
Olivia Mitchell
31 lat ✷ rodowita mieszkanka Mariesville ✷ córka właścicieli stadniny koni Mitchell's Horse Farm oraz Mariesville Veterinary Clinic ✷ ukończone studia weterynaryjne ✷ w od niedawna właścicielka kliniki weterynaryjnej ✷ powrót do rodzinnego miasteczka po kilku latach spędzonych w Atlancie ✷więzi
Wgryza się w soczyste jabłko, spoglądając przed siebie. Słodki smak rozpływa się w jej ustach, a ona uśmiecha się delikatnie, łapiąc na tym, jak bardzo za tym wszystkim tęskniła. Tęskniła za tym spokojem, ciszą i brakiem pośpiechu. W Atlancie było zupełnie inaczej. Było głośno, czasami denerwująco i ludzie wiecznie gdzieś się spieszyli. Oczywiście, miasto dawało jej więcej możliwości i Olivia przez większość życia myślała, że to właśnie tam znajdzie szczęście, jednak życie zweryfikowało, że jest zupełnie inaczej.Bierze głęboki wdech, przymykając oczy. Nie czuje zapachu spalin, papierosów czy smogu, który towarzyszy zawsze miastu. Tutaj czuć zapach wody, świeżej trawy czy koni, które pasą się nieopodal. Mariesville pachnie jeszcze jabłkowymi sadami, chlebem babci czy też winem ojca, które David Mitchell corocznie robi i z chęcią częstuje wszystkich znajomych. Tego jej właśnie brakowało, tych znajomych dźwięków, które porzuciła na kilka długich lat. Tu jest jej dom. Tu jest jej miejsce na ziemi.
Hej! Z Olivią szukamy wszystkiego - starych jak i nowych znajomości, przyjaciół może i jakiś wrogów, choć myślę, że ona to raczej należy do grona tych miłych osóbek :D Na pewno też jakiejś miłości, albo jakiegoś przelotnego romansu. Lubimy burzę mózgów 💖 pandaczerwona0@gmail.com
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń[Ha! A właśnie miałam również pojawić się pod twoją kartą... 🤭 Wiesz gdzie mnie szukać <3]
OdpowiedzUsuńJax
[Hej! Tak, jakieś ustalenia były, ale z innymi postaciami 🙂
OdpowiedzUsuńJak coś to zapraszam na maila!]
Rowan Johnson
Mariesville Community Center przepełniło się zapachem świeżo upieczonych ciast i parzonej kawy. W samym środku dużej hali stały długie stoły, niemal uginające się pod ciężarem szarlotek, brownies i babeczek, a przy każdej blaszce wypieków stała karteczka z nazwiskiem. Dzieci, zarówno te młodsze, jak i starsze, biegały między stołami, podjadając słodkie wypieki, podczas gdy przebojowe starsze ciocie szeptały między sobą, które ciacho sprzeda się szybciej. W powietrzu było czuć mieszankę ekscytacji, dobrego humoru, ale i lekkiego chaosu. Ktoś przewrócił talerz z brownie, dzieci śmiały się w tle, a w tym wszystkim rodzice próbowali ratować sytuację. Raz po raz wrzucano kolejne datki do puszek na cel, dla którego w ogóle zorganizowano ten dobroczynny kiermasz. Na końcu sali, nieopodal stołu z ręcznie robionymi kocami i koszami lokalnych produktów, Jackson Moore rozstawił swoje dobroci – mini-steaki, kanapki z szarpaną wołowiną i kilka klasycznych przysmaków dla najmłodszych. Była sobota przed południem, restauracja wyjątkowo dziś była zamknięta ze względu na trwające wydarzenie, a on od czwartej nad ranem był na nogach. Entuzjazm, jaki opanował jego serce i umysł, powstrzymywał aby pierwsze oznaki zmęczenia dawały się we znaki. Nie tylko dlatego, bo zwykle był wytrzymały, ale ponad wszystko po to, dlaczego tutaj był – tak samo jak inni, przekroczył próg miejscowego ośrodka społecznego, bo wiedział, że to był tylko zwykły kiermasz dobroczynny, a gest solidarności całego miasteczka. Wyjaśniał to wielki baner wiszący na jednej ze ścian, na którym było napisane „Kiermasz dla Davisów!”.
OdpowiedzUsuńDavisów znał od dawna, z wielu powodów. Pierwszym na pewno było to, że mieszkali na tej samej dzielnicy, niedaleko jego niesfornej babki Dorothy. William i Susie byli młodym małżeństwem, którzy dom odziedziczyli po rodzicach mężczyzny. Wychowywali tam dwójkę dzieci, bliźniaczki Samanthę i Tammy. Drugi powód był związany z samą Susie, która przez jakiś czas, zanim cztery lata temu przeszła na urlop macierzyński, pracowała jako kelnerka w Ribeye. Z Williamem z kolei od czasu do czasu wędkował, gdy ten tylko miał na to czas i chęci. Naturalnym więc było, że wziął udział w tym kiermaszu, którego celem było zebrać kwotę na wsparcie finansowe dla Davisów. Kilka tygodni wcześniej część ich rodzinnego domu spłonęła w pożarze, a oni sami z dziećmi od tamtego czasu pomieszkiwali u ojca Samanthy. Choć część domu przetrwała, to ta, którą strawiły płomienie, była w opłakanym stanie. Kiermasz więc nie był tylko dobrą sposobnością na okazanie im emocjonalnego wsparcia, ale też materialnego. A wszystko, jak dotąd, wskazywało że na sam koniec wydarzenia potrzebna suma z pewnością zostanie uzbierana.
— Jackie — znajomy głos rozbrzmiał od lewej strony stoiska, odrywając go na moment od pełnej linii kolejki, która stała przed jego stoiskiem. Nawet nie musiał się odwracać, by po samym wypowiedzianym pseudonimie wiedzieć, że to była jego ukochana mama — Stół wygląda cudownie! — powiedziała z zachwytem, splatając palce u dłoni. Uśmiech zdobił jej twarz.
— Dziękuję, mamo — uśmiechnął się — Ale jeśli chcesz jakiejś dobroci, musisz iść na koniec stoiska — zaśmiał się, dobrze wiedząc że jego mama pojawiła się tutaj z innego powodu.
— Syneczku, Luke zaraz tutaj przyjdzie i wymieni cię, dobrze? Potrzebuje cię w dziale z grami, jest tam tłum ludzi, a mamy tam tylko jedną osobę — wyjaśniła, patrząc na syna błagalnym głosem. Jax wysunął się do przodu, szukając wzrokiem tego stoiska, ale w ogromnej hali było tak wiele stoisk, że nie potrafił tego wyłapać.
— Dlaczego Luke nie może tam pójść?
— Syneczku, naprawdę wyobrażasz sobie swojego brata bawiącego dzieciaki? — kobieta uniosła brew ku górze. Jackson uśmiechnął się przekornie, bo wiedział że miała rację. Jak zawsze — Leć, poczekam tutaj na niego, a ty pędź do stoiska z grami.
Jackson opuścił swoje stoisko, zostawiając mamę samą, po czym skierował się na drugi koniec sali. Miał znaleźć stoisko z rzutkami i innymi atrakcjami, za które dzieciaki były gotowe oddać każdy cent. Nie musiał szukać długo, bowiem świecące, kolorowe stoisko same rzucalo się w oczy oraz tłum dzieciaków, który wokół niego stał. Jednak to nie to przyciągnęło wzrok Jacksona, a osoba, z którą miał współpracować.
UsuńOlivia.
Coś ścisnęło go w żołądku. Domyślał się, że tutaj będzie, ale nie sądził, że jego matka wkręci go we współpracę. Przez moment zastanawiał sie czy to było celowe, czy może czystą kwestia paniki, jako że jego ukochana mama była jedną z organizatorek tego przedsięwzięcia. Cóż, miał w zwyczaju wszelkie wątpliwości rozwiewać na korzyść drugiej osoby, więc dla własnego spokoju założył, że to drugie było prawdą… Nie zmieniało to jednak kwestii, że wciąż czekała go współpraca z Olivią.
Zanim podszedł do stoiska, patrzył na nią z dystansu. Jak zawsze, wyglądała zjawiskowo. Szeroki, urokliwy uśmiech zdobił jej twarz, a proste włosy opadały niesfornie na czoło, choć raz po raz próbowała każdy z tych kosmyków zaczesać za ucho. Kącik jego ust drgnął ku górze, zarówno w wyrazie zauroczenia, jak i smutku. Jeszcze niedawno ich drogi znów się skrzyżowały, a oni planowali swoją wspólną przyszłość, tylko po to by los znów im to zabrał. Wciąż bolało, rana ledwo się goiła, a obecność Olivii wcale tego nie ułatwiała, jednak rozumiał jej decyzję. Rozumiał też, że Tessa rzucała za sobą długi cień. I rozumiał, że najwidoczniej miłość to nie wszystko.
— Cześć — przywitał się, gdy w końcu podszedł do stoiska. Otworzył boczne drzwiczki i wszedł do środka, patrząc kątem oka na rozbawione dzieciaki. Zdawały się nawet nie zauważyć jego nagłej obecności — Przysłano mnie do pomocy.
Jax
[No wiem, jestem okrutna.
OdpowiedzUsuńCzemu nie - podobny wiek zbliża ludzi. Nie pisałam w karcie, ale przez jakiś czas mieszkała w miasteczku, jednak szukając dobrego leczenia musiała się przemieszczać i przeprowadzać, gdyż nie chciała się rozstawać z synem. Powell jest jej mężem z "odzysku". Tylko jak tu je połączyć.... >.<]
Ines
[w sumie czemu nie - może jakiś poster widniał na tablicy ogłoszeniowej szpitala i Alex sie napalił.
OdpowiedzUsuńNo i dobra to by była impreza na odnowienie znajomości ;) Chciałabyś może zacząć czy ja mam coś śmignąć?
ps... puchata krowa... nie no, rozwaliłaś mnie ;p]
Ines
ps. [pomyślałam sobie, by podczas tego festynu zorganizować też zbiórkę pieniędzy - jak myślisz? Mogła Olivia od kogoś usłyszeć, że ma problemy i pomóc? ]
UsuńInka
Las o tej porze roku wydawał się być ciężki od wilgoci, która wręcz oblepiała włosy, policzki i wszystkie ubrania. Było w tym jednak coś przyjemnie znajomego, jakby gęste powietrze, budząca się do życia przyroda i zapach gnijącego po zimie poszycia zapraszały w swoje objęcia. Smugi słońca przeciskały się przez drzewa, rozlewając się po ziemi płynnymi smugami i ostrzejszymi punktami, przypominając obraz jakiegoś współczesnego malarza w swej pozbawionej jakiejkolwiek geometrii formie.
OdpowiedzUsuńO absolutnej ciszy można było tu zapomnieć. W pozoru pustym lesie życie wciąż na nowo domykało swój krąg, nie dając nikomu nawet chwili wytchnienia — kardynały śpiewały, pogwizdując wesoło, i wciąż było słychać szelesty układających się gałęzi oraz przeciskających się przez nie zwierząt. Były to jednak dźwięki tła, nieprzyciągające większej uwagi Theresy skupionej na bezmyślnej zabawie zapięciem smyczy spuszczonej Divy, która biegała niedaleko, cały czas w zasięgu wzroku. Tyle tylko, że Tessa musiałaby ten wzrok podnieść, żeby zauważyć, że pies stanął sto metrów od niej i bacznie się czemuś przyglądał. To był problem Divy — ona prawie nie szczekała, przez co Tessa nie była w stanie w porę jej odwołać, gdy pies wyczuł niebezpieczeństwo.
Głośny skowyt, który przeciął powietrze jak nóż, rozszedł się po polanie, do której skraju doszły w trakcie wędrówki, budząc w Tessie najgorsze przeczucia. Szybko zerwała się do biegu i znalazłszy się przy psie, odetchnęła jednocześnie z ulgą i trwogą. Suczka miała na łapie dwa głębokie ślady po ugryzieniu, ale wężem, który oddalał się od miejsca zdarzenia, zdawał się być niezbyt jadowity mokasyn miedziogłowiec, co nieco uspokoiło jej właścicielkę. Wzięła psa na ręce i najszybciej, jak umiała, pobiegła do samochodu, kilkukrotnie niemal się wywracając ze zwierzęciem.
— Już, maleńka, już jedziemy — powiedziała i trzasnęła tylnymi drzwiami, by już po chwili wskoczyć na fotel kierowcy i odpalić pojazd, wcześniej wkładając telefon do uchwytu. Z niepokojem zauważyła, że nie ma zasięgu, kiedy jechała wąską, leśną drogą, która wydawała się nie mieć końca.
— Wiem, że boli — powiedziała głośno, starając się przebić przez skomlenie psa, głośny szum opon sunących po szutrowej drodze i gałęzi obijających się o blachę auta. — Nie umrzesz, Diva, nie panikuj — starała się mówić uspokajająco, czując napływające do oczu łzy strachu i stresu. Wzięła głęboki wdech i powoli wypuściła powietrze, starając się możliwie mocno wyciszyć.
Kiedy zauważyła kreski oznaczające, że telefon odnalazł sieć, miała ochotę zaklaskać w dłonie z radości, która tak szybko, jak do niej przyszła, tak szybko opadła, kiedy uświadomiła sobie, gdzie znajduje się najbliższy weterynarz. Mariesvielle Veterinary Clinic. Oczywiście. Chyba jedno z ostatnich miejsc na mapie miasteczka, w którym Tessa chciałaby szukać pomocy.
Nie było winą Olivii, że przez całe małżeństwo z Jax’em Tessa czuła, jakby żyła w jej cieniu. Nie mogła też winić dziewczyny za to, że rodzina Jacksona, świadomie czy nie, wciąż porównywała jego żonę z byłą dziewczyną, chociaż byli małżeństwem znacznie dłużej, niż oni byli parą. I chociaż Olivia była bez winy, to Tessa nie była w stanie udawać, że jej zwyczajnie nie lubi i w zasadzie to nigdy nie lubiła. Była uosobieniem, żywym przykładem wszystkiego, czego Tessa kiedyś innym zazdrościła — miała kochającą rodzinę, dom, możliwości, które dla T. były całkowicie poza zasięgiem. Miała rodzinę Jacksona. Tessa, wychodząc za niego za mąż, miała szczerą nadzieję, że z czasem uda jej się nawiązać dobre stosunki z jego bliskimi, którzy od samego początku trzymali ją na dystans, jednak mimo upływającego czasu tak się nigdy nie stało, bo jedynym jej sprzymierzeńcem okazał się ojciec Jacksona — Thomas, no i oczywiście sam Jax. Jak miała z nią konkurować?
UsuńWybrała telefon przychodni z głęboką nadzieją, że przyjmie ją któryś z pracowników Olivii, nie ona sama. Opisała zaistniałą sytuację, swoje podejrzenia odnośnie gatunku węża, powiedziała o skomlącej Divie, której łapa zaczęła coraz bardziej puchnąć, i dała znać, że powinna być na miejscu za dziesięć minut.
Miała dziesięć minut, by przygotować się na konfrontację z byłą Jacksona, którego związek zniszczyła swoim powrotem. Pięknie.
Tessa 🐶🐍
Jej mowa ciała, dobór słów, ton który wybrzmiał po ich wypowiedzeniu – każde z tych elementów poświadczało, że to wcale nie było super. Jackson przyglądał się jej w milczeniu, notując w pamięci drobne szczegóły; sposób, w jaki przesunęła włosy za ucho, lekkie napięcie w jej ramionach, subtelny ruch dłoni, który zdradzał, że wciąż nie czuła się przy nim swobodnie. To zabawne, bo przecież jeszcze jakiś czas temu cieszyliby się, jak para dojrzewających nastolatków, których wychowawca pozwolił, aby razem spacerowali na wycieczce szkolnej. Teraz z kolei Olivia przyjmowała dobrą minę do złej gry, odgrywając rolę uprzejmej mieszkanki i byłej, która ma przecież normalne relacje ze swoim ex. Ale czy to były normalne relacje? Każdy drobny gest, każdy jej uśmiech wymuszony dla pozorów, odbijał się w jego ciele jak echo — a on nie potrafił stłumić tej reakcji. To było frustrujące, bo nie potrafił na to odpowiedzieć. Czuł w każdym zakamarku siebie, że Olivia dalej darzyła go ciepłymi, głębokimi uczuciami, tak samo jak on ją, bo przecież takiej miłości nie zapomina się z dnia na dzień… Każde spojrzenie, każdy oddech, każda minimalna zmiana w jej tonie głosu pogłębiała jego świadomość, że to uczucie wcale nie wygasło. Jednocześnie wiedział też, że nie miała do niego żadnych nienawistnych uczuć, które popchnęłyby ich, choćby tego dnia, ku katastrofie. To wcale jednak nie poświadczało, że cokolwiek było normalne czy łatwe. W zasadzie daleko było temu wszystkiemu do tych dwóch cech.
OdpowiedzUsuńNie wiedział jednak, czyją to było winą bardziej, a czyją mniej. Każdy ruch Olivii przypominał mu dawne błędy i słowa, które wciąż brzmiały w jego głowie. Był mimo to gotów przyjąć rolę tego rozżalonego i zranionego, choć wcale tego nie chciał. Gdyby jednak tak zrobił, nie kłamałaby, bo odejście Olivii kosztowało go wiele. Tak, naprawdę rozumiał jej decyzję, nawet jeśli z początku próbował ją przekonać, by nie rezygnowała. By dała mu szansę, a tym samym ich dwójce na stworzenie czegoś solidnego, prawdziwego, czegoś, o czym marzyli jeszcze kilkanaście lat temu, widząc się na ślubnym kobiercu. Każda myśl o tamtej chwili powodowała w nim ucisk w klatce piersiowej, niemal fizyczny ból tęsknoty, która próbowała rozgościć się w jego sercu. W końcu jednak dał jej przestrzeń, przyjmując jej decyzję jako fakt dokonany. Tak, to zabolało i zatrzęsło fundamentem jego życia.
Nie wiedział tylko, co bolało go bardziej – to, że znów stracił Olivię Mitchell, czy może to, że wtedy nie potrafił jej powiedzieć, że rozdział z Tessą jest w pełni zamknięty. A w tle tych myśli czuł też coś, czego nie potrafił nazwać; coś na wzór kombinacji ulgi i żalu, że brunetka wciąż mogła patrzeć mu w oczy bez gniewu, i jednocześnie świadomość, że każdy gest, każde słowo, było teraz na wagę złota.
— Widzę, że stoisko robi furorę — zauważył z delikatnym uśmiechem na twarzy. Jego głos był spokojny, wręcz zdystansowany. W jego oczach migotało jednak coś więcej – cień niepewności, zakamuflowany pod maską profesjonalizmu. Bo przecież przyszedł tutaj tylko pomóc, a nie rozwiązywać kryzysy emocjonalne i miłosne.
— Dobrze, pokaż mi proszę, czym mogę się zająć, dopóki dzieci są zajęte rozmową ze sobą — powiedział w końcu, przybliżając się bliżej Olivii by móc przyjrzeć się liście rozpisanych gier i atrakcji. Kiedy niechcący delikatnie otarł się łokciem o jej ramię, choć to był najzwyklejszy, przypadkowy kontakt, przeszył go dreszcz emocji — mieszanina tęsknoty, bólu i czegoś, czego nie chciał przyznać nawet sobie. Spojrzał na nią, próbując znaleźć cokolwiek, co potwierdzało, że żadne z nich nie czuło się tu normalnie.
Jax
Wbrew wyobrażeniom wszystkich, w tym rodziny Jaxa i prawdopodobnie ponad połowy miasteczka, Tessa nie była pozbawioną serca czarownicą. Nie rzuciła na niego zaklęcia, nie zahipnotyzowała go też wahadełkiem, ani nie napoiła go jakąś kubańską miksturą, której przepis miała jej przekazać babcia Maria. Przed swoim powrotem Tessa nie planowała także zamieszkania u byłego męża, bo potrzeba azylu w jego domu była dla niej równie abstrakcyjna, co sama myśl o ponownym pojawieniu się w Mariesville, które nigdy nie było jej przyjazne. Ale jednak to się stało, bo ciężar jej rodzinnego domu, napierający na nią jak ściany pokoju-pułapki okazały się zbyt trudne do wytrzymania, a Jackson był jedyną osobą, o której wiedziała, że nie odmówi jej pomocy.
OdpowiedzUsuńChciała dla niego jak najlepiej, życzyła mu wszystkiego co najlepsze, ale jednak podskórnie poczuła się zdradzona, oszukana, kiedy po ich rozstaniu to w ramionach Olivii, tej Olivii odnalazł pocieszenie. Chociaż kobieta nie miała prawa wiedzieć, jaki cień potrafiła rzucić na ich małżeństwo, jak bardzo była w nim obecna mimo mieszkania w zupełnie innym miejscu, to Tessa czuła żal. Nigdy o tym nikomu nie powiedziała, nie starała się także w jakikolwiek sposób wpłynąć na Jaxa, gdy ten przyjął ją pod swój dach, mając w planach budować swoją przyszłość z inną kobietą, ale byłaby paskudną kłamczuchą, gdyby zignorowała cień ulgi, który poczuła, kiedy Olivia zdecydowała o zerwaniu. Daleko było jej do odczuwania wdzięczności, że wycofała się z jego życia, ale uczciwość nakazywała przyznać przed samą sobą, że fakt ten, w jakiś upokarzający sposób, zwyczajnie zdjął z jej pleców jeden z wielu ciężarów, które do tej pory na nich nosiła. W końcu poczuła jakby to ona, Tessa, miała jakieś znaczenie. Samolubnie. Obrzydliwie samolubnie, ale w końcu.
Do tej pory z dużym powodzeniem udawało jej się unikać Olivii Mitchell, z którą najzwyczajniej w świecie nie chciała konfrontacji. Bo i co miały sobie powiedzieć? Jakim żalem, miałaby poczęstować jedna drugą? Czy Tessa powinna była ją przeprosić? Czy sama oczekiwać przeprosin za to, że nigdy nie zniknęła z życia Jacksona tak naprawdę?
Nerwowo skinęła głową, bardziej niż o bezpieczeństwo suczki, obawiając się w tej chwili spotkania, które stanowczo wychodziło poza strefę komfortu obu kobiet. Ale Tessa widziała wiele, wiele też przeżyła, dlatego postanowiła zagryźć zęby i schować dumę do kieszeni, kiedy zauważyła, że to osoba, której nie miała ochoty spotkać, czeka na nią w gabinecie.
Posłusznie położyła psa na stole, z czułością pogłaskała go po głowie i odsunęła się, ale niezbyt daleko, chcąc być możliwie blisko swojej towarzyszki. Wzięła głęboki wdech, wypuściła powoli powietrze i pozwoliła, by wraz z powietrzem opuściła ją także wszelkie zdenerwowanie, bo w końcu pracy widziała dużo gorsze rzeczy. Może w Mariesville było spokojnie, ale w Auguście i jej całej aglomeracji Tessa widziała wiele złego, samemu będąc świadkiem postrzelenia partnera.
Spojrzała na sportowy zegarek ciasno opinający szczupły zegarek.
— Minęło dokładnie osiemnaście minut. Diva została ugryziona, prawdopodobnie przez mokasyna miedziogłowca —powiedziała szybko, patrząc na zaciśniętą na łapie opaskę, która miała powstrzymać jad przed rozprzestrzenianiem się dalej. Gad przebił się na wylot, ślad po sobie zostawiając między psim nadgarskiem a jego łokciem, stąd też opuchlizna, jak na ugryzienie takiego węża była stosunkowo niewielka - prawdopodobnie jad dostał się do krwi w krótkiej chwili, kiedy ubrudzone nim zęby cofały się z ugryzienia.
Suczka poruszyła się nerwowo, na co Tessa automatycznie zareagowała cichym szumieniem i spokojnym powtarzaniem platz.
Tessa 🩺🐕🦺
Pasowali do siebie, ponoć idealnie. Oboje byli związani z Mariesville — Jackson tworzył z tym miasteczkiem jedno, a brunetka miała powód, by tutaj trwać. Oboje dostrzegali również dobre cechy tego miejsca, na przekór temu, co było w nim złe. Byli stabilni, mieli określone cele życiowe, a ich ścieżka szła w tym samym kierunku, zupełnie tak, jak gdyby los chciał, aby te dwie drogi stały się jednością. Ich relacje i kwitnąca miłość ułatwiało też wsparcie ich rodzin, bo choć Jackson nie był człowiekiem, któremu szczególnie, wbrew pozorom, miało na tym zależeć, to przecież było to miłe wiedzieć, jak bliscy kibicują tobie i twojej miłości. Co więcej, choć oboje przez te wszystkie lata w ogóle nie mieli ze sobą kontaktu, to ich ponowne spotkanie wydawało się tak naturalne, iż niemal sprawiało wrażenie, jak gdyby tak właśnie być miało. Można było wręcz pokusić się o stwierdzenie, że mieliby o czym opowiadać swoim dzieciom. I może właśnie to ich zgubiło, gdzieś po drodze w tej gęstej dżungli zwanej życiem.
OdpowiedzUsuńBył bowiem jeden problem, ten jeden zgrzyt; jedna kwestia, która frustrowała niczym tkwiąca pod skórą drzazga – przeszłość. A przecież przeszłości nie da się od tak, niczym pstryknięciem palcem, usunąć i zapomnieć. Nie chodziło już przecież nawet o Tessę, o jego małżeństwo, o rozdziały, które były zamknięte czy też nie… Chodziło o to, że Olivia była panną, ale on nie był kawalerem, bo w rzeczywistości rozwodnik to przecież nie to samo, co kawaler. Jego dawny związek rzucałby więc cień na ten obecny. Małżeństwo, które się rozpadło, było niczym blizna po wypadku, która już na zawsze miała przypominać mu o ranach, których doznał, jak i tych, które sam spowodował.
I skłamałaby, gdyby stwierdził, że nie bolało. Rozumiał Olivię, szanował jej decyzję i pogodził się z tym, że najwidoczniej oboje przegapili coś kluczowego w budowaniu fundamentu ich związku. Bolało jednak go to samo, co ją – to, że wzajemnie nie dostrzegali podstaw ich sytuacji. Nie mógł jej jednak obwiniać, niezależnie od tego, jak bardzo bolało. Miala prawo odejść, postawić granice i nie chcieć w życiu takiej sytuacji — zupełnie tak samo, jak on miał prawo podjąć decyzję, by okazać wsparcie Tessie.
Nie wiedział tylko, co ciążyło mu bardziej – to, że stracił przez to Olivię, czy może to dlaczego nie potrafił przyznać sam przed sobą prawdziwego powodu pomocy okazanej Tessie Moore.
— Dziękuję, wszystko rozumiem — przyznał, przytakując — Całe szczęście jestem tutaj z tobą, nie wiem czy ktoś inny wytłumaczyłby mi to tak dobrze — dodał z ciepłym uśmiechem na twarzy. Chciał aby to zdanie rozładowało napięcie, ale dopiero gdy je wypowiedział, zrozumiał że mogło zabrzmieć zaczepnie. Odchrząknął, czując że nagła bliskość ich ciał również nie pomagała w tej sytuacji. Mimowolnie zrobił krok w tył, dając Olivii przestrzeń.
Słysząc jej pytanie, przez moment milczał, nie do końca pewien, co miał je odpowiedzieć. Komuś innemu powiedziałby, że przecież jest w porządku; był w końcu Jacksonem Moore, mężczyzną który we wszystkim potrafił znaleźć powód do uśmiechu. Ale Olivia nie była po prostu kimś. Była jego Olivią… Stał więc między młotem a kowadłem.
— Cóż, trzymam, to na pewno — odpowiedział z lekkim uśmiechem na twarzy — Staram się odpoczywać, ale wiesz jak jest, pracy nigdy nie brakuje… — wyjaśnił, wzruszając ramionami. Spojrzał w bok, dostrzegając małego chłopca, zainteresowanego grami. Na moment odsunął się od brunetki, skupiając się na kilkuletnim chłopcu, którego skierował, zgodnie z wcześniejszymi wskazówkami Olivii, na malowanie twarzy.
Wyprostował się i spojrzał na Olivię.
Usuń— Dziękuję, że pytasz — wrócił do tematu — A ty? Jak się trzymasz? — zapytał, marszcząc brew. Gdy jednak usłyszał jej propozycję, przez chwilę się zawahał. To było dziwne uczucie, bo przecież jeszcze wcześniej niemal natychmiastowo zgodziłby się i poszedłby wszędzie, gdzie by go zabrała. A teraz… Cóż, teraz się zawahał, zupełnie tak, jak gdyby coś go przed tym powstrzymywało.
Po chwili odezwał się jednak, z serdecznym uśmiechem malującym się na jego twarzy.
— Jasne — przytaknął — Chętnie.
Jax 🎯
Dziewczyny nie miały prawa się zbyt dobrze znać. Tessa była w starszej klasie, obracała się zupełnie wśród innych ludzi i Olivia stanowiła jedną z tych osób, które znajdowały się w wysokim zamku, całkowicie dla niej niedostępnym, obcym i odległym. Gdyby ktoś zapytał ją, czy zna Olivię przed tym, jak poznała Jaxa, powiedziałaby pewnie, że ją kojarzy, ale słowa z nią nie zamieniła.
OdpowiedzUsuńZarówno babcia, jaki matka Jacksona, nie były chyba świadome, jak dużo złego wyrządzają swoimi niby niewinnymi komentarzami, niby żartobliwymi uwagami i wszystkim tym, co starały się ukryć pod kołderką dobrotliwego uśmiechu. A jeśli robiły to z pełną premedytacją, to Tessa bez wyrzutów sumienia powiedziałaby, że są okrutne, a przyklejona im łatka miłych, ciepłych kobiet z Mariesville jest jedynie ułudą. Bo niby w jaki sposób mogła rywalizować z dziewczyną, którą rodzina Moore uwielbiała, która miała możliwość pójścia na studia i z niej skorzystała i na którą, najwyraźniej, Jackson miał czekać aż wróci. Tessa zniszczyła ten plan, który urodził się w głowach kobiet z jego rodziny, zostawiając jej jedynie sympatię teścia, z którym Tessa szybko odnalazła jakieś nieme porozumienie, które zdawało się nawet przetrwać rozwód z Jacksonem.
Tessa miała taką przypadłość, że w stresujących sytuacjach zamieniała się w sopel lodu. Zamiast płakać, drżeć, dygotać, czy zawodzić, ona się zupełnie od wszystkiego odsuwała, alienowała od zaistniałej sytuacji, udając, że to nie ją ona dotyczy. Tak było i teraz. Była skupiona, chłodna i,jak to mawiał jej były partner z pracy, wręcz mechaniczna we wszystkim, co robiła. To, co widziała Olivia, było jedynie wierzchołkiem góry emocji, które w tym momencie targały Tessą o spiętej twarzy i wzroku całkowicie skoncentrowanym na psie. Odnalazły się z tą suczką, obie poturbowane, mnie ważne od czegoś. Jax wybrał Mariesville zamiast Tessy, były partner Divy wybrał mieszkanie na osiedlu, gdzie był zakaz trzymania psów. Jak na ironie, obie przegrały z miejscem, może dlatego tak szybko się dogadały i w moment wypracowały porozumienie, które do tej pory działało wręcz idealnie? Do tej pory, bo nigdy wcześniej Diva nie dała się tak głupio zaskoczyć, a Tessa uświadomiła sobie bolesną prawdę o psiaku – czekały je jeszcze najwyżej trzy-cztery wspólne lata, zanim starość wyciągnie po nią swoje szpony.
— Czy… Czy to wpłynie na nią jakoś długotrwale? Będzie potrzebowała jakieś rehabilitacji, zabiegów? — zapytała spokojnie, nawet na chwilę nie odklejając wzroku od opuchniętej łapy, która zdawała się być od dziesięciu minut opuchnięta wciąż tak samo.
— Diva była psem policyjnym. Można powiedzieć, że jestem jej… — chciała powiedzieć domem spokojnej starości , ale wydało jej się to nie na miejscu, patrząc na to, że żaden z niej był dom, skoro mieszkała u byłego męża, a wcześniej wynajmowała podłe mieszkanko w Auguście — Jestem jej opiekunką na stare lata, bo jej partner nie mógł jej wziąć. Psy policyjne szkoli się specjalnie w innych językach, niż te funkcjonujące w krajach w których pracują, żeby się przypadkiem nie pomyliły — wyjaśniła i podeszła krok bliżej do suczki, która zareagowała na to leniwym machnięciem ogona.
Tessa🐕🦺👮♀️
To była podstawowa różnica w postrzeganiu, jaką Tessa zauważyłaby, gdyby kiedykolwiek z Olivią porozmawiała dłużej i wymieniła się swoimi doświadczeniami z rodziną Jacksona. Dla Tessy nie miało znaczenia, czy ktoś budował fundamenty miasteczka, organizował akcje charytatywne, czy parady z okazji dnia założyciela, nie usprawiedliwiało to nieprzyjemności, jakich doświadczyła od obu kobiet. Nie ratowały ludzkiego życia, by jak serialowy Doktor House, móc pod płaszczykiem cynizmy ukrywać dobrego człowieka – no i on w przeciwieństwie do nich, traktował tak dosłownie wszystkich, a nie tylko niechcianą synową. Dlatego miała żal, nawet bardzo dużo żalu, bo na samym początku szczerze miała nadzieję odnaleźć w mamie Jaxa figurę matki, na której mogłaby się wzorować. Zamiast tego przywitał ją chłód i wieczne porównywanie do kogoś, kogo nie było już w jego życiu, a kto rzucał cień na ich relację, ilekroć odwiedzali Państwa Moore. W zasadzie bez odwiedzin, też rzucał.
OdpowiedzUsuńPokiwała bez słowa głową na jej uwagę o szybkim dojeździe, przyjmując informację o dobrym jak na zaistniałą sytuację, stanie zdrowia suczki, tak samo reagując na jej słowa odnośnie obserwacji. Zwróciła głowę w stronę mężczyzny, który wszedł do pomieszczenia, zgadując, że jest to Michael, o którym była wcześniej mowa i kolejny raz tego wieczora poczuła, jak kamień spada jej z serca. Nie była jedną z tych osób, które przypisują zwierzętom szczególną moc, czy więź - wychowało ją proste, wiejskie życie w Mariesville, gdzie każdy wiedział, że kur nie trzyma się jedynie dla jajek, a krów dla mleka, nie wspominając o świniach, które trzymało się tylko w jednym celu. Kochała jednak tego psa, który dawał jej dużo wsparcia samą swoją obecnością i mądrym wyrazem, zupełnie niemądrych, oczu. Bo Diva, chociaż inteligentna i wyszkolona, w duszy była łobuzerskim szczeniakiem, który gdyby nie wiek, podgryzałby wszystkich i wszystko wkoło.
— Słyszysz? Koniec szaleństw na jakiś czas — uśmiechnęła się do psa, mając szczerą nadzieję, że to co mówi Olivia jest prawdą i faktycznie Diva już niedługo stanie na cztery łapy.
— Niby wiem, ale tak się przyjęło… — wzruszyła na jej słowa ramionami, bo w istocie tak było, że nawet przy szkolone w Stanach, były uczone komend w innych językach, wielokrotnie w kilku jednocześnie — Jej wcześniejszy opiekun wierzył, że jeśli komendy będą po niemiecku, to lepiej będzie na nie reagować… Pewnie to nie miało żadnego wpływu na przebieg jej służby, ale tak już zostało, a teraz… Teraz robimy sporo ćwiczeń węchowych, bo do komend nie ma już cierpliwości. Można śmiało powiedzieć, że to psia emerytka, więc staram się, żeby miała szczęśliwe stare lata — uśmiechnęła się blado, ściągając z brwi psa paproch, który się ich uczepił.
— Zostanę do rana, bo później mam służbę, tylko najpierw pójdę do auta — powiedziała spokojnie i wyszła z pomieszczenia, a następnie z budynku.
Będąc przy samochodzie napisała szybkiego sms’a do Jacksona, z wyjaśnieniem zaistniałej sytuacji, bo może i by się o nią nie martwił, ale nie chciała mu sprowadzać na głowę jakichkolwiek więcej problemów, gdyby nie mógł się do niej dodzwonić… Albo co gorsza, gdyby właśnie zadzwonił a ona musiałaby odebrać przy Olivii, co byłoby co najmniej niezręczne. Wolała mieć to z głowy, obojętne, jakby to odebrał. Wyciągnęła z auta koc, który zazwyczaj leżał na przypiętym pasami, posłaniu Divy i wzięła bluzę, która złożona miała posłużyć jej za poduszkę, chociaż była pewna, że jeśli w ogóle uda jej się zmrużyć oko, to dopiero nad ranem, o ile wcale.
UsuńWróciła do budynku, weszła do pokoju w którym do tej pory leżała Diva i spojrzała pytająco na Olivię zauważając, że pies nie leży już na stole, a chodzi po gabinecie z podkurczoną łapą.
— Kazać jej się położyć? Mam koc… Gdzie go rozłożyć? — zapytała, bo wiedziała, że od momentu, kiedy pojawiła się w pomieszczeniu, Diva nie powinna była słuchać nikogo poza nią, co suczka pokazywała chociażby oddańczym wzrokiem wlepionym we właścicielkę, która ukucnęła obok psa.
— Co z dietą? Jak ją jutro odbiorę po służbie, czy może normalnie jeść, czy zmienić karmę? — zapytała i wyciągnęła telefon. Szybko odszukała ostatnie zamówienie na specjalistyczną karmę dla seniorów, za którą stanowczo wydawała za dużo w opinii wielu innych posiadaczy psów, ale na Divę nigdy nie było jej szkoda pieniędzy — Taką dostaje, nie ma żadnych alergii pokarmowych, je dwa razy dziennie, rano i popołudniu…— powiedziała i przerzuciła zdjęcie na następną karmę, tym razem suchą — Tą dostaje wymieszaną ze smaczkami, wszystko ma wyliczone przez policyjnego dietetyka, ale nie wiem, czy po tym ugryzieniu… Czy coś powinnam odstawić, albo zastąpić? Czy może normalnie jeść? Bo jeśli tak, to może faktycznie przejadę się jeszcze do domu po karmę, bo mam ze sobą jedynie smaczki i to suche — wyjaśniła, wszystko mówiąc może nieco chaotycznie, za to bardzo spokojnie, jakby to wcale nie ona jeszcze chwilę wbiegła z psem w rękach, bojąc się o jego życie.
Tessa🐕🦺🛏️
Nie chciał się na nią gniewać. Wręcz przeciwnie, chciał rozumieć, a nawet zapewnić ją, że tak było – że przyjął jej decyzję taką, jaką była. A nie była niczym, co miało być ciosem w jego serce, celową krzywdą, próbą złamania go i sprawienia mu bólu. Tego był pewny, bo wiedział, że Olivia nigdy nie chciałaby go zranić… Ale niestety to zrobiła, tak samo jak zrobił to on. Oboje siebie zranili. I właśnie to było w tym wszystkim najgorsze – że nie było tu jednego winnego, jednego prostego to przez ciebie. Było tylko to ciche, uporczywe poczucie, że wszystko rozpadło się pomiędzy nimi zanim zdążyło się w pełni zbudować. Pierwsze kilka tygodni, a szczególnie pierwsze dni były więc trudne, naznaczone ciężarem, bólem i frustracją, które wchodziły w każdy jego oddech, jak gdyby ciało nie potrafiło już oddzielić spokoju od napięcia. To wtedy musiał za wszelką cenę omijać Tessę w domu, aby nie wyrzucić tego wszystkiego, co leżało mu w sercu i dręczyło jego umysł. I nie było w tym już tylko gniewu. Było też zmęczenie sobą. Tym, że każde spojrzenie w jej stronę przypominało mu, jak bardzo nie potrafił nowego życia, kiedy drugie wciąż w nim żyło. Jednocześnie paradoksem całej tej sytuacji było to, że przecież w momencie, gdy jego związek z Olivią rozpadł się, mógł uznać to za znak od losu. Wziąć się w garść, ustalić priorytety na nowo, poprzestawiać pewne kwestie w życiu, żeby rzeczywiście przebić się przez barierę, która powstała między nim a Olivią. Gdy ona postanowiła odejść, on powinien był postanowić porozmawiać z Tessą, pożegnać się z nią, wytłumaczyć że tak się nie da żyć. Sęk w tym, że nie potrafił, bo każda taka próba kończyła się w nim tym samym – tym, że żadne z tych rozwiązań nie było naprawdę uczciwe. Każde z nich coś raniły.
OdpowiedzUsuńTa złość więc, która kołatała się w jego sercu, była trochę na Tessę, a trochę na Olivię, ale ponad wszystko na jego samego. Czuł gniew i żal, że fundamenty związku, który budował z Olivią, były słabe. A jeszcze bardziej bolało go to, że dopiero teraz widział, jak bardzo było to kruche i jak wiele w nim było pewności, która okazała się tylko chwilowym spokojem, nie prawdą. Miał o to żal, bo przecież los zdawał się dać im szansę na nowo. Miał żal, bo kiedy rozmawiał z nią o wszystkim, czego doświadczył, czuł że mówił prawdę i tylko prawdę. Wtedy, kiedy jeszcze Tessy nie było na horyzoncie, kiedy myśl że ona powróci była wręcz abstrakcją, był przekonany, że to, co mówił, było prawdą. Bo kiedy zapewniał, że ten rozdział był już zamknięty, sam był pewny, że nie kłamał – że mówił to, co było zgodne z realnym stanem jego serca, umysłu i duszy. Nie przewidział, jak szybko powrót jego byłej żony to zweryfikuje. Najgorsze było to, że to się nie zmieniło nagle. To nie był moment, w którym coś w nim „przestawiło się” jak przełącznik. Cała ta sytuacja utwierdzała go tylko w tym, że nie ma w życiu sytuacji łatwych, oczywistych, czarno-białych. To było pełne spektrum relacji, uczuć, powiązań… Powiązań, przez które nie mógł się przebić. Bo jak na dłuższą metę miałby powiedzieć ukochanej, że nie potrafi przerwać w pełni tej nici łączącej jego duszę z duszą Tessy? Jak miałby powiedzieć, że nie wyobrażałby sobie zostawić jej w domu, który spowodował w niej największą traumę? Jak miałby powiedzieć, że bolała go myśl, że jej powrót wiązał się z oceną i krzywymi spojrzeniami innych? A gdy już próbował, czuł się jak oszust i hipokryta. Przecież nim nie był. A jednak każde słowo brzmiało tak, jakby próbował usprawiedliwić coś, czego sam nie potrafił do końca nazwać.
Tylko właśnie w takich chwilach rozumiał, że to co kiedyś usłyszał od przyjaciela, było
prawdą większą niż się spodziewał — że budowanie nowego związku bez upewnienia się, że stare fundamenty zostały usunięte, nie pozwoli stworzyć trwałego domu.
I nie stworzyło.
Jackson słuchał jej uważnie. Atlanta, seminarium. Znajomi, mieszkanie. Wszystko to brzmiało zwyczajnie, a jednak w jego głowie powodowało odbijanie się myśli, że coś w jej życiu dzieje się gdzieś poza nim – w przestrzeni, do której nie ma już dostępu.
UsuńNa moment spuścił wzrok, kiwając lekko głową, jakby chciał potwierdzić, że rozumie.
— Brzmi jak dobry powód, żeby na chwilę zniknąć — powiedział spokojnie, bez ironii, bez nacisku. Uniósł na nią spojrzenie tylko na sekundę. Przez chwilę milczał, zanim dodał już bardziej rzeczowo, jak gdyby chciał wrócić na bezpieczniejszy grunt.
— Dobrze, że tam jedziesz, naprawdę. Zasługujesz na odpoczynek.
Gdy Olivia zareagowała obronnie, w pierwszej chwili nie odpowiedział, tylko ją obserwował. Próbował odczytać nie tyle jej słowa, co to, co kryło się pod nimi. Widział tę ostrożność, lekki niepokój, który próbowała ukryć za spokojem. I coś w nim naturalnie miękło na ten widok, jak zawsze, kiedy chodziło o nią.
— Potrafimy — powiedział spokojnie, bez zawahania. Kącik jego ust uniósł się minimalnie, bardziej w geście zapewnienia niż uśmiechu — I chcemy, prawda? Przynajmniej ja chcę.
Jax