18.03.2026

[KP] Theresa Moore

Tessa

THERESA MOORE, DE DOMO GARCIA SOTOMAYOR ✽ 17/11/1993 ✽ MŁODSZA SIOSTRA ✽ LOKALNA BOHATERKA ✽ FUNKCJONARIUSZKA POLICJI ✽ MARNOTRAWNA CÓRKA MIASTECZKA, KTÓRA WRÓCIŁA PO DWÓCH LATACH SPĘDZONYCH W AUGUŚCIE ✽ DUMNA, ADOPCYJNA WŁAŚCICIELKA DIVY, EMERYTOWANEJ K9 ✽ ROZWODNICZKA ✽ NA NOWO PRÓBUJE ODNALEŹĆ SIĘ W MARIESVILLE ✽ MIESZKA Z BYŁYM MĘŻEM ✽ DUŻO BIEGA ✽ OD ROKU W TERAPII

Pierwszy raz próbowała uciec, mając sześć lat. Do kartonu po papierze ksero włożyła misia, bawełniane majtki, szczoteczkę do zębów oraz pięć dolarów i dwadzieścia centów — cały swój dobytek, który wydawał się być przydatny w podróży. Pudełko wyniosła na ganek ze skrzypiących desek i usiadła na nim. Czekała aż do powrotu matki, bo choć jej zamiary były wielkie, nie wiedziała jeszcze, dokąd można uciec. Tamtego dnia jej brat nie wrócił na noc, więc od samego rana trwała sroga awantura, zakończona wyzwiskami, trzaskaniem drzwiami i znajomym syknięciem kapsla od piwa, które towarzyszyło jej ojcu, ilekroć potrzebował uspokoić nerwy. Bardzo często były one wzburzone, a Tessa bardzo nie lubiła, kiedy później ojciec gubił słowa — jakby język nie nadążał za gniewem.
W wieku dwunastu lat po raz pierwszy uciekła z torbą — nie było już w niej misia, za to były pieniądze ukradzione bratu, bielizna i mapa stanu z zaznaczoną drogą do domu babci Marii. Wreszcie miała cel podróży. Powód jednak się zmienił — nie tylko bełkotliwy głos ojca zaczął jej przeszkadzać; doszło do tego dziwne zachowanie Juana, który schudł, jakby zapadł się w sobie, i nijak nie przypominał wesołego nastolatka, którego kochała jako mała dziewczynka. Bała się o niego, ale tak samo bała się jego. Jej krótki pobyt na gigancie zakończył się lodami z lokalną policjantką, która znała sytuację jej rodziny, ale też wiedziała, jak działa system, na którego łaskę miałaby skazać małą dziewczynkę z wiecznie roztrzepanymi włosami i trochę brudnymi kolanami.
Mając szesnaście lat, potrafiła przebiec drogę do domu Carol w mniej niż piętnaście minut — rekordowo zajęło jej to dokładnie dziewięć minut i czterdzieści osiem sekund, kiedy, w obawie o własną skórę, wyjątkowo zmotywowana gniewem ojca, pędziła przed siebie z czerwonym śladem na policzku. Znamion takich nosiła już wiele, co trudno byłoby ukryć komukolwiek innemu, ale nie jej — nikt przecież nie zauważa biedy, gdy ta istnieje od zawsze. Znana patologia wtapia się w otoczenie, ignorowana wzruszeniem ramion albo machnięciem ręki, podsumowana słowami: „to taka rodzina”.
Po siedemnastu latach prób w końcu udało jej się uciec w ramiona mężczyzny, który osłonił ją przed sennymi marami zabierającymi oddech. W silnym uścisku znalazła ukojenie, ale niespokojna natura — przyzwyczajenie wytatuowane w stopach — nakazywała jej uciekać z Mariesville tak daleko, jak to możliwe. Jedyną szansą na kolejną podróż było odcięcie gałęzi, którymi splątała się z Jaxem, a którego korzenie w miasteczku sięgały samego rdzenia ziemi.
Przez dwa lata żyła bez szczęścia, ale w końcu w miejscu, w którym nie widziała czającego się za rogiem niebezpieczeństwa, wspomnień wracających z częstotliwością czkawki ani ciężaru wstydu. Wreszcie też nikt jej do nikogo nie porównywał. Była Tessą — tylko i aż. Do miasteczka wróciła, by zająć się chorą matką.


Odautorsko:
Witam serdecznie i zapraszam :)
można mnie znaleźć tu: highoctanewater@gmail.com
Poniższe wpisy mogą zawierać treści przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.



41 komentarzy:

  1. [ Podglądałam, a co mi tam! I muszę powiedzieć, że ja w pełni rozumiem Tesse. Nie wiem czy Jax ją rozumie, ale ja tak... Bo mechanizmy przetrwania robią swoje i czasami nawyki pchają do najgorszych możliwych rozwiązań.
    Oby terapia pomogła, bo Jax to fajny facet, może coś jeszcze uda się naprawić? :)
    W razie chęci zapraszamy do nas! ]

    Andy

    OdpowiedzUsuń
  2. [Biedna historia niczemu winnej dziewczyny, ale pocieszające jest to, że udało jej się zaznać spokoju, i że miała możliwość poczuć się po prostu sobą gdzieś w wielkim mieście. Serce na pewno ma wielkie, jeśli wróciła mimo wszystko, żeby zająć się chorą matką! Dlatego mam nadzieję, że ześlesz jej tutaj trochę szczęścia ☀️ Życzę dużo dobrej zabawy na blogu, a jeśli będziesz miała ochotę, to wpadaj od razu na maila!]

    Rowan Johnson
    & Tanner Gentry

    OdpowiedzUsuń
  3. [Octanka >.< j.w. tez podglądałam ;p co się stało z jej misiem? Też na giganta poszedł i nie wrócił? yay włączę poszukiwania ;p Przyjemna karta i dobrze się ja czytało.
    Dobrej zabawy i samych dobrych wątków ;)]

    Ines

    OdpowiedzUsuń
  4. [Dobrze widzieć Cię również tutaj! 💙 Tessa dużo przeżyła, a jej historia trafia prosto w serduszko, ale cieszę się, że ostatecznie doświadczyła szczęścia, bo zdecydowanie na nie zasługuje.
    Trzymam za nią kciuki w Mariesville! Dobrej zabawy i wiele, wiele weny!]

    Aria Kennedy 🖌️🎨

    OdpowiedzUsuń
  5. [Po pierwsze - oczarowało mnie to zdjęcie, idealnie pasuje do Tessy. Po drugie karta wciągnęła mnie od pierwszego zdania, wielki szacun za tak dobry tekst. Ciężkie życie zmalowałaś swojej bohaterce, nie ma co. W razie chęci zapraszamy do siebie.]

    Dahlia

    OdpowiedzUsuń
  6. [Ona jest przepiękna! A karty bije taka przygnębiająca historia, że aż się serce łamię.
    Widzę, że Mariesville zbiera w swoich progach mocno pokiereszowane osóbki. :( Jeśli chciałabyś jakoś pomyśleć nad powiązaniem naszych dziewczyn, to zapraszam, myślę, że mogłybyśmy je jakoś ze sobą spiknąć i może nieco ułatwić im żywot. ♥]

    Mia Whitaker 🌷

    OdpowiedzUsuń
  7. [ Cześć i tu! Piękna treść i śliczny wizerunek, myślę że niewielu jest w stanie zrozumieć Tessę, bo ludzie lubią wybierać proste strony, a jej brak cierpliwości i ochoty na tłumaczenia. Ale musi mieć serce po właściwej stronie i wierzę, że nawet w Mariesville odnajdzie spokój, albo sama go sobie zbuduje. Abi nie potrafiłaby się z nią dogadać, bo jako przyjaciółka Jaxa musi być po jego stronie, ale... Kto wie, co by się stało, jakby znała całą historię ;) Udanej zabawy, w razie chęci, chętnie pomęczymy Was i tutaj 💕]

    Abigail

    OdpowiedzUsuń
  8. [Hej! :D
    Tessa jest prześliczna, Diva przekochana, karta napisana tak, że zaczęłam czytać i z przyjemnością przepadłam, choć historia do przyjemnych nie należy. Trzymam kciuki za to, żeby udało się jej odnaleźć w miasteczku, ale również za to, żeby tak po prostu się poukładało.
    Bawcie się dobrze! ;)]

    Jodie Halston

    OdpowiedzUsuń
  9. Buszującego w zbożu przeczytał mając piętnaście lat, może szesnaście. Książkę dostał od koleżanki z klasy z okazji Walentynek i długo kurzyła się na półce w jego pokoju. Nie pamiętał, kiedy dokładnie przeczytał ją po raz pierwszy, ale pamiętał, co w nim po niej zostało – coś szczególnego, czego nie potrafił nazwać. Nie była to z pewnością opowieść, która zmieniła jego życie, ale na pewno taka, która po prostu z nim została i niezmiennie od tamtego czasu była jego ulubioną książką. To było dziwne, bo główny bohater był buntowniczy, kojarzył się z chaosem i potrzebą zmiany, czyli był istnym przeciwieństwem Jacksona. On już od nastoletnich lat był spokojny, nie tylko akceptując rzeczywistość, w której przyszło mu się urodzić, ale obdarzając ją szczerą miłością. Już wtedy, jako nastolatek, był bardzo bliski nie tylko swojej rodzinie, ale również mocno zakorzeniony w społeczność miasteczka. Nie było dnia, w którym bez ważnego powodu rodzina Moore pominęłaby wspólny posiłek czy odmówiła komuś pomocy. To był wysiłek grupowy, każdy miał swoje zadanie, które miał do wykonania, choć najwięcej miał ich Jax z Lukem. Zwykle było tak, że drugi z trójki chłopaków pomagał ojcu na farmie, a Jax robił za nianię dla Tannera i Abigail, która w pewnym momencie stała się już częścią rodziny. Gdy nie było takiej potrzeby, zajmował się kuchnią albo pędził do sąsiadów, aby w czymś ich wesprzeć. Pamiętał, jak Rose, a tym samym Olivia, odwiedzała dziadków Moore, jak większość dzieciaków zbierała się razem w ich domu, by czekać na szarlotkę babci Dorothy. Pamiętał tamte poranki, popołudnia i wieczory, które były piękne, beztroskie, a rodzinna atmosfera nie trwała tylko w domu Moore’ów, ale w całym miasteczku. To był inny świat, niż ten przedstawiony w Buszującym w zbożu, bo on, w przeciwieństwie do Holdena Caufielda, ani razu nie pomyślał o tym, aby uciec i zaszyć się w nieznanych sobie dotąd miejscach.
    Mimo to, przez wszystkie minione dekady jego życia od czasu przeczytania powieści Sallingera, Jackson Moore nie raz i nie dwa przekonywał się, ile w tej książce było mądrych słów; słów, które wyrażały to, czego on sam nie potrafił nazwać albo przyznać przed samym sobą. A przekonał się o tym szczególnie, gdy Tessa wróciła do niego niczym bumerang, potrząsając fundamentem życia starannie zbudowanego po jej odejściu. To przypomniało mu fragment z tej książki, który szczególnie wyrył w swoim sercu… ”Człowiek nie może znaleźć sobie nigdzie miłego, spokojnego miejsca, bo takiego miejsca nie ma.” I nie będzie, chociażby w jego przypadku. Bo chciałby powiedzieć, że to miejsce było, a powrót Tessy wszystko zniszczył. Tylko, że… nie. Tak nie było na pewno.

    Nie wiedział, kiedy był dokładny moment, w którym przestał wierzyć, że wszystko ma swoje stałe miejsce. Może było to wtedy, gdy po raz pierwszy po odejściu Tessy wrócił do pustego domu i zbyt długo stał w progu, jak gdyby czekał aż coś, albo raczej ktoś, przywróci mu to, co stracone. A może znacznie później, gdy to, co utracone powróciło, a to, co zyskał – zniknęło. Nie wiedział albo nie chciał tego do siebie dopuścić, bowiem przez długi czas zdawało mu się, że wystarczy cierpliwość. Że jeśli będzie robił swoje dzień po dniu, będzie wstawał rano, otwierał restaurację, gotował jedzenie dla ludzi, którzy nie przychodzili tylko po jedzenie, ale i po chwilę spokoju, to wszystko wróci na właściwe tory. Może nie takie same, ale wystarczająco dobre, by mógł iść dalej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I właśnie tak było, w pewnym sensie… Bo przecież zbudował coś nowego. Coś cichszego, spokojniejsze. Coś mniejszego, może nawet banalnie zwyczajnego, ale jednak własnego. Coś, co było jego osobistym miłym, spokojnym miejscem. Dlatego, kiedy Tessa stanęła znów u progu drzwi jego życia, miał wrażenie, że zrobił coś, czego nie powinien – cofnął się. Ot, bez chwili konkretnego zawahania. Tak jak gdyby ktoś otworzył drzwi do pomieszczenia, które już dawno temu zostało zamknięte i takie miało pozostać, a on zajrzał tam bez pomyślunku. Choć przecież nie powinien był… Najpierw myślał, że czuł gniew – taki, który rozrywa od środka, pozostawiając w sercu tylko frustrację i żal. Dopiero potem zrozumiał, że to nieprawda. To nie była też ulga czy radość, że Tessa wróciła, bo tego nie chciał. Tak chociażby mu się wydawało; wydawało mu się, że ona była już zamkniętym rozdziałem i takim, którego nie chciał znów otwierać – ale to zrobił. A to ciągnęło za sobą coś ciężkiego i znajomego; swoiste uczucie, które osiadło gdzieś pod żebrami, blisko serca, coś co przypominało, że pewnych rzeczy nie da się tak po prostu zostawić za sobą. Można jedynie nauczyć się je omijać, ale pewnego dnia same miały stanąć na twojej drodze.
      I może właśnie teraz, gdy tak stało się w jego życiu, pierwszy raz tak naprawdę zrozumiał te niegdyś przeczytane słowa. Zrozumiał, że nie chodziło o to, że na świecie nie ma spokojnych miejsc, a o to, że spokój nigdy nie jest dany raz na zawsze.

      A jego spokojem był jego domek nad Maple River. Poranki z Olivią u boku i każdy dzień, w którym mieli malować barwy swojej przyszłości. Teraz czuł, jak gdyby ktoś wyrwał mu to z rąk i patrzył na niego spod byka, jak gdyby zrobił coś, czego nie powinien… Nie wiedział, co było w tym wszystkim gorsze — czy to, że to wszystko stało się tak szybko, czy może to, że sam to wszystko na siebie ściągnął. Równie dobrze mógł przecież pokręcić głową, stawić granicę i powiedzieć swojej byłej żonie, że nie może na niego liczyć. Gdyby jednak to zrobił, uczyniłby coś wbrew samemu sobie, bo jeśli jedna rzecz była stała w życiu Jacksona, to jego altruizm i gotowość do pomagania innym. Tessa dobrze o tym wiedziała; znała go doskonale, rozumiejąc że jego serce było w stanie pomieścić wielu i wiele. I chciałby móc powiedzieć, że teraz to wykorzystywała, że robiła coś na własny plus kosztem jego. Pech chciał, że nie mógł, bo jeśli jedno zdążył dostrzec, to fakt, że Tessa naprawdę była w potrzebie. A on znów przybył jej na ratunek.

      Mieszkali więc razem od krótkiego czasu, ale na tyle długiego, by jego związek z Olivią zdążył się rozpaść, a rodzina miała do niego żal. Luke cały czas suszył mu głowę, babcia Dorothy robiła mu ciche dni, a matka płakała ze stresu. Tylko ojciec zdawał się być o to spokojny, co nieszczególnie go zaskoczyło, bo Thomas lubił Tessę. Widać, wcale się to nie zmieniło. Nie to jednak było źródłem jego trosk i sfrustrowania, a to, co robiła z nim obecność byłej żony w jego własnym domu. Chociaż nie widzieli się często, a ona bardzo dobrze dbała o to, żeby ich drogi jak najmniej się krzyżowały, to czuł jej obecność w każdym zakamarku domu. Czuł jej zapach, słyszał kroki, których ciężar i dźwięk wciąż pamiętał. Obserwował, jak każda część tego domu stawała się niemal oznaczana obecnością Theresy Moore – kubek odstawiony nie tam, gdzie zwykle, cicho zamknięte drzwi do sypialni, światło zapalone o godzinie, o której dotychczas panowała ciemność. To były drobne rzeczy, które dla kogoś z zewnątrz nie miałyby żadnego znaczenia, ale dla Jaxa były jak ślady pozostawione na powierzchni czegoś, co przez długi czas należało tylko do niego – czegoś, co sam starannie zbudował już bez niej.

      Usuń
    2. A to jeszcze bardziej wzmacniało uczucia, które targały nim w środku. Bo nie chodziło tylko o nią; chodziło o to, jak łatwo jej obecność wślizgnęła się w przestrzeń, którą uważał za własną, swoją i zamkniętą. O to, jak szybko zaczęła zmieniać coś, co wydawało się już ustalone, stabilne, niewzruszone. A ponad wszystko o to, jak uświadamiało mu to, że najwidoczniej wcale sobie tego wszystkiego nie przepracował tak, jak zakładał, bo przecież gdyby naprawdę tak było, nie reagowałby na każdy jej krok. Nie zauważałby każdego najmniejszego śladu. Nie miałby wrażenia, że coś w nim przesuwa się za każdym razem, gdy tylko przypomina sobie, że ona wciąż tu jest.

      Obudził się wcześnie, choć długi czas leżał w łóżku, patrząc w sufit. Poranne światło nieśmiało wpadało do pokoju, a on ze skupieniem wsłuchiwał się, czy było słychać kroki. Dzień miał się zacząć, a on nie wiedział, co zrobić, by znaleźć w sobie motywację, aby stanąć na nogi i robić swoje. Paradoksalnie, nie chodziło o to, że jego była żona była w jego domu… Wiedział po prostu, że zbyt wiele emocji siedziało w jego umyśle i sercu, a które nie potrafił sobie przepracować, a nie chciał wyładowywać tego na niej. Nie mógł jednak wieczność chować się w swojej sypialni. Korzystając więc z panującej w domu ciszy, wstał i poszedł do łazienki, by przygotować się na nowy dzień.
      Wyszedł z łazienki i na moment zatrzymał się na korytarzu. To wtedy usłyszał cichy szum ekspresu. Przez chwilę stał w miejscu, wsłuchując się w te dźwięki, aż w końcu ruszył dalej i pojawił się w progu kuchni. Najpierw przywitał się z Divą, a potem oparł się lekko o framugę drzwi, pozwalając sobie na krótkie spojrzenie w stronę brunetki.

      — Dzięki — odpowiedział cicho, z wyraźniej zdystansowanym tone. Podszedł bliżej — Nie musiałaś… — dodał. Jeszcze kilka lat temu w podobnej sytuacji Jax złożyłby czuły pocałunek na jej czole, objął i zapytał, co marzy jej się na śniadanie. Dziś był między nimi tylko ten charakterystyczny ciężar, który doskonale wiedział, że czuła również i ona.

      Sięgnął po jeden z kubków, czekając aż kawa skończy swój proces parzenia.

      — Jak zapowiada ci się dzień? Może potrzebujesz dziś pomocy przy mamie?

      Jax 👀☕

      Usuń
  10. Olivia ostatnimi czasy zdecydowanie mocno zatraciła się w swojej pracy. Wychodziła z domu bardzo wcześnie rano, większą część czasu spędzała w klinice, ale również i często wyjeżdżała do okolicznych mieszkańców i ich zwierzaków, jeśli sytuacja wymagała wizyty domowej.
    Zajmowała tą pracą myśli, nie pozwalała, aby schodziły one na żadne inne tory, niż coś, co nie było związane ze zwierzętami oraz ich zatroskanymi właścicielami.
    Powoli wszystko budziło się do życia po zbyt długiej zimie, która każdemu dała się we znaki. Olivia z uśmiechem spoglądała za okno, zatrzymując spojrzenie na niewielkich pąkach, które zdobiły okoliczne drzewa. Napawało ją to jakimś lepszym humorem, większą chęcią do robienia czegokolwiek. Nie było już tego zimowego marazmu, który wkradł się do jej życia kilka miesięcy temu. Teraz jakoś lepiej się oddychało, chętniej się wychodziło, spędzało czas wśród innych.

    Wraz z nadejściem wiosny, do jej kliniki zaczęli napływać klienci, którzy chcieli odhaczyć coroczne szczepienia, zabezpieczyć swoje psy i koty przed różnymi, niechcianymi przyjaciółmi, jak kleszcze czy pchły. Olivia z anielską wręcz cierpliwością tłumaczyła, szczególnie starszym osobom, by nie wypuszczały swoich kotów czy psów. Może i Mariesville było przyjemnym miasteczkiem, tak jednak Olivia zwracała uwagę na to, jak wiele zwierzaków kręci się po okolicach.
    Samotne wycieczki nie zawsze kończyły się dobrze, Olivia wiedziała o tym bardzo dobrze. Niejednokrotnie przychodzili do niej zatroskani właściciele, przynosząc na swych rękach poszkodowane zwierzaki, których niekoniecznie zawsze udawało się uratować. To zawsze cholernie Olivię bolało, kiedy musiała przekazać tą druzgocącą wiadomość. Zbyt wiele razy też widziała te ostatnie pożegnania, które niejednokrotnie rozdzierały jej serce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzisiejszy dzień raczej należał do tych spokojnych. Olivia mogła w spokoju wypić kawę, zaraz po przyjściu do kliniki. W spokoju mogła sprawdzić zaopatrzenie i zrobić zamówienie na brakujące leki czy przybory medyczne, które były już na wykończeniu. Udało jej się nawet zapisać na seminarium weterynaryjne w Atlancie, o którym słyszała już od dawna.
      Dzień był wręcz leniwy, co było niezbyt spotykane, bo przecież zawsze coś się działo. Badała właśnie kotkę pani Phillips, kiedy drzwi do jej gabinetu otworzyły się, a w progu zobaczyła Mię, jej recepcjonistkę, która poinformowała ją, że za chwilę pojawi się kobieta z psem, który został ugryziony przez węża.
      Pani Phillips, słysząc wzmiankę o wężu, westchnęła głośny, przestraszona wręcz tą informacją. Olivia zaś ze spokojem kiwnęła głową, dziękując za informację, po czym szybko uzupełniła informację w komputerze na temat stanu zdrowia kotki. Później, z uśmiechem pożegnała panią Phillips, instruując, że zadzwoni do niej za kilka dni, kiedy tylko wymagany lek zostanie dostarczony do Mariesville Veterinary Clinic.

      Tak naprawdę nie przeszło jej przez myśl, kim też może być osoba z ukąszonym psem. Naprawdę, spodziewała się każdego, jednak Tessa Moore była ostatnią osobą, która mogła przekroczyć próg jej lecznicy.
      — Proszę, pani weterynarz już czeka — do uszu Oliwii Mitchell dotarł głos Mii, która kierowała kogoś w stronę gabinetu. Wiedziała, że Mia pomoże, więc Olivia skupiła się na tym, aby wyciągnąć odpowiednie leki, które mogły się jej przydać.
      — Proszę, zapraszam. Co się stało? — zapytała, naciągając lateksowe rękawiczki na ręce. Odwróciła się w końcu, a jej wzrok spoczął najpierw na osobie Tessy, która była wyraźnie poruszona całą sytuacją, a później na jej suczce, która dyszała ciężko.
      — Połóż ją na stół, Tesso. I uspokój się, bo Twój strach jej zdecydowanie nie pomaga. Opowiedz mi, co się stało. Dokładnie, z każdym szczegółem i ile minęło czasu — Olivia nie bawiła się w żadne gry, górę wziął chłód i opanowanie, bo nieważne było to, że obie nie pałały do siebie sympatią.
      Kiedy Diva wylądowała na stole, Olivia podeszła do niej, pochylając się.
      — Cześć, Maleńka. Boli pewnie, ale zaraz przestanie. Pokaż łapkę, zaraz ci pomogę — powiedziała delikatnie, głaszcząc suczkę również po ciele. Wiedziała, że to niejednokrotnie pomagało psom, które były zestresowane.
      Chwyciła lekko łapę Divy, przyglądając się opuchliźnie oraz ugryzieniu.
      — Więc Tesso, co się stało? Jaki to był wąż? - zapytała, wyciągając z kieszeni fartucha stetoskop. Osłuchała Divę, której oddech na szczęście zaczął się uspokajać.
      Olivia🩺

      Usuń
  11. Luke zawsze miał w zwyczaju stroić sobie żarty o nim, mówić coś o jego własnej misji i heroizmie. Przez wiele lat niezwykle go to drażniło; im jednak był starszy, tym bardziej rozumiał, że jego młodszy brat miał rację. Jackson był ciepłym człowiekiem, kimś o gołębim sercu, które poszerzało się z każdym razem, gdy ktoś potrzebował się w tym sercu schronić. Niejednokrotnie ta cecha zdawała się być najlepszym i najgorszym, co przytrafiło mu się w życiu. Bowiem wspaniałym doświadczeniem móc jest czuć tak bardzo, a jednak wciąż mogło ciągnąć to za sobą ból i cierpienie. Gdy poznał Tessę, każda cząstka jego duszy czuła, że jej własna potrzebowała schronienia – a on to schronienie pragnął jej dać. Zdawało się, że udało mu się to osiągnąć, gdy oboje obiecali sobie życie na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie. Tylko, że w życiu nic nie jest doskonałe ani trwałe, a on nie przebił się przez mur tak wysoki, iż nawet nie potrafił dostrzec jego granic. To głupie, bo w zasadzie mógł to zrobić z łatwością. Problem tkwił w tym, że nie potrafił zrezygnować z tego, co dla jego byłej żony było sprawą niemal priorytetową.

    Nie wiedział, dlaczego tak bardzo nie umiał wyobrazić sobie życia poza Mariesville. To była jedna, w zasadzie jedyna rzecz, która stawiała wyrazistą granicę w tym, co był gotów zrobić dla Tessy. Jednocześnie rozumiał, dlaczego raniło to jej serce tak dogłębnie, że ból i gniew mogły rozerwać duszę na strzępy. Mariesville nie było przecież niczym szczególnym; było zwykłym, małym, przewidywalnym, a momentami wręcz dusznym miasteczkiem. A jednak to właśnie tutaj wszystko miało swoje miejsce i swój rytm, który sprawiał że Jackson wiedział kim jest i kim być chce. To tutaj jego życie miało ciężar, sens i ciągłość, której nie potrafiłby odtworzyć nigdzie indziej. Najpierw tłumaczył to sobie rozsądkiem, potem wmawiał sobie, że to kwestia przyzwyczajenia i wygody, a może nawet obawy przed nowym początkiem. Ale w głębi wiedział, że to coś więcej. Coś, czego nie dało się tak łatwo nazwać ani zignorować. Chodziło o tę nieuchronną prawdę, że Mariesville było częścią niego; wrośniętą tak głęboko, że nie mógł ją tak po prostu wyrwać, nawet dla niej. W zasadzie to nawet dla żadnej z nich.

    I właśnie to go rozdzierało – teraz i wtedy. Wtedy, gdy Tessa wciąż była jego żoną. Wówczas wszystko inne straciło na znaczeniu. Gdy stanęła na jego drodze, jego serce podskoczyło ku górze, jak gdyby próbowało wyrwać się z jego kontroli i w pełni oddać się tej kobiecie, która zawojowała jego duszę. Tak, w tamtym czasie, jak i do teraz, jego rodzina dalej żyła Olivią. Czasem wręcz zdawało mu się, że pragnęli tej relacji bardziej niż on kiedykolwiek wcześniej, ale to wszystko przestało mieć na znaczeniu, gdy poznał Tessę. Była konkretna, otwarta a jednocześnie zamknięta, całkiem inna niż on… Tessa nie emanowała energią tego miasteczka, od początku wyznaczając ścieżkę swojego życia inaczej niż inni. A on? On pragnął stać się częścią tej drogi. Był więc gotów na kompromisy, na zmiany, na rzeczy o których dotychczas nawet by nie marzył, a co dopiero je rozważał. A jednak, w tym wszystkim, przychodził moment, w którym coś się w nim zamykało i stawiało opór nie do pokonania. Pojawiała się granicy, której nie potrafił, albo nawet nie chciał, przekroczyć. I nienawidził siebie za to, że tą granicą było właśnie to jedno miejsce. Mariesville.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mariesville nie było jednak jego miłością, tak jak była nią Tessa. Życie nie skończyło się, gdy ona odeszła, ale zabolało cholernie mocno, pozostawiając po sobie blizny. Zdawało mu się jednak, że zdążył się z tym wszystkim oswoić, pogodzić, jakoś ułożyć to wszystko w głowie i dojść do tego mitycznego domknięcia, o którym tak wiele się mówi. Wszystko jednak szlag trafił, a ogień przeszłości strawił wszystko, co dotychczas zbudował, pozostawiając po tym wszystkim nowym tylko popiół. Nie było żadnego domknięcia, oswojenia czy pogodzenia się – powrót Tessy potwierdził mu to bardziej niż dobitnie. Wiedział to już, bo to wszystko budziło w nim zbyt wiele emocji, tak surowych i przytłaczających, że o ucieczce mógł tylko marzyć. Czuł obecność Tessy w każdym zakamarku swojej duszy. W tym, jak martwił się o to, jak ona czuje się w Mariesville po powrocie. W tym, jak troszczył się o to, czy w pracy było dobrze, czy opieka nad matką nie zabierała zbyt dużo sił, czy spojrzenia innych nie męczyły jej bardziej niż powinny. Czuł to w tym, jak Tess stawała się już stałym elementem jego domu, dopasowując się do jego energii i rytmu. A on przecież za wszelką cenę nie chciał się do tego przyzwyczajać, bo miał żal i gniew. O to, że się pojawiła, że wróciła i rozgościła się w jego życiu – nawet jeśli nieśmiało. Był rozżalony i rozgniewany, że doprowadziła do rozpadu jego związku z Olivią, do napiętych relacji rodzinnych, do niekończącego się biegu myśli. A ponad wszystko do niepokojącego uczucia tęsknoty, które z każdym dniem budziło się w nim stopniowo coraz bardziej.
      A najbardziej był rozżalony i rozgniewany o to, że choćby chciał móc przyznać, że to naprawdę jej wina, to wiedział że to nieprawda… Bo to wszystko nie było jej wina, tylko jego własna.

      Wiem, ale to tylko kawa.

      No tak. W zasadzie, to miała rację, jak gdyby, bo to rzeczywiście była tylko kawa. We wszystkim zawsze jest jednak jakieś „ale”, a u nich to ale przyjmowało wiele znaczeń. Mówi się, że diabeł tkwi w szczegółach, a duet jakim był Jackson Moore z Tessą tylko to potwierdzał – i to od samego początku. Bo może wiele sytuacji, kwestii i rzeczy to było tylko jakieś coś, ale nie w ich przypadku. Jackson mógłby nawet stwierdzić, że ten luksus skończył się w momencie, gdy Tessa pojawiła się u progu drzwi do jego domu, a on wpuścił ją w zmieszaniu, może nawet lekkiej złości, ale nie w zawahaniu. I być może właśnie to tak bardzo go frustrowało, bo na litość boską, to zawahanie powinno było być… Z szacunku dla siebie, dla niej, dla związku, który zaczął budować. To jednak wierciło się pod jego skórą tak natrętnie, drażniąco i uporczywie, że aż niepokojąco, iż w końcu zrozumiał, że przecież nie mógł kłamać samego siebie. Jackson doskonale wiedział, że nie potrafiłby ominąć człowieka w potrzebie, a już szczególnie gdy tym człowiekiem była Tessa – kobieta, z którą niegdyś budował życie, z którą miał wychować małą gromadkę ich własnych pociech, z którą już zawsze miał budzić się o poranku i żegnać dzień późna nocą. Kobieta, z którą tak wiele miało się wydarzyć, a z którą tak wiele zostało stracone i niespełnione.

      Ale przecież tylko jej pomagał. Tylko wyświadczał przysługę. Tylko był w imię potrzeby, prawda?

      Mężczyzna poczuł jak coś w nim drgnęło. Lekki przypływ napięcia, przypominający mu minął od razu, że każde jej słowo i każdy gest wciąż potrafił wywołać w nim burze. Oboje stąpali po kruchym lodzie, a zdawało się że żadne z nich nie próbowało z tego lodu zejść.

      — Dobrze, w porządku — odpowiedział w końcu — Nie mam dziś żadnych planów… — kłamał — Więc mogę pomóc. Pojedziemy razem, nie przejmuj się — dodał. Przez moment milczał, patrząc ślepo w stronę okna. W końcu skierował wzrok na Tessę.

      — Pewnie jesteś głodna — oznajmił — Przygotuję śniadanie.

      if i knew it all then, would i do it again?
      Jax ☕️🌅

      Usuń
  12. Olivia nieraz słyszała różne rzeczy na temat Tessy. Znała ją, owszem, ale nie jakoś wybitnie mocno, nigdy nie mogła też jej nazwać swoją koleżanką. Znajomą? Może, choć Mitchell uważała, że to i też za duże słowo na ich relację, a raczej jej brak.
    Dobrze pamiętała, kiedy przyjeżdżała z Atlanty do Mariesville na jakieś wolne, ferie, czy chociażby święta, i wtedy też w domu jej babci nieraz przebywała Dorothy, babcia Jacksona.Kobieta nieraz wspominała o żonie swojego wnuka, spoglądając przy tym na Olivię takim smutnym wzrokiem. Kiedy Jackson zerwał z Olivią, gdy ta wyjeżdżała na studia, to chyba właśnie ich babcie były najbardziej zdruzgotane decyzją młodych.
    Potem każde z nich zaczęło życie na nowo. Jax z Tessą u boku, Olivia korzystała zaś z uroków wielkiego miasta, jakie dawała jej Atlanta. Kiedy Jax brał ślub z Tessą, Olivia tego dnia siedziała w barze z przyjaciółkami, zapijając smutki. Bo ta informacja i świadomość, że to właśnie Tessa zacznie życie u jego boku, tak bardzo ją dobiła. A teraz? Teraz Olivia ratowała jej psa, próbując zgrywać profesjonalną w każdym calu, by pokazać jej, że przecież w ogóle nie czuje złości, że Tessa kolejny raz weszła z butami w jego życie, wywracając ich relację do góry nogami.

    Spojrzała na brunetkę, szybko i przelotnie, jednak wyłapując wszystkie, nawet najmniejsze emocje, które nią targały. Tessa zawsze wydawała się być twarda, tak o niej mówili w miasteczku. Teraz jednak, Olivia widziała przed sobą przestraszoną właścicielkę, która pewnie targały najgorsze myśli. Dla Olivii nie było to niczym niespotykanym czy nadzwyczajnym. Była to część jej pracy, do której musiała się przyzwyczaić, i nie podchodzić do wielu spraw zbyt emocjonalnie, choć bywały chwile, gdy było jej okropnie ciężko.
    — Nic jej nie będzie — zapewniła, drapiąc Dive za uchem. Choć łapa była spuchnięta i suczka odczuwała ból przy każdym dotknięciu czy poruszeniu, to czas, w jakim Tessa z nią tu dojechała, działał zdecydowanie na korzyść tej dwójki.

    — Pobiorę jej krew do badań i zostawię na obserwacji. Oprócz przyspieszonego oddechu, i lekkiego obrzęku łapy, nie ma innych objawów, co jest dobrym znakiem. To, że zjawiłaś się z nią tu tak szybko, też jest na plus — wyjaśniła, biorąc potrzebne rzeczy do pobrania krwi.
    — Na chwilę obecną wstrzymam się z surowicą, podam jej leki przeciwbólowe w kroplówce. Zobaczę, czy obrzęk się powiększa — poinformowała , zaznaczając na łapie Divy miejsce ukąszenia, by wiedzieć, czy opuchlizna zwiększy się, czy raczej nie.

    Olivia sprawnie pobrała suczce krew, a następnie założyła wenflon i podała jej leki przeciwbólowe. Chwilę później zawołała Mie, prosząc, by zaniosła próbkę z krwią do gabinetu obok, by Michael ją przebadał.
    — Swoją drogą, czemu mówisz do niej po niemiecku? Sprowadziłaś ją z Europy? — zapytała zaciekawiona.
    Olivia💉

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie tylko otworzenie, ale przygotowanie swojego serca dla Tessy było czymś, co uczynił tak prędko, a jednak tak pewnie i świadomie, jak nigdy dotąd. Nie był już młodym chłopakiem, który dopiero stawiał pierwsze kroki na etapie zwanym dorosłością. Wręcz przeciwnie – miał za sobą związek, który choć rzucał cień, był zakończony przez niego, w zgodzie serca i rozsądku, bez niedopowiedzeń, bez powrotów myślami do tego, co mogło być. Jednocześnie miał ugruntowane życiowe cele, restaurację, która okazała się sukcesem, i ludzi wokół, którzy chcieli dla niego dobrze. Miał wszystko, co powinno dawać poczucie stabilności. Brakowało tylko tej jedynej – drugiej połówki, kości z jego kości; kogoś, kto miał nosić jego serce, tak jak on chciał nieść jej. Kogoś, przy kim to wszystko w końcu miałoby sens. Jego rodzina w tej roli widziała Olivię. On też, i to dość długo. Nigdy też nie ukrywał, że miała cząstkę jego serca, którą oddał jej na zawsze. Ta dziewczyna zawróciła mu w głowie na tyle, że w tamtym czasie Theresa Garcia była jedynie jedną z wielu dziewcząt mieszkających w urokliwym Mariesville. Kimś obok.
    Dopiero gdy poznał ją naprawdę, nie powierzchownie, nie przez pryzmat opinii innych, wszystko się zmieniło. I wtedy wiedział już, że nie może tego zepsuć. Że jeśli pozwoli, aby znajomość z Theresą rozpłynęła się między jego palcami, nigdy sobie tego nie wybaczy. A ta myśl była niemal dusząca. Co więcej, nie był głupi ani ślepy. Wiedział, jaką była osobą. Widział więcej niż inni i więcej niż sama z początku chciała pokazać. Wiedział też, jaką miała rodzinę i domyślał się, jak bardzo ją to ukształtowało, ale też jak wiele w niej połamało. A jednak to wcale nic nie zmieniło. Wręcz przeciwnie, sprawiło że jeszcze bardziej dostrzegł jej wartość i wyjątkowość. Nie interesowało go, że babcia uważała, że to nie kobieta dla niego, a matka mówiła, żeby dał sobie czas. Bo on tego czasu nie potrzebował. Gdy ją poznał, wiedział, że to ona, kobieta, z którą miał budować życie. I gdy tego jednego wieczoru, widząc ją śpiącą w swoich ramionach, spokojną, bezbronną, jak gdyby na moment wolną od wszystkiego, co ją niszczyło, zrozumiał, że nie chce tego nigdy straci. Wszystko stało się wówczas jasne. Stało się jasne, że pragnie mieć tę kobietę w swoim życiu. Że chce, aby już zawsze czuła, że kocha każdą część jej – tę, która kąsała go słowami w kłótniach, raniąc dokładnie tam, gdzie bolało najbardziej, jak i tę, której kruchość i delikatność dostrzegał tylko on. Tę, którą inni ignorowali albo nie chcieli widzieć. Stało się jasne, że będzie chciał ją chronić i bronić przez resztę ich wspólnego życia. Że stanie między nią a wszystkim, co mogłoby ją skrzywdzić, nawet jeśli tym czymś miałby być cały świat. Bo była jego kobietą.
    I miłością jego życia.

    Gdy więc powiedzieli sobie sakramentalne tak, Jackson doskonale rozumiał swoją rolę. Tessa była najważniejszą osobą w jego życiu. Przyjął ją taką, jaka była – nie dlatego, że musiał, ale dlatego, że właśnie taką ją pragnął, uwielbiał i kochał. Tak, ich małżeństwo nie było bajkowe, a on sam z każdym rokiem coraz mocniej odczuwał ciężar traum, które Tessa niosła przez wszystkie lata swojego życia. Ciężar, którego nie dało się tak po prostu zdjąć. Ona bowiem, w przeciwieństwie do niego, nie miała szansy dorastać w zdrowej rodzinie. Choć Valentina była dobrą matką i za to był jej dozgonnie wdzięczny, to Manuel zatruł im obu życie zbyt mocno, by mogły się przez to przebić bez śladu. A Jackson widział to doskonale. Być może dlatego Manuel nie przepadał za zięciem – zresztą ze wzajemnością. Jax jednak miał powód, by darzyć teścia niechęcią…

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy mu tego nie wybaczył. Tego, jak skrzywdził Tessę. Tego, jak odebrał jej coś, czego już nigdy nie dało się odzyskać i jak nigdy nie dał jej szansy na dobry start. Być może właśnie dlatego Jackson robił wszystko, by każdą jej ranę uleczyć albo przynajmniej próbować. By ulżyć w bólu, by pomóc jej odnaleźć radość w życiu, które tak długo było dla niej ciężarem. By Tessa czuła jego miłość w każdym zakamarku swojej duszy. Tak przecież miało być, tak sobie to wyobrażał i właśnie w to wierzył. Żadne przeciwności losu, czy to jej demony, czy jego nadgorliwa rodzina, nie miały prawa ich złamać.

      Rzeczywistość jednak szybko to zweryfikowała. Wtedy, gdy Tessa postanowiła ten rozdział zakończyć, zostawiając go z jednym, rozdzierającym pytaniem: co zrobił nie tak. Pytaniem, które wracało do niego nocami, które nie dawało mu spokoju, powoli rozkładając go od środka. Czuł, że to wszystko przestało mieć znaczenie. Zupełnie tak, jak gdyby ich małżeństwo nie miało sensu ani celu, a wszystko, co zbudowali, było tylko złudzeniem. Osiem lat burz, wzlotów i upadków. Osiem lat spokoju i gniewu, delikatności i namiętności — pasji, której nigdy im nie brakowało. Osiem lat walki o siebie nawzajem. Osiem lat… na nic. I choć życie się wtedy nie skończyło, to coś w nim pękło bezpowrotnie. Musiał nauczyć się chodzić od nowa. Oddychać od nowa. A co bolało najbardziej, to nauczyć się istnieć bez niej.

      A potem pojawiła się Olivia – znów na jego drodze, zupełnie tak, jak gdyby los zaplanował to sobie od samego początku. Bez Tessy w tle tej życiowej symfonii podejmowanie pewnych decyzji było dużo prostsze, niż zakładał… Być może wynikało to z faktu, że gdy ich wspólna, małżeńska droga rozeszła się na dwie osobne, zupełnie od siebie różne, Jackson Moore nie miał już nigdy spotkać się z Tessą. Miał prawo ułożyć sobie życie, starannie stawiać fundamenty, na których chciał budować swój własny dom — dom zwany życiem. Rzeczywiście, związek z Olivią mógł być w pewnym stopniu szary moralnie, może nawet stawiał Jacksona w nie najlepszym świetle. Związał się w końcu z kimś, kto dotychczas nie tyle wzbudzał, co zbudował, cegła po cegle, lęk i niepewność w Tessie Moore. Życie jednak nie było czarno-białe; Jackson miał prawo podejmować decyzje, które uznawał za słuszne, bo jego była żona nie była już częścią jego życia. Wszystko wskazywało więc na spokojną, pełną miłości i stabilności przyszłość u boku Olivii Mitchell.

      Aż do powrotu Tessy.

      Pierwsze dni nie były łatwe. Nigdy nie są, gdy tor życia nagle przestawia się na inny kierunek, bo jakikolwiek by on nie był, taka zmiana zawsze budzi lęk. Jackson był człowiekiem o niezwykle stabilnej naturze; zawdzięczał to zdrowym i silnym relacjom rodzinnym, które ukształtowały go w kluczowych momentach dzieciństwa. Jego matka nauczyła go empatii, życzliwości i szczodrości, ojciec z kolei, choć był absolutnym przeciwieństwem Gracie – cierpliwości, wytrzymałości i prostolinijności. To właśnie sprawiało, że potrafił odnaleźć się w wielu sytuacjach, nawet tych najtrudniejszych. Nie oznaczało to jednak, że był odporny na gniew, ból czy lęk. A te emocje zaczęły mu towarzyszyć, gdy dwa lata temu jego życie zaczęło przypominać sinusoidę, tworząc spiralę zmian, w której trudno było złapać równowagę. Najpierw musiał nauczyć się życia bez Tessy, a po jej powrocie — życia z nią na nowo, choć zupełnie innego niż kiedyś. Te dni nie były więc łatwe… Nie były, bo spadły na niego niespodziewanie, a on próbował w tym wszystkim utrzymać równowagę na tyle, by jego przeszłość i przyszłość nie spotkały się w jednym punkcie. Tylko że właśnie to się stało, a Jackson nie był w stanie tego powstrzymać.

      Usuń
    2. Nosił więc w sobie żal do Tessy – nie na tyle silny, by odmówić jej pomocy, ale wystarczający, by zacząć obwiniać ją o to, jaki skutek przyniósł jej powrót. Rozsądek podpowiadał mu, że nie powinien tego robić, bo przecież sam świadomie zdecydował się jej pomóc. A jednak z jakiegoś powodu łatwiej było zrzucić winę na nią niż nazwać rzeczy po imieniu. To było trudne, bo miał już za sobą małżeństwo, które się rozpadło, a teraz także związek, który dopiero zaczął budować – i który najwyraźniej nie miał solidnych fundamentów. I choć rozsądek doskonale to rozumiał, emocje brały górę i szeptały jedno: to Tessa. Tessa — zawsze ona…

      A potem rozsądek w końcu dotarł do serca.

      I Jackson zrozumiał, że to nie była jej wina. Wręcz przeciwnie – to wszystko uświadomiło mu coś znacznie trudniejszego do przyjęcia… Rozwód nie zamknął rozdziału jego małżeństwa. Co więcej, nie wypłukał z serca tego, co uznawał za dawne, umarłe już uczucia. Bo choć ta cała barwa negatywnych uczuć pojawiła się wraz z pojawieniem się Tessy u jego boku, to nie było zawahania. Nie było, bowiem świadomość, że Tessa znalazłaby pomoc gdzie indziej, uwierała go jak drzazga pod skórą… Ot, zupełnie tak, jak gdyby inne rozegranie tamtego dnia, gdy Tessa wróciła, mogłoby zaburzyć naturalną kolej rzeczy… To było jasne jak słońce, że to właśnie Jackson Moore miał ją wesprzeć, bo kto inny? Jak więc mógł budować coś nowego, skoro tak szybko pobiegł na pomoc kobiecie, która roztrzaskała jego serce na kawałki?

      Był to więc kolejny dzień ich wspólnego (nie)mieszkania — układu, który wciąż wydawał się nienaturalny, a jednocześnie zaskakująco oczywisty, jak odnaleziony po drodze brakujący element układanki.

      Jackson obserwował każdy jej ruch, choć dyskretnie, to na tyle uważnie, by dostrzec jej ostrożność. Wyglądała tak, jak gdyby bała się coś przekroczyć, a jeden zły ruch miał złamać grunt, po którym oboje stąpali.

      — Nie wiem, Tess. Jak uważasz — odpowiedział, choć jego ton był ciepły. Przez chwilę milczał, robiąc kilka kroków do przodu, by móc swobodnie wziąć papierową torbę z pieczywem. Postawił ją bliżej siebie, a następnie podszedł do lodówki, wyciągając jedno po drugim wszystko, z czego planował przygotować śniadanie. Każdy jego ruch był spokojny, ale i metodyczny, jak gdyby skupienie się na prostych czynnościach było jedynym sposobem, by nie myśleć o tym, co działo się tuż obok. W końcu, po dłuższej chwili ciszy, dodał:

      — Nie przeszkadzasz.

      does it ever get lonely thinking you could live without me?
      Jax 💭☕

      Usuń
  14. Nigdy nie miała jakiejś większej ochoty, by poznać Tessę bardziej. Może dlatego, że zawsze wydawała jej się zamknięta i nieco odizolowana od reszty, która znała. Przecież nie dzieliła ich wielką różnicą lat, a jedynie rok. Jednak, pochodzili z dwóch różnych światów, które rzadko kiedy się przecinały i ich drogi się łączyły. Mitchell nie zabiegała o jej znajomość, Ann dawniej, a tym bardziej teraz. Tessa i jej psia towarzyszka były dzisiaj tylko i aż jej pacjentkami, którymi Olivia poświęciła tyle czasu, ile potrzebowały.

    Olivia zawsze była lubiana przez rodzinę Jacksona, nie wliczając w to jego ojca, bowiem ojciec Jacka niezbyt za nią przepadał, choć Olivia po tylu latach nadal nie wiedziała, co było tego powodem. Natomiast jeśli chodzi o jego babcię czy matkę, zawsze były dla niej życzliwe i traktowały jak członka rodziny. Z resztą, babcia Dorothy była dla niej jak ciotka, lub nawet i babcia. Traktowała ją naprawdę jak kogoś z rodziny, zapraszając nawet wtedy, kiedy rozstali się z Jacksonem, a Olivia wyjechała na studia do Atlanty.
    Nigdy też Olivia nie nazwałyby tych kobiet okrutnymi. Były częścią Mariesville, budowały fundamenty miasteczka, jak i jego wizerunek. Znał je praktycznie każdy.
    I może to zabrzmiało źle, ale Olivia również obwiniała Tessę o to, że zniszczyła wszystko między nią a Jacksonem, gdy tylko pojawiła się w Mariesville ponownie. Mitchell wiedziała, że tak naprawdę Tessa Moore nie miał tu nikogo. Rodzina, z którą wolała nie mieć nic do czynienia. Brak znajomych, przyjaciół. Został jej tylko on, który nigdy nie odmawiał. I to bolało Olivię najbardziej.

    Ciemne włosy otuliły twarz Olivii, gdy ta spoglądała na Dive. Suczka była już znacznie spokojniejsza, leki prawdopodobnie zaczęły działać i złagodziły ból ugryzienia. Najważniejsze dla Olivii było to, że Diva była przytomna, a każda kolejna minuta, która mijała, nie przynosiła za sobą innych, nieporządanych objawów.
    — Nie wydaje mi się, Tesso. Jak na razie leki przeciwbólowe działają, opuchlizna się nie powiększa z tego co widzę, a ona nie ma innych objawów, które występują przy ugryzieniu. Miała szczęście, głównie dlatego, że tak szybko tu przyjechałyście — wyjaśniła, ponownie głaszcząc Dive za uchem.
    — Zostawię ją na obserwacji. Przeważnie trwa od od 24 do 48 godzin. To taki czas, kiedy zawsze może coś się stać, ale nie ma co zapeszać — powiedziała, posyłając kobiecie delikatny, pocieszający uśmiech.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Olivia, mam wyniki. Są dobre, surowica nie będzie potrzebna. Brak zaburzeń krzepnięcia krwi — Michael wszedł do gabinetu, przerywając ich… rozmowę? Chyba tak to można było nazwać. Podał brunetce kartkę z wynikami, by Olivia mogła zapoznać się ze szczegółami.
      — Dzięki , Mike. Badania powtórzymy jeszcze jutro, ale Diva miała dzisiaj dużo szczęścia — wskazała na suczkę, która leżała na stole, w towarzystwie swojej opiekunki i weterynarza.
      — Wiec, tak jak wspomniałam, zostawię ją na obserwacji. Leki przeciwbólowe dobrze działają, później dostanie kroplówkę. Diva jest dużym psem, Tesso. To te małe mają mniejsze szanse i częściej to właśnie im podajemy surowicę. Poza tym, ugryziona została w łapę, gdyby to była szyja albo okolice głowy, wówczas wolałabym dmuchać na zimne i bym się nie zastanawiała. Pewnie nawet nie zawracałabym Michaelowi głowy tymi badaniami — powiedziała.
      — Co do jej potencjalnej rehabilitacji. Na początku będzie musiała się nieco oszczędzać. Jednak, na moje oko, wróci szybko do sprawności. Jej mięśnie nie zostały zniszczone w żaden sposób, więc nie masz się co martwić. Diva za niedługo będzie w dawnej formie — powiedziała, pochylając się nad nią, by przyjrzeć się uważnie dziadkom oraz zębom.
      So eine gute Maus — powiedziała ciepłym tonem głosu w stronę Divy.
      — Wiesz, tak naprawdę psom jest obojętne, w jakim języku się do nich mówi. Liczy się ton głosu i konkretna komenda. Uczą się dźwięków i skojarzeń, a komenda jest tylko sygnałem. Tak samo, jakbyś nauczyła ją konkretnych gestów, również by załapała o co chodzi. Owczarki są bardzo mądrymi psami — powiedziała, odchodząc od stołu. Po chwili przysunęła w stronę Tessy krzesło, żeby mogła usiąść tuż obok Divy.
      — Wnioskuje, że nie ruszysz się stąd na krok, a ja jestem skazana na nockę tutaj więc… obie będziemy musiały się jakoś znieść przez ten czas. Ewentualnie, jeśli chcesz, możesz pójść do… domu, wziąć jej posłanie czy koc, ulubioną zabawkę. Tak, by nie czuła się tu źle. Wrócisz i zostaniesz tutaj. Zrobimy sobie „nocowanie” — Olivia spojrzała na Tessę, wiedząc jaka będzie jej odpowiedź. Sama będąc na jej miejscu, zapewne skorzystałaby z propozycji, by zostać przy swojej czworonożnej przyjaciółce.
      To co, nocowanka? 🛌
      Olivia

      Usuń
  15. Lubił ich początek. Moment, w którym się poznali, a następnie sposób, w jaki wyglądał ich etap poznawania się, w zupełności wpasował się w jego upodobania. Bynajmniej nie dlatego, że wiązało się to z fajerwerkami. Wręcz przeciwnie, ich moment zapoznania był spokojny, zwyczajny i wynikający z czystej prozy życia. Był to etap, kiedy jego restauracja nie była szczególną świeżyzną, ale w dalszym ciągu Jackson pracował nad jej fundamentami w Mariesville. Miał wtedy prawie dwadzieścia pięć lat, wielkie plany związane z lokalem i bliskiego przyjaciela w miejscowej policji, który robił mu całkiem dobrą reklamę. Nawet nie wiedział kiedy, a Ribeye stało się częstym miejscem posiadówek lokalnych funkcjonariuszy policyjnych, którzy zdawali się całkiem polubić menu starannie przygotowane przez Jaxa. Chociaż nie mógł narzekać na brak klientów, w pewnym momencie większość stolików była zajmowana przez policjantów, a główna część zamówień na odbiór czy dowóz była właśnie dla mundurowych. Nie było więc nic wyjątkowego w tym, że również tego dnia nie zabrakło funkcjonariuszy w jego restauracji. Wyjątkowym było jednak to, kogo wówczas obsłużył – i za to dziękował losowi już zawsze, bo doskonale pamiętał, że to przecież nie on miał podejść do tego stolika. Ale podszedł. I przepadł.

    Tessa nie od razu zainteresowała się Jacksonem i było to doskonałe widać, ale młody Moore już wtedy wiedział, że Tessa zawróci mu w głowie. To nie była wcale miłość od pierwszego wejrzenia, bo przecież wiedział, kim jest i pamiętał ją z ich nastoletnich lat. Ale pamiętał też, jak po powrocie na kuchnię ta piękna brunetka zagościła mu w myślach i już nigdy stamtąd nie zniknęła. Potem to była już równia pochyła; Jackson po cichu wyczekiwał momentów, gdy Tessa Garcia pojawi się w lokalu, a on całkiem przypadkiem postanowi ją obsłużyć. Każda rozmowa była z początku zwyczajna, ale przyjemna – taka, która sprawiała, że do kuchni wracał z uśmiechem na twarzy i miał o czym myśleć już do końca dnia. A potem, po kolejnych kilku rozmowach, przyszedł czas na coś poważniejszego i głębszego, co w następstwie stało się dla Jacksona Moore’a niemal oczywistym dowodem, że musiał Theresę Garcię na randkę zaprosić.

    I zaprosił. Pamiętał to do dziś, gdy dwa, może prawie trzy miesiące od jej pojawienia się w Ribeye z Caroline, zabrał ją do starego arboretum w Camden. Zwykle nikt tam nie przychodził, więc oboje mogli czuć się tak, jak gdyby mieli całe miejsce tylko dla siebie. I tak rzeczywiście było. Atmosfera była intymna, osobista i na tyle swobodna, iż Jackson miał jeszcze większą niż dotychczas szansę poznać Tessę bliżej – a ona jego. Randkę skończyli w miejscowej kawiarni. Nie pamiętał już, co zamówili, ale wciąż pamiętał ten stolik przy oknie i to, jak blask ulicznych lamp oświetlał rysy jej twarzy. Pamiętał te nieśmiałe wymiany uśmiechów, nerwowe spojrzenia w bok, gdy patrzył na nią chwilę dłużej niż dotychczas. Nie próbował jej w żaden sposób kłopotać, po prostu nie mógł się powstrzymać, bo w tamtym momencie, czy był tego świadom czy nie, przepadł i stracił dla niej głowę. Pamiętał też, jak przesuwała dłonią po krawędzi stołu, zupełnie tak, jak gdyby było to wręcz odruchem bezwarunkowym. A to z kolei rozczuliło go do głębi, bo to wówczas wtedy zrozumiał, że Tessa zrzuciła swoje maski i była po prostu sobą – zupełnie tak, jak gdyby podświadomie wiedziała, że przy nim może pozwolić sobie na dopuszczenie do głosu tej delikatniejszej wersji siebie. Bardzo to sobie cenił, a jednocześnie rozumiał, że trudno byłoby jej nie pokochać… To było niemalże naturalnym następstwem tej relacji; reakcją bezwarunkową i nieuchronną, zupełnie tak, jak gdyby los postanowił, że ich dwoje było stworzonych dla siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdy wrócili ze swojej pierwszej randki, zapieczętowanej ich pierwszym pocałunkiem na obrzeżach Mariesville, tuż przy brzegu rzeki, Jackson wiedział już, że tak łatwo nie pozwoli jej zniknąć ze swojego życia. Tessa była wspaniała. Pokochał jej szczerość, tę nieskomplikowaną, naturalną otwartość, która dla innych mogła wydawać się zwyczajna, a dla niego była jak świeże powietrze po latach dusznej ciszy. Pokochał głębię jej osobowości, której brakowało tak wielu osobom wokół niego. Pokochał sposób, w jaki jej oczy błyszczały, gdy mówiła o tym, co ją pasjonowało i jak delikatnie drżały, kiedy pozwalała sobie na wrażliwość. Każdy jej gest, każdy drobny uśmiech, każde westchnienie wydawały się Jaxowi nie tylko cenne, ale święte niemalże jak fragmenty świata, które mógł podziwiać tylko on. Pokochał to, jak potrafiła otwarcie wyrażać swoje przemyślenia, jak wykazywała się wrażliwością duszy, która mogła nawet ją podświadomie zawstydzać, a jednak nigdy nie kryła jej przed nim. Pokochał jej zadziorność, ten ogień, który w niej płonął, gdy broniła swojego zdania, i pasję, którą wkładała w każdą rzecz, którą kochała. W jego oczach była silną kobietą, nawet jeśli zamkniętą – i właśnie to sprawiało, że cenił jeszcze bardziej świadomość, że pozwoliła mu zobaczyć najdelikatniejsze, najwrażliwsze zakamarki swojej duszy. Jackson czuł, że ta więź nie była chwilowa, a już na pewno nie była iluzją. To była rzeczywistość, która wypełniała jego ciało ciepłem i napięciem, tęsknotą i spokojem jednocześnie. Był w niej cały – w jej spojrzeniu, w każdym geście, w każdym słowie, które z trudem, a jednak otwarcie wypowiadała. Wiedział, że będzie chciał chronić każdy fragment jej świata, strzec go, tak jak gdyby sama jej obecność była najcenniejszym skarbem, jaki kiedykolwiek znalazł. Obiecał sobie, że nigdy tego nie zepsuje. Że nigdy jej nie zawiedzie. I że każdego dnia będzie walczyć o Tessę coraz bardziej i bardziej, nie dla samej walki, lecz dlatego, że jej istnienie uczyniło jego życie pełnym i prawdziwym – i że nie wyobrażał sobie już chwili, w której mogłoby jej zabraknąć.

      Wszystko szło więc naturalną koleją rzeczy – najpierw związek, potem zaręczyny, aż w końcu ślub. Nie liczył na długo i szczęśliwie, bo choć nigdy nie miał problemu z pozytywnym nastawieniem, to wciąż był realistą. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, z czym wiązało się małżeństwo samo w sobie, ale też te z Tessą – indywidualistką o wyjątkowym sercu i wspaniałej duszy, lecz pokrzywdzoną i niosącą własne demony. Przyjął to otwarcie i świadomie, w pełni gotowości, by z każdym z tych demonów walczyć każdego dnia i każdej nocy. Walczył więc z pasją, z odwagą, czasem bólem, ale ponad wszystko – zawsze z miłością. Bo każdego dnia przez całe te cholerne osiem lat ich małżeństwa kochał Tessę Moore. Kochał, mimo trudności, których doświadczali, mimo kłótni i życiowych burz, które potrafiły kończyć się wielkim bólem. Czasem bywały dni, gdy sobie nie radził; gdy znikał za drzwiami pokoju w ich wspólnym domu, siadając na łóżku i chowając twarz w drżących od nerwów dłoniach. Nikt nie doprowadzał go do takiej złości, a czasem nawet gniewu, jak ona. Ale jednocześnie nikt go też tak nie uszczęśliwiał, nikt. I żadna złość, żadna frustracja, żaden ból spowodowany przez Tessę, żadne słowa wypowiedziane po to, by zranić, nie mogły zmienić jego miłości do niej. Te uczucia wpełzły w każdy zakamarek jego ciała, wrosły w serce tak intensywnie, aż stały się częścią jego krwi. Aż Tessa stała się jego życiem.

      Usuń
    2. Być może więc na tym polegał jego błąd. Thomas, jego ojciec, polubił Tessę, dając ich dwójce swoje błogosławieństwo. Synowi powtarzał, na przekór żonie i matce, że to odpowiednia kobieta dla niego, bo nauczy go, co to znaczy być mężczyzną i mężem. Miał rację. Matka jednak powtarzała, że miłość nie polega na tym, by się zatracić, lecz na tym, by znaleźć siebie w drugiej osobie. Jackson nigdy nie odnalazł siebie w Tessie, natomiast zatracił się w tej miłości w pełni. Z każdym rokiem ich priorytety jednak zaczynały się zmieniać, marzenia różnić, a podejście do życia – wzajemnie sobie przeczyć. I w taki sposób Jackson Moore przekonał się, że miłość nie wystarcza zawsze i na zawsze.

      Tak wiele w tym bolało, a jedna z rzeczy, która szczególnie zraniła jego serce, to uczenie się życia bez niej na nowo. Mieszkanie w ich domu, gdzie jeszcze niedawno z uśmiechem i rozczuleniem wyobrażali sobie owoc ich miłości biegający między pokojami, stało się dla niego katorgą. Każde pomieszczenie przypominało mu o Tessie, jak gdyby nawet zapach jej skóry osadził się na ścianach i nie chciał zejść. Nawet spanie w ich niegdyś wspólnym łóżku było bolesne. Wtedy zrozumiał, że musi się stamtąd wynieść – i to jak najszybciej. Kupił więc podniszczony dom nad Maple River, wynajmując wcześniejsze miejsce w Farmington Hills młodemu małżeństwu z dziećmi. Z wielką determinacją remontował każdy zakamarek drewnianego domu. Tylko że, choć nie było w nim już czuć obecności Tessy, nie przewidział, że inne rzeczy będą równie bolesne i dotkliwe. Pierwsze święta bez niej u boku. Pierwsze powitanie nowego roku bez pocałunku o północy. Pierwsze walentynki bez czułego obudzenia jej i zakończenia dnia przemyślanym, idealnym prezentem. Pierwsze powitanie wiosny, pierwsze lato, pierwsze urodziny – wszystko bez niej. Nawet siedemnasty listopada pozostawiał go z pytaniem, czy w dniu swoich urodzin Tessa jest szczęśliwa…

      Potem nadszedł drugi rok. I choć życie bez Tessy stało się możliwe, pojawiło się inne wyzwanie. Jego umysł i serce postanowiły poradzić sobie z tym, co się stało, wypierając wszystkie dobre wspomnienia. Kiedy o tym myślał, próbował przekonać siebie, że dobrze, że tak się stało… Że może wcale nie byli ze sobą szczęśliwi. Że kochali się, ale nie byli dla siebie stworzeni, a babcia Dorothy miała rację, mówiąc, że to nie kobieta dla niego. Prawda była jednak inna, a mianowicie, że nie można po prostu dopasować życia i uczuć. To, co było między nim a Tessą, było wypracowane, ale wciąż prawdziwe, szczere, wręcz surowe w swojej miłości.

      Nie mógł jednak pozwolić sobie na rozmyślania, bo chciał ruszyć do przodu. Była Olivia, którą kochał i cenił. Pojawiła się w jego życiu na nowo, dotknęła zranionych części serca, składając je na nowo. Przekroczyła próg jego życia, znajdując w nim swoje miejsce i malując przyszłość w pięknych barwach. Miało być dobrze. Przecież miało… Ale nie było, bo Tessa widać nigdy w pełni nie opuściła jego serca, umysłu i duszy. A jej powrót tylko go w tym utwierdził. Jakaż to ironia losu, że stawiała kroki w jego domu – miejscu, które miało być świeżym początkiem, jedynym zakątkiem nieoznaczonym przez kobietę, która bezpowrotnie złamała jego serce.

      Usuń
    3. I oto, jak gdyby nigdy nic, przygotowywali razem śniadanie, jak doskonale funkcjonujący duet, który dotychczas stanowili. Robili to w ciszy, a Jackson ograniczał się do instrukcji czy krótkich wskazówek, mających usprawnić przygotowywanie posiłku. Nieważne jednak, jak bardzo chował się za maską obojętności, jego wzrok wciąż zdradzał, że obojętny wcale nie był, nawet jeśli chodziło tylko o wspólne gotowanie… A to w zasadzie było w tym wszystkim najgorsze. Te proste, prozaiczne czynności – zakupy, sprzątanie, rozmowy przy kawie, przygotowywanie posiłków. Dla niego, człowieka prostego i wrażliwego, były zarezerwowane do przeżywania i zapamiętywania z bliskimi. A przecież nie wiedział, czy Tessa wciąż była mu bliska i czy kiedykolwiek znów być miała.

      — Dziękuję, to miłe — odpowiedział, gdy wspomniała o przygotowanej zupie. Pomyślał, że dawno nie jadł obiadu w domu. Od wprowadzki Tessy rzadko kiedy spożywał posiłki poza restauracją. Tym razem było jednak inaczej.

      Rozłożył przygotowane jedzenie na stole. Mimowolnie spojrzał na Tessę, która zdawała się być zadowolona i zachwycona widokiem śniadania. To było miłe uczucie, bo niezależnie od tego, dla kogo gotował, lubił sprawiać innym radość. Wspólny posiłek to jednak była już zupełnie inna historia.
      Zasiadł do stołu razem z Tessą i zaczął jeść. W ciszy, skupiony na posiłku, starając się, by atmosfera była jak najbardziej neutralna.
      — Cieszę się, że ci smakuje — odpowiedział — Mam nadzieję, że doda ci sił na długo, skoro zapowiada się dziś pracowity dzień — dodał z uprzejmym uśmiechem, szybko odwracając wzrok w stronę okna, jak gdyby zastanawiał się, jak potem będzie wyglądał jego własny dzień. Teraz jednak jego uwagę skupiało to, że musiał napisać do Luke’a, by otworzył restaurację i zajął się nią, dopóki Jax nie wróci. Wiedział jednak, że wzmiankę o wsparciu dla Tessy pozostawi dla siebie.

      and that's where I find a glimpse of us
      Jax 🥯⛅️

      Usuń
  16. ( Hej! Pierwsze co zauważyłam jedną z moich ulubionych twarzyczek <3 Jeszcze piękne imię. Klasa sama w sobie! Tak , zdecydowanie chyba my uwielbiamy komplikować życie naszym postaciom. Taki tam , przejaw masochizmu. A tu jeszcze widzę , że ona mieszka z byłym mężem. Ojć, ciekawie xD Dziękuję bardzo za przywitanie , również życzę ogrom wątków i weny <3;))

    Marcus

    OdpowiedzUsuń
  17. Powrót do Mariesville nie był łatwy, a choć Mia Whitaker wmawiała sobie, że była to tylko i wyłącznie jej decyzja, to wcale tak nie było. To nie była jej decyzja, bo gdyby mogła, to nawet nie rozważałaby powrotu do rodzinnego domu. W Bostonie było jej dobrze, a choć Jessie i Colin nawet nie ruszyli nastoletniego pokoju młodszej Whitaker, to ta korzystała z niego rzadko. To nie była jej decyzja, to był okrutny żart od losu, który w wyniku jednego zdarzenia pozbawił ją brata i jego żony, ledwo kilka lat po tym, jak pochowali matkę i próbowali pogodzić się ze stratą najcieplejszej i najlepszej kobiety, jaką Mia znała. Od śmierci matki, zmienił się też ojciec. Nigdy nie szalał za swoją córką, uparcie wpatrzony w Colina i jego dzieci. Przywykła do tego, że stała wiecznie z boku. Nie przeszkadzało jej to, a jeśli potrzebowała uwagi – wiedziała, jak ją sobie wziąć.
    Powrót do Mariesville nie był łatwy, bo nie był jej decyzją. Nie był decyzją między dwiema równoważnymi wartościami. Był wyborem między sobą, a rodziną. Był wyborem pomiędzy myśleniem o karierze, a wychowaniem dzieci własnego brata. Nawet nie wiedziała, kiedy w jej głowie pojawiła się myśl, że to ona powinna zapewnić dom małej Callie i zbuntowanemu Ethanowi. Mogła z tego zrezygnować, mogła pozwolić na to, aby jej bratankowie trafili do ich drugiej ciotki – siostry Jessie. Mogła pomóc im się spakować po pogrzebie i wysłać ich do Atlanty, ale… nie mogła. Nie była pewna, czy pozbawienie dzieciaków kolejnej ważnej, znanej dla nich rzeczy, to rozsądny i pożądany krok.
    Wróciła więc do domu. Domu, który od lat był w rękach jej rodziny. Domu, który niegdyś zbudował prapradziadek Whitaker, a który teraz nieco straszył. Bryła była duża, dobudówka z garażem i pokojem nad nią wyróżniała się kolorem elewacji. Dach w kilku miejscach się zapadł, a wnętrze pozostało tylko częściowo wyremontowane. Odświeżona była kuchnia i salon. Sypialnie czekały na swoją kolej. Wszystko czekało na swoją kolej, ale kredyt, który Colin i Jessie wzięli na odnowienie domu musiała spłacić Mia, a właściwie to Ethan i Callie. Musieli więc czekać na rozstrzygnięcie sprawy z ubezpieczycielem, ale dom nie mógł czekać. Przecież w niektórych miejscach brakowało desek podłogowych, część ścian była rozkuta, bo poprawiano instalacje.
    Skończyła poranną audycję w Mariesville Radio, upewniła się, że Callie jest w zerówce, a Ethan wyszedł z domu i wybrała się do marketu ogólnobudowlanego. I to nie tak, że Mia Whitaker nie wiedziała, jak przytrzymać młotek albo pędzel – wiedziała, ale nie czuła się w tym sklepie pewnie.
    Miała dość spory wózek, do którego wrzuciła dwie tacki, kilka pędzli i stanęła przed najgorszym dylematem – wybór koloru. Młoda kobieta chciała w pierwszej kolejności pomalować sypialnię małej Jessie, która była jeszcze pełna dziecięcych wzorów, a jak sama sześciolatka zauważyła, zasługiwała na poważniejszy pokój, aby móc zapraszać przyjaciółki.
    Nie mogła jej odmówić. Dlatego stała przed wyborem między bielą a bielą na sufit i dylematem co do tego, jakiego koloru powinny być ściany.
    — Hm? — mruknęła, kiedy ktoś do niej zagadał. Oderwała wzrok od puszek z farbą i spojrzała na ciemnowłosą niezna… — Theresa? — spytała od razu, bo rozpoznała jedną z dziewczyn, które faktycznie tyle przewijały się na korytarzach szkolnych, co po prostu w Mariesville. — Tak, nawijałam — odpowiedziała, a potem z uśmiechem zerknęła ponownie na ściankę z farbami. — Na sufit to chyba te śnieżne obłoki, co? — spytała i podrapała się lekko po policzku. Ciężko jej było się zdecydować, bo jak widziała różnice między ciepłą bielą, a chłodnym jej odcieniem, tak nie miała pojęcia, co dane nazwy mają oznaczać. — Mam wrażenie, że odkąd wróciłam pod koniec roku, to wybory, których muszę dokonać, są coraz cięższe — wymruczała jeszcze, sięgając ręką po spore wiaderko z obłokami, ale nim wrzuciła je do wózka, posłała Tessie pytające spojrzenie.

    Mia Whitaker 🌸

    OdpowiedzUsuń
  18. Śnieżne obłoki przykuły uwagę Mii na tyle, że skupiła się głównie na nich. Na tym, jak wybrzmiewała ta nazwa w połączeniu z sufitem. Prostym, domowym sufitem. W pomieszczeniach różnorakich, od sypialni sześciolatki, przez korytarze, po pokój zbuntowanego Ethana. Biały to biały. Chciała spytać, co ludzie mieli na myśli, kiedy próbowali wciskać ludziom marketingowe banialuki, ale chyba nikt nie byłby jej w stanie odpowiedzieć. Mia pracowała w mediach, Mia wiedziała, czym jest dobra reklama i chociaż, kiedy czytała nazwy niektórych farb, czuła się zażenowana, to wiedziała, że tak działał rynek. Wietrzny poranek, wschód na pustyni, lodowy brzask czy arbuzowa fiesta – te nazwy wpadały w oko, w ucho i bawiły. Ludzie, którzy chcieli mieć na ścianie soczysty odcień pomarańczu wpadający w róż, wybierali arbuzową fiestę, bo dlaczego by nie? Wystarczyło odrobinę wpłynąć na wyobraźnię konsumenta. Ale Mia nie chciała się dać nabrać na te sztuczki. Była postawiona pod ścianą. Dosłownie i w przenośni – dosłownie, bo stała pod ścianą z regału z kolorami, a przenośni, bo poza tym, że wybrała tę konkretną biel obłoków na domowe sufity, nie wiedziała, co dalej. Nie wiedziała, jak dobrać farbę i czy powinna wziąć szpachelkę, żeby zedrzeć starą. Nie wiedziała, czy powinna odświeżyć fugi między kafelkami albo ramy okienne. Wiedziała natomiast, że powinna wezwać fachowca. Problem polegał na tym, że nie było ją na niego stać.
    Westchnęła, nawet nie zdając sobie sprawy, jak tą całą Theresą wpłynęła na stojącą obok niej kobietę. Ona nie miała tego problemu, bo była po prostu Mią. Nikt nawet nigdy nie próbował zdrabniać jej imienia, bo jak rozsądnie zdrobnić coś, co ma tylko trzy litery, z tego dwie samogłoski? Jej imię nie było jednak nudne. Można było je wymawiać łagodnie, ciepło i wtedy nabierało miękkiego wyrazu. A można było wymawiać je stanowczo i chłodno, co nadawało mu ostrości i nieprzyjemnego wydźwięku.
    Teraz jednak Mia była Mią. Nieco zagubioną dwudziestokilkulatką.
    — Na sufit zdecydowanie obłoki. Wezmę dwie puszki… — zadecydowała i wsadziła tą, którą trzymała, a zaraz potem wsadziła długą. Śnieżne obłoki miały przyjemny, wyjątkowo neutralny odcień bieli. Nie wpadał on w beże i nie wpadał w błękit. To musiał być dobry wybór.
    Whitaker spojrzeniem podążyła za dłonią Tessy i ściągnęła brwi, marszcząc przy tym czoło. Próbniki. Nie pomyślała o tym wcześniej.
    — Niewiele mi to pomoże, chociaż… — urwała, bo to wcale nie było takie głupie. Gdyby kupiła kilka różnych próbek kolorów, mogłaby pomalować nimi kawałek białej ściany, a wtedy Callie mogłaby sobie sama wybrać kolor do pokoju. Sześciolatka miałaby więc wpływ na to, jak będzie wyglądać jej sypialnia i całkiem spore poczucie decyzyjności. — Muszę wziąć kilka takich, które przypasują sześciolatce — dodała, a potem posłała Tessie uśmiech.
    Ona nie czuła żadnej niezręczności. Nie przejmowała się też tym, czy powie coś, co może nie pasować do danej sytuacji, bo była nauczona mówić. Dużo. Czasami bez sensu. Dzisiaj wyjątkowo dumała nad wyborem farby, co odbierało jej zdolność racjonalnej komunikacji.
    Może dlatego nagle na jej twarzy pojawiło się widoczne zdziwienie, gdy dotarły do niej kolejne słowa Theresy. Jej mina mówiła hę?, ale szybko się zreflektowała i przywołała ten neutralny, sympatyczny wyraz. Obie wydawały się być zmęczone. Życiem. Tak po prostu. Mia, odkąd wróciła do Mariesville, wiecznie się z czymś użerała, a podjęcie rozpoczętego przez brata remontu miało być rzeczą, którą będzie robić dla własnej satysfakcji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Ale… naprawdę? — spytała, niepewnie rozglądając się dookoła, jakby szukała jakiejś ukrytej kamery, przekonana, że ktoś ją wkręca. Bo jaka istniała możliwość, że akurat tego dnia, gdy Mia Whitaker postanowiła odwiedzić sklep budowlany, los postawił jej na drodze anioła, który zdawał się mieć rozwiązania na część jej remontowych problemów. — Bo… ja nie wiem, co robię — przyznała nagle, nieco ożywiona, gdy dotarło do niej, że Tessa pewnie nie żartuje. — Możesz zerknąć? — wskazała na swój koszyk. — Nie wiem, czy jeszcze coś dokupić. Głównie do malowania. Na razie chcę odmalować tylko sypialnię Callie i sprawdzić, jak mi pójdzie. Chciałabyś wpaść w piątek? Dzieciaki będą w Atlancie, ojciec pewnie wyjdzie na pokera albo bingo… — mówiła i mówiła, coraz szybciej, ale wcale nie chaotycznie. Zaproszenie wybrzmiało.

      Mia Whitaker 🌸

      Usuń
  19. Nie wpadłaby na to, w najśmielszych snach, że wybór farby do pomalowania pokoju Callie, przyniesie za sobą odświeżenie znajomości, która tak właściwie nigdy nie była świeża. Między młodymi kobietami była jednak taka różnica wieku, która w latach szkolnych umożliwiała jedynie mijanie się na korytarzach. No i słuchanie jednej gaduły w szkolnym radiowęźle. Prawdopodobnie Colin mógłby o Tessie powiedzieć Mii więcej, był ledwo cztery lata od niej starszy, więc bez trudu mógłby kojarzyć nieco młodszą dziewczynę, skoro zdarzało mu się kojarzyć nawet koleżanki siostry.
    Dekada różnicy była dość widoczna, zwłaszcza, gdy rodzeństwo Whitakerów było w wieku dziecięcym i nastoletnim. Sześciolatka nie mogła nic chcieć od szesnastolatka, a dziesięciolatka nie miała prawa wstępu do pokoju dwudziestolatka. Niby tak, ale Mia do teraz tęskniła za Colinem. Bo nigdy nie był złym bratem. Opiekował się nią, a czasami nawet zabierał na te swoje wczesne, męskie popijawy. Była wtedy grzeczna, cicha i spokojna, bo głównie obserwowała i wsłuchiwała się w te wszystkie bluzgi, które tylko dzięki niesamowitemu szczęściu zostawały w jej głowie, a nie padały przy niedzielnym, rodzinnym śniadaniu. O pannie Whitaker można było powiedzieć tylko tyle, że była sprytna już za dzieciaka, a teraz trochę tego sprytu przydawało się w momencie, kiedy Mia próbowała wychowywać nie swoje dzieci.
    Remontowanie domu miało być oderwaniem od tego wszystkiego. Miało jej dać chwilę wytchnienia i choć wiedziała, że ogromnej, rodzinnej posiadłości nie odmaluje w jeden dzień, tak mogła próbować, nawet jeśli po miesiącu miałaby zrobić to jeszcze raz. Potrzebowała zajęcia.
    Pracowała. Ale łapała się głównie porannych audycji, aby móc przywitać słuchaczy charakterystycznym good morning, Mariesville. Pozostawała jeszcze spora część dnia do dyspozycji. Próbowała pisać kolejną książkę, ale cierpiała na okropny brak weny i zastanawiała się, czy może nie powinna zerwać kontraktu z wydawnictwem. Nie miała żadnych innych pasji i zainteresowań, które mogłaby rozwijać w Mariesville. Nie mogła wyjść z kimś na squasha. Zostawała jej spacery z Hunterem, odbieranie Callie ze szkoły, gotowanie obiadów, sprzątanie, odrabianie lekcji z bratanicą i gdy dochodziło do wolnego czasu, był wieczór. Nawet nie wiedziała, kiedy jej doba stała się tak napięta i kiedy zrozumiała, że porzucenie swoich starych przyzwyczajeń było kwestią ledwie dnia.
    Nie miała pasji, nie miała czasu dla siebie, a weekendy, które dzieciaki spędzały w Atlancie, a było ich całkiem sporo, obfitowały w nudę. Bo wtedy miała czas dla siebie i kompletnie nie wiedziała, co z nim zrobić.
    Dlatego teraz, gdy przyszły piątek jawił się niczym z bajki, bo miała nagle w planie malować sufity z Theresą, nie potrafiła się nie cieszyć. Tessa mogła to dostrzec, bo Mia nie kryła się ze swoim uśmiechem.
    — Ile metrów? — spytała, unosząc brew ku górze. — No, na sufit. Jeden. Albo dwa — odpowiedziała i wzruszyła ramionami. Dotarło do niej, że nie dokonała w domu najważniejszego – pomiarów. — Może faktycznie beżowy… I wtedy postawi się na kolorowe dodatki —- mruknęła. Niby nie brakowało jej wyobraźni, ale w tej chwili czuła się niezbyt komfortowo. — Wezmę kilka próbek i na pewno do piątku będę miała wszystko. — Obiecała, bo co innego mogła zrobić?
    Chciała nie tylko pomocy, ale i towarzystwa. Wiedziała, że większość miejscowych patrzyła na nią przez pryzmat tragedii, która się wydarzyła nie tak dawno temu, a w której straciła i brata, i bratową. Większość jej współczuła, traktowała ją z dystansu, aby nadto nie zbliżyć się do kogoś, kto próbował wejść w buty Jessie i Colina. Słyszała już różne pogłoski na swój temat, ale kompletnie się tym nie przejmowała. Reagowała tylko wtedy, gdy plotki dotykały jej bratanków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Wałki, taśmy i kolory — odparła z widocznym zapałem i mało brakowało, a zasalutowałaby – jej dłoń unosiła się już do czoła, ale ostatecznie zgarnęła z niego tylko kosmyki brązowych włosów. — Będę gotowa na piątek. Wpadnij o siedemnastej, pewnie do tej pory dzieciaki będą już w drodze, a ja… — dopiero tutaj nabrała powietrza w płuca. — Mogę przygotować nam albo pizzę, albo zapiekankę pasterską z puree z ziemniaków — dodała. — I mam piwo, jeśli lubisz — mruknęła, bo nie była pewna. Podejście do alkoholu w tych czasach bywało naprawdę różne, a Colin zostawił jej niemal cały garaż nie wypitego piwa. Musiała pilnować tych skrzynek, bo nie była pewna, czy nie podkrada ich dojrzewający Ethan. — Gazety też się pewnie tam znajdą — dodała, a potem posłała kobiecie uśmiech, kończąc w końcu swoją tyradę.
      — To co, jesteśmy umówione? Masz mój numer w razie? Pewnie nie masz… — jednak nie skończyła, tylko nakręcała się na nowo. Raz po raz. — Wpisz mi swój i puszczę ci sygnał — zadecydowała, wręczając Tessie swojego smartfona. Ostatnio zbierała świeże numery. Może to był dobry znak.

      Mia Whitaker 🌸

      Usuń
  20. W piątek. O siedemnastej. Z tą myślą i z numerem Tessy wbitym w swój telefon, Mia ruszyła na dalszą część zakupów. Czekał wybór próbników, a kiedy zdecydowała się na kilka testowych kolorów, zmierzała już do kasy. I to nie tak, że młoda Whitaker nie wiedziała, co robi. Ani nie tak, że planowała dokończenie remontu bez podzielenia się tą informacją z pozostałymi domownikami. Bóg jej świadkiem, że próbowała zaciągnąć do tego Ethana, chciała, żeby nastolatek zajął się czymś, co nie byłoby nauką, do której teraz miał niesamowitą awersję, ale nie była w stanie przekonać chłopaka do jakiegokolwiek zajęcia, które nie byłoby siedzeniem przy komputerze. I znowu – Bóg jej świadkiem, że Whitaker w przypływie złości, frustracji i bezradności chciała przestać opłacać rachunek za internet, aby uniemożliwić Ethanowi korzystanie z jego dobrodziejstw. Ostatecznie jednak dochodziła do wniosku, że bratanek mógłby wtedy ją znienawidzić jeszcze bardziej niż nienawidził do tej pory.
    O remoncie rozmawiała też z ojcem, ten, choć niechętnie, udzielił jej kilku wskazówek, ale sam niespecjalnie rwał się do pomocy. Mia nie dziwiła się mężczyźnie, który przekroczył siódmą dekadę życia. I tak dziw ją brał, w jak doskonałym stanie był jej ojciec, chociaż ten wszystkie przeżyte jako dorosły lata spożytkował na palenie cygar i picie bourbonu. Był wyjątkowo mrukliwym jegomościem, mało sympatycznym w odbiorze, a utrata żony wykreowała w nim nieprzepracowane poczucie straty, które pogłębiło się po śmierci Colina i Jessie. Mia była jednak szczęśliwa, kiedy jej ojciec okazywał się cudownym dziadkiem. Ją samą traktował z góry, z pewną niechęcią, jakby nadal nie przywykł do tego, że młodsza córka zajęła miejsce wspaniałego syna. Doradził jej jednak – aby przy okazji odmalowywania ścian wymieniła listwy przypodłogowe, ale może dopiero po odnowieniu parkietów. Zanotowała to na długiej liście rzeczy do zrobienia.
    Do piątku działała prężnie – przygotowywała pokój Callie do remontu. Wyniosły wspólnie z sześciolatką wszystkie jej rzeczy do wolnej sypialni, a w różowym, kreskówkowym do tej pory pomieszczeniu pozostało kilka większych mebli. Wspólnie wybrały kolory, które miały zagościć na ścianach. I faktycznie padło na przyjemny, ciepły beż, ale pod warunkiem, że dodatkiem będzie miękki, puchaty dywan w kolorze soczystej magenty. Kompromis został osiągnięty dopiero wtedy, kiedy dywan został kupiony i rozprostowywał się na dole, w salonie, gdzie była największa wolna przestrzeń.
    W piątek, o godzinie szesnastej dzieciaki siedziały zapakowane w suvie ich ciotki z Atlanty. Mia pożegnała się z Callie, wcisnęła jej pluszowego królika i obiecała odświeżone królestwo. Ethan ledwo na nią spojrzał, ale Whitaker już do tego przywykła.
    Nie zdążyła też, do piątku, spotkać nikogo o Tessę. Nie żeby miała taki zamiar, ale momentami korciło ją, żeby odświeżyć sobie pamięć i zebrać nową wiedzę, ale uznała, że najlepszym źródłem informacji będzie sama Theresa. Dlatego Mia o szesnastej wrzuciła do piekarnika wcześniej przygotowaną zapiekankę, upewniła się, że puree nic nie dolega i wstawiła kilka butelek piwa do lodówki. Pożegnała ojca i już chciała sprzątać, kiedy dotarło do niej, że pewnie trochę tu dziś nabrudzą.
    Wypuściła psa na ogród z tyłu domu i odetchnęła. Została sama, a spory dom Whitakerów niespodziewanie tchnął ciszą. Poczuła się w jego wnętrzu dziwnie nieswojo i obco, kiedy towarzyszył jej jedynie własny oddech i dźwięk miękkich kroków na drewnianej podłodze. Deski skrzypnęły tam, gdzie zawsze, tam, gdzie między wylewką, a podłogą była wolna przestrzeń, między otwartą kuchnią a salonem.
    Usiadła w rozkładanym fotelu, który zwykle zajmował jej ojciec i odetchnęła.
    Już dawno nie była sama ze sobą i było to uczucie, za którym zdołała się stęsknić. Z błogim uśmiechem na ustach, przymknęła oczy, a zaraz potem podskoczyła, gdy usłyszała pukanie do drzwi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Cześć… — zdołała powiedzieć, ledwo otworzyła drzwi, ale dzisiaj to Tessa mówiła więcej i szybciej. Mia miała na sobie stare, sportowe legginsy, luźną koszulkę w granatowym kolorze bez żadnego nadruku i rozpinaną bluzę z kapturem. Chwyciła to, co podawała jej Tessa i ulokowała to na podłodze przy ścianie, czekając, aż Moore weźmi folię i razem z nią wejdzie do środka.
      Wnętrze domu pachniało zapiekanką i świeżymi kwiatami, które wypełniały dwa wazony w salonie. Nie maskowało to jednak faktu, że dom wymagał remontu, bo poza tą dzienną, odnowioną częścią wyglądał tak, jakby od co najmniej trzydziestu lat nie widział ekipy remontowej.
      Zamknęła za Tessą drzwi.
      — Fajnie, że jesteś — powiedziała z uśmiechem. — Czuj się, jak u siebie. Może najpierw zjemy? — zaproponowała, bo sama nie zjadła obiadu, wiedząc, że Callie i Ethan po drodze do Atlanty zaliczą jakiś fast-food. — A może chcesz zobaczyć pokój Callie?

      Mia Whitaker 🌸

      Usuń
  21. Dla niego jednak miłość zawsze była czymś oczywistym, naturalnym, wręcz wpisanym w duszę człowieka, niczym symbol wyryty w kamieniu. Dane mu było wychowywać się w domu, który pachniał jak dom, obserwując rodziców, którzy dawali mu przykład kochającego, wzorowego małżeństwa. Wprawdzie Thomas nigdy nie był wylewny. Swoich synów trzymał krótko, a chwalił rzadko, ucząc ich odpowiedzialności i niezłomności. Chciał na zawsze utrwalić w nich te cechy, które zaszczepiono w nim – cechy, które ponad wszystko miały kiedyś uczynić ich dobrymi mężami i głowami rodzin. Więc choć bywał surowym ojcem, to wciąż był wspaniałym mężem dla Gracie. Jackson dostrzegał to w drobnych rzeczach, w sposobie w jaki ojciec zwracał się do jego matki; w krótkich spojrzeniach, które między sobą wymieniali. W ciszy, która nigdy nie była ciężka, bo to była ta dobra cisza. Jackson potrafił też dostrzec u swojej matki coś, co zrozumiał dopiero jako dorosły mężczyzna – Gracie lubiła być żoną Thomasa. Było w tym wręcz coś naturalnego, zupełnie tak, jak gdyby życie u jego boku było dokładnie tym, czego jej dusza pragnęłaby w każdym jej życiu. Jednocześnie, nigdy nie znikała w jego cieniu. Thomas słuchał swojej żony, nawet jeśli nie zawsze się z nią zgadzał, dając jej przestrzeń, by była rdzeniem wszystkiego, co budowali. Nigdy też nie pozwalał, aby ktokolwiek umniejszał jej rolę i poniżał ją. Zawsze aż do teraz wystarczyło jedno jego spojrzenie, spokojne lecz stanowcze, aby przypomnieć, że Gracie jest kimś, kogo należy szanować. Nawet oni, Jackson z braćmi, wiedzieli gdzie przebiegała granica, której nigdy nie należało przekroczyć. Bynajmniej nie oznaczało to, że Thomas nie kochał swoich synów, a Gracie była wpatrzona w męża, jak w święty obraz. Wręcz przeciwnie, byliby gotowi umrzeć za swoje dzieci, ale lata minęły, a w domu Moore’ów została tylko ich dwójka. Wy jesteście moimi gałęziami, ale to z waszą matką tworzę korzeń. Te słowa, które niejednokrotnie powtarzał jego ojciec, były dla Jacksona najważniejsza lekcją, jaką kiedykolwiek mu udzielił. Jax dostał więc błogosławieństwo dorastania w duchu miłości, które było odbiciem miłości trwającej między jego rodzicami. Właśnie z tego powodu nie musiał uczyć się tego od podstaw, bo po prostu wiedział. Wiedział, że jeśli miało być mu dane ożenić się, to będzie chciał chronić kobietę, którą miał pokochać, tak samo, jak jego ojciec chronił jego matkę – cicho, konsekwentnie, bez potrzeby udowadniania czegokolwiek komukolwiek.

    Gdy więc przyszła jego kolej, wiedział, że był gotów zostać mężem i budować życie z ukochaną już do samego końca. Dla Tessy stał się, chociażby tak mu się wydawało, najlepszą wersją siebie. Zamknął wszelkie rozdziały, a odkąd ona stanęła na jego drodze, nigdy nie spojrzał już za siebie. Theresa była oczkiem w jego głowie, jego bratnią duszą, za którą tęskniło serce – i którą znalazło. Tak, ich spotkanie było zwyczajne, a tempo rozwoju ich relacji powolne, ale dawało mu spokój duszy. To było zupełnie tak, jak gdyby jego serce i umysł jednogłośnie oznajmiły to ona, trzymaj się tego. Więc tak uczynił – trzymał się jej, mocno, lecz pewnie, z wiarą. Bo pokochał tę kobietę tak mocno, że nawet nie zauważył, kiedy stała się nieodzownym i najważniejszym elementem jego życia – rdzeniem jego jestestwa, zupełnie tak, jak gdyby zawsze tam była, tylko wcześniej jej nie dostrzegał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miłość do Tessy nie była gwałtowna, nie była też łatwa, ale była konsekwentna. Rosła w nim w codziennych gestach, w przyzwyczajeniach, w sposobie, w jaki jej imię zaczęło pojawiać się w jego myślach częściej niż cokolwiek innego. Jackson oddał jej siebie powoli, bo choć od samego początku podświadomie wiedział, że to ona będzie jego żoną, to czuł też, że Tessa tej przestrzeni potrzebuje. Czynił to więc warstwa po warstwie, aż w końcu nie było już odwrotu. I nie zrobił tego dlatego, że musiał — bo zbliżała się trzydziestka, bo kogoś chciał, bo Olivii już nie było, bo chciał drugiego wyboru czy jakikolwiek inny bzdurny powód, który wymyślała Dorothy. Nie. Zrobił to dlatego, bo chciał. Theresa stała się jego wyborem, nie obowiązkiem, i to właśnie w tym wyborze najbardziej się odnalazł. I do pewnego czasu wierzył, że to im wystarcza, jeśli zadbają o akompaniament wspólnej codzienności. Liczył też, że jego rodzina to uszanuje, ale tak się nie stało. Poza ojcem i obojętnym Tannerem, wszyscy byli przeciwko ich dwójce.
      Być może właśnie dlatego chronienie i konsekwentne bronienie żony przyszło mu tak naturalnie, niemal jak odruch bezwarunkowy. Oczywiście, surowa reakcja rodziny, a szczególnie ukochanej matki, bolała, bo był z nimi związany. Przez wiele lat nie potrafił zrozumieć, dlaczego Gracie tak bardzo odrzucała Tessę. Zrozumiał to dopiero po rozwodzie, kiedy dotarło do niego, że choć Jackson był prawie tak dobrym mężem jak jego ojciec, to Tessa nie była taką żoną jak Gracie. I nie było w tym absolutnie nic złego, ale było to na tyle trudne dla jego matki, że najwidoczniej nie potrafiła się przez to przebić. I tak jak kochała swojego męża w ciszy serca, tak Tessę odrzucała w jeszcze głębszej ciszy, która zmieniała się w krzyk tylko w duszy Jacksona i jego żony. Tego matce nie zdoła wybaczyć nigdy, bo chociaż nie ona była podstawą ich rozwodu, to była jednak kroplą w potężnej fali, która zniszczyła ich małżeństwo.
      A wśród tego wszystkiego, mimo uczuć, którymi darzył Tessę, istniała w nim cicha frustracja, której nie potrafił nazwać. To było to delikatne pęknięcie w sercu, kiedy widział, że Theresa wciąż nie potrafiła przyjąć tej miłości w pełni. Jak gdyby każde jego jestem było dla niej chwilowe, jak gdyby gdzieś pod powierzchnią czekała na moment, w którym on jednak się wycofa i udowodni, że to wszystko było tylko iluzją. Więc choć chciał chronić Tessę przed innymi, przed problemami, przed kłótniami i żalami, to niestety nigdy nie udało mu się uchronić jej przed samą sobą. I to chyba bolało najbardziej.

      Wiedział więc, że chciał być dobrym mężem, nie wiedział tylko do końca, co po drodze poszło nie tak. Poza tym Jackson wiedział też, że niegdyś chciał stworzyć coś trwałego. Nie tylko uczucie samo w sobie, miłość solidną, zakorzenioną w ich sercach tak mocno, że czyniłaby je jednością, a miejsce, do którego zawsze można było wrócić. To natomiast stało się ironią całej obecnej sytuacji, bo najwidoczniej właśnie to, świadomie bądź nie, ostatecznie zrobił. Stworzył to miejsce, skoro Tessa była tutaj, u jego boku po raz kolejny, nawet jeśli w innej roli. Była, bo jej dusza wiedziała, że choć to bolało, Jackson był jej bezpiecznym miejscem. A on nie potrafił tego przerwać; co więcej, nawet nie wiedział, czy kiedykolwiek by tego chciał. Bowiem chociaż ta prawda bolała i kłuła ich dwoje, to nie mogli uciec przed nieuchronną prawdą – ich dusze były splecione, a serca połączone nierozerwalną, lecz jakże bolesną nicią.

      Być może właśnie dlatego to całe wspólne pomieszkiwanie było takie problematyczne, niewygodne, wiercące się pod skórą jak drobna, lecz bolesna drzazga. To nie Tessa była jednak tą drzazgą. Nie myślał o niej jak o ciężarze, bo to słowo nigdy do niej nie pasowało, choć czasem próbował je dopasować, żeby uporządkować to, co czuł. Ciężarem była sytuacja – nie Tessa jako osoba, nie jej sposób bycia, nie jej istnienie obok niego, ponowne. Ona sama była tylko człowiekiem, którego znał zbyt dobrze, by udawać, że nic to nie znaczy, a jednocześnie zbyt daleko, by wrócić do tego, czym kiedyś byli.

      Usuń
    2. Ciężarem była sytuacja – nie Tessa jako osoba, nie jej sposób bycia, nie jej istnienie obok niego, ponowne. Ona sama była tylko człowiekiem, którego znał zbyt dobrze, by udawać, że nic to nie znaczy, a jednocześnie zbyt daleko, by wrócić do tego, czym kiedyś byli. Ciężarem była historia, którą napisali i wybory, które zaprowadziły ich tutaj. I ta dziwna niemożność cofnięcia się do miejsca, w którym wszystko było jeszcze proste, jak i trwania w tym, co pisali teraz dla siebie. Bo przecież gdyby rozstali się w zgodzie, dynamika ich ponownego spotkania byłaby inna. Może nawet nie doprowadziłaby do ponownych zmian w jego życiu i rozpadu nowego związku… Z kolei, gdy czasem o tym myślał, wracała do niego ta jedna, jakże ważna prawda – że przecież nikt nie bierze ślubu, żeby się rozwieść. A rozwody są bolesne, są paskudne i złośliwe. Gdyby rozwód był człowiekiem, byłby wyrachowanym, zimnym draniem – łajdakiem, który przychodzi i robi swoje, bo sam jest już zmęczony życiem. Samozwańczym wolnym ptakiem, który niesie sobie i innym upragnioną wolność, choć w rzeczywistości zamyka ich w klatce. Rozwód bolał, zostawiał blizny i nie był epilogiem, który przychodzi łatwo. Nie oznaczało to, że każde zakończenie małżeństwa było burzliwe czy dramatyczne, ale każde zostawiało bliznę – mniejszą lub większą, wciąż jednak bliznę. A jego? Cóż, jego była duża. I wciąż potrafiła piec, gdy Tessa była tak blisko, jak teraz. Jednocześnie nie chciał, by ta bolączka popychała go do skradania się po własnym domu niczym mysz. I wbrew pozorom nie chciał też, żeby robiła to Tessa.

      Spojrzał na nią tylko przez chwilę, kiedy mówiła. Przez moment zatrzymał się w myślach, biorąc oddech, po czym cicho westchnął pod nosem.
      — Tess, możemy przecież jeść wspólne posiłki — zauważył spokojnie. Wiedział, że jeśli jego była żona miała opiekować się chorą matką, przede wszystkim musiała zadbać o siebie. A pierwszym krokiem były zdrowe nawyki żywieniowe, które, jak widać, zdarzało jej się zaniedbywać — Dziękuję — dodał cicho, obserwując, jak zbiera naczynia. Powietrze między nimi nie było już tak gęste jak w pierwszych dniach jej powrotu. Nie znaczyło to, że było łatwo. Było po prostu inaczej.

      Kiedy wspomniała o samochodzie, skinął głową bez wahania.
      — W porządku — odpowiedział spokojnie, bez cienia sprzeciwu — Nie mam nic przeciwko — posłał jej delikatny uśmiech — Nie mam też nic do załatwienia, potrzebuję tylko chwili, żeby się ogarnąć i możemy jechać — dodał równie spokojnie, wstając od stołu. Ruszył w stronę wyjścia z kuchni.

      — Dziesięć minut i będę gotowy — oznajmił, po czym zniknął w korytarzu.

      our souls already know each other, it's our bodies that are new
      Jax

      Usuń
  22. Zawsze był uczony, szczególnie przez dziadka Waltera, że nie każdy człowiek otrzymuje ten sam start. To była niewygodna prawda na każdym etapie życia, a co dopiero dla chłopca wkraczającego w nastoletnie życie, który słyszy, że choćby z tego powodu powinien przymykać oko na niektóre zachowania. Ta lekcja, choć w tamtych latach życia nie była w pełni łatwa do przyjęcia, to z każdym rokiem była przez niego jeszcze bardziej rozumiana – aż nagle w pewnym momencie pojął ją już w pełni. Chociaż los pobłogosławił go tym, że nigdy sam tego trudnego startu nie doświadczył, mając za ojca szanowanego ranczera a za matkę życzliwą, gościnną kobietę, to Jackson miał w sobie na tyle empatii, iż był w stanie pojąć, że u niektórych było inaczej – i że to inaczej często zostawiało ślady, których nie sposób było już wymazać. Gdy więc Tessa podzieliła się z nim swoimi odczuciami, czuł dwojaki ból – ból człowieka współczującego, który wsłuchuje się w opowieść o cudzym życiu, zaczynając ją nie tylko widzieć, ale wręcz dotykać. Ale czuł też ból mężczyzny, który może tylko słuchać, bo już nigdy nie będzie w stanie uchronić ukochanej osoby przed cieniem przeszłości; cieniem, który, większy czy mniejszy, zawsze będzie za nią szedł. I to chyba bolało go najbardziej – ta bezsilność.

    Wiedział wtedy jednak, że będzie mógł być jej ochroną przed tym, co mogło się zadziać. To była reakcja naturalna, oczywisty ruch, ku któremu popchnęło go zarówno serce, jak i umysł. Bo Theresa była miłością jego życia – kobietą, u której boku chciał budować życie; życie dobre, pełne miłości i bezpieczeństwa. Takie, na które zasługiwała od zawsze, a którego jej wcześniej brakowało. I wiedział, że to będzie długa droga, ale przecież nie niemożliwa… Nie niemożliwa, bo dla niego żadna z traum nie definiowała Theresy. Blizny jej duszy nie czyniły ją w jego oczach niewartościową czy winną tego, co przeżyła – wręcz przeciwnie, były dowodem tego, że Tessa była dzielną osobą, która przetrwała trudności. I szła dalej, na przekór wszystkiemu i każdemu, nawet jeśli tym każdym bywała czasem ona sama. To nie było łatwe. Nie było bezbolesne. I nie obyło się bez szwanku – bo nie mogło. Nosząc w sobie ciężar traum, czuje się je wszędzie. W ciszy. W dotyku. W słowach, które nagle znaczą zbyt wiele i bolą zbyt bardzo. Właśnie dlatego Jackson z głębi serca, całym sobą i całą swoją duszą, chciał nieść wraz z nią to jarzmo. Nie po to, by ją wyręczyć ani nie dlatego, że uważał ją za słabą czy niekompetentną do poradzenia sobie z własnymi demonami przeszłości. Robił to dlatego, bo wiedział, że już nie musi dźwigać tego sama.

    Im bliżej byli jednak rozwodu, tym bardziej, gdzieś podświadomie, Jackson zaczynał rozumieć, że choć niósł jej sekret, którym nie podzielił się nawet ze swoją rodziną, to Tessa nigdy nie wpuściła go w pełni do swojego świata. Zupełnie tak, jak gdyby wciąż była gdzieś między nimi ta cienka warstwa, dzieląca ich na zupełnie dwa różne światy – warstwa elastyczna, rozciągająca się, gęsta i ciężka, przez którą nie mógł się przebić, bo jedyną osobą, która mogła to zrobić, była Tessa Moore. Nie miał do niej o to żalu. Fakt, czasem go to bolało, czasem frustrowało, a już szczególnie gdy w kłótniach przypisywała mu intencje, których nie miał, albo zamykała się jeszcze bardziej, zostawiając go po drugiej stronie tej niewidzialnej granicy. Ale nigdy nie miał o to żalu, bo po pierwsze, nie miał prawa, po drugie i najważniejsze – kochał ją. A miłość przecież wszystko przezwycięża. W to chciał przynajmniej wierzyć. Oraz w to, że miłość niesie nadzieję na lepsze jutro. A Jackson właśnie tego pragnął dla Tessy – lepszego jutra, u jego boku. Czekał więc, każdego dnia czekał. Uparcie, cierpliwie, czasem wbrew rozsądkowi, bo chciał zobaczyć, jak ona stawia kolejne kroki ku sobie samej. Ku tej wersji siebie, która w końcu przestanie się bać własnego szczęścia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Problem w tym, że to się nie wydarzyło. I jedyne, co mu pozostało, to nadzieja, że po ich rozstaniu Tessa odnalazła gdzieś w swoim życiu punkt, z którego mogła zobaczyć siebie inaczej. Że na horyzoncie dostrzegła wersję Theresy Moore, która w końcu pozwoliła sobie na szczęście. Na przekór wszystkiemu, nawet jeśli to wszystko miało być odbiciem ich przeszłości. Tak, czasem łapał się na tym, że wyobrażał ją sobie właśnie taką – spokojniejszą, lżejszą, wreszcie wolną od ciężaru, którego nie potrafił od niej zabrać. I zawsze w tej wizji brakowało jednego szczegółu – jego. Nie wiedział tylko, czy był już gotów przyznać to sam przed sobą, bo łatwiej przecież było, gdy jego przyjaciele mówili „może to po prostu nie było im pisane”, a rodzina że „to nie była kobieta dla niego”. Gdzieś w głębi jednak czuł, że może tak naprawdę, gdzieś w rzeczywistości, to on nie był mężczyzną dla niej. I ta myśl nie była już tylko cieniem, tylko czymś, co wracało do niego częściej, niż chciał przyznać. Tego przecież nie mógł ukryć – tego, jak jego zakorzenienie w Mariesville było blokadą do spełnienia największego życzenia Tessy, a zachowanie jego rodziny ciężarem, który posypywał solą już i tak bolesne rany. Tego nie potrafił do końca pojąć… Jego bracia byli wobec Tessy obojętni – Luke’a mało kto był w stanie w ogóle przekonać, a Tanner żył własnym życiem. Babcia to babcia, a dziadka Theresa nigdy nie zdążyła poznać. Największą zagadką z kolei była jego matka, bo jej przykrości były nieoczywiste. Gracie nigdy nie poniżała Tessy otwarcie, nie krytykowała ani nie wbijała szpilek celowo. Kobieta zawsze drzwi do własnego życia miała otwarte dla córki swojego syna i była w gotowości bronić jej przed obcymi. A gdy słowami raniła synową, czyniła to nieświadomie, jak gdyby pobudzana czymś wewnątrz niej, co siedziało zbyt głęboko, by czasem sama była w stanie to zauważyć. Rugana nie raz i nie dwa nie tylko przez Jacksona, ale i przez Thomasa, nie potrafiła tego zmienić… A on przez długi czas nie chciał widzieć, że nieświadomie też potrafi ranić. Bo choć drzwi pozostawały otwarte, to Gracie nigdy nie była w pełni gotowa stać się dla Theresy niczym matka – i to nie z powodu Olivii czy wielkich nadziei, jak było w przypadku Dorothy. Nie była w stanie stać się dla Tessy niczym matka, bo w głębi duszy nie uważała jej za godną swojego syna, ironicznie stając się tą samą teściową, jaką Dorothy przez lata była dla niej. A Jackson zbyt długo wierzył, że wystarczy czas, żeby to się zmieniło.

      To nie rolą jego matki było jednak ocenianie, kto był wart jego miłości. I tego chyba nigdy nie będzie w stanie jej wybaczyć – tego, jak zamiast pomóc mu ten związek umocnić, dołożyła cegiełkę, by go osłabić. I tego, jak on sam pozwolił, by to się działo. Jednocześnie odczuwał jednak żal o jedną rzecz nie tylko do swojej matki, ale i do Tessy – żal o to, że to wszystko inne okazało się dla niej silniejsze niż jego miłość do niej. Nawet nie jej miłość do niego, ale właśnie jego własna – ta, która miała trzymać w objęciach jej zranione serce, chroniąc ją przed złem tego świata. Bo przecież ją kochał, szczerze i dogłębnie, na przekór rodzinie i każdej trudności. A jednak czuł się, jak gdyby nie było to wystarczająco dobre… Jak gdyby gdzieś w tej jego miłości czegoś zabrakło na tyle bardzo, że rodzinna karta stała się niemalże odruchem bezwarunkowym w obliczu trudności każdego dnia. Wciąż go to dręczyło, bo pozostawało w nim słodko-gorzki smak gdybania, które popychało go ku myśli, gdzie popełnił błąd? Zastanawiał się, czy gdyby w pewnych momentach postąpił inaczej, zmieniłoby to dynamikę rodzinnych relacji – a jeśli nie, to czy przynajmniej mogłoby złagodzić ból, który towarzyszył Tessie. Czy mógł zrobić coś wcześniej? Coś więcej? Cokolwiek, co nie prowadziłoby do tego, co było teraz? Tego nie wiedział i prawdopodobnie nigdy nie miał poznać na to odpowiedzi, sam sobie sprawiając ból, gdy coraz głębiej wchodził w tę myśl.

      Usuń
    2. To pasmo refleksji wracało jednak jeszcze boleśniej w samotne wieczory, gdy patrząc w nocne niebo, myślał o tym, że gdyby ktoś zapytał go, czy teraz porzuciłby Mariesville dla Tessy, znał odpowiedź. Jeszcze jakiś czas temu była ona jasna i bezwzględna, czyli nie. Bo wtedy jeszcze wierzył, że można mieć wszystko jednocześnie. Teraz jednak, przy powrocie Tessy, przy tym, jak każdy jej niepewny, ostrożny krok w jego nowym domu zostawiał po sobie nieodwracalny ślad, gdzieś pod skórą zaczynał czuć, że chyba znał na to prawdziwą odpowiedź. Odpowiedź, której sam przed sobą nie tylko nie był gotów przyznać, ale chyba nawet nie chciał. Mimo to, gdzieś w podświadomości wiedział, że zrobiłby wszystko, gdyby wiedział, że ich związek miałby dostać szansę na to, czym w rzeczywistości mógł być. Nawet jeśli oznaczałoby to wyrwanie z siebie wszystkiego, co dotąd uważał za stałe.
      Ale na to nie miał już nadziei. I nie była to spokojna rezygnacja – raczej cicha świadomość, że coś, co mogło potoczyć się inaczej, już nigdy takie nie będzie.
      Stanął przed drzwiami, a zanim wyszedł z domu, wysłał szybko wiadomość do Luke’a. Zajmij się restauracją. Będę dużo później, dzięki. Jego brat musiał akurat korzystać z telefonu, bo zareagował od razu, zostawiając żółtą okejkę pod wiadomością Jacksona. Blondyn odetchnął z ulgą, wiedząc, że chociaż tłumaczenie się przed Lucasem to problemem, z którym będzie musiał uporać się dopiero wieczorem. I że teraz może na chwilę odłożyć resztę świata na bok. Rzucił więc po raz ostatni spojrzeniem na swoje odbicie w lustrze wiszącym na ścianie, po czym wyszedł z domu.
      Światło słońca rozpoczynającego się dnia musnęło skórę jego twarzy. Wiosna budziła się do życia, a on powoli razem z nią. Jego wzrok niemalże bezwarunkowo skierował się w stronę Tessy, jak gdyby chciał upewnić się, że bezpiecznie na niego czeka. Zauważył jej uśmiech i pomyślał, że dalej go lubił, nawet jeśli teraz miał w sobie coś delikatnie zgaszonego, jak echo czegoś, co kiedyś było nie tylko trochę łatwiejsze, ale też bardziej znajome. Zszedł po drewnianych, delikatnie skrzypiących schodkach, kierując się w stronę samochodu kobiety. Zadeklarował się do pomocy, jego umysł przeszedł więc już na tryb zadaniowca. Wiedział, gdzie i po co jadą, i w zasadzie na tym ponad wszystko chciał się skupić. Tylko na chwilę wybił się z rytmu, słysząc słowa byłej żony. Uśmiech, który pojawił się na jej twarzy, nie był już tym samym co wcześniej, a raczej próbą pokazania mu, że może powinien zmienić zdanie.

      Westchnął cicho, nie odpowiadając od razu. Nie dlatego, że musiał się zastanowić, bo decyzję przecież już podjął. Doskonale wiedział, że Tessa dała mu przestrzeń na jej zmianę, której on i tak nie zamierzał wykorzystać. A znał ten ruch aż za dobrze, bowiem widział go wcześniej, w różnych formach i momentach ich życia. Zawsze wtedy, gdy próbowała zostawić dla niego wyjście, którego i tak nigdy nie rozważał.

      Spojrzał na nią tylko przez chwilę, ale wystarczająco długo, by dostrzec niepewność ukrytą w jej oczach.
      — Wiem, Tess — powiedział cicho — I masz rację. Nie muszę — przerwał, marszcząc brwi i posyłając jej ciepły uśmiech — Po prostu chcę – dodał. Po tych słowach wszedł do auta. To wszystko – bez nacisku, bez tłumaczenia się, bez prób przekonania jej do czegokolwiek więcej. Wiedział przecież, co jej zaproponował i dlaczego. Być może właśnie dlatego jego głos był tak spokojny; może nawet zbyt spokojny, jak na to, co naprawdę czuł pod powierzchnią.

      Usuń
    3. Gdy Tessa ruszyła, wyjeżdżając z posesji jego domu, odwrócił wzrok w stronę drogi. Jechali jej autem, więc siłą rzeczy to ona prowadziła, ale on wciąż doskonale pamiętał chwile, gdy było odwrotnie. Wtedy, gdy to on przejmował kontrolę, a wszystko było prostsze. Przynajmniej wtedy tak mu się wydawało. Dziś to wspomnienie nie przynosiło ulgi, a raczej ciche ukłucie świadomości, że tamten czas już nie wróci.

      Cisza, która zapadła między nimi, nie była ani niewygodna, ani dziwna. Była gęsta, z pewnością inna, choć w pewien sposób znajoma, nawet jeśli kiedyś w tej samej drodze dbał o to, by Tessa miała przestrzeń, by wyrazić swoją niechęć do miejsca, do którego się wybierali. Teraz ta cisza była dla niego wyraźną granicą – zapełnioną przestrzenią, w której nie było już dla niego miejsca. Mimo to pozwolił sobie na obserwowanie jej kątem oka, zauważając detale, które dostrzec mógł tylko on. Zwrócił uwagę na to, jak jej dłonie zacisnęły się mocniej na kierownicy. Jak jej ramiona, pod wpływem napięcia, unosiły się minimalnie. I choć mogła wydawać się skupiona, może nawet spokojna, Jax doskonale wiedział, że to tylko powierzchnia, która miała ukryć coś, o czym przecież i tak wiedział.

      Gdy samochód zatrzymał się, a widok znajomego domu pojawił się przed nimi, poczuł to niemal natychmiast. To lekkie, znajome ściśnięcie pod żebrami – nie tyle stres, co ciężar wspomnienia, które wracało bez pytania. Nie lubił tego miejsca, ale nie w sposób oczywisty. Raczej w sposób cichy, osadzony w nim głęboko, związany z tym, co robiło z Tessą.
      Spojrzał na nią kątem oka. Siedziała nieruchomo, jak gdyby zbierała w sobie siłę, żeby w ogóle wysiąść. Zauważył to od razu i właśnie dlatego nie ruszył się wraz z momentem zaparkowania. Nie sięgnął do klamki, nie powiedział chodźmy” ani nie przejął inicjatywy, choć kiedyś zrobiłby to bez zastanowienia.

      Teraz po prostu był.

      — Jestem tu z tobą, pamiętaj — powiedział krótko, patrząc na nią uważnie. Nie dodał nic więcej, bo wiedział, że każde kolejne słowo mogłoby zdradzić zbyt wiele – że wciąż reaguje na nią instynktownie, że nadal widzi więcej, niż powinien, i że mimo wszystkiego, co się wydarzyło, nie potrafi przestać się o nią martwić. I że to martwienie się nie było już tylko nawykiem. To było coś, co zostało wyryte w jego sercu po wieczność.

      I tell myself that I don’t care that much but (…) only love can hurt like this
      Jax 🍃

      Usuń
  23. [Ślicznota *.*]

    Mia sporo czasu spędzała ze swoją mamą w kuchni, były one dwie i dwóch mężczyzn – ojciec i Colin, którzy zawsze znajdowali sobie lepsze zajęcia, potem pojawiła się też Jessie, która była idealną żoną, matką, kochanką i kucharką, z pewnością musiało tak być. Colin był zapatrzony w swoją żonę już od czasów liceum, gdy zaczynali ze sobą być, a dziesięć lat młoda Mia tylko im zawadzała. Uśmiechała się smętnie za każdym razem, gdy myślała o swoim bracie. Tęskniła za nim. Za nimi, a choć ostatnie lata spędziła w Bostonie, to przecież w dalszym ciągu utrzymywała z nimi poprawne, ciepłe i rodzinne relacje.
    Niewątpliwie dom rodzinny Whitakerów kojarzył się Mii z ciepłem, z dobrymi posiłkami, wspólnymi chwilami, śmiechem i miłością rodziców, która wypełniała te mury po brzegi. Kiedy zabrakło mamy, odczuli to wyraźnie. Ojciec zapadł się w sobie, Mia przestała się aż tak bardzo wszystkim interesować, zostawiając Colina i Jessie w tym zrzędliwym piekiełku. Żałowała niektórych ze swoich decyzji, które podejmowała przecież jako bardzo młody człowiek, ale nie żałowała powrotu do Mariesville. Mogłaby, bo miasteczko było małe, wręcz ciasne, w porównaniu do Bostonu. Bo mieszkali tu wścibscy ludzie i okropne plotkary, bo każdy znał każdego i chyba nikt nie słuchał jej porannych audycji. Mogłaby żałować powrotu, bo przez tę decyzję podjęła decyzję o zakończeniu związku i porzuceniu pracy marzeń. Zostawiła za sobą naprawdę wiele, ale kierowana czymś, co było mieszaniną lojalności, współczucia i żalu, zdecydowała o tym, że nie pozwoli swoim bratankom na to, aby musieli opuścić ten dom.
    Może dlatego tak bardzo cieszyła się z dzisiejszej obecności Tessy. Kobieta była miła, sama zaoferowała pomoc i Mia nie czuła się, jak ciężar, a jednocześnie Moore, choć mogła o tym nie wiedzieć, pomagała budować Mii poczucie, że jest we właściwym miejscu i jeszcze może wieść tutaj swoje życie, a nie tylko pomagać w tym życiu Ethanowi i Callie.
    — W sumie… racja… — mruknęła nieco zakłopotana. Dom nigdzie nie miał odejść, pokój Callie miał nie zniknąć, a młode kobiety były tutaj same. Nic ani nikt ich nie gonił, mogły korzystać z coraz to dłuższych dni. — Chcesz zjeść tutaj czy na ogrodzie? — spytała, kierując swoje kroki zaraz za Tessą, w kierunku mebli kuchennych, gdzie Moore odłożyła paczkę z pączkami. — Idealne na deser — skwitowała z uśmiechem. Była wielką fanką słodyczy, słodkich wypieków i chyba tylko pozostały rozsądek trzymał ją w ryzach na tyle, aby zjadała czasami inne rzeczy.
    Wspięła się na palce, by sięgnąć do wiszącej szafki i wyciągnąć z niej dwa talerze. Potem zaś wzięła się za krojenie zapiekanki, do której przygotowała też puree. Mia, mimo tego, że w kuchni czuła się całkiem nieźle, zawsze gotowała z przepisem. Mogła go nie czytać, ale musiała mieć świadomość, że instrukcje są gdzieś obok.
    — W lodówce na drzwiach chłodzą się piwa — zwróciła się do Tessy, gdy nałożyła pierwszą porcję zapiekanki. — Możemy wypić teraz jedno na pół — zaproponowała. — Bo nie wiem, czy to dobry pomysł pić więcej przed rozpoczęciem malowania — zauważyła rozbawiona i ot, zapiekanka wylądowała na talerzach, a ona do mięsnego specjału zaczęła dokładać im po łyżce ziemniaczanego puree.

    Mia Whitaker 🌸

    OdpowiedzUsuń