
WES – ur. 04.06.1987 w Mariesville – rodowity mieszkaniec –
syn Gerarda i Eleny– właściciel firmy budowlanej Danforth Constructions – kilkanaście lat spędzonych w Atlancie – od pięciu lat z powrotem w Mariesville – dom w Farmington Hills
Nigdy nie mówił o tym, dlaczego wyjechał. W Mariesville przyjęto po prostu do wiadomości, że pewnego ranka spakował torbę, po czym zniknął na drodze prowadzącej w stronę Atlanty. Mieszkańcy jakby od zawsze mieli dla niego większą wyrozumiałość, która była naturalną konsekwencją pewnej letniej nocy, która miała miejsce w latach dziewięćdziesiątych. Miał jedenaście lat, kiedy jego dzieciństwo skończyło się raz na zawsze. Ojciec zabił matkę na jego oczach, w domu, który powinien być najbezpieczniejszym miejscem na świecie. I od tamtej chwili Wes już żył ze świadomością, że to, co bliskie, może w jednej sekundzie stać się źródłem grozy.Po tragedii wychowywał go dziadek. Stary, twardy człowiek, który nie mówił o uczuciach, ale za to nauczył go pracy, wytrwałości i honoru. Wyrósł więc na chłopca, który wcześniej niż inni nauczył się naprawiać ogrodzenia, dźwigać materiały, pracować narzędziami i zaciskać zęby wtedy, gdy najchętniej uciekłby od wszystkiego. Firma budowlana dziadka była dla niego pierwszym miejscem, w którym nauczył się odpowiedzialności.
Wyjechał dopiero po śmierci dziadka. Dom bez niego nagle stał się pusty w sposób, którego nie potrafił znieść. Firma przestała być miejscem pracy, a zaczęła przypominać o wszystkim, czego już nie było, co odeszło. Musiał wyjechać, żeby nie zostać w miejscu, które przestało być dla niego domem.
Atlanta była głośna i bezlitosna dla młodego mężczyzny z małego miasteczka. Zaczął od najprostszych prac: noszenia materiałów, sprzątania placów budowy, mieszania betonu. Zarabiał kilkanaście dolarów, ale nie prosił o więcej, niż mu dawano. Pracował dokładnie i bez narzekania. Z czasem zaczęto mu powierzać odpowiedzialniejsze zadania. Nauczył się czytać projekty techniczne, prowadzić ludzi i pilnować terminów. Stał się tym, który na budowę przychodzi pierwszy, a wychodzi ostatni.
Pracował przy fundamentach, halach, mostach, drogach. Widział, jak powstają rzeczy, które mają przetrwać dziesiątki lat. W końcu wrócił do Mariesville i wskrzesił firmę budowlaną dziadka. Niewielką, lokalną, opartą bardziej na zaufaniu wieloletnich klientów, niż na reklamach w lokalnej prasie. Zamienił ją w miejsce, w którym pracę znajdowali ludzie tacy jak on sam: poranieni, zagubieni, z bagażem doświadczeń i bez wielu szans na nowy start w innych miejscach. Wes nie zadawał nigdy zbędnych pytań. Wystarczało mu, że ktoś potrafił pracować, dotrzymywać słowa i nie poddawać się przy pierwszej trudności. Z czasem jego firma stała się czymś więcej niż tylko przedsiębiorstwem. Stała się częścią miasteczka. To jego ludzie naprawiali dachy po burzach, stawiali ogrodzenia po wichurach, wzmacniali fundamenty starych domów i pomagali tam, gdzie inni nie zawsze mieli czas albo chęć przyjechać.
Jego przeszłość nie odebrała mu pogody ducha. Nie zrobiła z niego cienia człowieka. Przeciwnie, nauczyła go cenić zwykłą życzliwość, lekki żart, dobrą kawę o świcie i obecność drugiego człowieka. Przyjazny, pomocny i lubiany, choć w jego śmiechu zawsze pobrzmiewa cień czegoś smutniejszego. Po prostu jest, pomaga kiedy trzeba pomóc. Trzyma jednak dystans. Nie dlatego, że nie potrzebuje ludzi, lecz dlatego, że zbyt dobrze pamięta, jak cienka bywa granica między bliskością a krzywdą. Nosi w sobie przekonanie, że pewne rzeczy potrafią wracać po latach i że w każdym człowieku jest mroczne miejsce, którego nie da się do końca oswoić.
Boi się tylko jednego: że któregoś dnia mógłby stać się kimś, kogo sam przez całe życie próbował nie przypominać.
tobec99@gmail.com ; Jon Bernthal ; możliwe treści +18
[Cześć, hej!
OdpowiedzUsuńBardzo spójna kreacja, podoba mi się to, jak to wszystko opisałaś, nawet jeśli w karcie dowiadujemy się kilku wstrząsających faktów z życia Westona…
Mam nadzieję, że powrót do Mariesville da mu upragniony spokój, na który zdecydowanie zasługuje! I oczywiście zapraszamy do Arii – może da się jakoś połączyć ten artystyczno-budowalny światek? :D
Dużo weny i samych wciągających wątków!]
Aria Kennedy 🖌️🎨
[Witamy sąsiada!
OdpowiedzUsuńWes ma... Tragiczną historię. Jest rok starszy od siostry mojej pani, więc na pewno rodzina Tellerów miała świadomość całych wydarzeń, może nawet z chęcią matka starała się pomóc dziadkowi Wesa.
To, że nie stracił pogody ducha, nie stał się zrzędą i człowiekiem zimnym świadczy o nim - i jego wychowaniu - naprawdę dużo.
Mam nadzieję, że jednak pozwoli komuś się do siebie zbliżyć. Masy wątków, ciepła i weny!]
Dahlia
[Widzimy się za chwilę :D ]
OdpowiedzUsuńRose
[Cześć, tak widzę te wszystkie tragedie bohaterów i niekiedy mam dreszcze... tutaj mam prawdziwe, ciężkie ciarki na plecach! Wow, dałaś czadu, gruby kaliber zrzuciłaś mu na barki i jak w połowie kp miałam wrażenie, że chyba wiem, jak i gdzie to go poprowadzi - surowe wychowanie, ciężka praca; to nagle pstryk! Zaskoczyłaś z innej strony!
OdpowiedzUsuńMam wrażenie, że tacy ludzie wszystko chowają w sobie, a uprzejmość i uśmiech to tylko u nich cieniutka, malutka warstwa tego, co mają do zaoferowania i nawet sami nie zdają sobie z tego sprawy.
Życze pięknych wątków i dużo ciepła! ☀️ ]
Abi
Nie miała świadomości, że jej własny syn może okazać się jedną z największych plotkar, jakie widział ten świat. Szesnastolatek nie tylko wiedział o wszystkim, co działo się w miasteczku, ale miał też sporą tendencję do bezmyślnego gadania i dzielenia się wszystkim co wiedział, z ufnością małego dziecka. Oczywiście, gdyby ktokolwiek zarzucił mu, że jest plotkarą, ten wyparłby się tego całym sobą, przecząc oskarżeniom i broniąc się, że przecież nikt mu nie powiedział, że to tajemnica. Istotnie, Rose nie prosiła swojego syna, aby trzymał dla siebie informacje o jej separacji z jego ojcem. Czuła zwyczajnie, że nie powinna była tego robić chociażby dlatego, że Reed miał wielu przyjaciół, na których mógł polegać i miała nadzieję, że w tym dziwnym czasie znajdzie w nich oparcie. Wydawał się być pogodzony z tym, że jego rodzice zamierzają się rozwieść, tak samo jak Daisy, która wprost powiedziała Rose, że powinni byli zrobić to już dawno temu, bo nie pamiętała, by dali sobie w ich obecności chociaż buziaka, nie mówiąc już o tym, że obecność ich ojca jedynie zaburzała naturalny rytm funkcjonowania domu. Evan nie tyle, nie był mile widziany w ich domu, co zwyczajnie nie bywał widziany w nim zbyt często.
OdpowiedzUsuńW zasadzie, to całe jego życie było w Atlancie, dlatego nikogo nie zdziwiło, kiedy udało mi się spakować wszystkie swoje rzeczy w zaledwie jeden wieczór i fragment nocy. Reed mu przy tym pomagał, przez co następnego dnia spóźnił się do pracy i nie omieszkał wyjaśnić Westonowi, że to wszystko przez wyprowadzkę ojca z domu.
— To mama Ci nie mówiła? — zapytał, robiąc wielkie oczy i podrapał się z zakłopotaniem po głowie, doskonale wiedząc, że to nie on powinien był przekazać informację — Wes, kurcze… Możesz tego nie wiedzieć ode mnie, czy coś? Mama ciągle mi powtarza, że mam za długi jęzor, a pewnie wolałaby Ci to sama powiedzieć… Możesz udawać, że nic nie wiesz? — poprosił, podciągając do góry trochę za duże spodnie robocze, do których właśnie przypinał pas z narzędziami.
Reed miał w sobie jeszcze dużo tej młodzieńczej, trochę dziecięcej a trochę nastoletniej niewinności i chociaż był wysoki, a na policzkach miał pierwsze ślady zarostu, to wciąż był zwykłym dzieciakiem. Trochę nieporadnym, zapominalskim, ale za to dobrym dla swojej mamy i bardzo opiekuńczym względem siostry, dlatego Rose nie miała sumienia suszyć mu głowy o to, że nie zawsze pomyślał zanim powiedział. Tym razem miała wyjątkowo ochotę to zrobić, bo Reed, pomimo prośby do Wesa przyznał się jej do kłapania dziobem, kiedy wycierał chlebem talerz z resztek sosu.
— Mamo, no przepraszam… — powiedział niewyraźnie, wpychając do buzi kromkę
— Jedz z zamkniętą buzią prosiaku — jęknęła Daisy, patrząc na brata z obrzydzeniem.
— Sama jesteś….
— Dość! Daisy, nie patrz na brata jeśli drażni Cię jak je, Reed… To sprawy dorosłych, ale to też nie jest żadna tajemnica. To nie koniec świata, chociaż masz rację… Chciałam sama przekazać mojemu wieloletniemu przyjacielowi, że jestem w separacji z waszym tatą — powiedziała spokojnie, pakując duży kawałek ciasta do szklanego pojemnika.
—Mamo, mogę Cię podwieźć i później odebrać — zaoferował się chłopak, wycierając dłonią umazane od sosu usta — Daisy i tak mnie urobiła, żebym zawiózł ją do Leah, więc jadę w kierunku domu Westona…
— Skoro tak, to chętnie — uśmiechnęła się lekko do syna i poczochrała go po głowie — Już, głowa do góry plotkaro… Nic takiego się nie stało — mrugnęła go niego, uszczypnęła go lekko w policzek i zaczęła szykować się do wyjścia, wcześniej pakując kawałek ciasta dla córki i jej koleżanki.
Zanim zapukała do domu Westona, kilkukrotnie przestąpiła z nogi na nogę, stresując się konfrontacją jak nastolatka, nie dorosła osoba, która w wieku nastoletnim miała syna. W końcu jednak nacisnęła dzwonek i czekała, nie mając absolutnie żadnego pojęcia, w jaki sposób powinna zacząć tą rozmowę.
— Cześć Wes... Masz ochotę na szarlotkę? — zapytała niepewnie, podsuwając w jego stronę torbę pachnącą cynamonem, jabłkami i nią samą, z czego zupełnie nie zdawała sobie sprawy.
Rosie🌹🍰
Chociaż otaczała się ludźmi to była samotna. Samotna i zwyczajnie tą samotnością zmęczona. Nie chodziło jedynie o fizyczne obciążenie, jakim było dbanie o dzieci, bo te z wiekiem same nauczyły się pomagać mamie i Rose nie mogła złego słowa powiedzieć na Reeda i Daisy, którzy nie potrzebowali upomnień o wstawienie prania, zrobienie zakupów czy przygrzanie obiadu. Przez lata życia we troje nauczyli się wzajemnie o siebie dbać, ale Rose przez cały ten czas zwyczajnie czuła, jak bardzo brakuje jej jakiegoś ważnego elementu. Może brakowało jej ciepła w nocy? Tego męskiego ciężaru ręki, obejmującego ją we śnie? A może chodziło o zwykłe dzielenie życia z kimś dorosłym, kogo można było poprosić o dorosłe przysługi? Była pewna, że Evan niezbyt orientował się w której klasie są jego dzieci, nie mówiąc nawet o nazwisku wychowawcy, czy lekarza rodzinnego do którego chodzili od lat. Miała dosyć usprawiedliwiania go przed sobą, przed dzieciakami i wszystkimi wkoło, bo wiedziała, że pracę w Atlancie dało się pogodzić z życiem rodzinnym – jej ojciec dawał radę, a był z pokolenia mężczyzn, którym daleko było do przejmowania się czymś tak trywialnym, jak uczucia żony czy dzieci. Wiedziała, że się da i znając upór Evana wraz z jego potrzebą bycia najlepszym wiedziała także, że mu zwyczajnie na tym nie zależało. Separacja nie miała na celu uwolnienia jej z małżeństwa, bo nigdy nie czuła się jego zakładniczką, a jedynie potwierdzenia przykrych przypuszczeń, towarzyszących jej od lat – że faktycznie była w tym związku sama.
OdpowiedzUsuńEvan nie był złym mężem. Pamiętał o wszystkich okazjach (albo pamiętała jego asystentka), nigdy nie szczędził im pieniędzy i kiedy już był starał się być być miły i uśmiechnięty, wbrew swojej z zdystansowanej i chłodnej naturze. Był skałą, kimś pewnym, chociaż średnio dostępnym i przez długi czas zdawał się jej wystarczać jako towarzysz życia. Problem polegał na tym, że ten czas chyba się skończył, a Rose z każdym dniem potrzebowała coraz bardziej czegoś innego, bardziej prawdziwego i namacalnego, zgodnego z jej nią samą.
W młodości działała intuicyjnie, poddawała się swojemu charakterowi, nie raz i nie dwa wpadając przez to w tarapaty. Nigdy nie próbowała nikomu zaimponować, bo będąc bezczelnie pewną siebie głęboko wierzyła, że imponuje każdemu – nie urodą, bo próżna jedynie bywała – nie była, ale inteligencją i humorem. Może nie były to cechy, które przyciągały do niej każdego chłopca, ale nie potrzebowała ich do tego, by budować latami własne poczucie wartości, które nawet teraz, pomimo nieudanego małżeństwa było jedynie trochę zachwiane. Wierząc, że dobrze robi, przyjęła oświadczyny ledwo znanego sobie mężczyzny, który zaimponował jej elokwencją i jasno określonymi celami w życiu, nie przewidziała jednak, że te cele nie uwzględniały ani jej, ani rodziny i nie zmieniły się przez następne naście lat. Latami karmiła się nadzieją, że w końcu wpiszą się w życie Evana jako jego jeden z ważniejszych elementów, ale czas płynął i nic się nie zmieniało, a ona coraz bardziej czuła, że umknęło jej w życiu coś niezwykle ważnego, co w młodości wręcz stanowiło sens jej istnienia. Miłość. Nie kochała Evana, nigdy go nie kochała. Szanowała, lubiła jego towarzystwo, ale mimo dwójki dzieci nie umiała go pokochać, a on nie potrafił pokochać jej, bo gdyby chociaż jedno z nich by coś czuło, to może można byłoby coś na tym budować, a tak… Dom, rodzina którą zbudowali, którą właściwie zbudowała Rose, znajdowała się na ruchomych piaskach, a pozbawiona solidnych fundamentów zaczęła zapadać się już dawno temu, gdy zaczęło jej zwyczajnie brakować sił do trzymania ich wszystkich razem.
Powinni byli się rozwieść dawno temu, bo właściwie nigdy nie powinni byli zostawać małżeństwem w pierwszej kolejności, ale Rose… Rose bardzo chciała mieć rodzinę. Chciała mieć poczucie, że ma dla kogo wstawać rano, a mały Reed, który nie był jeszcze Reedem, dał jej to, gdy był wielkości fasolki. Evan dał zaś nadzieję, że będa mogli razem zbudować coś na skale, tyle że zapomniał wspomnieć, że na skale buduje on, jej zostawiając piaski nieopodal.
UsuńWstrzymała oddech, czując na sobie jego spojrzenie. Powinna była mu powiedzieć, ale chociaż utrzymywała, że nie była to tajemnica, to nie powiedziała nikomu poza Reedem i Daisy, robiąc to trzy tygodnie temu w czwartkowy wieczór w asyście Evana. To on powiadomił jej i swoich rodziców, ku jej uldze przedstawiając to jako ich wspólną decyzję, a innych… Wiedziała, że miasteczka takie jak Mariesville rządzą się swoimi prawami i chociaż bardzo by się starała, takie rzeczy szybko się rozchodzą i nie potrzebują czyjejkolwiek ingerencji. Jej słomiane wdowieństwo i tak od lat było na ustach poczciwych plotkar, gdy w miasteczku akurat nie działo się nic ciekawszego – Evan w końcu stawiał coraz śmielsze kroki w polityce, coraz częściej udzielał wywiadów i gdyby nie to, że nigdy rzeczywiście nie był mieszkańcem Mariesville, mógłby być uznawany za lokalnego celebrytę.
— Jestem pewna, że Reed kiedyś mnie sprzeda i jeszcze do tego dopłaci — uśmiechnęła się krzywo, z wdzięcznością przyjmując jego wyrozumiałość w chwili gdy podawała mu torbę. Czuła się, jakby ktoś właśnie spuścił z niej ciśnienie, przez które czuła się wcześniej wypchana niczym Bibendum, chociaż wciąż było w niej trochę niepewności, które zatrzymały ją na dłuższą chwilę przed wejściem do jego domu. Domu, w którym była wiele razy i w którym o dziwo, czuła się dużo swobodniej, niż w mieszkaniu własnego męża w Atlancie. Może to przez to drewno? Albo Mariesville tak na nią działało, że wszędzie w miasteczku czuła się, jakby była u siebie? A może to przez Wesa, który nigdy nie dopuścił, aby poczuła się w tej przestrzeni niekomfortowo, od samego wejścia dając jej poczucie, że jest to miejsce w którym może czuć się mile widziana. Tylko i aż.
Weszła do domu Wesa i przeczesała dłonią włosy, zatrzymując ją na dłużej na wysokości potylicy, którą rozmasowała powoli, czując napięcię, które gromadziło się w niej od samego wyjścia z domu. Trwa to chwilę, ale potrzebowała tego momentu żeby przymknąć oczy i znaleźć uziemienie w drewnianej podłodze i zapachu dobrze znanego miejsca, w którym nikt nigdy ją o nic nie wypytywał, a mimo to, ona chciała mówić. Reed, chociaż była na niego wściekła, wyświadczył jej swoim gadulstwem przysługę, bo od tygodni zbierała się w sobie, żeby powiedzieć Wesowi o separacji, bo trochę się jej wstydziła.
Wstydziła się, że nie umiała dać Evanowi czegoś, do czego chciałby wracać, wstydziła się, że nie znalazła czegoś, co mógłby w niej pokochać i pierwszy raz, Rose Paraquat, z domu Garner, miała w ustach posmak wątpliwości. Nie w słuszność separacji, ale samej siebie.
Usuń— Wes, ja… Powinnam była Ci powiedzieć — powiedziała cicho, przykładając dłoń do ust w pełnym zmartwienia geście. Podeszła do szuflady ze sztućcami, wyciągnęła z niej dwie łyżki i spojrzała wymownie na torbę — Ciasto jest jeszcze ciepłe… Będzie się rozpadać, nie ma sensu kroić, czy możemy iść… Cholera, Wes — jęknęła i oparła się o kuchenny blat, czując jak serce szybciej zaczyna jej bić a ona traci siłę na podtrzymywanie maski sympatycznego uśmiechu i pogodzenia z losem, którą utrzymywała przy dzieciach.
— Młody żyje, jeszcze mu nie wyrwałam jęzora za plotkowanie, ale... Czy wydawał się smutny, jak Ci o tym mówił? — spytała, patrząc to na niego, to znowu na trzymane w dłoni łyżki, by w końcu uciec wzrokiem w stronę wyjścia na taras. Skrzyżowała ręce na piersi, naciągając rękawy swetra na całe dłonie. — On i Daisy wydają się być... Wes, oni wydają się być tak spokojni, jakby sami na to czekali, jakby wcale nie byli zaskoczeni — westchnęła cicho, szczerze żałując, że nie przyniosła ze sobą butelki wina, bo teraz przydałaby się jej lampka. Albo nawet dwie.
Rosie 🌹
Czasami zastanawiała się, co by było, gdyby Wes wiedział o wszystkim tym, o czym nigdy mu nie powiedziała ze strachu przed odrzuceniem. O tym, że już wtedy, kiedy wciąż byli dziećmi i biegali boso po polanie, ona wiedziała, że już do końca życia chce, aby był jej najlepszym przyjacielem. O tym, że wcale nie zmieniła tej decyzji, powziętej w wieku ośmiu lat, gdy jego świat się zawalił, zabierając ze sobą jego mamę i dom, który znał, a on sam zamieszkał u surowego dziadka. O tym, że przez wszystkie te lata, kiedy razem dorastali, ona tylko bardziej była przekonana, że chce mieć w nim nie tylko przyjaciela, ale też coś więcej, coś, czego bardzo bała się nazwać, coś, czego podskórnie wiedziała, że Wes nie chce jej dać. Nie dlatego, że tego nie czuł – może czuł, bo wzajemne przyciąganie, które towarzyszyło im od zawsze nie mogło być przecież jednostronne, ale nawet jeśli czuł, to nie dał tego po sobie poznać. Dlatego, że jego przeszłość przeszła mu do krwioobiegu, wżarła się w kości, które zaprowadziły go na lata daleko od Mariesville.
OdpowiedzUsuńDokładnie w tamtym momencie, kiedy dziadek Westa zmarł, a ten powiedział jej o swojej decyzji dotyczącej wyjazdu, Rose przestała się łudzić, że czeka ich wspólna przyszłość. Złamał jej swoją decyzją serce, to które podarowała mu jako przyjaciółka, ale też to, które oddała mu w całkowitej ciszy, latami cierpliwego czekania aż będzie gotowy. Jednak do tego nigdy nie doszło, a Rose do dzisiaj pluła sobie w brodę, że nie umiała mu powiedzieć wszystkiego szczerze, tak zwyczajnie, jak była mu to winna.
Tym bardziej pluła sobie w brodę, że tak długo czekała z rozwodem. Nie dlatego, że na cokolwiek liczyła, ale wiedziała, że jeden z powodów był niby logiczny, ale zwyczajnie zły. Do momentu, kiedy była żoną Evana nie dopuszczała do siebie nawet zalążka myśli, że mogłaby być czyjąkolwiek inną kobietą i to stanowiło dla niej parasol ochronny przed poddaniem się temu, co od zawsze mówiło jej serce. Pięć lat temu, gdy dostała telefon od dawnego przyjaciela i pierwszy raz przekroczyła próg jego domu wiedziała, że musi się trzymać męża, bo inaczej jej myśli i uczucia znowu pomkną do człowieka, który nie chciał ich przyjąć, najpewniej myśląc, że nie może ich miećć. Tyle tylko, że one już od dawna były u niego.
Odkąd Wes wrócił, wiedziała, że nie kocha i nie będzie w stanie pokochać Evana, bo przypomniała sobie, jak dobrze można się czuć przy drugim człowieku, jak niewiele potrzeba, by czuć się zaopiekowanym i chcianym w swojej przestrzeni. Przez pięć lat nie była Evanowi do końca wierna – może nie zdradziła go fizycznie, ale psychicznym oparciem, znacznie bliższym jej sercu był przez cały ten czas Wes, który zwyczajnie był. Zupełnie tak, jak był teraz. Nie potrzebowała wielkich gestów oddania by wiedzieć, że gdyby cokolwiek poważnego się stało zadzwoniłaby w pierwszej kolejności do Westona, nie do Evana i wcale nie było to spowodowane tym, że Wes był na miejscu, a raczej tym, że przy nim żaden problem nie wydawał się zbyt duży, nie pozwalała mu urosnąć do stopnia, w którym nie umiałaby sobie poradzić.
Pamiętała pierwsze lata samotnego macierzyństwa. Była bardzo młoda, niedoświadczona i chociaż wychowywała się w dużym domu, to niewiele umiała w nim zrobić, przez co, gdy pierwszy raz w życiu zatkała odpływ i nie miała pojęcia, jak sobie z tym poradzić, najzwyczajniej w świecie się popłakała. Słyszący to, mały Reed też się popłakał, a do ich dwójki dołączyła malutka Daisy i tak zapłakani, kiedy już Rose przełknęła zażenowanie własnym brakiem umiejętności, zadzwoniła do ojca, który wyjątkowo tego dnia nie był w Atlancie. O całej sytuacji opowiedziała Evanowi dopiero w weekend, a on wcale jej nie wyśmiał, ale też nie zrobił nic, by poczuła się lepiej – jedynie pokiwał rzeczowo głową i zakomunikował, że w razie, gdyby to się powtórzyło, to ma na lodówce numer do hydraulika.
Od tamtej pory, na lodówce wisiały numery do wszystkich fachowców, jakich mogłaby potrzebować samotna kobieta – po latach nauczyła się wielu rzeczy, jednak na początku faktycznie korzystała dosłownie z każdej pomocy, zbyt przeciążona wychowywaniem dwójki małych dzieci i pracą. Pięć lat temu wrócił Wes i w końcu miała do kogo zadzwonić z prośbą o pomoc i bez poczucia, że kogokolwiek zawodzi.
Usuń— Wiem Wes, wiem, że nie jestem Ci nic winna, tylko… To ja powinnam powiedzieć, nie Reed, tylko tyle. — Wzruszyła ramionami, jakby tym ruchem chciała nadać swoim słowom lekkości, której wcale nie miały, przynajmniej nie w jej ustach i głowie. Wes był przez te wszystkie lata przyjacielem, którego życzyłaby każdej zagubionej osobie, która nie do końca wie, gdzie znajduje się jej azymut – cierpliwym, taktownym i najzwyczajniej w świecie miłym. Nie mogłaby z nim porozmawiać o swoich wątpliwościach dotyczących małżeństwa, tym, jak źle się w nim czuje, bo istniały pewne granice, które pomagały jej nawigować w ich przyjaźni, pomimo uczuć, którymi darzyła go niegdyś do szaleństwa, a które wciąż odbijały się echem, gdy siedzieli na jego werandzie z herbatą, czy przychodził na rodzinne grille do Garnerów, gdzie zawsze był mile widziany. Bała się, że jeśli choćby spróbuje nagiąć niepisane zasady, to ponownie, jak wiele lat temu skończy ze złamanym sercem, które bolało znacznie bardziej niż to, które miała teraz – to teraz dopiero zyskiwało szansę na zrośnięcie, bo pęknięte było od samego początku.
Słuchała go uważnie, ale nie dawała nic po sobie poznać, zupełnie tak, jakby słuchała go, ale nie słyszała w rzeczywistości, myślami uczepiając się tych kilku słów kiedy coś trwa latami, czyli Wes też to widział. Tym bardziej była mu wdzięczna, że przez te lata nic nie mówił, a trwał – nie dlatego, że chciała być z Evanem, ale dlatego, że pozwolił jej samej dojrzeć do decyzji, która była tak diabelnie trudna, chociaż prawie nic nie zmieniła w jej życiu. Dom w końcu wciąż był tak samo pusty a łóżko tak samo zimne.
— Wiem Wess, wiem, że widzą i wiedzą — wyszeptała. Uczyła w szkole, od lat pracowała z dziećmi z różnych domów, często takich, gdzie zwyczajnie potrzebna była pomoc i była świadoma, że jej dzieci nie były ślepe. W końcu mieszkały razem z nią w jednym domu, w burzowe noce wielokrotnie wędrowały do jej sypialni, gdzie w tym czasie stanowiły miłą odmianę, bo w końcu nie było tak przerażająco zimno, ale miała nadzieję, bardzo kruchą i równie złudną, że nie będzie im to ciążyć tak, jak jej ciążyło. Robiła przez całe życie wszystko, byle nie czuły się gorsze przez to, że ich ojciec był nieobecny.
— Poproszę. Pójdę zanieść ciasto na taras — poinformowała, biorąc w ręce zarówno ciasto, jak i łyżeczki wraz z niewielkimi talerzykami. Łokciem, jak już robiła to wielokrotnie, otworzyła sobie drzwi i postawiła na niewielkim stoliku wszystko to, co wcześniej zajmowało jej ręce. Wzięła głęboki wdech, czując to przyjemne, przebijające się przez pozostałości zimy, ciepło, któremu towarzyszyła gęstość budzącego się życia; niewiele myśląc zdjęła buty, następnie skarpetki które w nie włożyła i zeszła po schodkach wprost na trawę na tyłach domu mężczyzny. Oparła dłonie na dole pleców, lekko wypinając przy tym pierś i brzuch do przodu, twarz kierując idealnie w stronę zachodzącego powoli słońca, czerpiąc z tych kilku minut tyle przyjemności, ile było tylko możliwe. Za nic nie zamieniłaby życia w Mariesville na życie w wybetonowanej Atlancie.
Rosie🌹