18.03.2026

[KP] Theresa Moore

 

Tessa

THERESA MOORE, DE DOMO GARCIA SOTOMAYOR ✽ 17/11/1993 ✽ MŁODSZA SIOSTRA ✽ LOKALNA BOHATERKA ✽ FUNKCJONARIUSZKA POLICJI ✽ MARNOTRAWNA CÓRKA MIASTECZKA, KTÓRA WRÓCIŁA PO DWÓCH LATACH SPĘDZONYCH W AUGUŚCIE ✽ DUMNA, ADOPCYJNA WŁAŚCICIELKA DIVY, EMERYTOWANEJ K9 ✽ ROZWODNICZKA ✽ NA NOWO PRÓBUJE ODNALEŹĆ SIĘ W MARIESVILLE ✽ MIESZKA Z BYŁYM MĘŻEM ✽ DUŻO BIEGA ✽ OD ROKU W TERAPII

Pierwszy raz próbowała uciec, mając sześć lat. Do kartonu po papierze ksero włożyła misia, bawełniane majtki, szczoteczkę do zębów oraz pięć dolarów i dwadzieścia centów — cały swój dobytek, który wydawał się być przydatny w podróży. Pudełko wyniosła na ganek ze skrzypiących desek i usiadła na nim. Czekała aż do powrotu matki, bo choć jej zamiary były wielkie, nie wiedziała jeszcze, dokąd można uciec. Tamtego dnia jej brat nie wrócił na noc, więc od samego rana trwała sroga awantura, zakończona wyzwiskami, trzaskaniem drzwiami i znajomym syknięciem kapsla od piwa, które towarzyszyło jej ojcu, ilekroć potrzebował uspokoić nerwy. Bardzo często były one wzburzone, a Tessa bardzo nie lubiła, kiedy później ojciec gubił słowa — jakby język nie nadążał za gniewem.
W wieku dwunastu lat po raz pierwszy uciekła z torbą — nie było już w niej misia, za to były pieniądze ukradzione bratu, bielizna i mapa stanu z zaznaczoną drogą do domu babci Marii. Wreszcie miała cel podróży. Powód jednak się zmienił — nie tylko bełkotliwy głos ojca zaczął jej przeszkadzać; doszło do tego dziwne zachowanie Juana, który schudł, jakby zapadł się w sobie, i nijak nie przypominał wesołego nastolatka, którego kochała jako mała dziewczynka. Bała się o niego, ale tak samo bała się jego. Jej krótki pobyt na gigancie zakończył się lodami z lokalną policjantką, która znała sytuację jej rodziny, ale też wiedziała, jak działa system, na którego łaskę miałaby skazać małą dziewczynkę z wiecznie roztrzepanymi włosami i trochę brudnymi kolanami.
Mając szesnaście lat, potrafiła przebiec drogę do domu Carol w mniej niż piętnaście minut — rekordowo zajęło jej to dokładnie dziewięć minut i czterdzieści osiem sekund, kiedy, w obawie o własną skórę, wyjątkowo zmotywowana gniewem ojca, pędziła przed siebie z czerwonym śladem na policzku. Znamion takich nosiła już wiele, co trudno byłoby ukryć komukolwiek innemu, ale nie jej — nikt przecież nie zauważa biedy, gdy ta istnieje od zawsze. Znana patologia wtapia się w otoczenie, ignorowana wzruszeniem ramion albo machnięciem ręki, podsumowana słowami: „to taka rodzina”.
Po siedemnastu latach prób w końcu udało jej się uciec w ramiona mężczyzny, który osłonił ją przed sennymi marami zabierającymi oddech. W silnym uścisku znalazła ukojenie, ale niespokojna natura — przyzwyczajenie wytatuowane w stopach — nakazywała jej uciekać z Mariesville tak daleko, jak to możliwe. Jedyną szansą na kolejną podróż było odcięcie gałęzi, którymi splątała się z Jaxem, a którego korzenie w miasteczku sięgały samego rdzenia ziemi.
Przez dwa lata żyła bez szczęścia, ale w końcu w miejscu, w którym nie widziała czającego się za rogiem niebezpieczeństwa, wspomnień wracających z częstotliwością czkawki ani ciężaru wstydu. Wreszcie też nikt jej do nikogo nie porównywał. Była Tessą — tylko i aż. Do miasteczka wróciła, by zająć się chorą matką.


Odautorsko:
Witam serdecznie i zapraszam :)


11 komentarzy:

  1. [ Podglądałam, a co mi tam! I muszę powiedzieć, że ja w pełni rozumiem Tesse. Nie wiem czy Jax ją rozumie, ale ja tak... Bo mechanizmy przetrwania robią swoje i czasami nawyki pchają do najgorszych możliwych rozwiązań.
    Oby terapia pomogła, bo Jax to fajny facet, może coś jeszcze uda się naprawić? :)
    W razie chęci zapraszamy do nas! ]

    Andy

    OdpowiedzUsuń
  2. [Biedna historia niczemu winnej dziewczyny, ale pocieszające jest to, że udało jej się zaznać spokoju, i że miała możliwość poczuć się po prostu sobą gdzieś w wielkim mieście. Serce na pewno ma wielkie, jeśli wróciła mimo wszystko, żeby zająć się chorą matką! Dlatego mam nadzieję, że ześlesz jej tutaj trochę szczęścia ☀️ Życzę dużo dobrej zabawy na blogu, a jeśli będziesz miała ochotę, to wpadaj od razu na maila!]

    Rowan Johnson
    & Tanner Gentry

    OdpowiedzUsuń
  3. [Octanka >.< j.w. tez podglądałam ;p co się stało z jej misiem? Też na giganta poszedł i nie wrócił? yay włączę poszukiwania ;p Przyjemna karta i dobrze się ja czytało.
    Dobrej zabawy i samych dobrych wątków ;)]

    Ines

    OdpowiedzUsuń
  4. [Dobrze widzieć Cię również tutaj! 💙 Tessa dużo przeżyła, a jej historia trafia prosto w serduszko, ale cieszę się, że ostatecznie doświadczyła szczęścia, bo zdecydowanie na nie zasługuje.
    Trzymam za nią kciuki w Mariesville! Dobrej zabawy i wiele, wiele weny!]

    Aria Kennedy 🖌️🎨

    OdpowiedzUsuń
  5. [Po pierwsze - oczarowało mnie to zdjęcie, idealnie pasuje do Tessy. Po drugie karta wciągnęła mnie od pierwszego zdania, wielki szacun za tak dobry tekst. Ciężkie życie zmalowałaś swojej bohaterce, nie ma co. W razie chęci zapraszamy do siebie.]

    Dahlia

    OdpowiedzUsuń
  6. [Ona jest przepiękna! A karty bije taka przygnębiająca historia, że aż się serce łamię.
    Widzę, że Mariesville zbiera w swoich progach mocno pokiereszowane osóbki. :( Jeśli chciałabyś jakoś pomyśleć nad powiązaniem naszych dziewczyn, to zapraszam, myślę, że mogłybyśmy je jakoś ze sobą spiknąć i może nieco ułatwić im żywot. ♥]

    Mia Whitaker 🌷

    OdpowiedzUsuń
  7. [ Cześć i tu! Piękna treść i śliczny wizerunek, myślę że niewielu jest w stanie zrozumieć Tessę, bo ludzie lubią wybierać proste strony, a jej brak cierpliwości i ochoty na tłumaczenia. Ale musi mieć serce po właściwej stronie i wierzę, że nawet w Mariesville odnajdzie spokój, albo sama go sobie zbuduje. Abi nie potrafiłaby się z nią dogadać, bo jako przyjaciółka Jaxa musi być po jego stronie, ale... Kto wie, co by się stało, jakby znała całą historię ;) Udanej zabawy, w razie chęci, chętnie pomęczymy Was i tutaj 💕]

    Abigail

    OdpowiedzUsuń
  8. [Hej! :D
    Tessa jest prześliczna, Diva przekochana, karta napisana tak, że zaczęłam czytać i z przyjemnością przepadłam, choć historia do przyjemnych nie należy. Trzymam kciuki za to, żeby udało się jej odnaleźć w miasteczku, ale również za to, żeby tak po prostu się poukładało.
    Bawcie się dobrze! ;)]

    Jodie Halston

    OdpowiedzUsuń
  9. Buszującego w zbożu przeczytał mając piętnaście lat, może szesnaście. Książkę dostał od koleżanki z klasy z okazji Walentynek i długo kurzyła się na półce w jego pokoju. Nie pamiętał, kiedy dokładnie przeczytał ją po raz pierwszy, ale pamiętał, co w nim po niej zostało – coś szczególnego, czego nie potrafił nazwać. Nie była to z pewnością opowieść, która zmieniła jego życie, ale na pewno taka, która po prostu z nim została i niezmiennie od tamtego czasu była jego ulubioną książką. To było dziwne, bo główny bohater był buntowniczy, kojarzył się z chaosem i potrzebą zmiany, czyli był istnym przeciwieństwem Jacksona. On już od nastoletnich lat był spokojny, nie tylko akceptując rzeczywistość, w której przyszło mu się urodzić, ale obdarzając ją szczerą miłością. Już wtedy, jako nastolatek, był bardzo bliski nie tylko swojej rodzinie, ale również mocno zakorzeniony w społeczność miasteczka. Nie było dnia, w którym bez ważnego powodu rodzina Moore pominęłaby wspólny posiłek czy odmówiła komuś pomocy. To był wysiłek grupowy, każdy miał swoje zadanie, które miał do wykonania, choć najwięcej miał ich Jax z Lukem. Zwykle było tak, że drugi z trójki chłopaków pomagał ojcu na farmie, a Jax robił za nianię dla Tannera i Abigail, która w pewnym momencie stała się już częścią rodziny. Gdy nie było takiej potrzeby, zajmował się kuchnią albo pędził do sąsiadów, aby w czymś ich wesprzeć. Pamiętał, jak Rose, a tym samym Olivia, odwiedzała dziadków Moore, jak większość dzieciaków zbierała się razem w ich domu, by czekać na szarlotkę babci Dorothy. Pamiętał tamte poranki, popołudnia i wieczory, które były piękne, beztroskie, a rodzinna atmosfera nie trwała tylko w domu Moore’ów, ale w całym miasteczku. To był inny świat, niż ten przedstawiony w Buszującym w zbożu, bo on, w przeciwieństwie do Holdena Caufielda, ani razu nie pomyślał o tym, aby uciec i zaszyć się w nieznanych sobie dotąd miejscach.
    Mimo to, przez wszystkie minione dekady jego życia od czasu przeczytania powieści Sallingera, Jackson Moore nie raz i nie dwa przekonywał się, ile w tej książce było mądrych słów; słów, które wyrażały to, czego on sam nie potrafił nazwać albo przyznać przed samym sobą. A przekonał się o tym szczególnie, gdy Tessa wróciła do niego niczym bumerang, potrząsając fundamentem życia starannie zbudowanego po jej odejściu. To przypomniało mu fragment z tej książki, który szczególnie wyrył w swoim sercu… ”Człowiek nie może znaleźć sobie nigdzie miłego, spokojnego miejsca, bo takiego miejsca nie ma.” I nie będzie, chociażby w jego przypadku. Bo chciałby powiedzieć, że to miejsce było, a powrót Tessy wszystko zniszczył. Tylko, że… nie. Tak nie było na pewno.

    Nie wiedział, kiedy był dokładny moment, w którym przestał wierzyć, że wszystko ma swoje stałe miejsce. Może było to wtedy, gdy po raz pierwszy po odejściu Tessy wrócił do pustego domu i zbyt długo stał w progu, jak gdyby czekał aż coś, albo raczej ktoś, przywróci mu to, co stracone. A może znacznie później, gdy to, co utracone powróciło, a to, co zyskał – zniknęło. Nie wiedział albo nie chciał tego do siebie dopuścić, bowiem przez długi czas zdawało mu się, że wystarczy cierpliwość. Że jeśli będzie robił swoje dzień po dniu, będzie wstawał rano, otwierał restaurację, gotował jedzenie dla ludzi, którzy nie przychodzili tylko po jedzenie, ale i po chwilę spokoju, to wszystko wróci na właściwe tory. Może nie takie same, ale wystarczająco dobre, by mógł iść dalej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I właśnie tak było, w pewnym sensie… Bo przecież zbudował coś nowego. Coś cichszego, spokojniejsze. Coś mniejszego, może nawet banalnie zwyczajnego, ale jednak własnego. Coś, co było jego osobistym miłym, spokojnym miejscem. Dlatego, kiedy Tessa stanęła znów u progu drzwi jego życia, miał wrażenie, że zrobił coś, czego nie powinien – cofnął się. Ot, bez chwili konkretnego zawahania. Tak jak gdyby ktoś otworzył drzwi do pomieszczenia, które już dawno temu zostało zamknięte i takie miało pozostać, a on zajrzał tam bez pomyślunku. Choć przecież nie powinien był… Najpierw myślał, że czuł gniew – taki, który rozrywa od środka, pozostawiając w sercu tylko frustrację i żal. Dopiero potem zrozumiał, że to nieprawda. To nie była też ulga czy radość, że Tessa wróciła, bo tego nie chciał. Tak chociażby mu się wydawało; wydawało mu się, że ona była już zamkniętym rozdziałem i takim, którego nie chciał znów otwierać – ale to zrobił. A to ciągnęło za sobą coś ciężkiego i znajomego; swoiste uczucie, które osiadło gdzieś pod żebrami, blisko serca, coś co przypominało, że pewnych rzeczy nie da się tak po prostu zostawić za sobą. Można jedynie nauczyć się je omijać, ale pewnego dnia same miały stanąć na twojej drodze.
      I może właśnie teraz, gdy tak stało się w jego życiu, pierwszy raz tak naprawdę zrozumiał te niegdyś przeczytane słowa. Zrozumiał, że nie chodziło o to, że na świecie nie ma spokojnych miejsc, a o to, że spokój nigdy nie jest dany raz na zawsze.

      A jego spokojem był jego domek nad Maple River. Poranki z Olivią u boku i każdy dzień, w którym mieli malować barwy swojej przyszłości. Teraz czuł, jak gdyby ktoś wyrwał mu to z rąk i patrzył na niego spod byka, jak gdyby zrobił coś, czego nie powinien… Nie wiedział, co było w tym wszystkim gorsze — czy to, że to wszystko stało się tak szybko, czy może to, że sam to wszystko na siebie ściągnął. Równie dobrze mógł przecież pokręcić głową, stawić granicę i powiedzieć swojej byłej żonie, że nie może na niego liczyć. Gdyby jednak to zrobił, uczyniłby coś wbrew samemu sobie, bo jeśli jedna rzecz była stała w życiu Jacksona, to jego altruizm i gotowość do pomagania innym. Tessa dobrze o tym wiedziała; znała go doskonale, rozumiejąc że jego serce było w stanie pomieścić wielu i wiele. I chciałby móc powiedzieć, że teraz to wykorzystywała, że robiła coś na własny plus kosztem jego. Pech chciał, że nie mógł, bo jeśli jedno zdążył dostrzec, to fakt, że Tessa naprawdę była w potrzebie. A on znów przybył jej na ratunek.

      Mieszkali więc razem od krótkiego czasu, ale na tyle długiego, by jego związek z Olivią zdążył się rozpaść, a rodzina miała do niego żal. Luke cały czas suszył mu głowę, babcia Dorothy robiła mu ciche dni, a matka płakała ze stresu. Tylko ojciec zdawał się być o to spokojny, co nieszczególnie go zaskoczyło, bo Thomas lubił Tessę. Widać, wcale się to nie zmieniło. Nie to jednak było źródłem jego trosk i sfrustrowania, a to, co robiła z nim obecność byłej żony w jego własnym domu. Chociaż nie widzieli się często, a ona bardzo dobrze dbała o to, żeby ich drogi jak najmniej się krzyżowały, to czuł jej obecność w każdym zakamarku domu. Czuł jej zapach, słyszał kroki, których ciężar i dźwięk wciąż pamiętał. Obserwował, jak każda część tego domu stawała się niemal oznaczana obecnością Theresy Moore – kubek odstawiony nie tam, gdzie zwykle, cicho zamknięte drzwi do sypialni, światło zapalone o godzinie, o której dotychczas panowała ciemność. To były drobne rzeczy, które dla kogoś z zewnątrz nie miałyby żadnego znaczenia, ale dla Jaxa były jak ślady pozostawione na powierzchni czegoś, co przez długi czas należało tylko do niego – czegoś, co sam starannie zbudował już bez niej.

      Usuń
    2. A to jeszcze bardziej wzmacniało uczucia, które targały nim w środku. Bo nie chodziło tylko o nią; chodziło o to, jak łatwo jej obecność wślizgnęła się w przestrzeń, którą uważał za własną, swoją i zamkniętą. O to, jak szybko zaczęła zmieniać coś, co wydawało się już ustalone, stabilne, niewzruszone. A ponad wszystko o to, jak uświadamiało mu to, że najwidoczniej wcale sobie tego wszystkiego nie przepracował tak, jak zakładał, bo przecież gdyby naprawdę tak było, nie reagowałby na każdy jej krok. Nie zauważałby każdego najmniejszego śladu. Nie miałby wrażenia, że coś w nim przesuwa się za każdym razem, gdy tylko przypomina sobie, że ona wciąż tu jest.

      Obudził się wcześnie, choć długi czas leżał w łóżku, patrząc w sufit. Poranne światło nieśmiało wpadało do pokoju, a on ze skupieniem wsłuchiwał się, czy było słychać kroki. Dzień miał się zacząć, a on nie wiedział, co zrobić, by znaleźć w sobie motywację, aby stanąć na nogi i robić swoje. Paradoksalnie, nie chodziło o to, że jego była żona była w jego domu… Wiedział po prostu, że zbyt wiele emocji siedziało w jego umyśle i sercu, a które nie potrafił sobie przepracować, a nie chciał wyładowywać tego na niej. Nie mógł jednak wieczność chować się w swojej sypialni. Korzystając więc z panującej w domu ciszy, wstał i poszedł do łazienki, by przygotować się na nowy dzień.
      Wyszedł z łazienki i na moment zatrzymał się na korytarzu. To wtedy usłyszał cichy szum ekspresu. Przez chwilę stał w miejscu, wsłuchując się w te dźwięki, aż w końcu ruszył dalej i pojawił się w progu kuchni. Najpierw przywitał się z Divą, a potem oparł się lekko o framugę drzwi, pozwalając sobie na krótkie spojrzenie w stronę brunetki.

      — Dzięki — odpowiedział cicho, z wyraźniej zdystansowanym tone. Podszedł bliżej — Nie musiałaś… — dodał. Jeszcze kilka lat temu w podobnej sytuacji Jax złożyłby czuły pocałunek na jej czole, objął i zapytał, co marzy jej się na śniadanie. Dziś był między nimi tylko ten charakterystyczny ciężar, który doskonale wiedział, że czuła również i ona.

      Sięgnął po jeden z kubków, czekając aż kawa skończy swój proces parzenia.

      — Jak zapowiada ci się dzień? Może potrzebujesz dziś pomocy przy mamie?

      Jax 👀☕

      Usuń