Andy Sullivan
nowicjuszka --- lat 37 --- urodzona w New Jersey, od osiemnastego roku życia mieszkanka Manhattanu --- restauratorka, była właścicielka trzech nowojorskich restauracji, szefowa kuchni --- EMBER & SALT ⭐⭐ elegancka restauracja fine-dining na Manhattanie --- HUDSON TABLE ⭐ popularna wśród mieszkańców i krytyków kulinarnych --- NIGHT MARKET 27, nowoczesny street food zainspirowany smakami Singapuru, Bangkoku i Seulu, wyróżniony Bib Gourmand --- ukończony Culinary Institute of America, kierunek Culinary Arts and Food Business --- regularne występy w mediach kulinarnych --- podpisany kontrakt na książkę kucharską --- uważana za jedną z najbardziej obiecujących restauratorek Nowego Jorku --- prywatnie pasjonatka kuchni azjatyckiej, podróży i romansów, które czyta w każdej wolnej chwili --- ciepła, ciekawa świata i ludzi --- gdzie diabeł nie może, tam Andy pośle --- aktualnie mierząca się z utratą pakietu kontrolnego nad swoimi restauracjami, na rzecz współinwestorów --- w Mariesville od kilku dni --- powiązania
W życiu Andy Sullivan od zawsze tylko trzy rzeczy miały znaczenie: jedzenie, ludzie i opowieści - dokładnie w tej kolejności, choć zazwyczaj wszystkie trzy splatały się przy jednym stole. Od dziecka, wywijając krnąbrnie nożem i widelcem, wiedziała, że swoje życie chce oprzeć na tak prozaicznym aspekcie, jakim jest gotowanie z miłością dla ludzi. Przez lata budowała własny świat na styku smaku i przedsiębiorczości. Najpierw była najlepsza szkoła kucharska; potem pierwsza kuchnia, pierwsze nieprzespane noce, pierwsze poparzenia i pierwsze zachwycone twarze gości. Później przyszły restauracje. Każda z nich trochę inna, ale w każdej było coś z niej samej.
Andy wkładała w swoje restauracje wszystko: serce, pasję, energię i bezczelne przekonanie, że jedzenie może koić ludzkie emocje. Kolejne gwiazdki Michelin. Kolejni recenzenci. Opinie, pochwały, tłumy gości. Rezerwacje robione na kilka tygodni do przodu. Jej nazwisko zaczęło pojawiać się w mediach kulinarnych, podpisywała artykuły, występowała w programach, opowiadała o kuchni azjatyckiej, którą kochała od pierwszej podróży na drugi koniec świata. W końcu przyszedł moment, który miał być kolejnym krokiem naprzód: kontrakt na książkę kucharską. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak powinno wyglądać życie jednej z najbardziej obiecujących restauratorek Nowego Jorku.
A jednak sukces rzadko jest tak stabilny, jak się wydaje.
W świecie nowojorskich restauracji, gdzie każda decyzja kosztuje miliony, a każdy błąd może pogrzebać lata pracy, Andy musiała nauczyć się ufać ludziom. Inwestorom. Partnerom. Osobom, które miały pomóc jej rozwijać imperium smaków, które stworzyła niemal od zera. Tyle że zaufanie, podobnie jak delikatny sos, czasem potrafi się zwarzyć w najmniej oczekiwanym momencie.
W ciągu kilku miesięcy wszystko zaczęło wymykać się spod kontroli. Nowe umowy. Nowi inwestorzy. Nowe decyzje podejmowane bez niej. Zanim zdążyła zrozumieć, co naprawdę się dzieje, straciła pakiet kontrolny w biznesie, który był całym jej życiem. Nagle przestała być osobą, która decyduje o menu, zespole i kierunku, w którym idzie jej własna kuchnia. Stała się tylko nazwiskiem nad drzwiami wejściowymi.
Kiedyś wchodziła tam, gdzie diabeł nie odważyłby się postawić stopy - w najtrudniejsze projekty, w ryzykowne decyzje, w pomysły, które inni uznawali za szalone. Dzisiaj jednak Andy Sullivan zrobiła coś, czego nigdy wcześniej nie zrobiła. Uciekła z Nowego Jorku. Ze swojego ciężko zbudowanego życia.
Na oślep wybrała Mariesville, o którym wcześniej nigdy nie słyszała. Przyjechała z jedną walizką, kilkoma książkami i głową pełną pytań, na które nie zna odpowiedzi. Bo Andy Sullivan przez całe życie wiedziała, dokąd idzie, a teraz po raz pierwszy się zgubiła....
tobec99@gmail.com ; Dakota Johnson ; możemy coś razem ugotować :)
[There she is! <3 Jeszcze tu wrócę. :D]
OdpowiedzUsuńWczesnowiosenne poranki na ranczu zawsze miały w sobie coś surowego. Powietrze wówczas było jeszcze chłodne, a ziemia wilgotna jak gdyby na pamięć o minionej już zimie. Wraz z przyjściem marca, nie przychodziły tylko ciepłe popołudnia i chłodniejsze poranki, ale i pierwsze oznaki nadchodzącego sezonu. Dla Dawsona oznaczało to czas, kiedy dzień zaczynał się dużo wcześniej niż zwykle, a lista obowiązków wybudzała go z zimowego snu. Nie brakowało zadań, Dawson praktycznie od świtu był na nogach, bo zwierzęta nie znały pojęcia wolnego dnia, a ogrodzenia po zimie zawsze wymagały naprawy. Mimo to, bardzo lubił dźwięk rancza — każde ze zwierząt, które dawało o sobie znać, zapach surowej ziemi, promienie słońca, gdy ogrzewały skórę jego twarzy w oczekiwaniu na pełnię dnia. Przechodząc przez podwórze, w stronę krów na pastwisku, w dłoniach wciąż czuł szorstkość drewna. Poprzedniego wieczoru kończył strugać kawałek starej sosny, z którego miał stworzyć mały stoliczek dla pana Waltera. Jego sąsiad, w podeszłym już wieku, poprosił go o to ostatnio, a Dawson wziął się za to tak prędko, jak tylko mógł. To było miłe uczucie satysfakcji, gdy skończył tworzenie tego przedmiotu.
OdpowiedzUsuńJednocześnie, to poczucie zadowolenia było słodko-gorzkie, bo choć jedno zadanie udało mu się dokończyć, reszta zdawała się podwajać i nigdy nie kończyć. Przed nim wciąż czekały naprawy ogrodzeń na północnym pastwisku oraz przegląd starej stodoły, gdzie konieczne było sprawdzenie dachu zanim wiosenne deszcze postanowią przypomnieć o każdym, choćby najdrobniejszym przecieku… Poza tym, w zagrodach musiał przygotować boksy dla cieląt oraz rozwożenie bel siana, bo wczesna trawa nie była jeszcze dość mocna, by wykarmić całe stado. A między tym wszystkim pozostawała jeszcze Ruby, a to właśnie ona była najważniejszym punktem każdego dnia. Odkąd nauczyli się z Darlene jakoś dzielić opieką, takie drobne obowiązki, jak odebranie jej ze szkoły czy zawiezienie na dodatkowe zajęcia, stały się częścią jego tygodnia. Dawson pilnował tego bardziej niż czekogolwiek innego, bo nie chciał rozczarować ani swojej córki, ani jej matki.
Nie wszystko jednak przychodziło tak łatwo. Ten dzień był wymagający, bo poza pracą na ranczu, Dawson miał dostarczyć stolik panu Walterowi przed południem, odebrać zamówienie ze sklepu ogrodniczego, a w międzyczasie zawieźć Ruby na zajęcia dodatkowe do Camden i jeszcze ją stamtąd przywieźć. Pech chciał, że już poranek przyniósł problem… Mężczyzna ledwo co skończył poranny przegląd pastwisk, gdy zauważył, że Benny, jeden ze starszych już koni, miał lekką opuchlizną na lewej przedniej nodze. Wiedział, że trzeba sprawdzić, czy nie skaleczył się przy ogrodzeniu, ale zanim weterynarz przyjechał, przez następne dwie godziny musiał uporządkować boks i przygotować stajnię, by praca mogła przebiec sprawnie.
Gdy więc pracownik lokalnej kliniki weterynaryjnej przyjechał i zrobił, co trzeba, Dawson wziął się do pracy. W samo południe, z lekkim opóźnieniem, zawiózł Walterowi drewniany stolik, a zaraz po tym odebrał kilka worków nawozu oraz nasiona trawy, które zamówił w Green Thumb Nursery. Nie zdążył jednak wrócić do domu i z pełnym bagażnikiem pojechał odebrać Ruby ze szkoły.
— Jezu, tato, mogłeś się chociaż przebrać — wymamrotała na powitanie, zamykając za sobą drzwi i prędko zakładając słuchawki na uszy. Drogę do Camden pokonali w ciszy – on ze swoimi myślami, ona z muzyką w słuchawkach. Nawet nie próbował się przez to przebić.
Ruby wyszła z auta w ciszy, bez pożegnania, idąc żwawym krokiem w kierunku wysokiego budynku. To właśnie tam odbywały się zajęcia klubu teatralnego, czyli najważniejszej części tygodnia Ruby. Gdy pierwszy raz usłyszał, że jego córka zaczęła tam uczęszczać, uśmiechnął się z politowaniem. Dla niego było to marnotrawstwem czasu, który Ruby mogła wykorzystać na coś pożytecznego, a ponad wszystko coś, co przyda jej się w dorosłym życiu. Dopóki jednak ją to uszczęśliwiało, próbował odsunąć swoje opinie na bok i po prostu ją wspierać.
Stał jeszcze przez chwilę przy samochodzie, obserwując jak Ruby znika w drzwiach budynku. Jego wzrok zatrzymał się na drodze, po której raz po raz przejeżdżały auta. Camden nie było metropolią, a jednak nie brakowało tu ruchu w godzinach szczytu… Niemniej, zyskał dwie godziny dla siebie, czyli wystarczająco, by dokupić brakujące rzeczy, poszukać kilku rzeczy do domu i załatwić formalności, które wcześniej odkładał. Nawet nie zauważył, kiedy czas minął, a on był już w drodze powrotnej do domu Darlene.
UsuńStamtąd wracał już w ciszy.
Światło zachodzącego słońca intensywnie oświetlało asfalt, który prowadził go w kierunku rancza. Droga była pusta, a melodia z radia grała cicho, wręcz nieśmiało. Z domu Darlene do jego było trochę kilometrów, ale nie na tyle, by miało mu się dłużyć. Takie uczucie jednak mu towarzyszyło, być może ze zmęczenia, bo ten dobiegający już końca dzień nie szczędził mu wrażeń. Lubił ciężką pracę i lubił być zajęty, ale marzył już o tym, by móc usiąść w fotelu i choćby na chwilę po prostu się zdrzemnąć. Gdy więc zakręcił już w doskonale znaną sobie uliczkę, jadąc w kierunku rancza, przez moment poczuł spokój i ulgę. Aż zobaczył auto stojące obok ogrodzenia – auto, którego wcale nie znał, z obcą rejestracją i kobietą, której nigdy nie widział.
Zatrzymał samochód kilka metrów dalej, wyłączając silnik. Muzyka przestała grać, a cisza rancza wydawała się jeszcze głębsza pośród lekkiego szelestu wiatru tańczącego między drzewami. Wyciągnął dłoń po swój kapelusz i wyszedł z auta. Powoli założył kapelusz na głowę, odwracając się w kierunku kobiety. Podchodził do niej spokojnym, pewnym krokiem, aż znalazł się w odpowiedniej odległości – na tyle blisko, by móc dobrze jej się przyjrzeć, i na tyle daleko, by nie naruszać jej przestrzeni.
Od razu wiedział, że to nie była miejscowa. Co więcej, doskonale wiedział, że nie pochodziła nawet z Camden. Kobieta, która wciąż opierała się o maskę swojego samochodu, dosłownie promieniała wielkomiejską energią. Dawson zlustrował ją wzrokiem, marszcząc czoło, po którym spływały krople potu. W porównaniu z jej eleganckim wyglądem, Miller wyglądał niemal biednie – niebieskawa, flanelowa koszula zakurzona od wcześniejszej pracy na polu, drobinki ziemi wciąż przyklejone do skóry twarzy i ręce szorstkie, lekko porysowane od drewna i narzędzi, zdradzały każdą godzinę spędzoną w słońcu. Podwinął rękawy ku łokciom, wciąż uważnie obserwując obcą sobie kobietę.
— Potrzebuje Pani pomocy z autem? — zapytał w końcu, unosząc brew ku górze — Czy może czegoś Pani szuka?
Dawson