć się czegoś więcej o twoim życiu, a tym samym – mieć powody do najświeższych, najgorętszych plotek. Gdy był na dnie, niejedna osoba miała coś do powiedzenia o jego życiu, począwszy od tego, że jest kopią swojego ojca aż po nazwanie go najgorszym możliwym ojcem dla Ruby. Biedna Darlene, zmarnowane lata życia — mówili, a on to doskonale wiedział. Miał raczej sceptyczne i zdecydowanie zdystansowane podejście do tego miejsca, uchodząc za marudę i zrzędę – zresztą, nie z przypadku…

    Być może dlatego tak bardzo zdziwił się, słysząc że ta obca kobieta chciała zatrzymać się w Mariesville. Trochę czasu jeszcze zostało do sezonu, więc aż trudno było uwierzyć, że pensjonat Wilsonów miał wszystkie pokoje zajęte… Z drugiej strony, w Mariesville ostatnimi czasy nie brakowało przyjezdnych, a wątpił że udało im się znaleźć coś swojego. Bądź co bądź, to dobrze dla nich, bo właścicielka pensjonatu była nadzwyczaj pozytywnym i dobrym człowiekiem. To aż dziwne, że zarówno dla niej, jak i dla Dawsona Mariesville było domem, a każde z nich miało całkiem inne podejście. Jedno łączyło ich jednak na pewno – nie potrafili ominąć człowieka w potrzebie, a kobieta właśnie w takiej sytuacji się znalazła.

    — Muszę przyznać, że ten plan nie brzmi zbyt dobrze — odpowiedział, marszcząc brwi i wciąż dokładnie lustrując kobietę wzrokiem. Nie mógł odmówić jej elegancji, a już tym bardziej piękna i charyzmy, która z niej biła. Jej obraz tym bardziej nie pasował do tego miejsca — Niestety obawiam się, że nic innego nie znajdzie pani w tym miejscu — wyjaśnił szczerze, poprawiając swój jasny kapelusz. Milczał przez chwilę — Chyba towarzyszy pani pech — dodał przekornie.
    Przez moment zastanawiał się, jak czuła się w rozmowie z nim. Była w zupełnie obcym miejscu, poza utartym szlakiem, z dala od cywilizacji. Na horyzoncie nie było zbyt wiele domów, poza jego własnym, a ona wcale go nie znała. Czy się bała? Nie zdziwiłby się, jeśli tak, choć miał szczerą nadzieję, że nie wyglądał podejrzanie czy niebezpiecznie. Mimo wszystko, zrobił jeszcze jeden krok w tył, aby dać jej więcej przestrzeni.

    Gdy usłyszał jej pytanie, kącik jego ust drgnął ku górze. Nie wiedział, czy uznać je za przekorne, całkiem urocze czy może naiwne. Nikt o zdrowym rozsądku w obecnym świecie, szczególnie ktoś będący kobietą, nie próbowałby nawiązywać rozmowy z obcym facetem. Gdyby był na jej miejscu, prawdopodobnie już wsiadłby do auta i wyjechał najszybciej, jak to możliwe. W jej przypadku było jednak inaczej… Jego rozmówczyni zdawała się działać na przekór rozsądkowi.

    A może, wręcz przeciwnie – może miała w tym jednak swój własny cel.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez chwilę nic nie mówił. Przyglądał się jej uważnie, a jego spojrzenie przesunęło się po jej twarzy – najpierw zatrzymało się na jej oczach, potem na uśmiechu, który choć lekki, nie wydawał się do końca beztroski. Jego spojrzenie z kolei nie było nachalne, raczej spokojne, wyrażające cierpliwość człowieka, który całe życie smakował wartość ciężkiej pracy, ale też trudności. Może dlatego rozumiał, że na pewno miała swoje powody, dla których znalazła się akurat w Mariesville.

      — Nie — odpowiedział w końcu — Zatrzymuję się przy osobach, które bez wyraźnego powodu kręcą się przy ogrodzeniu mojego rancza — uniósł lekko brew, nadal jej się przyglądając. Było w niej coś, czego nie potrafił od razu nazwać. Może to mowa jej ciała, jak gdyby przywykła do miejsc, które nie należały do niej. A może ten błysk ciekawości w oczach, który zupełnie nie pasował do kogoś, kto powinien właśnie martwić się, że utknął na ciemnej drodze w środku niczego.

      Dawson odsunął kapelusz nieco do tyłu, jak gdyby chciał widzieć ją jeszcze wyraźniej.

      — A już tym bardziej, gdy wygląda, że pochodzą z zupełnie innego świata niż ja.

      your grumpy farmer 🧡

      Usuń
  4. Dawson przyglądał jej się spod rondla kapelusza i przez chwilę milczał, słuchając uważnie jej słów, choć w zasadzie nie mówiła z początku niczego, co wymagało jego reakcji. Była jednak w jej słowach ta charakterystyczna szybkość, którą można było dostrzec tylko w ludziach z miasta. Zupełnie tak, jak gdyby myśli pchały się na język szybciej, niż ona sama mogła w ogóle zdążyć je uporządkować. Tworzyło to pewien obraz, gdy łączył to sobie z jej wyraźną swobodą, ale w oczach kryło się coś innego niż beztroska. Dawson nie był najlepszy w czytaniu ludzi, ale w tym przypadku nawet głupi zauważyłby, że coś tę kobietę dręczyło. Sęk w tym, że nie wiedział czy było to coś, co rzeczywiście wywróciło jej życie do góry nogami, czy może jednak coś drobnego, co kierowane emocjami wyrosło do gargantuicznych rozmiarów… Tak czy inaczej, to tylko utwierdziło go w tym, że choć kobieta najwidoczniej przy jego ogrodzeniu zatrzymała się przypadkiem, to w samym Mariesville już nie.

    Kącik jego ust drgnął niemal niezauważalnie – nie dlatego, że sytuacja tej obcej kobiety była szczególnie zabawna. Szczerze mówiąc, nie była wcale. Ale sposób, w jaki o niej mówiła, przypominał mu postawę ludzi, którzy starają się opowiadać o czymś poważnym, o czymś dla nich ważnym i niewygodnym, zupełnie tak, jak gdyby była to tylko najzwyklejsza anegdota przy barze. Pech i egzystencjalny kryzys. Te słowa wróciły do niego raz jeszcze, bo dotarło do niego jak lekko, wręcz żartobliwie je wypowiedziała. Tylko, że Dawson nie był głupi, a przez większość swojego życia widział wystarczająco wiele, by wiedzieć, że ludzie używają takich słów jak zasłony dymnej. A nawet jeśli byłby głupi, to wciąż jedno było pewne – ludzie nie trafiali do zabitej dechami dziury, bo mieli pecha.
    Dawson przeniósł wzrok na samochód stojący kilka kroków dalej – nawet jej auto wydawało się tu takie inne i obce. Spojrzał na nią znów. To było pewne, że nie wyglądała na turystkę.

    Wyglądała na kogoś, kto jedzie na tyle długo, aż przestanie myśleć dokąd właściwie się wybiera.

    Znów pozwolił sobie zbadać ją wzrokiem – nie w nachalny czy niegrzeczny sposób, ale taki który wyrażał ciekawość jej osobą, a jednocześnie widoczny dystans. Patrzył na jej ubranie, które wyglądało na dużo droższe niż większość rzeczy, znajdujących się w jego domu. Patrzył na sposób, w jaki stała – pewny, choć potrafił dostrzec zmęczenie gdzieś pod powierzchnią. Nie pasowała tu.

    I chyba oboje o tym doskonale wiedzieli.

    Kiedy kobieta wspomniała o romantycznej nocy z tylną kanapą i krowami, kącik jego ust drgnął nieco wyraźniej. Nie śmiał się, choć był tego bliski, natomiast mimowolnie spojrzał w kierunku pastwiska. Dostrzegł jak jedna z krów poruszyła się w półmroku, potrząsając głową, jak gdyby sama nie była zbyt pewna tej wizji.

    — Rzeczywiście pech, co? — powiedział spokojnie. Jego głos był niski, lekko ochrypły, lecz też dający oznaki zmęczenia. Natomiast same słowa nie były tyle pytaniem, co czymś, co rozbijał w myślach, próbując zrozumieć, czy to słowo naprawdę do tej sytuacji pasuje. Co więcej, czy zaczęło też pasować do jego własnej…
    Wyprostował się i spojrzał znów w kierunku kobiety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Mogę panią pocieszyć tym, że krowy raczej nie są typem, który zagląda ludziom do samochodu w środku nocy — odezwał się, nieco przekornie. Z dwojga złego, lepiej tak, niż płakać nad jej sytuacją, o której zresztą praktycznie nic nie wiedział prócz tego, że najwidoczniej ta piękna kobieta nie miała pomysłu na swój własny plan — Choć chyba pocieszy panią bardziej, że Mariesville nie jest miejscem, gdzie ludzie zostawiają obcych na poboczu drogi — wyjaśnił i spojrzał raz jeszcze na rejestrację jej samochodu — Nawet jeśli przyjechali z drugiego końca kraju.

      Przez moment panowała krótka cisza, w której tle rozbrzmiało nie tylko muczenie krów, ale i dźwięki owadów, które powoli budziły się wraz z nadejściem wieczoru. Dawson wiedział, że to już pora, by zaprowadzić zwierzęta do boksów.

      — Po drugiej stronie miasteczka są domki letniskowe — powiedział w końcu — Problem tkwi w tym, że nie jestem pewny, czy o tej porze wynajmują. A nawet jeśli, recepcja nie jest tam otwarta do późna — wyjaśnił spokojnie.

      Spojrzał na zegarek, który nosił na prawej ręce. Robiło się późno. Westchnął pod nosem, bardziej do siebie niż do niej i przesunął dłonią po karku. Sprawiało to wrażenie, że dopiero teraz w pełni docierał do niego ciężar tej sytuacji. Raz jeszcze spojrzał na samochód z obcą rejestracją. Na kobietę, która o pechu mówiła jak o zwykłej niedogodności.

      I na drogę, przy której nie zostawiało się ludzi tak po prostu na noc.

      A nawet jeśli, to przecież on tak nie potrafił. W końcu skinął więc lekko głową, jak gdyby na wyraz właśnie podjętej decyzji – albo chociaż wymyślenia sensownej propozycji.

      — Wygląda na to, że pech nadal się pani trzyma — zauważył, a kącik jego ust uniósł się ku górze, nie tyle w uśmiechu, co przekornym grymasie — Chyba, że ma pani chęci spróbować szczęścia jeszcze raz — dodał, wskazując brodą w kierunku swojego rancza — Moje ranczo to nie agroturystyka, ale mam wolny pokój nad warsztatem. Nic eleganckiego, ale na jedną noc na pewno będzie lepsze niż noc w aucie — zaproponował, patrząc na nią tak, jak gdyby właśnie zaproponował coś zupełnie zwyczajnego. Choć, szczerze mówiąc, właśnie tak było, bo mieszkańcy Mariesville tak przecież robili… A on, chcąc nie chcąc, mieszkańcem tego miejsca był już niezmiennie od swoich narodzin. Rzecz w tym, że zaproszenie nieznajomej na noc do swojego domu nie tylko było jedną z tych rzeczy, które w Mariesville robiło się rzadko, ale też czymś, co i dla niej mogło być podejrzane.

      — Więc ma pani dwie opcje — kontynuował — Mi jest to raczej obojętne, obiecuję że nie jestem seryjnym mordercą — powiedział z lekkim rozbawieniem w głosie, po czym odwrócił się w kierunku swojego auta i podszedł do drzwiczek od strony pasażera.

      — Jeśli zdecyduje się pani na moją propozycję, proszę jechać za mną — poinformował — No chyba że naprawdę chce pani sprawdzić, jak romantyczna jest tylna kanapa — dodał z nutą rozbawienia, po czym wszedł do samochodu.

      Dawson 🧡

      Usuń
  5. Skłamałby, gdyby powiedział, że nie do końca rozumiał, co zaproponował. Rozumiał przecież doskonale, że ta sytuacja najpewniej była dla niej zarówno dziwna, jak zresztą sama przyznała, ale też mogła budzić pewne wątpliwości. Dawson z kolei nie robił z tego większego problemu, decyzję zostawiając w jej rękach – dał jej wolny wybór. Miała szansę zgodzić się i bezpiecznie nocować w jego domu, a on sam wcale się tego nie obawiał. Szczerze mówiąc, mimo iż była dla niego całkiem obcą osobą, to nie sądził, że miał do czynienia z kimś o wątpliwych pobudkach. Ona szczerze wydawała się zagubiona, a on z czystej dobroci chciał jej po prostu pomóc. Równie dobrze tę propozycję mogła po prostu odrzucić, a on… Cóż, nie zrobiłby z tego większego problemu, bo rozumiał. Chciał pomóc, ale też nie był jak reszta mieszkańców tego miasteczka, którzy zapewne zaczęliby nalegać tak bardzo, aż kobieta złamałaby się pod tą presją i duszącą gościnnością. U niego było inaczej – zaproponował jej to z chęci pomocy, a nawet współczucia, ale na pewno nie z gościnności. Dawson nie lubił ludzi ani nie był gościnny. Choćby dlatego Miller Ranch nigdy nie stało się ani miejscem noclegowym, ani atrakcją turystyczną – mimo, że odkąd pamiętał, to zawsze było marzeniem jego matki. Betty Miller miała wielkie marzenia co do tego miejsca. Widziała je jako oazę dla tych, którzy szukali bliskości natury, smaku tradycyjnych dań i ciepła domowego ogniska. Ta wizja była bliska jej sercu, bardzo wyraźna w jej umyśle i tak żywa, że swego czasu, gdy Dawson był jeszcze nastolatkiem, sam o tym zamarzył. Jednak jego ojciec szybko zabił ten entuzjazm w jego matce, a potem choroba, która zabrała ją zbyt szybko z życia syna. A on? On został z tym wszystkim sam, jak palec, ze zgorzkniałą babcią u swego boku. Wiedział, że matka byłaby z niego dumna, gdyby zrealizował jej marzenie. Ale nie potrafił.
    Teraz jednak nie tyle co zaskoczył sam siebie, ale na pewno zrobił coś, za co jego matka posłałaby mu uśmiech pełen zadowolenia i uznania.

    Niemniej, Dawson z pewnością nie miał zamiaru cokolwiek na kobiecie wymuszać. Dał jej przestrzeń do podjęcia decyzji i po prostu czekał chwilę dłużej, aż ona sama w końcu doszła do tego, jak spędzi swoją noc. Słysząc, że przyjęła jego propozycję, na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Sam nie do końca rozumiał dlaczego, skoro pomimo tej życzliwości, którą jej okazał, jednak w pewnym stopniu było mu obojętne, co wybierze… Może było to spowodowane tą ironią losu, która przyprowadziła tę obcą, zagubioną kobietę właśnie do niego. Przecież w Mariesville było o wiele więcej lepszych osób, które szczerze okazałaby jej gościnność i prawdziwy smak tego miejsca. Dawson nie był, rzecz jasna, złym człowiekiem. Był marudny i zrzędliwy, ale nigdy nie przeszedłby obojętnie obok człowieka w potrzebie, więc dlatego też nie zrobił tak względem tej kobiety. To wszystko jednak wciąż było zabawną ironią losu, bo w duchu był przekonany, że gdyby miała jeszcze inny wybór, to noc w pokoju nad warsztatem Dawsona Millera nie byłaby dłużej konieczna.

    — Nie — odpowiedział, choć dobrze wiedział, że kobieta żartuje — Ma pani za to w pakiecie naturalny budzik w postaci koguta, muczące krowy i zapach wsi o poranku, więc polecam się na to przyszykować — wyjaśnił, posyłając jej lekko rozbawiony uśmiech, a jednocześnie taki, który jasno sugerował, że akurat w tej części nie przesadzał ani trochę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez chwilę przyglądał jej się w milczeniu, jak gdyby z opóźnieniem docierały do niego jej kolejne słowa. Zastanawiał się, czy rozumiała, że proponował jej tylko jedną noc, co oznaczało, że rano pomoże jej w znalezieniu noclegu i na tym skrzyżowanie ich dróg zakończy się, a każde z nich pójdzie w swoją stronę. Bynajmniej nie miał zamiaru opowiadać jej historii swojego życia, a już na pewno nie odczuwał takiej potrzeby. Uśmiechnął się więc tylko, marszcząc brwi, jak gdyby wciąż przetrawiał brzmienie tych słów. Oczywiście, w żaden sposób go to nie ubodło, po prostu nie był przyzwyczajony do takich reakcji. Jego sąsiedzi mieli w zwyczaju od niego uciekać, tylko nieliczni szczerze go doceniali i poświęcali kilka minut swojego dnia na rozmowę. Być może właśnie dlatego pozwolił tym słowom po prostu zawisnąć w powietrzu, bo sam wcale nie uważał się za człowieka z ciekawą historią.

      Ona z kolei… Cóż, to już inna bajka. Nie był tylko pewny, czy taka którą mógł poznać. I czy w ogóle chciał.

      Gdy kobieta przedstawiła się, odniósł wrażenie, jak gdyby pierwsze lody zostały przełamane – a to już coś. Andy. Spojrzał w jej kierunku i pomyślał, jak dobrze to imię do niej pasowało… Nie wiedział dlaczego. Tak czy inaczej, na pewno pasowało bardziej niż zagubiona miastowa przy jego ogrodzeniu.

      — Andy — powtórzył, jak gdyby sprawdzał brzmienie jej imienia w ustach. Uśmiechnął się i skinął głową — Dawson — w końcu też sam się przedstawił, po czym wsiadł do auta, znikając z zasięgu jej wzroku.
      Silnik niebieskiego pickupa rozbrzmiał, kiedy przekręcił kluczyk. Światło reflektorów przecięło ciemność, przesuwając się po drodze, ogrodzeniu i fragmentach pastwiska. Dawson zerknął raz jeszcze w boczne lusterko, upewniając się, że Andy rzeczywiście jest w swoim samochodzie. Dopiero wtedy powoli ruszył w stronę drogi prowadzącej na ranczo.

      Na miejscu znaleźli się chwilę później, gdy przejechali przez bramę znajdującą się kilka metrów od ogrodzenia, przy którym chwilę wcześniej rozmawiali. Dawson podjechał, tak jak zawsze, pod swój dom, zostawił jednak miejsce, aby brunetka mogła swobodnie zaparkować swoim samochodem. Gdy jej auto zatrzymało się przy jego, Dawson wziął głęboki oddech. Reflektory jego pickupa oświetlały jasny budynek, do którego zaraz miał wpuścić nieznajomą. To było nadzwyczaj dziwne uczucie, biorąc pod uwagę, że poza Ruby, rzadko kiedy jakakolwiek kobieta przekraczała próg jego domu. Na samą tę myśl zaśmiał się cicho pod nosem, po czym zgasił samochód. I znów nastała ciemność.

      Wyszedł powoli z auta, niemal odruchowo kierując wzrok w stronę kobiety, która już rozglądała się po polu i pastwiskach. Przez moment patrzył na nią z zaciekawieniem, zastanawiając się nie tyle, co myślała o tym miejscu, ale jak się w nim czuła. Domyślał się bowiem, że dla niej był to z pewnością zupełnie inny świat, jak gdyby wyrwany żywcem z oklepanych seriali i filmów. Tam przecież wszystko było takie łatwe, w prawdziwym życiu – niekoniecznie.

      Usuń
    2. Dawson podszedł bliżej kobiety, pierwszy raz od momentu ich osobliwego spotkania.

      — Andy — pozwolił sobie zwrócić się do niej bezpośrednio jej imieniem — Wezmę twoje bagaże, jeśli je masz, i wejdźmy do domu. Stamtąd zaprowadzę cię do pokoju, dobrze? — wyjaśnił. Było to na swój sposób zabawne, biorąc pod uwagę, że robił to głównie dlatego, by czuła się bezpiecznie — Od razu zaznaczam, że choć pokój jest wolny, to mogą być w nim… ślady użytkowania — wyjaśnił, bo w tym wszystkim przypomniał sobie nagle, że pokój nad warsztatem od czasu do czasu przestawał być tak naprawdę wolny. Niewątpliwie był wolny tej nocy, ale Ruby czasami lubiła tam zaglądać, gdy uznawała, że jej własny pokój jest zbyt nudny. Czasem zostawiała tam szkicownik, czasem sweter, a czasem ślady swojej krótkiej artystycznej rewolucji w postaci scenariuszy, które odgrywała na zajęciach teatralnych. Dawson wziął w ręce walizkę, na którą wskazała Andy — Moja córka lubi tam czasem buszować — wyjaśnił, posyłając kobiecie delikatny uśmiech. Pomyślał, że może ten szczegół też ją uspokoi. Z jakiegoś powodu kobiety były skłonne ufać mężczyznom, którzy mieli córki. Cóż, przynajmniej tak mu się wydawało.

      — I mam nadzieję, że nie boisz się psów — dodał na koniec, gdy oboje stanęli już przed drewnianymi drzwiami do domu.

      Dawson 🧡

      Usuń
  6. [Nie chcę nic mówić, ale Andy to wcale lepiej nie ma. Stracić imperium, nad którym tyle się pracowało, takie jej dziecko, którym żyła - to musi być straszne. Dziś masz wszystko, a jutro nawet nie wiesz, kim jesteś. Na szczęście znalazła się w Mariesville, a tutaj wszystko jest możliwe.

    Masz może jakiś pomysł, jak można by połączyć nasze panie? Dahlia sama mieszkała w większych miastach, zna zgiełk i ciągły chaos, ale wcale za tym nie tęskni. To, co na teraz wpadło mi do głowy, to taka koleżeńska próba pomocy w odnalezieniu się w nowej rzeczywistości.]

    Dahlia

    OdpowiedzUsuń
  7. — Widzę, że humor dopisuje — zauważył, mówiąc te słowa z lekkim, choć wciąż zdystansowanym tonem. Gdy jednak Andy odniosła się do Ruby, w zasadzie nie bardzo wiedział, co miał jej odpowiedzieć. Znał swoją córkę, Ruby jednak każdego dnia stawała się coraz bardziej zaskakująca… Miała szesnaście lat, zmieniała się. Dorastała, jej emocje wariowały, a jednocześnie cechy osobowości, poglądy i marzenia zaczęły rozgaszczać się w jej sercu i umyśle. Dawson nie zawsze potrafił się w tym wszystkim odnaleźć, choć za wszelką cenę próbował, nawet jeśli oznaczało to, że nie raz i nie dwa musiał się sparzyć. Nie był więc do końca pewien jakiej reakcji miałby się spodziewać po córce, gdyby zobaczyła obcą kobietę nocującą nad warsztatem jej ojca… Nie musiał się jednak o to martwić, bo Ruby raczej nie miała szansy poznać Andy, skoro kobieta miała tutaj zostać tylko na jeden raz, a córka już oznajmiła, że na pewno nazajutrz jej nie będzie.

    — Nie powinno być problemu — odpowiedział — Staramy się wychowywać córkę na kogoś o dobrych manierach — wyjaśnił, posyłając jej ciepły uśmiech. I chyba tyle starczyło, bo przecież nie musiał jej tłumaczyć, że nastolatka zwykle nocuje w swoim pokoju u matki, bo tam mieszka na stałe. Nie musiał mówić o rozwodzie, o niesnaskach z Darlene, o tym jak od kilku długich lat współrodzicielstwo wydaje się przerastać ich obu.

    Poza tym, nawet nie wiedział czy w ogóle by tego chciał.

    Kiedy kobieta zaczęła wymieniać rasy z rosnącym zaangażowaniem, kącik jest ust drgnął niezauważalnie. Ten krótki, choć wciąż mimowolny odruch, był czymś, co pojawiło się zanim w ogóle zdążył zareagować, a co dopiero to powstrzymać. Mimowolnie obejrzał się za siebie, słysząc w jej głosie ten nagły entuzjazm. Było w tym coś rozbrajającego, bo nie był to ten uprzejmy przejaw zainteresowania, który wypadało okazać, aby nie sprawić komuś przykrości. W tonie kobiety, w sposobie jaki zareagowała na wiadomość o psie, a wcześniej to jak obserwowała otoczenie, było coś szczerego – coś niemalże dziecięcego, jak gdyby sama myśl o psie czy widok gwiazd była wystarczającym i naprawde dobrym powodem do autentycznej, głębokiej radości. Dla Dawsona był to już chleb powszedni, on sam nie znał innego życia, a ta mieścina i to ranczo było jego światem. Siłą rzeczy nauczył się dość szybko doceniać małe rzeczy, czerpać z nich większą czy mniejszą przyjemność i iść jakoś przez to życie… Ci jednak, którzy żyli w mieście, tak jak Andy, mogli postrzegać takie realia, jako inne. Może trochę dziwne, a może właśnie warte tego entuzjazmu, który rozbrzmiał w głosie brunetki. Dawson patrzył więc na nią jeszcze przez chwilę, zanim otworzył drzwi, jak gdyby próbował zdecydować, czy ten entuzjazm i to, jak dużo mówi, jest szczere, czy może po prostu nie potrafiła znieść ciszy.

    Andy jednak wyglądała na zupełnie szczerą.

    — Trafiłaś — powiedział, chwytając za klamkę — Border collie. Wabi się Bandit — dodał. Jego głos był niski, a ton spokojny, zupełnie tak, jak gdyby mógł o czymś oczywistym. Kiedy jednak wspomniał imię psa, w jego głosie pojawiło się coś cieplejszego… Niemal to samo, co wybrzmiało w jego tonie, gdy wspomniał o córce. A zabrzmiało to naturalnie, bo mówił przecież o kimś, kto od dawna należał do jego codzienności. A tak przecież było… Bandit nie był tylko psem, który pomagał mu na ranczu. Był jego ukochanym, czworonożnym przyjacielem, pomocnikiem i towarzyszem – był jego rodziną.
    Dawson nawet nie musiał go szukać, doskonale wiedział, że Bandit pewnie już leżał przy drzwiach do warsztatu. Zawsze tam był, już od szczenięctwa, gdy uznał, że to najlepsze miejsce na wyczekiwanie swojego pana i doglądanie stada.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdy weszli do środka domu, stare drewno odezwało się cichym skrzypnięciem pod ciężarem jego kroku.

      — Bandit pewnie jest przy drzwiach od warsztatu, zawsze tam czeka, gdy nie ma mnie w domu — oznajmił — A to są moje skromne progi — dodał. Nie mógł jednak pozwolić sobie na pełne oprowadzenie jej po każdym zakamarku tego miejsca. Robiło się późno, a go czekało jeszcze kilka wieczornych obowiązków. Poza tym, nie widział takiej potrzeby. Skierował się więc bezpośrednio w lewo, przechodząc przez kuchnię, która z kolei była jego łącznikiem z warsztatem. To właśnie tamtędy, przez zielone drzwi, wychodził na tył domu, który prowadził w stronę jego warsztatu. Budynek był bardzo blisko, ale od jakiegoś czasu pozostawał oddzielony płotem od podjazdu. Niestety, jego zwierzęta miały nawyk kręcenia się wokół, co nie do końca było mu na rękę.
      Dawson ruszył w kierunku kolejnych drzwi, a walizka w jego dłoni wyglądała niemal absurdalnie lekko. Niósł ją bez wysiłku, jak gdyby była po prostu pustą torbą. Z kolei brązowo-biały pies, który wybudził się z czuwania, z zaciekawieniem obserwował swojego pana i obcą kobietę, aż w końcu… ruszył.

      — Oto i on — oznajmił, a w jego głosie pojawiła się nuta czegoś, co można było nazwać dumą. Bandit najpierw poruszał się powoli, z charakterystyczną dla psów jego rasy ostrożnością. W końcu przyspieszył, a jego ogon uniósł się wyżej na wyraz rosnącego zainteresowania. Zatrzymał się jednak kilka kroków przed nimi, głowę lekko przechylając w bok, za to czarne, błyszczące oczy wbił najpierw w swojego pana, jak gdyby czekając na nieme potwierdzenie, że wszystko było w porządku. Dopiero kiedy Dawson rzucił ciche ”już dobrze” w jego kierunku, pies ruszył ostatnie dwa kroki, ocierając się bokiem o jego nogę, tym razem już uważnie obserwując Andy. Nie zaszczekał na nową osobę, która właśnie pojawiła się na jego ranczu. Jeszcze.

      — To mądry pies, lubi ludzi, ale trzeba sobie zapracować na jego zaufanie — poinformował kobietę, kierując się już w stronę drzwi, aż w końcu przed nimi stanął. Sięgnął do kieszeni po klucz, a potem włożył go do zamka i przekręcił — To mój warsztat — wyjaśnił, od razu prowadząc Andy w stronę drewnianych drzwi, które prowadziły do pokoju. Bandit również wybrał się na górę. W końcu znaleźli się już w pomieszczeniu, którego drzwi otworzyły się cichym stuknięciem. Dawson zapalił światło, a wnętrze pokoju wypełniło się miękkim ciepłym blaskiem. Wszedł do środka i odstawił walizkę obok łóżka.
      Pokój był prosty, z drewnianą podłogą i skośnym sufitem podtrzymywanym przez grube belki. Jedno, szerokie okno było widokiem na pastwisko, na którym spokojnie wypoczywały krowy, które Dawson za niedługo miał przygotować do snu. Pomieszczenie nie wyglądało na takie, które było przygotowane z myślą o gościach, a raczej jako dodatkowe miejsce na sen czy wypoczynek. Drobne ślady obecności Ruby tylko to potwierdzały, na biurku bowiem leżał szkicownik, a obok znajdowało się kilka ołówków. Na oparciu krzesła natomiast wisiała jasna bluza, a na parapecie stał słoik z polnymi kwiatami, które Ruby uzbierała kilka dni wcześniej. Bukiet zaczynał już lekko więdnąć. To sprawiło, że dopiero do niego dotarło, że od dwóch dni w ogóle nie wchodził do tego pomieszczenia. Zresztą, nie wchodził tu już od dawna, chociażby nie po to, by odpocząć czy uciec gdzieś myślami. To już było zadanie Ruby, choć niegdyś, gdy jeszcze był w jej wieku, robił to samo. Kochał ranczo, ale jednocześnie było dla niego przypomnieniem wszystkiego, co nie udało się w jego życiu – począwszy od relacji rodzinnych aż po małżeństwo. To pomieszczenie, jak i cały warsztat, było jego oazą przy każdym wybryku ojca. Będąc dzieckiem, chował się w tym pokoiku, by nie widzieć pijanego Roy’a. A jako nastolatek ukrywał się tu, gdy widok schorowanej matki za bardzo go przytłaczał… W końcu przestał przychodzić tutaj po swoisty ratunek; po prostu nauczył się z tym wszystkim żyć.

      Usuń
    2. Dawson podszedł do okna i lekko je uchylił. Do środka wpadło chłodniejsze, nocne powietrze pachnące trawą, ziemią i drzewami owocowymi. Przez moment stał tak w ciszy, opierając dłonie o parapet. A potem odwrócił się z powrotem do Andy. Kobieta wciąż wyglądała tu jak ktoś z zupełnie innego świata… Była taka elegancka, atrakcyjna i urokliwa, sprawiając wrażenie zbyt drogiej i cennej, by nocować w tak prostym miejscu. Miękkie światło świecącej lampy podkreślało sylwetkę kobiety, jednocześnie zdradzając zmęczenie malujące się na jej twarzy, które tak usilnie próbowała ukryć.

      — Niestety poza pokojem i warsztatem na dole, nie ma tu nic więcej — poinformował — Domyślam się, że chciałabyś się odświeżyć i przygotować do snu. Możesz skorzystać z łazienki i kuchni w domu, jak widzisz to tylko kilka kroków dalej — poinformował — Domyślam się też, że to niezbyt wygodne rozwiązanie, ale cóż, zawsze coś — dodał, wzruszając ramionami. Na chwilę zapadła cisza, przerywana tylko odległym dźwiękiem wiatru przesuwającego się po drzewach i cichym szelestem liści. Mężczyzna, z psem u swojego boku, skierował się w stronę w drzwi.

      — Czeka mnie jeszcze trochę obowiązków — poinformował — Zejdę na dół i poczekam na ciebie. Jak będziesz gotowa, pójdziemy razem do mojego domu i pokażę ci, gdzie jest łazienka — dodał, wsuwając dłonie do kieszeni dżinsów i przyglądając się Andy z tym samym spokojem, z którym od początku obserwował jej obecność na swoim ranczu.

      Dawson 🧡

      Usuń
  8. [ano, ale idzie... mam nadzieje, że w dobra stronę.
    Cześć i czołem ;) Dzięki za przywitanie. Zapraszamy na kawkę. Ines z chęcią by się pouczyła nowych przepisów w wolnych chwilach.
    Chętna na dodatkowa parę rak do pracy w ramach darmowego rabatu dla stałej klientki?]

    Ines

    OdpowiedzUsuń
  9. Dopiero, gdy przyprowadził ją do tego pokoju, zrozumiał, że to nie było po prostu jakieś miejsce nad warsztatem. Poza tym, że te ściany widziały dorastającego Dawsona Millera, to widziały też chwile, gdy zdecydowanie zbyt szybko wszedł na drogę dorosłości. To tutaj przyprowadzał dawnych znajomych, pierwszą dziewczynę czy szkicował pierwsze projekty drewnianych figurek. A później to wszystko poszło w zapomnienie – bynajmniej nie ze złych pobudek, a przez czystą prozę życia. Dopiero po jakimś czasie to miejsce stało się własnym kątem Ruby, bo to tutaj przeżywała i dobre, i złe chwile. Tutaj przynosiła swoje lalki i inne zabawki, tutaj zaczynała rysować pierwsze szkice, by potem ukradkiem chować kawałki drewna pod łóżkiem. Wciąż to pamiętał – tę małą, ciemnowłosą dziewczynkę, która z dumą powtarzała, że będzie stolarzem, jak tata. Teraz już włosy miała farbowane na blond, nie marzyła o stolarstwie, a jedyne czego pragnęła, to wyrwać się z oderwanego od świata Mariesville. Czasem tęsknił za tą cząstką jej osobowości, która kochała spokojne życie na wsi… Jednocześnie rozumiał, dlaczego było już inaczej. Być może właśnie dlatego ten pokój przynosił tyle ciepłych uczuć, bo najwidoczniej jeszcze tutaj Ruby Miller pozwalała dojść do głosu tej małej dziewczynce będącej gdzieś w środku tego wszystkiego zwanego nastoletnim buntem.

    — Tak, jest w tym całkiem dobra — odpowiedział, przytakując z uznaniem — Zresztą w wielu rzeczach jest dobra, szczególnie w wypiekach — dodał – Ale Ruby na ten moment rozmarzyła się o Broadwayu, teatrze i aktorstwie, więc chyba to wszystko inne jest już tylko dodatkiem — wyjaśnił, z uśmiechem na twarzy. Mówił w zgodzie z prawdą… Ale czasem trudno było mu to zaakceptować. Darlene miała do tego inne podejście, choć rozumiał dlaczego. Jego była żona pochodziła z domu, w którym rodzice narzucali jej wiele, próbując pisać jej życie od maleńkości. Najpierw miała być dobrą córką, bardzo dobrą uczennicą, ale nie na tyle, by iść na studia, bo po co? Potem miała być dobrą żoną i jeszcze lepszą matką… A gdy zdecydowała się odejść, nie mogła liczyć na wsparcie rodziców, który uznali jej wybór za szalony, feministyczny wybryk. Dawson wciąż jej tego współczuł, bo choć miała rodziców fizycznie, duchowo i emocjonalnie byli bardzo daleko. Nie dziwił się więc jej metodom wychowawczym… Rzecz jasna, była dobrą mamą, nawet bardzo, ale czasem miał wrażenie, że pozwalała Ruby na zbyt wiele. A może to po prostu on sam był zbyt surowy i zbyt nadopiekuńczy?

    Gdy usłyszał serdeczne słowa podziękowania, które wypłynęły z ust Andy, najpierw miał wrażenie, że się przesłyszał. Następnie dotarło do niego, co się stało, choć przecież wcale nie było to czymś wyjątkowym. Nie uważał też, żeby Andy nie potrafiła dziękować, nie w tym rzecz. Chodziło raczej o to, że słyszał to rzadko, ale też sam tego nie potrzebował. Miał poczucie, że zrobił to, co słuszne i co zrobiłby każdy, lub przynajmniej każdy, na jego miejscu. Głos Andy jednak świadczył, że naprawdę była mu wdzięczna. Przez moment zaczął się zastanawiać, czy może, tak jak on, i ona całe życie musiała radzić sobie sama? Kto wie, może łączyło ich więcej niż dzieliło. Tego jednak miał się nie dowiedzieć, bo przecież to była tylko jedna noc.

    Krótko skinął głową, bez żadnych słów, po czym poprawił kapelusz, który wciąż był na jego głowie i zszedł na dół.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszedł do kuchni, od razu biorąc się za przygotowanie kawy. Nie był fanem herbaty, a choć był już późny wieczór, to wciąż czekała go praca. W zasadzie zawsze miał na nią siły; choć bywały dni, gdy nie miał na to ochoty albo po prostu, zwyczajnie po ludzku był zmęczony, to nie dawał odpocząć swojej ręce. W pewnym momencie zauważył nawet, że kawa przestała działać… Była tylko jakimś efektem placebo, który wmawiał jego umysłowi, że ma paliwo do działania, choć prawdą było, że nawet i bez paliwa nie mógłby się zatrzymać.
      Stanął obok blatu przy oknie, pijąc małą czarną kawę, a jego myśli rozpoczęły bieg, jak gdyby chciał w myślach poukładać to, co jeszcze zostało do zrobienia. Najpierw konie i krowy, które musiał zamknąć w boksach i upewnić się, że wszystkie są na miejscu. Kury też nie mogły zostać na zewnątrz, więc musiał zaprowadzić je do kurnika. Spodziewał się, że jak zawsze trochę będą oporne, jak gdyby specjalnie chciały wystawić jego cierpliwość na próbę. Potem stodoła – sprawdzić, czy każde drzwi zamknięte i zabezpieczone, bez wyjątków. Mimowolnie skierował wzrok w stronę okna, jak gdyby chciał zobaczyć ogrodzenie przy pastwisku, choć jedyne co dostrzegał, to swoje własne delikatne odbicie. Wiedział, że jeszcze musi je sprawdzić, tak na wszelki wypadek. Bandit już czekał w gotowości, by mu pomóc, a potem by dać przestrzeń Dawsonowi, aby go nakarmił i zrobił z nim krótkie obejście terenu, bardziej z przyzwyczajenia, niż potrzeby. Narzędzia… Rzucił krótkie spojrzenie w ich stronę, wiedząc, że powinien odłożyć je na miejsce, choć zmęczenie ciążyło mu w ramionach. Na końcu światła — zgasi wszystko na podwórzu, zostawi tylko jedno przy ganku, jak zawsze oraz tego wieczoru wyjątkowo nad oknem warsztatu. Dla Andy.
      Stał jeszcze chwilę w ciszy, jakby sprawdzał, czy o niczym nie zapomniał, zanim pojawiła się niespodzianka tego wieczoru, czyli Andy. Spojrzał w jej kierunku, posyłając jej delikatny uśmiech, dostrzegając że najwidoczniej czuła się już przy nim bezpiecznie.

      — Tak jak mówiłem, Bandit lubi ludzi — oświadczył, dopijając kawę — Nawet tych, których nie zna — dodał, po czym ruszył, dając znak psu, aby czekał na niego przy drzwiach. Zaraz po tym Dawson ruszył, prowadząc Andy w kierunku łazienki. Jego dom nie był duży, ale też nie za mały. Był wystarczający dla małej rodziny, a tym bardziej dla niego samego. Łazienka znajdowała się zaraz za kuchnią, była mniejsza niż ta, co znajdowała się na piętrze. Tam jednak zadziało się coś z hydrauliką, a on nie miał czasu jeszcze się tym zająć. Poza tym, na piętrze była skromna jadalnia, salon, pralnia oraz spiżarnia. Na górze z kolei sypialnia oraz pokój Ruby, który od jakiegoś czasu zaczynał ją drażnić. Proponował remont, ale nie była zainteresowana.

      — Możesz zajmować łazienkę, ile chcesz — odpowiedział na jej poprzednie zapewnienia — Jesteś gościem, a ja i tak jeszcze trochę czasu będę na dworze — poinformował, po czym zamknął za nią drzwi. Domyślił się, że kobieta prawdopodobnie nie spędzi w łazience pięciu minut, i chociaż niewątpliwie nie miała zamiaru przesadzić z czasem, tak jak miała w zwyczaju jego córka, to chciał dać jej przestrzeń, by czuła się po prostu swobodnie. Korzystając również z tego, że kobieta była w łazience, poszedł do pralni, skąd wyciągnął świeżą kołdrę i pościel. Darlene zawsze zwracała uwagę na takie rzeczy, a on to zapamiętał i wyrobił sobie taki nawyk w przypadku gości, nawet jeśli miał ich rzadko. W miarę szybko więc poszedł do pokoiku, w którym miała spać Andy, i wymienił jej pościel na świeżą. Bandit w tym czasie czekał w kuchni na swojego pana, a gdy Dawson wyszedł z pokoju, nie miał zamiaru czekać ani chwili dłużej. Siłą rzeczy już i tak miał lekkie opóźnienie. O tej porze zwykle zwierzęta już były w stodołach, wszystko było pozamykane i posprawdzane, a Bandit kończył ostatni obchód u boku swojego pana. Na samą myśl, Dawson westchnął ze zmęczenia. Wyszedł się na zewnątrz i od razu zajął się wypakowywaniem wszystkich licznych zakupów.

      Usuń
    2. Gdy zdążył już wszystko wypakować i pochować, wszedł na chwilę do kuchni. Dopił resztkę kawy, po czym szybko wymył kubek w zlewie. Ku jego zaskoczeniu, Andy pojawiła się u progu drzwi. Odświeżyła się dość szybko, co miało sens, biorąc pod uwagę zmęczenie, które z pewnością odczuwała. Dawson domyślał się, że jedyne o czym myślała, to o tym, aby położyć się do łóżka. Spojrzał w jej kierunku badawczym wzrokiem, jak gdyby bardzo wyraźnie analizował całą jej postawę. Doszedł do wniosku, że pod tą wersją panny z miasta kryło się nie tylko fizyczne zmęczenie.

      — Dobrej nocy — odpowiedział, odprowadzając ją wzrokiem. Gdy zniknęła, Dawson wymienił spojrzenie ze swoim psem, po czym westchnął głośno — No to co, Bandit, lecimy do pracy, hm? — powiedział, na co pies wesoło zamerdał ogonem. Cóż, z ich dwójki niewątpliwie jedno naprawdę kochało pracę. Dawson więc ruszył na podwórze, zbierając się do pracy.

      Jego noc, choć z lekkim opóźnieniem, wyglądała tak samo, jak zawsze… Z tym, że tym razem, wykonując każde z zadań, myślał o tej tajemniczej obcej sobie kobiecie, która prawdopodobnie spała już w łóżku nad warsztatem. Sprawdzając więc ostatnie z ogrodzeń i zamykając główną bramę, po tym jak skończył już każde z zadań, mimowolnie spojrzał w kierunku okna pokoju nad warsztatem. Zmarszczył brwi, patrząc tam o chwilę za długo, aż powolnym krokiem ruszył w stronę domu. Jego ramiona spięły się ze zmęczenia, a mrużące się oczy zdradzały potrzebę snu. Ostatni raz spojrzał na warsztat, myśląc o Andy. Kim tak naprawdę była ta kobieta, której nazwiska nie znał, a która niespodziewanie wzbudzała w nim ciekawość?

      Dawson 💫

      Usuń
  10. [Nie będę kłamać, ja też rozumiem Tessę. Rozumiem też Andy, która spakowała swoje życie w walizkę - w gruncie rzecz, motyw ucieczki łączy ze sobą Moor i Sullivan. Na ten moment nie mam pomysłu innego, niż coś związanego z pracą Tess, jeśli wpadnę na coś innego (albo Ty masz jakiś pomysł) to dam znać - gdybyś preferowała kontakt mailowy: highoctanewater@gmail.com]

    Tessa

    OdpowiedzUsuń
  11. Bandit pojawił się przy drzwiach, zanim Dawson w ogóle zdążył sięgnąć po klamkę. Wyszedł pierwszy, z nosem przy ziemi, jak gdyby sprawdzał, czy noc nie zostawiła po sobie niczego niepokojącego. Powietrze było jeszcze chłodne i ciężkie od porannej wilgoci, a niebo było wciąż granatowe, powoli zapraszając pierwsze oznaki charakterystycznego szarzenia, odliczając ostatnie chwile do świtu. Cisza na ranczu była tak pełna, że każdy krok Dawsona wydawał się głośniejszy niż powinien. Zwierzęta spały jeszcze w stodołach, tylko kury i kogut powoli wyczuwały zbliżający się świt. Między innymi właśnie dlatego, choć było to jego zwyczajem, skierował się najpierw w stronę kurnika. Bandit natychmiast go wyprzedził, zataczając koło zanim zatrzymał się przy samym wejściu. Było już słychać ciche, choć nerwowe poruszenie – przesuwanie pazurów po drewnie czy trzepotanie skrzydeł. Dawson uchylił klapę, a kogut wyskoczył niemalże od razu, jak gdyby czekał na to od dłuższej chwili. Ptak zatrzymał się na chwilę, wyprostowany i czujny niczym pan tej części ziemi, po czym ruszył przed siebie. Za nim zaczęły wysypywać się kury, jedna po drugiej, w znajomym, chaotycznym rymie. Dawson odsunął się, by móc pozwolić im mijać się i poruszać bez przeszkód. Na chwilę zatrzymał wzrok na obejściu, by zobaczyć możliwe oznaki i pozostałości po nieproszonych gościach. Wszystko było jednak na swoim miejscu.

    Ruszył więc dalej, tym razem w stronę stodoły. Krowy poruszyły się niespokojnie, gdy wszedł do środka.
    — Spokojnie — mruknął pod nosem, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. Minął boksy, sprawdzając wodę i paszę, a następnie zatrzymując się na moment przy jednej z krów, by przesunąć dłonią po jej boku. Bandit kręcił się gdzieś za nim, raz bliżej, raz dalej, co jakiś czas zatrzymując się i nasłuchując, jak gdyby pilnował, żeby poranek przebiegał dokładnie tak, jak powinien. Dawson jednak nie był w stodole długo, a wystarczająco tyle, by upewnić się, że wszystko jest w porządku.

    Kolejnym miejscem, które sprawdził, była stajnia. Jeden z koni uniósł głowę niemal natychmiast, parskając cicho, gdy wyczuł jego obecność. Dawson podszedł bliżej, rzucając pod nosem cichym Hej, po czym sięgnął przez przegrodę, wyciągając dłoń w stronę zwierzęcia. Następnie sięgnął po siano i uzupełnił żłób. Powtórzył to przy kolejnych boksach. Zatrzymał się dłużej przy Bennym, który zdawał się już czuć lepiej. Dawson na moment oparł się o kant boksu i spojrzał gdzieś przed siebie, w półmrok, który powoli zaczynał ustępować.

    Kiedy wyszedł ze stajni, podwórze nie było już tak pogrążone w cieniu jak wcześniej. Kury zdążyły rozproszyć się po trawie, a Bandit przebiegł kawałek dalej, po czym zawrócił, upewniając się, że Dawson nadal tam jest. Wszystko zaczynało się układać w znajomy porządek dnia, tylko z jednym wyjątkiem. Spojrzał w kierunku warsztatu, gdzie zapalona w nocy lampka wciąż rzucała delikatne światło na wejście. W oknie na piętrze wciąż nie widać było zaświeconej lampki, co oznaczało, że Andy w dalszym ciągu spała. Patrzył na okno chwilę dłużej, po czym odwrócił się i ruszył w stronę domu.

    Czuł zmęczenie – takie, które nie zdążyło jeszcze odejść. Miał za sobą krótką noc; spał tylko trzy godziny, pozostałe były jedynie wierceniem się po łóżku, kładąc się z jednego boku na drugi. Zwykle nie miał tego problemu, tym razem jednak było inaczej. Domyślał się, że prawdopodobnie było to spowodowane obecnością Andy, czego z kolei nie rozumiał, to tego, dlaczego aż tak wpłynęło to na jego sen. Może była to zwykła troska o to, aby noc przespała w spokoju? A może swoiste poczucie stresu? Nie wiedział. Ale co wiedział na pewno, to że czuł potrzebę czegoś ciepłego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kawa. To była pierwsza rzecz, którą zaczął robić po wejściu do kuchni. Bandit został na dworze, doglądając zwierzęta, zupełnie tak, jak gdyby czekał aż Dawson wypuści konie i krowy. Mężczyzna czasem miał wrażenie, że między jego zwierzętami naprawdę była jakaś przyjaźń, której nigdy nie byłby w stanie zrozumieć. Co jednak rozumiał na pewno, to że potrzebował napić się kawy.
      Gdy zalewał świeżo zmielone ziarna kawy gorącą woda, poczuł burczenie w brzuchu. Jego żołądek się odzywał, bo zeszłej nocy nie zdążył nic zjeść. Musiał się posilić jakimś dobrym śniadaniem, bo i dziś czekał go długi dzień. W zasadzie, w normalnych przypadkach zacząłby sobie przygotowywać już coś do jedzenia, ale tym razem nie wiedział, czy poczekać na Andy, czy też nie. Nie wiedział nic o tej kobiecie oprócz tego jak ma na imię, jakim autem jeździ i jej sympatii do psów. Trudno więc było mu dokonać jakiejkolwiek prognozy tego poranka… Ale to, co miał za chwilę zobaczyć, z pewnością nie było na liście tego, czego mógł się spodziewać.

      Wyszedł na ganek, opierając się o drewnianą kolumnę. W dłoniach trzymał kubek z kawą, bacznie obserwując kobietę, która właśnie… kłóciła się z jego kogutem. Jej sen najwidoczniej został przerwany czymś, o czym zresztą ją ostrzegł. Na jego twarzy mimowolnie pojawił się uśmiech. Ta sytuacja szczerze go rozbawiła – kobieta z miasta w konflikcie z kogutem. Niewątpliwie nietuzinkowa sytuacja.

      Gdy Andy podeszła do niego, tłumacząc się z zaistniałej sytuacji, jego uśmiech poszerzył się nieco bardziej.

      — Widać mój kogut jest nie do pokonania — odpowiedział z nutą rozbawienia, uważnie obserwując kobietę — Skoro już się przebudziłaś, to domyślam się, że pewnie jesteś głodna?

      Dawson 🧡

      Usuń
  12. Dawson nie był wybitnym kucharzem, a gdy już coś pichcił, robił to szybko, byle zdrowo i smacznie. Gdy Ruby u niego nocowała, dołączała do przygotowywania śniadania, choć zwykle była raczej wsparciem, siedząc przy stole i zagadując go. Sama bardziej przepadała za pieczeniem niż gotowaniem, to pierwsze uznając za bardziej relaksujące. Dawson to rozumiał, bo gotował bardziej z potrzeby niż z pasji. Nie było to zresztą przypadkowe, biorąc pod uwagę, jak wyglądało to w jego domu rodzinnym, mimo iż jego mama z początku bardzo lubiła ten aspekt bycia gospodynią. Sam natomiast zawsze odnosił wrażenie, że u jego rówieśników, jak zresztą w większości domów w okolicy, gotowanie i wspólne posiłki łączyły ludzi. Niewątpliwie tak właśnie było i był o tym przekonany, widząc w jaki sposób życie rodzinne jego znajomych funkcjonowało. Ale w jego domu jedzenie było koniecznością i potrzebą, a nie sposobem na okazanie miłości czy docenienia. Jego matka lubiła gotować, a jeszcze bardziej kochała gościć innych, więc przygotowywanie posiłków z synami sprawiało jej radość. Tylko że z roku na rok ten blask jednak gasł, gdy gniew i alkoholizm ojca narastały. Potem, po odejściu Roy’a, resztki radości z życia, czy choćby z tak prostej czynności jak gotowania, pochłonęła choroba. Dawson nie potrafił więc zrozumieć, dlaczego dla wielu ludzi posiłek był czymś więcej niż tylko jedzeniem… I być może właśnie dlatego nigdy nie naciskał na Ruby, by robiła więcej, niż chciała, choć sam bardzo lubił te chwile, gdy w ciszy i akompaniamencie dźwięków natury zza okna spożywali wspólnie posiłek, nawet jeśli ten posiłek był tylko koniecznością.

    A koniecznością była też obecność Andy. Dawson rozumiał, że nie pojawiła się na jego ranczu wyłącznie z własnej, nieprzymuszonej woli, a jednak popychana ku temu przez zaistniałą potrzebę i warunki. Być może właśnie dlatego z łatwością założył, że kobieta nie zje nic, dziękując za nocleg i wsiadając do auta, by móc jak najszybciej dalej gdzieś szukać swojego miejsca w tym wielkim świecie. Taka zresztą reakcja byłaby zupełnie naturalna i jak najbardziej zrozumiała dla Dawsona. Jej jednak, jak na razie, wcale się nigdzie nie spieszyło. Być może właśnie dlatego jej propozycja nie tyle była nienaturalna czy dziwna, co zaskakująca – choć wciąż miła. Proponując przygotowanie śniadania, Andy nie tylko miała szansę na okazanie mu wdzięczności, ale też sobie na spokojny poranek. Poza tym, że wcale tego od niej nie wymagał, to przecież mógł jej sam przygotować coś do jedzenia. Dostrzegał jednak, że kobieta chyba odczuwała taką potrzebę – może było jej głupio za to, że znalazła u niego nocleg. A może po prostu chciała tylko podziękować. Nie wiedział, ale przynajmniej był już przekonany, że da jej w tej kwestii wolną rękę.

    — W porządku — zgodził się, lekko przytakując głową, po czym skierował się w stronę domu, by wraz z Andy, jak i Banditem, mogli wejść do kuchni.

    Gdy znaleźli się w sercu domu, Dawson oparł się o blat, obserwując jak kobieta rozgaszcza się w pomieszczeniu. Nawet nie zaczęła jeszcze nic przygotowywać, a zdawała się być w swoim żywiole. To spowodowało, że przez moment jego myśli obrały tor rozmyślania nad tym, dlaczego tak było… Zastanawiał się czy właśnie z tym była związana ścieżka jej kariery, o której wciąż praktycznie nic nie wiedział – czy może po prostu lubiła to robić. Te refleksje jednak szybko ustąpiły miejsca kolejnym, gdy przez moment, nie ruszając się z miejsca, patrzył jak Andy powoli zagląda do lodówki. To w tym momencie dziwne uczucie zatrzymało mu się w samym środku klatki piersiowej, jak gdyby ściskając go w żołądku – i wcale nie był to głód.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dawson nie był przyzwyczajony, aby obca osoba, a w dodatku obca kobieta, tak naturalnie poruszała się w sercu jego domu – w tym wnętrzu, które dotychczas było tylko jego miejscem, jego córki i codziennych rytuałów. A jednak nie czuł się z tym źle, jak mogłoby się wydawać. Czuł się dziwne, może trochę nieswojo, ale wciąż nie potrafił przestać jej obserwować. Może dlatego, bo widok Andy w kuchni rozbudzał w nim coś niepokojącego znajomego i obcego zarazem, zupełnie tak, jak gdyby jego własna przestrzeń stała się sceną, na której ktoś grał zupełnie niezależnie od jego woli – a on sam na chwilę przestał mieć coś pod kontrolą. Dawson czuł w tym coś swoiście elektryzującego – w tym jak jej ruchy były pewne, niemalże naturalne i niewymuszone. To, jak układała dłonie na biodrach, obserwowała otoczenie z uwagą, tak jak gdyby próbowała zrozumieć czym jest to miejsce zanim je zaakceptuje. W tym wszystkim on z kolei czuł, jak w środku coś mu się wręcz miesza i kurczy – ta dziwna mieszanka chęci ochrony, a jednocześnie uczucia fascynacji. To natomiast wydawało mu się śmieszne, bo to przecież była tylko kuchnia, zwykłe półki, owoce i jajka, i najzwyklejsza próba przygotowania śniadania. A jednak patrzenie na kobietę, w tym momencie tak zbliżoną do jego świata, sprawiało że nagle wszystko wydawało się inne… Andy wciąż była obcą osobą w jego domu, mimo to z jakiegoś powodu nie potrafił odwrócić od niej wzroku.

      Jej słowa wyrwały go z biegu własnych myśli.

      — Dwadzieścia pięć minut — powtórzył cicho pod nosem, przeciągając dłonią po brodzie — Dobrze — przytaknął, choć przez moment miał lekkie zawahanie. Następnie ruszył przed siebie, a Bandit zaraz po nim, dając Andy ustalone dwadzieścia pięć minut. Wychodząc, spojrzał na zegarek. Było prawie wpół do szóstej.

      Gdy wyszedł z domu, świt już trwał, a słońce nieśmiało zaczynało wschodzić. Było za wcześnie na dojenie krów, a konie wypuszczał dopiero po pełnym wschodzie słońca po ówczesnym przygotowaniu ich do spędzenia dnia na pastwisku. Ponad dwadzieścia minut, to nie było krótko, ale też nie długo – w zasadzie wystarczająco tyle, by mógł wyprowadzić Bandita na poranny spacer. Robił to codziennie, zwykle o podobnej porze, aby jego czworonożny przyjaciel mógł niejako przeskanować teren rancza. Bandit był w swoim żywiole, a Dawsonowi dawało to szansę na rozmyślanie o tym, co czekało go w następnych godzinach dnia. Tym razem było jednak inaczej, bo jedyne co, a właściwie kto siedział mu w głowie, to Andy.
      Zastanawiał się kim była ta kobieta i dlaczego pojawiła się akurat w Mariesville. Przed oczami wciąż miał obraz kobiety wyraźnie zagubionej, lecz wciąż mającą dobrą minę do złej gry. Zastanawiał się, co skłoniło ją ku temu, by porzucić wielkomiejskie życie i zaszyć się aż w zakurzonym miasteczku pachnącym jabłonią i prostotą. Nie wiedział tego, a ktoś mógłby powiedzieć, że nie powinien zakładać takiego scenariusza. Dawson jednak nie był głupi ani ślepy, a Andy nie wyglądała na kobietę, która pojawiła się w Mariesville w celach rekreacyjnych. Bieg jego myśli trwał dalej, a on zaczął się zastanawiać, co musiało potrząsnąć jej życiem, by podróżować aż tak daleko. Mimowolnie zaczął myśleć, czy miała w swoim życiu kogoś, kto ją teraz szukał – przyjaciela, siostrę, kochających rodziców, dobrego męża? A może była sama jak palec w tym wielkim świecie, próbując ułożyć swoje życie na nowo?

      Spojrzał na zegarek na lewej ręce. Za dziesięć szósta. Podniósł wzrok i jednym ruchem dłoni przywołał psa do siebie. Ruszyli w stronę domu, Bandit jednak rozłożył się wygodnie na werandzie, a jego pan zniknął za progiem wejścia.

      Usuń
    2. Kiedy stanął w drzwiach do kuchni, Andy akurat była już na etapie serwowania śniadania. Była szybka i konkretna, ale zdecydowanie nie było w jej ruchach chaosu czy paniki. Przez moment sprawiła, że sam poczuły się, jak gdyby był gościem w swoim własnym domu. Uśmiechnął się delikatnie na jej słowa, robiąc kilka kroków do przodu, by zasiąść przy stole. To wtedy nie tylko poczuł wspaniały zapach posiłku, który wyczuł już u progu kuchni, ale również zobaczył, jak smakowicie wszystko wyglądało.

      — Widzę, że rzeczywiście znasz się na śniadaniach — zauważył z uśmiechem na twarzy. Jego ręce spoczęły na stole, pierwszy raz od tak dawna w geście niepewności. Nie wiedział czy powinien sięgnąć po filiżankę kawy, czy może po prostu obserwować i najpierw zajadać wszystko oczami. W końcu spojrzał na Andy, widząc w jej oczach tę determinację i koncentrację, i poczuł coś na wzór przytulności, której brakowało w jego domu praktycznie od odejścia Darlene. To był jego dom, a mimo to pierwszy raz poczuł, że obecność kogoś obcego nie zakłóca jego spokoju, lecz dodaje mu życia. Na samą tę myśl mimowolnie odchrząknął, prostując się.

      — Na pewno będzie smakować, wszystko wygląda bardzo dobrze — oznajmił — Dziękuję, Andy.

      Dawson 🧡

      Usuń
  13. Smakując posiłek, który przygotowała kobieta, Dawson mógł z niemałą łatwością przyznać, że lubiła to robić. Mógłby się nawet pokusić o stwierdzenie, że miała w tym dobrą rękę, więc założenie, że Andy mogła pracować w gastronomii, stawało się coraz bardziej prawdopodobne. On sam jednak nie dopytywał ani nie próbował tego rozgryźć w głowie, bo tak czy inaczej jedzenie, które jadł, było wystarczającym dowodem na to, że gotowanie sprawiało jej radość. A w takim układzie zawsze było coś wyjątkowego… Im starszy bowiem był, tym bardziej rozumiał, że ten posmak i poczucie ciepła domowego brało się z tego, ile emocji człowiek wkładał w swoje czynności. Dawson na przykład nie przejął rancza dlatego, że było to jego marzeniem — zrobił to z zaistniałej okoliczności i ciężaru obowiązku, który spadł na jego barki najpierw przy chorobie matki, a później przy jej odejściu. W zasadzie można było dojść do wniosku, że znajdując się w takiej sytuacji, Dawson Miller miał pełne prawo stać się marudą i zrzędą. I rzeczywiście tak się stało, ale w pracy na ranczu była jednak jedna rzecz, którą kochał dogłębnie — i były to jego zwierzęta. Dobroć jego serca ukazywała się szczególnie w opiece nad nimi. Każda żyjąca istota na terenie rancza była zadbana, nakarmiona i zdrowa. Dawson zawsze dbał o to, aby każdy szczegół — na pastwiskach, w stajniach, w stodole czy nawet w kurniku — był dopięty i dopilnowany. Nigdy nie pozwolił sobie na to, by któregoś wieczoru zrezygnować ze sprawdzenia ogrodzenia albo któregoś poranka nie upewnić się, jak zwierzęta czuły się po nocy. Jeśli więc ktoś miał bystre oko i mądre serce, mógł bez trudu zauważyć, że w tym jednym aspekcie Dawson rzeczywiście robił coś dlatego, bo to kochał.

    Drugą taką rzeczą było stolarstwo. Tutaj nie miał już do czynienia z żywym inwentarzem, a z czymś, co w jego rękach potrafiło nabierać niemal magicznego charakteru. W warsztacie przebywał praktycznie każdego dnia, kiedy poranne obowiązki na ranczu miał już za sobą. To właśnie tam tworzył przedmioty, które nigdy nie były po prostu realizacją zamówienia. W każdy kawałek drewna wkładał serce, bo tworząc, myślał o tym, dla kogo to robi. Biorąc choćby pod uwagę pana Waltera, dla którego stworzył drobny stolik — można by powiedzieć, że to przecież tylko stolik. A jednak Dawson zwrócił uwagę na każdy najmniejszy szczegół, od doboru jakościowego drewna, przez zdobienia na kantach blatu, aż po dokładnie dobrany kolor bejcy. Nie zrobił tego tylko dlatego, że chciał stworzyć solidny mebel, choć to oczywiście było ważne. Jednak zrobił to przede wszystkim dlatego, że doceniał pana Waltera. A sympatii nigdy nie potrafił wyrażać słowami, więc wyrażał ją czynami. Praca w warsztacie uświadamiała mu zatem, jak wiele można stworzyć, mając w rękach kawałek drewna i odpowiednie narzędzia. Najwidoczniej właśnie to było tą ukrytą, a jednocześnie niezwykle cenną wartością rękodzieła — ono żyło cząstką duszy swojego twórcy.

    To z kolei zawsze prowadziło go do refleksji nad życiem samym w sobie. Skoro człowiek był w stanie stworzyć coś pięknego albo coś nieestetycznego, tylko poprzez umiejętne – lub nie – używanie narzędzi, to tym bardziej, korzystając z własnej woli, budował i kształtował własne życie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Problem polegał na tym, że człowiek częściej podejmował złe decyzje, jak gdyby nie do końca rozumiał ciężar tej wolnej woli i jej wpływu na każdy aspekt istnienia. Dawson przekonał się o tym nie raz i nie dwa. Jego życie nie było usłane różami, ale im dalej szedł, tym częściej sam dokładał sobie ciężaru, podejmując decyzje, których nikt od niego nie wymagał. Złą decyzją na pewno nie było małżeństwo z Darlene ani przejęcie rancza, nawet jeśli równie dobrze mógł je sprzedać. Złą decyzją było natomiast uciekanie od własnych ciężarów, demonów przeszłości i głęboko zakorzenionej traumy. Szukanie ukojenia w alkoholu, które zabrało mu kilka cennych lat życia było jeszcze większym błędem — a ponad wszystko tych, które mógł poświęcić dorastającej córce. Nie wiedział, czy Andy również poznała smak złych decyzji podjętych przez nią samą, bo wciąż nie wiedział, co właściwie robiła w Mariesville poza byciem w bliskiej relacji z pechem. Wciąż też nie miał zamiaru o to pytać, bo cokolwiek zdążył już w niej zauważyć, to z pewnością to, że nie była kobietą, którą można było łatwo złamać.

      Albo przynajmniej na taką wyglądała.

      Światło wschodzącego słońca coraz bardziej wkradało się do pomieszczenia przez kuchenne okno. Jego przyjemne ciepło muskało dłonie Dawsona, które były skupione na spożywaniu śniadania, choć nie na tyle nim pochłonięte, by nie zachowywać czujności, która była już naturalną częścią jego osobowości. Ten poranek był jak dotąd niezwykle osobliwy, choć nie chciałby nazwać go dziwacznym. To brzmiałoby nieadekwatnie do tego, co rzeczywiście odczuwał — a czuł, że było w nim coś… innego. Nie dlatego bynajmniej, że Andy była inna niż on, śmiało rozgaszczając się w każdym zakamarku jego kuchni. Chodziło raczej o to, że sam nie pamiętał, kiedy ostatnio spożywał śniadanie z kimś innym niż z córką. Co więcej, jeszcze bardziej osobliwe było to, że było to całkiem przyjemne uczucie. Może jeszcze nie na tyle, by zaproponować jej zostanie na dłużej, ale na pewno na tyle, by czerpać jakąś przyjemność z tego wspólnego posiłku. A to już było czymś, co bardzo sobie cenił.

      Rzeczywistość jednak dawała o sobie znać, a Andy coraz wyraźniej zdawała się rozumieć, że niestety — bądź stety — nie będzie mogła spędzić całego dnia w kuchni zrzędliwego, nieznanego sobie farmera. Na jej słowa nie podniósł jednak wzroku od razu, przez krótką chwilę dając sobie przestrzeń na przemyślenie dalszego planu. Andy oczywiście nie prosiła go o pomoc, ale jego naturalnym odruchem było, aby zaproponować coś sensownego, skoro Mariesville znał jak własną kieszeń.

      Uniósł w końcu spojrzenie, opierając się lekko o oparcie krzesła. Patrzył na Andy ze spokojem i uważnością, na pewno nie w sposób, który próbowałby ją zatrzymać, ale niewątpliwie w taki, który poświadczał przyjęcie tego, co zostało już powiedziane. A on nie miał zamiaru tego kwestionować.

      Sięgnął po kubek z kawą i upił łyk, pozwalając, by gorzki smak na moment zajął miejsce czegoś, czego nie zamierzał nazywać.

      — Mhm — mruknął cicho, bardziej na potwierdzenie, że ją usłyszał, niż w odpowiedzi. Odstawił kubek i przesunął dłonią po krawędzi stołu, jak gdyby chciał zająć czymś ręce. Jego spojrzenie na moment uciekło w stronę okna, gdzie poranne światło zdążyło już niemal całkowicie wypełnić kuchnię. Wszystko wyglądało tak samo jak zawsze, tylko że nie do końca było takie samo…

      Usuń
    2. — W jednej z dzielnic jest kompleks domków, o których już mówiłem — powiedział w końcu spokojnie — Recepcja otwiera się późnym porankiem — dodał. Zatrzymał się na sekundę, jak gdyby coś jeszcze miało paść, ale ostatecznie tylko wzruszył lekko ramieniem — Akurat w sam raz, żebyś mogła w spokoju przygotować się na resztę dnia. Nie musisz się spieszyć. Ja i tak będę dalej pracował na ranczu.

      Nie dodał nic więcej ani o nic nie dopytał. To nie było w jego naturze. A jednak z jakiegoś powodu jego spojrzenie wróciło do niej na odrobinę dłużej, niż było to konieczne. Zupełnie tak, jak gdyby coś w nim chciało sprawdzić, czy rzeczywiście kobieta wstanie od tego stołu, zabierze swoją walizkę i zniknie z jego domu tak samo szybko i nagle, jak się w nim pojawiła.

      Sięgnął po kubek kawy, jak gdyby to kończyło temat.

      — Cieszę się, że mogłem pomóc — oznajmił — Śniadanie bardzo dobre, dziękuję. To była całkiem miła odskocznia — dodał, posyłając jej wdzięczny, krótki uśmiech; taki, który pojawiał się rzadko, ale jeśli już się pojawiał, był szczery. Przez moment milczał, patrząc na nią w skupieniu, jak gdyby coś jeszcze ważył w głowie.

      Aż w końcu się odezwał.

      — Miller — powiedział, opierając się łokciami o stół. — Tak mam na nazwisko. Dawsonów w Mariesville jest kilku, ale Dawson Miller jest jeden — wyjaśnił, a kącik jego ust uniósł się lekko, niemal niedostrzegalnie — Mówię, żebyś wiedziała o mnie trochę więcej.

      Dawson 🧡

      Usuń
  14. Wraz ze słowami, które wypłynęły z ust kobiety, wszystko stało się jasne. Andy Sullivan z Nowego Jorku. Kącik jego ust mimowolnie drgnął ku górze, na tyle wyraźnie, że brunetka mogła to zauważyć. Jego brew uniosła się ku górze, a spojrzenie uciekło gdzieś na bok, jak gdyby chciał dać sobie czas na ułożenie tego wszystkiego w głowie. Ale wcale tego czasu nie potrzebował, bo choć dalej nie wiedział, kim jest Andy Sullivan, ani nigdy nie był w Nowym Jorku, to jeśli miałby wyobrazić sobie nowojorczankę, to… Cóż, wyobraziłby sobie właśnie Andy Sullivan. Odważną i śmiałą, może nawet w pewnym stopniu ekstrawagancką. Przyciągającą uwagę; taką, która nigdy nie ginie w tłumie. Kobietę, która potrafi robić dobrą minę do złej gry i której wychodzi to z naturalną gracją. Pozostawiającą po sobie niedosyt, jak ślad najlepszych perfum – ulotny, a jednak niezapomniany. I, oczywiście, rozbrajająco piękną.
    Andy była po prostu pełnym jego przeciwieństwem. Dawsonowi nie zależało na tym, by wyglądać dobrze, choć nie mógł narzekać, bo nie brakowało mu atrakcyjności. Jednocześnie lubił ciężką pracę i lubił być zajęty. Unikał przepracowania, cieszył się widokiem swojej pracy i przyjmował życie takim, jakim jest, nawet jeśli miało to oznaczać gubienie się w tle.

    Biorąc więc wszystko to w całość i stawiając te fakty w świetle obecnej sytuacji, tym bardziej było to ciekawym zrządzeniem losu, iż kobieta znalazła się nie dość, że w Mariesville, to jeszcze na jego ranczu. Jej widoczna wdzięczność była czymś miłym i niewątpliwie zostanie to w jego pamięci na długo. Ale obok wdzięczności dostrzegał coś jeszcze – lekki błysk ciekawości w oczach, który zdradzał, że Andy nie jest tu przypadkiem. Łatwo potrafił zauważyć, jak chłonęła otoczenie. Nie umknęło mu też, że jej postawa, choć zrelaksowana, zdradzała gotowość do obserwacji wszystkiego dookoła. Była w tym naturalna, a zarazem świadoma, zupełnie tak, jak gdyby każdy szczegół miał znaczenie. Zauważył też, że nie towarzyszyło jej załamanie czy strach… Wręcz przeciwnie, kobieta zdawała się być zaciekawiona tym, co ją otaczało, zupełnie tak, jak gdyby jego własna rzeczywistość stała się dla niej biletem do emocjonalnych wakacji. A jeśli rzeczywiście tak było, to pozostawało jej życzyć, aby tak to wciąż wyglądało i aby czerpała garściami z uroków tej jabłkowej wsi.

    — Andy Sullivan — powtórzył pod nosem, jak gdyby smakował ciężar jej imienia i nazwiska na swoim własnym języku. Jednocześnie wciąż patrzył na nią uważnie, trochę z ciekawości, a trochę dlatego, bo najzwyczajniej w świecie trudno było oderwać od niej wzrok. Przesunął dłonią po krawędzi stołu, po czym w końcu odsunął się od niego i wstał z krzesła.

    — Poradzę sobie, dziękuję — oznajmił. Mimowolnie wyciągnął dłonie do przodu, chcąc zatrzymać ją przed zebraniem pozostałych naczyń ze stołu. Jego palce delikatnie musnęły skórę jej dłoni, gdy odebrał od niej naczynia. Dawson jednak nie zawahał się ani na chwilę, zupełnie tak, jak gdyby ten przypadkowy dotyk dłoni w żaden sposób na niego nie wpłynął. Jednocześnie w powietrzu zawisło coś delikatnie swoistego…

    — Wykorzystaj ten czas, aby się spakować, ja ogarnę resztę — oświadczył — Przygotowanie śniadania było wystarczającą pomocą, dziękuję — dodał, posyłając jej delikatny uśmiech, który miał w sobie coś ciepłego i serdecznego. Podszedł do zlewu, odkładając pozostałe naczynia, i przez moment zastanawiał się, jak Andy czuła się w jego kuchni. Była z pewnością inna niż te nowojorskie, a każdy szczegół jej prostoty definiował styl życia Dawsona. Każdy przedmiot w tym miejscu zdawał się mówić o jego codzienności, które była niewątpliwie daleka od miejskiej rutyny życia Andy. Chociażby tak mu się wydawało, że taka była jej rzeczywistość, bo przecież równie dobrze mógł się po prostu mylić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Riverside Hollow to leśna dzielnica, bardzo piękna, ale można się w niej łatwo zgubić — wyjaśnił, odwracając się w stronę kobiety — Pojadę z tobą — oznajmił, sam zaskoczony swoją gotowością do pomocy. Jego dzień nie zapowiadał się w końcu na spokojny, zresztą jak zawsze, a jednak coś popchnęło go ku temu, by tak łatwo nie rezygnować z dalszej pomocy dla Andy Sullivan. Być może było to po prostu poczucie odpowiedzialności, które w nim tkwiło od lat, a może drobna, podświadoma ciekawość, która prowadziła go w kierunku tej tajemniczej kobiety.

      Przez moment milczał.

      — Przy okazji mogę pokazać ci okolicę — dodał w końcu, po czym wrócił do porządkowania kuchni. Po jego kuchennych rewolucjach zwykle nie było zbyt wiele sprzątania, jako że jego dania były raczej proste i szybkie, a każda czynność miała swoje miejsce i cel. Andy również nie pozostawiła po sobie bałaganu, co ułatwiło mu szybkie uporanie się z resztą obowiązków.
      Widząc, że kobieta dalej stoi w kuchni, pozwolił sobie zapytać:

      — Nowy Jork a Mariesville to dość duża różnica. Miałaś tutaj rodzinę? — jego głos brzmiał szczerze, choć przecież doskonale znał odpowiedź na swoje pytanie i wiedział, że wcale tak nie było. On sam nie był też z natury ciekawski czy wścibski, ale skoro już stała w jego kuchni i zjadła z nim śniadanie, to równie dobrze mógł spróbować dowiedzieć się, dlaczego wybrała akurat Mariesville.

      Dawson 🧡

      Usuń
  15. Przeżyłam Nowy Jork. Myślę, że Riverside Hollow też przeżyję.

    Uśmiechnął się. Było coś rozbrajającego w jej przekorności. Może nawet nie chodziło o to, że była urokliwa i przyciągała wzrok nawet w dresach, więc ta odrobina upartości jeszcze bardziej potęgowała atrakcyjność... Tego nie można było jej odmówić, ale Dawson nie był typem mężczyzny, który zbyt bardzo skupiałby uwagę na takich kwestiach, szczególnie gdy w jego głowie cały czas gra lista rzeczy do zrobienia oraz wisi obraz córki. W tym wszystkim chodziło raczej o to, jak naturalnie przychodziła jej samodzielność i ewidentne bycie Zosią Samosią. Nie znał jej wcale, ale to już zdążył zauważyć, bo przybycie do Mariesville z Nowego Jorku bez żadnego konkretnego planu naprawdę musiało wymagać odwagi, samozaparcia i głębokiej wiary we własne zdolności. W tym może nawet byli do siebie podobni… Dawson więc doskonale wiedział, że niewątpliwie kobieta miała rację – była w końcu sobą, Andy Sullivan z Nowego Jorku. Może najpierw leśne okolice Riverside Hollow trochę wybiłyby ją z rytmu, tam bowiem Mariesville przyjmowało zupełnie inny klimat niż ten, który Andy poznała nocując na jego ranczu. Nie było tam krów pasących się na pastwisku, majestatycznych koni spacerujących bliżej ogrodzenia czy koguta budzącego o poranku. Był za to szum płynącej Maple River, melodia śpiewających między koronami drzew sójek czy dźwięk skrzeku żab dochodzący z wilgotnych zarośli nad brzegiem rzeki. Powietrze tam niosło zapach wilgotnej ziemi i świeżych liści, a gdzieniegdzie między drzewami migotały w słońcu kolory dzikich kwiatów i skrzydeł motyli. W Riverside Hollow można było poczuć, że rytm życia płynie wolniej, ale inaczej niż w Farmington Hills. Płynęło bardziej naturalnie, niemal tak, jak gdyby las sam dyktował czas, a człowiek mógł w końcu oddychać pełną piersią. Więc tak, Andy Sullivan niewątpliwie przeżyłaby Riverside Hollow, ale z pewnością kosztowałoby to ją z początku trochę stresu. Mimowolnie zaczął więc zastanawiać się czy ta przekorność wynikała z potrzeby samodzielności, a może z zakłopotania.

    Ale jeśli naprawdę masz czas…

    Bingo.

    — Mam czas, Andy — odpowiedział, krótko i rzeczowo. To była prawda względna; można było założyć, że rzeczywiście ten czas miał, jeśli zajął się obowiązkami na ranczu. Czekało na niego wprawdzie jeszcze zamówienie od małej firmy w Camden na kilka mebli, ale na to również znajdzie czas, później. Oczywiście, Dawson lubił wszystko robić sam. Niekoniecznie przepadał za towarzystwem, cenił sobie spokój i był marnym przewodnikiem, ale coś mu podpowiadało, że Andy potrzebowała tej pomocy. A może był inny powód. Cokolwiek nim kierowało, było i tak wyrazem miejscowej życzliwości, która chcąc nie chcąc zapuściła w nim korzenie już w momencie, gdy wziął pierwszy oddech w jabłczanym Mariesville.

    Stał wciąż przy zlewie, kończąc zmywanie, a jednocześnie obserwując Andy, która usiadła na blacie. To było mimowolne, nie tyle wynikające z zakłopotania czy niepewności, a czystej ciekawości. Kobieta była jednak inna, poza jej samozaparciem chyba nic innego ich nie łączyło ani nie połączy. Nawet mowa ich ciała się różniła; każdy ruch Dawsona był konkretny, szybki ale nie nerwowy, wyrażający dokładnie to kim był – człowiekiem ze wsi, który znał smak ciężkiej pracy, ale też smak ciężkiego życia. Jego mowa ciała, sposób bycia, wyraźnie dawał znak, że gdy trzeba, on się pojawi, wesprze, pomoże, ale jednocześnie trzymał dystans. Andy z kolei była śmiała; nawet jeśli w środku czuła się inaczej i nawet jeśli tej pewności siebie miało jej brakować, to ewidentnie nie widać było tego w jej sposobie bycia. Jej ruchy były swobodne i naturalne, sprawiając, że wcale już nie wyróżniała się na tle miejsca jego życia. Wręcz przeciwnie, wyglądała tak, jak gdyby ten blat był stworzony dla niej, a słońce świeciło tylko z jej względu. A to… Cóż, to było swoiste.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opuścił wzrok, wycierając zlew wokół z nadmiaru wody i wciąż uważnie ją słuchając. Przez moment milczał, dając jej przestrzeń na wyrażenie wszystkiego, co potrzebowała z siebie wyrzucić, bo najwidoczniej tak było. Może nie był szczególnie wygadany, ale całe szczęście potrafił słuchać.

      — Nie każdy odważyłby się na coś takiego — odezwał się w końcu cicho, jak gdyby bardziej dla siebie niż dla niej, a głos brzmiał spokojnie, opanowanie, jak zawsze, gdy nie spieszyło mu się do słów. Nie spojrzał jej jednak w oczy, ale widział jak obraca kubek w dłoniach, jak stawia nogę wyżej na blacie, jak jej ciało próbuje oswoić się z nowym miejscem i nową sytuacją. Chyba nawet jej trochę współczuł. Jednocześnie miło było usłyszeć, że lokalna zrzęda gdzieś między wierszami jej historii była tym pozytywnym aspektem… Siłą rzeczy, miał wrażenie, że rzadko kiedy miał szansę być kimś czy czymś pozytywnym dla drugiego człowieka.

      — Widzisz, Andy, czasem najlepsze rzeczy przychodzą właśnie w taki sposób. Bez planu, spontanicznie — zauważył. Spojrzał na nią z delikatnym uśmiechem — A kto wie, może w Mariesville znajdziesz coś, co pomoże ci zrozumieć, że ten najgorszy możliwy plan wcale nie był taki zły — dodał, wzruszając ramionami. Następnie zaśmiał się pod nosem, słysząc jej kolejne słowa. Kto by pomyślał, że jego ranczo kiedykolwiek sprawi takie wrażenie na kobiecie z miasta? To przecież najprostsze ranczo, jakie mogło być. Ot, spuścizna po ojcu i matce, obowiązek i satysfakcja w jednym.

      — To miłe, że tak widzisz moje ranczo. Nigdy nie wyszukiwałem takich rzeczy w internecie, ale… No, wierzę na słowo — dodał, unosząc brew i opierając się o blat kuchenny. Teraz stał już bokiem do niej, patrząc ślepo przed siebie. Przez moment zastanawiał się, jak wyglądałby dziś ich poranek, gdyby Andy pojechała trochę dalej albo zatrzymała się chwilę wcześniej. Czy znalazłaby nocleg u kogoś innego? Z pewnością. Żaden mieszkaniec Mariesville nie zostawiłby przecież kobiety na noc na drodze, aby spała w swoim drogim aucie. Andy wówczas poczułaby południową gościnność w dużo większym stopniu niż u niego, może nawet dostała propozycję by zostać dłużej, nie martwić się o nocleg. Ale była jednak tutaj, w domu lokalnej marudy, człowieka który ledwo odbudowywał więź z córką i okazywał więcej uczuć zwierzętom niż ludziom. I przez moment zastanawiał się, czy naprawdę tak mocno zabolałoby powiedzieć nie przejmuj się, możesz zostać jeszcze kilka dni.

      Słowa Andy wyrwały go z zamyślenia.

      — Ciasto i kawa? — powtórzył, jak gdyby czekał aż ta propozycja w pełni do niego dotrze. Po chwili przytaknął i odsunął się od blatu — Da się zrobić — dodał — Dobrze więc, ty się pakuj, a ja jeszcze podejdę wypuścić konie i krowy, więc też będę potrzebować chwili — oznajmił, po czym odprowadził Andy wzrokiem. Gdy już zniknęła w warsztacie, on wyszedł z kuchni i ruszył na zewnątrz.

      Usuń
    2. Najpierw wypuścił konie. Otworzył drzwi stajni i obserwował, jak galopują po pastwisku, ciesząc się słońcem i świeżym powietrzem, zupełnie tak jak gdyby robiły to po raz pierwszy. Potem wszedł do stajni, poprawiał kilka linek przy siodłach, a następnie skierował się do stodoły, by wypuścić resztę krów. Kiedy skończył, wrócił do domu. Zdążył szybko się odświeżyć, następnie założył kapelusz i wziął klucze od auta. Andy była już gotowa, wychodząc z warsztatu z walizką i czekając na niego w kuchni.

      — Wezmę — oznajmił, biorąc walizki z jej rąk. Szedł w kierunku wyjścia — Domyślam się, że chcesz jechać swoim autem — zauważył, gdy wychodzili z domu — Więc pojedziemy na dwa auta, muszę być mobilny i nie ukrywam, wolę kontrolować sytuację. Możesz jechać ze mną, a potem wrócimy na ranczo i weźmiesz swoje auto. Albo po prostu jedź za mną — dodał, zatrzymując się pomiędzy ich autami i patrząc na nią oczekująco. I nagle, ni stąd, zowąd, poczuł swoistą, naprawdę trudną do wytłumaczenia odpowiedzialność. Nie była to troska – to bowiem byłoby za dużo, skoro znał ją tylko kilkanaście godzin. Ale w tym uczuciu, które w nim zagościło, była nuta czegoś, czego nigdy wcześniej nie doświadczył – pragnienie, by ktoś czuł się tu bezpiecznie, właśnie tutaj, w Mariesville. Poczuł wręcz zobowiązanie, aby Andy mogła zaufać temu miejscu, które on znał jak własną kieszeń, nawet jeśli sam wciąż szukał własnego spokoju w zapachu rodzinnego pastwiska, cieniu starych jabłoni i szumu Maple River. Bo przecież skoro Andy Sullivan już tutaj była, to równie dobrze mogła znaleźć w tym miejscu swój własny spokój – choćby na chwilę.

      Dawson 🧡

      Usuń
  16. — Sama widzisz, życie potrafi pisać różne scenariusze — podsumował, posyłając jej ciepły uśmiech. W zasadzie nie wiedział, co więcej mógłby powiedzieć. Przez krótką chwilę miał nawet wrażenie, że każde kolejne słowo tylko niepotrzebnie zepsułoby tę chwilową ciszę, która, choć możliwe, że nieco niezręczna, była przynajmniej szczera. Może gdyby na jego miejscu znajdowałby się jakiś inny mieszkaniec Mariesville, znalazłby lepsze słowa. Niewątpliwie właśnie takie, które podniosłyby Andy na duchu i były niczym miód na zatroskane, zagubione serce. Niestety, Dawson nie był takim człowiekiem i choć zawsze znajdował w sobie szczerą chęć pomocy, to kończyło się na czynach, bo nie potrafił układać kwiecistych wypowiedzi. Zamiast tego wybierał prostotę – kilka zdań, w których nie udawał nikogo więcej, niż był w rzeczywistości. Poza tym wolał spuentować to w ten sposób, niż przyznać jej rację, choć Andy – chcąc nie chcąc – ją miała. To było szalone. Ale przecież nie do niego należało to oceniać i, prawdę mówiąc, wcale mu to nie przeszkadzało, bo koniec końców nie było to jego życie. A twarda rzeczywistość już dawno nauczyła go, aby nie przekraczać granic w miejscu, do którym z ufnością go wpuszczono. Mógł więc jedynie towarzyszyć jej przez fragment tej drogi, bez zadawania zbędnych pytań i bez prób naprawiania czegoś, co wcale nie należało do niego.

    Gdy brunetka zdecydowała się, aby jechać z nim jednym autem, trochę mu nawet ulżyło. Nie dlatego, że nie ufał jej za kierownicą albo że nie poradziłaby sobie jadąc za nim, lecz dlatego, że obecność drugiej osoby w kabinie w jakiś sposób porządkowała chaos myśli. A on sam byłby zresztą spokojniejszy. Dawson zdecydowanie wolał kontrolować sytuację, szczególnie teraz, kiedy miał pokazać Andy, obcej temu miejscu kobiecie, część miasteczka. Kiedy więc znaleźli się już przy jego niebieskim pickupie, schował jej bagaże do swojego auta. Ułożył je starannie, jak gdyby ten drobny gest miał być namiastką troski, której wciąż nie potrafił ubrać w słowa – a co dopiero się do niej przyznać. Spojrzał na kobietę, widząc jak przez moment przygląda się otoczeniu.

    — Spokojnie, to nie jedyne piękne miejsce w Mariesville — zaśmiał się, zatrzaskując tylne drzwiczki. Poprawił kapelusz i oparł się o burtę paki — Poczekaj aż zobaczysz las — oznajmił — A co dopiero miejscowe sady — dodał z rozbawionym uśmiechem. Mówił to lekko, ale w jego głosie pobrzmiewała nuta dumy, jak gdyby opowiadał o czymś więcej niż tylko krajobrazie. Zresztą właśnie tak było, opowiadał bowiem o miejscu, które znał na wylot i które, mimo swojej prostoty, nigdy nie przestawało go zachwycać. Było mu dobrze w Mariesville. Andy z kolei zdawała się sprawiać wrażenie naprawdę zachwyconej tym miejscem. Ależ to była przekorność losu; mieszkańcy wsi pojechaliby do takiego Nowego Jorku i zachwycali się widokiem wieżowców, gubiących się w gęstwinie chmur. Patrzyliby w górę tak długo, aż rozbolałaby ich szyja, próbując objąć wzrokiem coś, co wydawało się nie mieć końca. Czuliby zachwyt dziczą miejskiej dżungli, czując tę w duchu upragnioną anonimowość, do swojej myśli wbijając przekonanie, że wszystko od tej chwili stanie się możliwe. W tej anonimowości byłaby obietnica wręcz wyryta w głębi ludzkiej natury – obietnica, że można zacząć od nowa, stać się kimś innym, zgubić stare wersje siebie między tłumem obcych twarzy. Tymczasem nowojorczyk pojawi się w Mariesville i będzie czerpał radość z obserwowania widoku niekończących się pastwisk na tle niebieskiego nieba. Zachwyci się ciszą, która dla tutejszych czasem bywa ciężarem, a dla niego stanie się luksusem – czymś, czego nie da się kupić ani wypracować w żadnej, choćby największej korporacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wziął głęboki oddech, po czym odsunął się od auta. Gdy Andy wsiadła do środka, on zrobił to zaraz za nią. Jego umysł niemal automatycznie przełączył się na tryb zadaniowca. To była naturalna reakcja — nauczył się tego już we wczesnym wieku, opiekując się schorowaną matką, a później tylko się w tym utwierdził, gdy na świat przyszła jego córeczka. A prawda była taka, że z roku na rok wychowywanie Ruby wiązało się z coraz większymi wyzwaniami, więc tym samym wymagało od niego jeszcze większego skupienia.
      Odpalił auto i ruszył przed siebie. Gęsty pył ziemi pociągnął się za samochodem, gdy mężczyzna wyjechał z terenu rancza, kierując się na drogę prowadzącą do Riverside Hollow, dzielnicy położonej nieco dalej, przy większej trasie od Farmington Hills. Kątem oka zauważył, jak Andy skupia swoją uwagę na otaczającym ją widoku. Dziś z pewnością łatwiej było jej zachwycać się krajobrazem Mariesville, bo obecność Dawsona być może zdejmowała z niej choć odrobinę napięcia. Nie oznaczało to jednak, że był jej wybawcą, ależ skąd. Zresztą, w żaden sposób tak siebie nie postrzegał. Cieszył się, że mógł jej pomóc i z jakiegoś powodu przeczuwał, że to pewnie nie będzie ostatni raz. Jednocześnie był świadom, że Andy sama odpowiada za swój los. I nieważne, ile zrobiłby dla niej dzisiaj, i tak to, co ją martwiło oraz co sprowadziło ją do Mariesville, nie przestanie dręczyć jej myśli.
      Zmarszczył brwi, zaciskając dłonie na kierownicy. Skłamałby, gdyby powiedział, że wcale go nie ciekawiło, co tak naprawdę sprowadziło Andy do Mariesville – oczywiście, poza tą historią o wyszukiwarce i nagłym pomyśle na klimatyczne miasteczko. Wczoraj w nocy rzeczywiście nie przywiązywał do tego większej wagi, ale dziś było inaczej. Nie miał jednak zamiaru pytać, nawet jeśli jego ciekawość wynikała z dobrych pobudek (nie był w końcu wścibską emerytką). Poza tym, to nie był jego interes, a sama Andy najwyraźniej nie chciała do tego wracać albo zwyczajnie nie była jeszcze na to gotowa. Zresztą on sam pewnie też nie spieszyłby się z wyjaśnianiem własnych powodów, gdyby znalazł się na jej miejscu. W gruncie rzeczy rozumiał więc Andy Sullivan. I, chcąc nie chcąc, nawet ją w tym popierał.

      Poderwał się lekko na fotelu, wyrwany z biegu własnych myśli, gdy usłyszał jej pytanie. Przez moment milczał, jak gdyby dopiero układał sobie w głowie, o co właściwie zapytała. Ach, tak – dobre ciasto w Mariesville. Uśmiechnął się pod nosem i zerknął na kobietę.

      — To zależy, jakie masz kryteria, które określają, czym właściwie jest dobre ciasto — odpowiedział z rozbawieniem w głosie. Dla niego ciasto to było po prostu ciasto, a czy dobre, to przecież się czuło. Westchnął cicho — Ale domyślam się, że pewnie masz wysokie wymagania, więc mogę odpowiedzieć szczerze, że tak. Tak, można znaleźć dobre ciasto w Mariesville — przytaknął lekko, odpowiadając na jej pytanie — Chyba nawet cię tym zaskoczę, ale mamy aż cztery takie miejsca — dodał, zerkając na nią z nutą dumy, jak gdyby rzeczywiście miało to zrobić wrażenie. Chociaż w sumie, to mogło, w końcu Mariesville to było małe miasteczko. — No dobra, w zasadzie to trzy, bo w jednym rzadko są ciasta, ale za to mają naprawdę świetne słone wypieki — poprawił się po chwili, tym razem skupiając wzrok na drodze.

      Usuń
    2. — Pierwsze takie miejsce to Under the Apple Tree, kawiarnia, która jest tutaj, odkąd pamiętam. Znajduje się w samym centrum miasteczka, gdzie większość lokalnych sklepików. To właśnie tam zagląda najwięcej mieszkańców i zwykle trafiają też turyści. A ponad wszystko, zjesz tam najlepszy placek jabłkowy — zaczął, mówiąc już nieco swobodniej — Drugie miejsce to Java House, a znajduje się tam, gdzie właśnie się teraz wybieramy, w Riverside Hollow. To raczej śniadaniowe miejsce, ale czasem trafi się coś słodkiego — kontynuował — Trzecie to Cherrie’s Bakery, które znajduje się tutaj, w Farmington Hills. A ostatnie to Sweet Delights, taki food truck ze słodkościami, ale na stałe stoi w najmłodszej dzielnicy miasteczka — wyjaśnił spokojnie — Myślę, że spokojnie znajdziesz coś dla siebie — podsumował. Po chwili roześmiał się cicho i pokręcił głową — Nie wierzę, że naprawdę właśnie zrobiłem ci cały przegląd cukierni — rzucił z lekkim niedowierzaniem — Cukiernia jak cukiernia, ale skoro to dla ciebie ważne… — wzruszył ramionami i posłał jej ciepłe spojrzenie. Przez moment znów milczał, patrząc ze skupieniem na drogę, aż w końcu ponownie spojrzał na Andy.

      — A w Nowym Jorku…Gdzie było twoje ulubione miejsce z dobrym ciastem?

      Dawson 🧡 🥐✨

      Usuń