8.03.2026

[KP] Mia Whitaker

Mia Whitaker
14.11.1999; prezenterka radiowa w Mariesville Radio; rodowita mieszkanka
Pierwszy raz rozbrzmiała w szkolnym węźle radiowym – melodyjna, pewna siebie, trochę zbyt poważna jak na swój wiek. Czytała ogłoszenia o zebraniu samorządu, przypominała o zakazie biegania po korytarzach i uroczyście odliczała dni do wakacji. Nauczyciele szybko zauważyli, że potrafi mówić tak, jakby ktoś naprawdę chciał jej słuchać. Dla większości uczniów był to tylko szkolny obowiązek. Dla niej stanowiło to pierwszą próbę, pierwszy kęs świata, który na nią czekał.
Z czasem przestało jej wystarczać małe miasteczko w Georgii, w którym każdy znał historię każdego domu, a marzenia miały tendencję do kurczenia się pod ciężarem codzienności. Wyjechała niemal bez oglądania się za siebie, w pogoni za czymś większym – za miejscem, gdzie nikt nie będzie mówił jej, kim powinna być.
Boston okazał się głośny, chaotyczny i dokładnie taki, jakiego potrzebowała. Praca w WBZ NewsRadio 1030 była pierwszą rzeczą, która naprawdę smakowała jak spełnienie. Mikrofon, czerwone światełko w studio, słuchacze po drugiej stronie. Między kolejnymi audycjami zapisywała w notesach zdania, pomysły, sceny. Z tych zapisków powstały dwie książki. Jedna z nich niespodziewanie trafiła na listę bestsellerów Amazona, co przez kilka tygodni sprawiało, że jej telefon nie przestawał dzwonić, dlatego podpisała kontrakt na kolejną powieść.
A potem wszystko nagle się zatrzymało.
Telefon z Mariesville przyszedł w środku zwyczajnego dnia. Wystarczyło kilka słów, żeby Chicago przestało mieć znaczenie. Starszy brat i jego żona zginęli nagle, zostawiając po sobie dom, niedomknięte sprawy i rodzinę, która rozsypała się w jednej chwili.
Wróciła więc do Riverside Hollow, nie bez żalu zostawiając za sobą wygodne, wielkomiejskie życie. Teraz mieszka w starym domu, który pamięta lepsze czasy. Opiekuje się starzejącym się ojcem, który coraz częściej zapomina, gdzie odłożył okulary, kulawym psem - Hunterem, który chodzi za nią jak cień, zbuntowanym nastolatkiem, który uważa ją za intruza w swoim życiu, i sześcioletnią dziewczynką, która z jakiegoś powodu uznała, że jej zagubiona w nowym świecie ciotka jest kimś, w czyich ramionach można się schować przed potworami spod łóżka.
Dom powoli wraca do życia pod jej rękami. Zdziera stare tapety, naprawia skrzypiące schody, maluje ściany w kolorach, które mają udawać nowy początek. Kiedy potrzebuje ciszy, ucieka z laptopem do starej altanki w ogrodzie. Konstrukcja jest krzywa, dach przecieka przy każdym większym deszczu, ale to jedyne miejsce, w którym nikt jej nie woła.
Siedzi tam godzinami, stukając w klawiaturę, czasem z papierosem w ustach, co stanowi jej niechlubny sekret.
W jej książkach bohaterki są odważne, zdecydowane i zawsze wiedzą, co zrobić w chwili próby. Ratują innych, naprawiają świat, znajdują właściwe słowa w odpowiednim momencie. Czasami, kiedy zamyka laptopa i patrzy na pochylony dach altanki, ma wrażenie, że pisze właśnie o wszystkim tym, czym sama nigdy nie potrafiła być.


good morning, Mariesville

46 komentarzy:

  1. [Cudowna ta wiosna, wszyscy się budzą ze snu i tworzą piękne postacie! 🌼 Życiowa babeczka. Ale to nie prawda, że pisze o tym, czym sama nie potrafiła być, bo trzeba mieć naprawdę dużo odwagi, potrzeby ratowania i naprawiania, żeby rzucić swoje wygodne życie i przejąć pieczę nad życiem innych. A potem w tym wytrwać. Zajrzę tu niebawem, tymczasem życzę cudownej zabawy! 💛]

    Rowan Johnson
    & Tanner Gentry

    OdpowiedzUsuń
  2. [Hej, dobrze widzieć powracających autorów! Piekna wyszła ta pani, zgadzam się z smołą, ale dodam jeszcze od siebie, że Mia musi być też niebywale silna. Wróciła, nie uciekła jeszcze dalej niż Boston. Staje na wysokości zadania i ja wierze, że nie tylko dla sześcioletniej dziewczynki zostanie bohaterką! <3]

    Abi

    OdpowiedzUsuń
  3. [Prawdopodobnie ostatnie zdanie dotyczy zdecydowanej większości autorów. Oferujemy naszym postaciom (a przynajmniej ja się na tym osobiście wielokrotnie złapałam) pewną część swoich osobistych cech, a jednocześnie zatrważająco często pakujemy ich w sytuacje, w których podświadomie chcielibyśmy się sprawdzić, lecz z różnych powodów nigdy nie mieliśmy takowej możliwości. Nie mówię, że zawsze, bo czasem oczywiście zdarzają nam się tacy bohaterowie, z którymi lubimy też się kłócić.
    Przechodząc do Mii, zgodzę się z poprzedniczkami, musiała wykazać się wyjątkową odwagą i odpowiedzialnością, by porzucić swoje marzenia i wrócić do miasteczka, które być może kiedyś dobrze znała, ale które w wyniku śmierci bliskich jej osób zmieniło nieco swój charakter.
    Życzę samych porywających wątków i masy weny.]

    Max

    OdpowiedzUsuń
  4. Sterczał pod maską, pochylony nad silnikiem starego Chevroleta Impali, z jedną ręką zajętą trzymaniem latarki, którą co chwilę musiał poprawiać, bo uparcie zsuwała się z krawędzi stalowego elementu, a drugą manewrował kluczem, próbując odkręcić śrubę w kolektorze, która postanowiła zostać na swoim miejscu chyba już do końca świata. Nigdy nie grzeszył cierpliwością, żeby nie powiedzieć, że był jak iskra na prochowni, która w momencie może strzelić i zrobić fireshow, ale naprawdę już pies chrzanił tę pieprzoną śrubkę. Wielka szkoda, że nie był w stanie wcisnąć tam szlifierki kątowej, bo już dawno upierdoliłby tę śrubkę przy samym gwincie i miałby z nią święty spokój. To właśnie ona była ostatnią rzeczą, która wciąż trzymała kolektor na swoim miejscu, a jeśli nie mógł go zdjąć, to nie mógł ruszyć dalej z robotą. Było już późno, a on wciąż stał nad tym samym elementem i od dobrych dwóch godzin próbował zmusić kawałek zapieczonego metalu do współpracy. Jak będzie trzeba, to będzie stał nad tym do rana, ale w końcu to dziadostwo odkręci. Cierpliwością nie grzeszył, ale zawziętości miał w sobie aż nadmiar.
    W końcu odsunął się na chwilę od silnika, prostując plecy z ciężkim westchnięciem. Klucz stuknął o rant maski, gdy odłożył go na moment, a on przetarł dłonią czoło, zostawiając na skórze smugę smaru. Dał kilka kroków wzdłuż auta i drgnął nagle, gdy zobaczył siedzącego na stołku Ethana, który wystukiwał na ekranie telefonu tekst z takim poruszeniem, jakby prowadził z kimś polemikę na życie albo śmierć.
    Wyciągnął z tylnej kieszeni spodni rękawicę i rzucił w niego, trafiając prosto w twarz, na co młody chłopak odruchowo się wzdrygnął i opuścił telefon, patrząc na niego z wyraźnym zaskoczeniem.
    — Serio? — mruknął, odrzucając rękawicę i marszcząc brwi. — Co jest?
    — To jest — odparł Tanner, wskazując kciukiem w stronę otwartej maski Impali. — A ty siedzisz jak król na tronie i romansujesz z telefonem — wytknął mu, na co Ethan zsunął się ze stołka, chowając komórkę do kieszeni, i przewrócił oczami. Może gdyby miał nieco więcej odwagi, odburknąłby mu jeszcze jakimś epitetem, żeby zaspokoić swój młodzieńczy bunt przeciwko nudnym, starszym ludziom, ale zawsze miał do niego jakiś taki respekt, mimo że byli sobie w zasadzie obcy, więc zrobił tylko przekorną minę i bez słowa podszedł do maski, żeby chociaż potrzymać Tannerowi latarkę. Skoro już przychodził, w dodatku bez zapowiedzi, nie wspominając już nawet o pukaniu, czy daniu tak w ogóle znać o swojej obecności w tym miejscu, które nie było przecież publicznym podwórkiem otwartym dla gawiedzi, a prywatną samotnią okolicznego dupka, to przynajmniej mógł użyczyć swoich młodzieńczych rączek do pracy. Oczywiście, zawierzył młodemu, że przyszedł tutaj legalnie, chociaż ostatnimi czasy, po śmierci Collina i Jessie, zdarzyło mu się kilka razy skłamać w tej kwestii, jakby przychodzenie tutaj traktował jako ucieczkę od problemów, które nie potrafiły znaleźć sobie miejsca w młodej, niedoświadczonej głowie. Ale krzywda mu się tutaj nie działa, poza tym, że czasami musiał sprostać zadaniom, które Tanner mu wydzielał. Zauważył już, że łatwiej było się z młodym porozumieć, gdy nie traktowało się go jak szczyla, który dopiero co wyrósł z pieluch, tylko bardziej po dorosłemu, dlatego, gdy przychodził, zlecał mu drobne prace w warsztacie, a potem wręczał trochę dolarów w ramach wynagrodzenia za współpracę. Potrafił go też jednak zjebać, jeśli coś spieprzył, dlatego Ethan nauczył się już, że lepiej się dopytać niż robić coś na czuja, a potem zbierać za to baty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Porozumiewali się całkiem dobrze, może dlatego, że Tanner nigdy nie próbował wyciągać od niego informacji siłą, nigdy też nie okazywał mu przesadnego współczucia, jak wszyscy mieszkańcy tej wsi, którzy po śmierci Whitakerów skupili się już tylko na tragedii, zapominając, że te dzieciaki nadal miały życie, i sam czasami pytał go o zdanie, gdy potrzebował coś ocenić i rozważyć. A gdy wdrażał plan Ethana, ten czuł się po prostu doceniony i momentami otwierał się na rozmowę bardziej, jakby przekonany o tym, że ktoś słucha go tak szczerze, a nie dla zasady.
      Udało im się odkręcić tę śrubkę po kilku kolejnych próbach i zdjąć kolektor. W tle leciał akurat utwór Same Sad Shit, który Tanner nucił sobie pod nosem, gdy otwierał szufladę z narzędziami. Musieli nagwintować nowy otwór, więc potrzebowali do tego gwintownika. W warsztacie, w przeciwieństwie do życia Gentry'ego, panował porządek, tutaj wszystko miało swoje stałe miejsce: śrubki były poukładane, klucze pochowane do dedykowanych skrzynek, a podłoga wcale nie lepiła się od smaru, bo Tanner na bieżąco ją czyścił, gdy kończył pracę danego dnia. Spędzał tutaj bardzo dużo czasu i traktował warsztat jak drugi dom, dlatego wyjątkowo o niego dbał. Byłoby cudowniej, gdyby ten warsztat nie wiązał się z interesami ojca, które do dziś ciągną się za ich rodziną, ale w życiu podobno nie można mieć wszystkiego. Można mieć za to grupę przestępczą na karku i nie znać dnia ani godziny, kiedy jej przedstawiciele przyjadą sobie na nietypowy small talk.
      Akurat, gdy o tym pomyślał, kątem oka dostrzegł sylwetkę w drugich drzwiach. Odłożył gwintownik na blat i wychylił się, a kiedy zobaczył Mię, od razu zacisnął usta. Nie wyglądała jak ktoś, kto przyszedł tu sobie z własnej woli. To jasne, że przyszła po dzieciaka.
      — Posłuchaj, gnojku, miałeś być tu legalnie — zwrócił się do Ethana i wycelował w niego palcem, posyłając mu ostre spojrzenie. — A nie znikać i ściągać mi tu na głowę wizyty kontrolne.
      Chłopak tylko wzruszył ramionami, jakby wcale nie widział w tym nic złego, ale Tanner już zdążył przenieść spojrzenie z powrotem na drzwi. Przez krótką chwilę mierzył Mię wzrokiem i próbował ocenić, ile dokładnie kłopotów właśnie weszło do warsztatu razem z nią.

      Tanner Gentry

      Usuń
  5. [Cześć, dziękuję bardzo za przywitanie i miłe słowa! 💙🤎
    To prawda, ludzie, szczególnie dzieciaki, często to, co inne i wyróżniające się, traktują jako coś dziwnego, ale hej, Arii koniec końców przestało zależeć i tutaj widzę pewne podobieństwo między nią a Mią – obie potrafią być cholernie silnie, gdy wymaga tego sytuacja!
    Życzę samych udanych wątków i wciągających historii!]

    Aria Kennedy 🖌️🎨

    OdpowiedzUsuń
  6. [Dzięki za powitanie i czujność! Rzeczywiście dolne zdjęcie nachodziło na stopkę. Już to naprawiłam! Nie miejmy Nickowi za złe za to niedopatrzenie... :P

    Jeśli masz ochotę, to możemy z nich zrobić duet spacerowiczów. Zawsze razem raźniej, może złapać jakąś inspirację do kolejnej książki i poplotkować przy fajce na ławeczce.]

    Nick M.

    OdpowiedzUsuń
  7. Chociaż warsztat należał już w całości do niego, nie pracował tu sam. Nie miał tyle mocy przerobowych, żeby ogarnąć wszystkie auta i sprzęty, z którymi każdego dnia ktoś się do nich zgłaszał, nie tylko z Mariesville, ale też z okolicznych wiosek. Ludzie przyjeżdżali od rana do wieczora, jedni z drobiazgami, inni z maszynami, które ledwo trzymały się na kołach, licząc na to, że uda się je jeszcze postawić na nogi. I zazwyczaj się udawało, bo może opinia o nim, jako o człowieku nie była pochlebna, ale fachowcem był świetnym i skutecznym – i to wcale nie za duże pieniądze. Pewnie ktoś bardziej obrotny już dawno zrobiłby z tego wielki biznes, patrząc na to, ilu klientów potrafiło przewinąć się tu w ciągu miesiąca, ale Tanner nie miał do tego głowy. Ojciec nigdy nie dopuszczał go do papierkowych spraw, bo miał zbyt wiele do stracenia i do ukrycia, a kiedy przejął po nim spadek, okazało się, że wartość długów przerastała wartość tego miejsca. Stary dziad obracał takimi kwotami, jakby miał w tym warsztacie klucze ze złota, a prawda była taka, że jedyne co miał, to zestaw trytytek i taśmę, którymi potrafił poskładać pół samochodu do kupy i jeszcze wmawiać ludziom, że to rozwiązanie będzie na lata. Tanner do dziś nie był pewien, czy to był spryt, czy zwykłe pieprzone szczęście, że te wszystkie prowizorki jakoś się trzymały, ale patrząc na jego interesy, prędzej był to czysty fart. Przez pierwsze miesiące więcej czasu spędzał nad rachunkami i wezwaniami do zapłaty niż przy silnikach, próbując połapać się w tym, kto, komu i za co jest właściwie winien pieniądze. Część z nich udało się spłacić, inne rozłożyć na raty, a z kilkoma wierzycielami dogadać się po swojemu, tak, żeby warsztat dalej działał i nie trzeba było zamykać bramy na dobre. Nie było łatwo mieć na głowie firmy, długów, szemranych typów i schorowanej matki, która o swojej chorobie powiedziała zdecydowanie za późno, ale czy ktokolwiek pytał się go o zdanie? Czy miał jakieś wyjście? To po prostu na niego spadło. Mógł oczywiście pieprznąć to wszystko i już, ale ten kawałek garażowej podłogi to jedyne, co tak naprawdę posiadał. Tu miał swoje miejsce na ziemi. Nie wchodziło zresztą w grę zostawienie matki na pastwę losu, bo za bardzo ją szanował, mimo że ona sama wielokrotnie przejechała się na swoim gołębim sercu. Nie bez powodu w ostatnim czasie bez przerwy wyjeżdżał na zagraniczne misje – okazało się po prostu, że jej życie wyceniono na kilkaset tysięcy dolarów, z czego za trzy czwarte musiała zapłacić z własnej kieszeni, bo terapia genowa okazała się jej jedyną możliwością, a tej nikt nie finansuje. Na froncie ryzykował własne życie, żeby przedłużyć to należące do matki, ale też żeby zapewnić jej spokój na ostatnie lata i doprowadzić ich rodzinny biznes do porządku. Czy ktokolwiek o tym wiedział? Wątpliwe, ale jemu wcale na tym nie zależało. Nigdy nie przejmował się tym, co gadają o nim ludzie, nawet jeśli wymyślali bajki godne oscarowych ról w najpopularniejszych filmach akcji. Miał to w dupie, wolał radzić sobie sam, niż dawać komukolwiek dostęp do swojej prywatności.
    Nie pracował tutaj sam, ale nie zatrudniał przecież dzieciaków. Ethan przychodził od czasu do czasu, w większości nawet nie zapowiadając swojej wizyty, a on nie widział powodu, żeby wywalać go za drzwi. Mógł sobie chłopak siedzieć w kącie, dopóki nie plątał się pod nogami i nie dotykał drogich sprzętów, których zasady działania nie rozumiał, a że czasami angażował się w pomoc, to w nagrodę dostawał kilkadziesiąt dolarów do łapy i tyle. Może czuł potrzebę przebywania w tych miejscach, w których bywał kiedyś Collin – ciężko powiedzieć, ale po jego śmierci wizyty Ethana stały się częstsze i akurat to Tannerowi nie umknęło. Zasada była taka, że miał przychodzić legalnie, to znaczy informować kogoś z rodziny, że idzie do Gentrych. Została złamana, więc konsekwencje na pewno zostaną wyciągnięte.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Popatrzył na wściekłego chłopaka w milczeniu, nie próbując nawet wchodzić w tą słowną utarczkę, bo to nie był jego interes. Ethan wyszedł zresztą tak szybko, że nie było sensu rzucać słów do jego pleców, bo i tak by nie dotarły tam, gdzie powinny, czyli do głowy. Nie wiedział, że chłopak ma jakieś szkolne problemy, bo w ogóle się tym nie interesował. Dlaczego miałby zawracać sobie głowę problemami wychowawczymi dzieciaka? Jest przecież obcym facetem, u którego nastolatek spędza niekiedy czas, więc to raczej nie jego działka prawić mu jakieś moralne kazania na temat wagarów czy odrabiania lekcji.
      Przeskoczył spojrzeniem do Mii, gdy usłyszał ten zarzut, i parsknął śmiechem, kręcąc wyraźnie głową. Przyszła go tutaj umoralniać? Ale to nie od niego powinna zacząć.
      — Serio chcesz mnie o to pytać? Takie przekonania wynosi się z domu, nie z warsztatu. Jeśli szukasz winnych, to już wiesz, gdzie ich znajdziesz — odparł szorstko i starł niedbale smar z czoła, tylko bardziej rozmazując go na skórze, po czym dał kilka kroków i nachylił się po szmatkę. Cisnął ją w kąt stołu, bo jeszcze może się dziś przydać, a potem podszedł do otwartej do walizki na klucze, która leżała na półce. Miał jeszcze ochotę powiedzieć, żeby sama zobaczyła, gdzie wylądowała, mając szkołę, o ile jakąś miała, ale nie chciało mu się prowadzić pustej gadki. Miał tu inne rzeczy do zrobienia, przede wszystkim porządek i właśnie od tego zaczął. Od wciskania kluczy w odpowiednie sloty w walizce.

      Tanner Gentry 🔧

      Usuń
  8. [Jasne, śmiało! Będzie nam bardzo miło. Z góry dziękujemy 🖤]

    Nick M.

    OdpowiedzUsuń
  9. Weszła na jego teren, bez pukania, bez pytania, bez żadnego cześć, czy innego dobry wieczór, które wypadałoby rzucić chociaż tak z czystej grzeczności, a w dodatku na samym wstępie włożyła mu w usta przekonania, które nigdy nie należały do niego. Sugerowała się uprzedzeniami, których nigdy sama nie zweryfikowała, w tej kwestii niczym nie różniąc się od lokalnych plociuchów, więc chyba nie zasłużyła na to, żeby był miły. I tak traktował ją ulgowo, bo w normalnym przypadku kazałby jej zabierać tyłek i stąd wypierdalać, ale do tej pory nigdy nie zaszła mu za skórę, żeby uznał, że należy potraktować ją jak resztę świata, która przychodziła tu z pretensjami. Przyszła, bo miała powód. Miała też prawo być zła i zmęczona sytuacją, która zaczęła otaczać ją od momentu śmierci członków rodziny, ale nie miała prawa przerzucać winy na niego, czy traktować go jak bokserskiego worka, na którym może się wyżyć tylko dlatego, że sama nie jest w stanie nad wszystkim panować. Nie byli tak blisko. Nie byli w ogóle blisko. W przeszłości ich drogi przecinały się okazyjnie, więc ciężko powiedzieć, że się znali, czy że wiedzieli o sobie cokolwiek więcej ponadto, co było wiadomo ogólnie, dlatego nie zamierzał pozwolić, żeby nagle zaczęła traktować go tak, jakby od lat była uprawniona do rozliczania go z czegokolwiek. Może kiedyś. A może wcale, bo nie był już tak częstym gościem w ich domu, odkąd zabrakło w nim Whitakerów.
    Gdyby życie było tak proste, jak sprzątanie warsztatu, to z pewnością nie mieliby powodów do obrzucania się nieprzyjemnościami, ale nie było i nie ważne, że to nie oni byli źródłem tego stanu rzeczy. Czasami wystarczyło znaleźć się w złym miejscu i czasie, żeby nagle wplątać się w cudze problemy, które rosły potem jak kula śniegowa, zbierając po drodze coraz więcej złości, a czasami wystarczyło mieć nieodpowiedzialnych członków rodziny, albo zwykłego pecha. A kiedy w końcu ktoś musiał to wszystko z siebie wyrzucić, najłatwiej było zrobić to na kimś, kto akurat stał najbliżej. Ethan zdążył się ewakuować, na miejscu został on, więc to naturalne, że swój gniew Mia skierowała właśnie w niego. Fakt jest tylko taki, że on był wyjątkowo nieodpowiednią osobą do wieszania na nim flaków za swoje osobiste problemy lub błędy.
    — Nie, nie na cmentarzu. W domu — powtórzył, bo chyba nie zrozumiała, i wcisnął kolejny klucz w walizkę, który kliknął głośniej pod naporem jego palców. Gdyby miał obiekcje do Collina i Jessie to i owszem – kazałaby jej iść na cmentarz, ale winy kazał jej szukać w domu i nie bez powodu właśnie tam, bo tam rodziców Ethana już nie ma, są za to inni, którzy ich zastępują. Jeśli chłopak miał problemy szkolne, to on wcześniej o nich nie słyszał, mimo że pieniędzmi nagradzał go już od dłuższego czasu, ale różnicy w jego zachowaniu nie dało się przeoczyć, podobnie jak tego, że nie zaakceptował Mii na miejscu zastępczej opiekunki. Nie powiedział tego wprost, ale trudno było nie odnieść wrażenia, że to właśnie ona była tym elementem, który tak bardzo działał Ethanowi na nerwy. Odeszli rodzice, pojawiła się ona i może to, że młody nie mógł się z tym trudnym faktem pogodzić, wywoływało w nim więcej buntu niż wszystkie szkolne problemy razem wzięte.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nastoletni wiek rządzi się swoimi prawami, ale zmiany przyszły wraz z odejściem rodziców, a nadejściem Mii i on sam też to dostrzegał. Ethan ewidentnie nie radził sobie z nową sytuacją.
      — Mógłbym — odparł krótko, nie podnosząc na nią spojrzenia. Włożył ostatni klucz i zamknął walizkę na zatrzaski, a potem wsunął w głąb półki. Dopiero wtedy przeniósł na Mię wzrok, taksując nim jej sylwetkę. Ładna dziewczyna, tak po prostu. Wróciła z wielkiego miasta, a mimo to wciąż miała w sobie ten rys i swobodę tutejszej mieszkanki. Trochę tak, jakby nic się nie zmieniło, choć zmieniło się w zasadzie wszystko.
      — Ale nie mam twojego numeru — zauważył zaraz, lekko otrzepując dłonie o robocze spodnie. Nigdy chyba zresztą go nie miał.

      Tanner Gentry 🔧

      Usuń
  10. Po warsztacie kręcili się pracownicy, to akurat fakt, a czasami również klienci, jeśli przychodzili po usługę, ale Mia nie była w tej chwili ani jednym ani drugim, a w ich kraju prywatna firma nie jest przestrzenią publiczną, żeby wchodzić tu sobie o dowolnej porze z pretensjami zupełnie niezwiązanymi z funkcją tego miejsca. Nie musiała szturmować drzwi, bo już sam fakt, że nie pojawiła się tu z powodu biznesowego był wystarczający, a tak się składa, że nie była zainteresowana żadną usługą, więc jej obecność na tym terenie zależała w tej chwili wyłącznie od jego dobrej woli. Jej powody mogłyby wcale go nie obchodzić, ale nie był złym człowiekiem, żeby potraktować ją jak intruza i uprzykrzać jej życie na siłę, bo miał świadomość, że ona wcale nie przyszła tu w złej wierze. Przyszła z troski o bratanka, a to że wytrząsnęła się z frustracji akurat na nim, to chyba bardziej wynikało z targającej nią bezradności niż z czystej niechęci, którą mogłaby do niego żywić. Rozumiał to w jakimś stopniu, ale jego wyrozumiałość miała swoje granice i na pewno nie była na tyle giętka, żeby pozwolić sobą pomiatać i być rozliczanym z rzeczy, za które nie nie odpowiadał. Wystarczy, że musiał odpowiadać za błędy ojca, które czasami kosztowały go wiele więcej niż tylko urażoną dumę. Starał się sukcesywnie spłacać jego zadłużenia i domykać sprawy, w które stary zdążył uwikłać się przed śmiercią, ale to wcale nie było takie proste, bo kiedy jest się na łasce szemranych typów, trudno liczyć na to, że odpuszczą tylko dlatego, że ktoś ładnie poprosi. Wolał zapłacić im pieniądze – nawet więcej, niż kosztowałaby robota, której od niego oczekiwali – ale nie zawsze byli skłonni przystać na taką propozycję. Dobrze wiedzieli, jak trudno znaleźć kogoś, kto wejdzie w interes i zacznie przebijać numery VIN w kradzionych samochodach. A przecież mieli auta, które na to czekały, a razem z nimi kontenery gotowe, by wywieźć te sztuki statkami do innego kraju. W takich interesach nie było miejsca na zwłokę, dlatego w ostatnim czasie wizyty kontrahentów zdarzały się coraz częściej. Najpierw przyszli mu pogrozić, potem przy okazji prawie złamali mu nos, a kiedy znów zaczęło interesować się nimi miejscowe towarzystwo policyjne, postanowili przywołać go na swój rewir. I to wcale nie tak, że wysłali mu zaproszenie w pięknie oprawionej kopercie, co po prostu zwinęli go do samochodu, gdy szedł ulicą w stronę centrum. A po kilku godzinach wypluli w trochę innym miejscu, na szczęście z tej strony Mariesville, z której miał całkiem blisko do domu. Swoją drogą, długo się już nie pojawiali. Może na jakiś czas znaleźli sobie inny problem do rozwiązania, albo zastanawiali się, jak przypomnieć o sobie w sposób bardziej przekonujący, bo Tanner na razie skutecznie unikał spełniania ojcowskich obietnic. Grace sto razy namawiała go, żeby zgłosił się z tym na policję, ale to nie jest takie proste w sytuacji, w której jego ręce nie są wcale czyste. Bo to, że w warsztacie dochodziło do wałków, to akurat fakt. Co prawda, wszystkie szły na konto ojca, bo były jego sprawką, ale Tanner przy nich pracował, raz bardziej świadomie, raz mniej, więc gdyby zgłosił sprawę, musiałby przyznać się również do tego. Teoretycznie, życie nie by się zawaliło, gdyby dostał wyrok w zawiasach, ale praktycznie straciłby robotę w PMC, a to oznacza, że nie byłby w stanie spłacić reszty długów, które nadal ciągną się za ich rodziną, i opłacać dalej leczenia matki. I tu pieprzone koło się zamyka. Kiedyś dla ubezpieczenia wziął ślub i był to najgłupszy pomysł, na jaki mógł wpaść. Teraz gwarantowała mu je militarna korporacja, ale tylko do czasu, aż czegoś nie odjebie.
    Przeszedł kawałek do stołu warsztatowego i wyciągnął się do wysoko położonej półki, sięgając stamtąd swoją komórkę. Odblokował ekran szlaczkiem i podał urządzenie Mii, gdy tam podeszła bliżej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Westchnął cicho, przez moment przyglądając się jej w milczeniu. Mimo, że przygniótł ją ciężar straty i obowiązków, którym musiała stawić czoła trochę po omacku, wciąż miała w sobie coś z tamtej nastoletniej dziewczyny. Nawet gdy w jej oczach czaił się smutek, nadal roztaczała wokół siebie energię i czar.
      — Jeśli cię uraziłem, to przepraszam — powiedział po chwili, kiedy ona wpisywała palcami numer na ekranie telefonu. — Bardzo szanowałem Collina oraz Jessie i nigdy nie wkładałbym młodemu do głowy myśli o olewaniu szkoły. To, że dam mu dwadzieścia dolarów za to, że umyje tu co jakiś czas podłogę ze smarów, to zwykłe kid money, ale jeśli sobie tego nie życzysz, to w porządku. Teraz liczy się twoje zdanie — wyjaśnił, utrzymując spojrzenie w jej twarzy. Chciał, żeby wiedział. Teraz to ona była prawną opiekunką Ethana, więc nie zamierzał deptać zasad, które wprowadzi, nawet jeśli wcześniej dawanie dzieciakowi trochę zarobić nie stanowiło problemu. Po prostu kontynuował dawne przyzwyczajenia, ale w żaden sposób nie chciał podważać jej autorytetu w oczach chłopaka, bez względu na to, czy ten autorytet w ogóle istniał. Mógł całkowicie z tego zrezygnować. I oczywiście napisze później wiadomość.

      Tanner Gentry

      Usuń
  11. Większość nie miała tej świadomości, bo on z nikim się tym nie dzielił. Jeżeli ktoś coś wiedział, to głównie z plotek, bo jednak nie dało się ukryć, że czasami odwiedzali go dziwni panowie, łysi i wydziarani od stóp do głów, albo krawaciarze z aktówkami, którzy dostarczali mu kolejne ponaglenia o zapłatę. Pewnych rzeczy nie dało się zatuszować, dlatego okoliczni sąsiedzi gadali, a później uruchamiała się poczta pantoflowa, która roznosiła te wieści dalej, zwykle trochę zmieniając ich treść na bardziej dramatyczną i dzięki temu lepiej chodliwą wśród tych, którzy plotkami karmili się na co dzień. Zresztą, ich rodzina nigdy nie miała tu dobrej opinii. Ojciec alkoholik przewalał kasę na maszynach i włóczył się po Camden z kochankami, a gdy wracał wyżywał się na matce, która będąc szarą myszką po prostu przyjmowała to na klatę, a następnego dnia tuszowała mocno kryjącym podkładem. Zaciągał chwilówki, a potem handlował samochodami za bezcen, bo nie miał pojęcia jak wygląda rynek, a liczyło się tylko to, żeby cokolwiek zarobić, by później móc to przechlać, albo przejebać w blackjacka. Gdy się przekręcił, to nawet nie było mu żal. Z matką zorganizowali kameralny pogrzeb, a potem odetchnęli z ulgą, bo chociaż spadł im się na głowy z tuzin problemów, to w rzeczywistości śmierć ojca zatrzymała spiralę długów i interesów, która od lat ciągnęła ich na dno. Został po nim bałagan w papierach, w warsztacie i w ich życiu, ale był to wreszcie bałagan, z którym można było coś zrobić. I choć droga do wyprostowania wszystkiego była długa i nie zawsze uczciwa, Tanner dążył do tego, żeby było lepiej. Inna bajka, że w życiu nic nie jest proste, a zwłaszcza w życiu Gentrych, którzy są chyba po prostu trudni genetycznie, ale kiedy pojawia się światełko w tunelu, to przynajmniej warto spróbować do niego dojść. Tanner nie był idealny, nie był nawet dobry, i nigdy nie próbował nawet udawać, że jest inaczej, ale jedno wiedział na pewno – że nie zamierzał skończyć tak jak jego ojciec, tonąc w tych samych problemach i ciągnąc za sobą wszystkich dookoła.
    Niezależnie od tego czy obrzucał kogoś wyzwiskami, oceniał, czy przepraszał, zawsze robił to szczerze. Z jego ust wypływały wyłącznie takie słowa, które integrowały się z jego myślami, a on opinię dupka miał przede wszystkim dlatego, że nigdy nie koloryzował sytuacji na rzecz czyjegoś dobrego samopoczucia. Miał w dupie to, co inni chcieliby usłyszeć. Zawsze usłyszą to, co należy, bo prawda mogła być bolesna, ale najważniejsze, że nią była. Oczywiście, w pewnych sprawach zdarzało mu się łgać, zwłaszcza tych, które dotyczyły interesów w szarej strefie, albo kiedy musiał naściemniać szeryfowi, że wcale nie zainicjował szarpaniny w barze, bo wtedy musiał pilnować po prostu swojego tyłka. Miał trochę do stracenia, ale czasami przypominał sobie o tym po fakcie.
    Lekko podrapał się z tyłu głowy, rejestrując jej reakcję i zerknął na telefon, gdy zareagowała na wygaszający się ekran w ostatniej chwili. Próbował zrozumieć, dlaczego jej dłonie nagle zaczęły drżeć, ale jeśli wydawało jej się, że ten telefon warty jest krocie, to nie – to zwykły chiński złom, który służy tylko do dzwonienia, więc jak go upuści, to ucierpi na tym jedynie zacierany polerowany beton, na którym tutaj stali i który tworzył posadzkę. Poprzedni spalił się w Burkina Faso, podczas misji, dlatego w ogóle nie przykładał do takich gadżetów wagi. A może było jej zwyczajnie zimno? Dziwne, bo drżały dopiero teraz.
    Słuchając jej, znów podniósł spojrzenie do jej twarzy, a po chwili zeskoczył nim ponownie do telefonu, gdy ten w końcu definitywnie wygasł. Uśmiechnął się kącikiem ust, bo to jej dziwne rozkojarzenie było trochę zabawne, a potem przejął na chwilę telefon, by narysować szlaczek w kształcie litery L i odblokować ekran.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwsze trzy cyfry nie zniknęły, więc przynajmniej nie utracili podstępów. Normalnie to sam wpisałby ten numer, ale jego dłonie kleiły się od oleju i kurzu, dlatego wolał, żeby Mia zrobiła to swoimi. Ten typ brudu bardzo ciężko schodzi z plastikowej obudowy, a potraktowanie tego chińskiego plastiku rozpuszczalnikiem może skończyć się po prostu źle.
      Kiedy jej go przekazał, znów zatrzymał spojrzenie na jej twarzy i dla wygody wsunął dłonie w kieszenie roboczych jeansów, które miały na materiale znacznie więcej plam niż jego czoło, a w niektórych miejscach były już przetarte. Uważał, że uśmiechała się nawet całkiem ładnie, tak przyjemnie i miło, tyle że te uśmiechy wcale nie sięgały jej czekoladowych oczu. Wielka szkoda, bo na pewno błyszczałyby wtedy o wiele ładniej niż od łez.
      — Myślę, że wszystko z czasem się ułoży — powiedział i nieznacznie zacisnął swe usta. Nie chciał jej pocieszać w taki sposób, a może w ogóle, bo nie był w tym dobry, ale wychodził z założenia, że gdyby radziła sobie źle, to już dawno byłaby z powrotem w Bostonie, czy innym wielkim mieście, w którym tam sobie urzędowała przez te wszystkie lata. Miała na głowie zbuntowanego nastolatka i to na pewno utrudniało sprawę, ale sprawiała wrażenie silnej, zdeterminowanej dziewczyny. Na pewno da sobie z tym radę.

      Tanner Gentry

      Usuń
  12. Oboje pochodzili z rodzin, w których pieniądze nigdy się nie przelewały, więc od najmłodszych lat wiedzieli, że na większość rzeczy trzeba zapracować sobie samemu. W ich mieścinie perspektyw nigdy nie było zbyt wiele – kilka stałych miejsc pracy, trochę sezonowej roboty i reszta zależna od szczęścia albo znajomości. Dlatego większość ludzi albo godziła się z tym, co było pod ręką, albo prędzej czy później próbowała szczęścia gdzieś dalej, licząc na to, że świat poza granicami Mariesville okaże się trochę większy i łaskawszy. On postanowił trwać przy tym, co było mu pisane od samego początku, choć co rusz przeklinał cały ten warsztat, kiedy okazywało się, że brakuje w nim podstawowych narzędzi do pracy, a chaos w szufladach i na półkach był wynikiem tego, że ktoś przez lata odkładał wszystko tam, gdzie akurat było najbliżej, a nie tam, gdzie być powinno. Narzędzia mieszały się ze śrubami, stare rachunki z instrukcjami od części, a znalezienie czegokolwiek w rozsądnym czasie bywało czasami większym wyzwaniem niż sama naprawa. W dodatku rządził tym ojciec, dla którego istotne było tylko to, żeby klienci nieustannie pukali do drzwi. Dlatego on co jakiś czas znikał stąd na dłużej. Wyjeżdżał na front jako najemnik, łapiąc kontrakty, które pozwalały zarobić pieniądze znacznie większe niż te, jakie kiedykolwiek dało się wyciągnąć z naprawiania samochodów w tej zapomnianej przez świat mieścinie. Mówił wszystkim, że robi to dla pieniędzy i nie było w tym ani grama kłamstwa, bo musiał te pieniądze mieć, żeby nikt nie sprzątnął im jedynego, co posiadali, czyli domu i warsztatu, a matka mogła się leczyć, ale prawda była też taka, że każdy taki wyjazd był dla niego pewnego rodzaju ucieczką. Ucieczką od tego miejsca, od długów, od ojca i od poczucia, że cokolwiek by zrobił, to i tak kręci się w kółko w tym samym syfie. Na froncie wszystko było prostsze – albo wykonujesz robotę i wracasz z pieniędzmi, albo nie wracasz wcale. Ryzyko było wpisane w każdy kontrakt, ale dziwnym trafem tam jakoś tak łatwiej było mu oddychać. Może dlatego, że kiedy człowiek codziennie patrzy śmierci w oczy, reszta problemów nagle przestaje wydawać się aż tak przytłaczająca? Gdyby dostał tam kulkę, jego ciało pewnie nigdy nie zostałoby ściągnięte do kraju. Zostałby wrzucony do mogiły, wpisany jako non notus i nikt by o nim nawet nie wspomniał. Był przecież psem wojny, więc nie zasługiwał na honorowy pogrzeb, a będąc na eksporcie i walcząc w mundurze obcej armii, nie był nawet ubezpieczony na takie okoliczności. Przywoził czysty pieniądz, dlatego był on tak duży, choć za każdym razem też obarczony nieporównywalnie wielkim ryzykiem.
    To z czasem trochę się zmieniło. Za to, co zostało po leczeniu matki i spłaceniu tych długów, które ciążyły im najbardziej, wyremontował warsztat i odświeżył wnętrza domu. Misje poszły w odstawkę na rzecz ochroniarskich zleceń, bo wtedy obowiązywał go już kontakt z Blackwater, ich prywatne ubezpieczenie i kilka zasad, których musiał pilnować. Nie potrzebował małżeństwa, więc się rozwiódł, choć i tak więcej było z tego dramatów niż pożytku, ale przez pewien czas ratowało mu tyłek. I od tamtej pory tak sobie żyje, grzebiąc w samochodach i zarabiając na resztę długów, od czasu do czasu wyjeżdżając gdzieś na zlecenie, a niekiedy przyjmując w swoich progach niechcianych gości, którzy często dotkliwie przypominają o niedokończonych sprawach, które czekają na swój finał. Choć może nigdy się nie doczekają.
    Od tamtej pory, gdy pożegnali się z Mią w warsztacie, ich drogi się nie przecięły, ale to, że powiedzieli sobie wtedy do zobaczenia, wcale nie było tylko uprzejmą formułką rzuconą na odchodne. W ich małej mieścinie pewne było to, że za jakiś czas znów gdzieś na siebie wpadną, poza tym w jakimś stopniu łączył ich też zbuntowany nastolatek, który dość ostentacyjnie demonstrował swój gniew.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W ciągu niespełna dwóch tygodni Ethan pojawił się w warsztacie tylko dwa razy. Za pierwszym Tanner wyjaśnił mu, dlaczego kłamczuchy nie są lubiane w społeczeństwie i zapewnił, że jeśli będzie srał we własne gniazdo, to prędzej czy później zostanie z tym sam, bo ludzie może i potrafią wiele wybaczyć, ale zaufanie to rzecz, którą traci się szybciej, niż się ją odzyskuje. Za drugim razem widzieli się tylko przez chwilę, bo Ethan zdążył przyjść, a później chwilę pouśmiechał się do telefonu, wymieniając z kimś smsy, i oznajmił, że zmieniły mu się plany, więc chrzani robotę. Oczywiście, gdy Tanner powiedział mu, żeby pozdrowił dziewczynę, albo chłopaka, to dostał w odpowiedzi krótkie wal się, Gentry, które on sam skwitował kręceniem głową i burknięciem, że szczyl dopiero zobaczy, gdzie może sobie takie teksty wsadzić. Za każdym z tych dwóch razów Tanner informował Mię we wiadomości o przyjściu i odejściu Ethana, zgodnie z tym, co ustalili, ale pewnego razu przez zupełny przypadek wysłał do niej selfie swojej krzywej twarzy. Miał uwalone ręce, a telefon otworzył się na aparacie a potem magicznie zaciął i zanim zdążył zatrzymać wysyłanie, to jego grumpy twarz trafiła na jej skrzynkę odbiorczą. Trudno – napisał tylko, że pomyłka i zostawił temat. Na pewno od razu je usunęła.
      A teraz, w ten piątkowy wieczór, The Rusty Nail tętniło życiem. Prawie wszystkie stoliki były zajęte, a jemu udało się wcisnąć w jedno wolne miejsce przy barze, gdzie od razu zamówił sobie butelkę piwa Miller Lite. Oczywiście, gdy odszedł na chwilę, tego miejsca wolnego już nie było, ale to nic, bo i tak zamierzał popatrzeć, jak panowie rozgrywają partyjkę bilarda, dlatego w pewnym momencie zaczął lawirować między ludźmi, aż zderzył się z drobną sylwetką. Gdyby trzymał w dłoni piwo kuflowe, pewnie oboje byliby już mokrzy, tymczasem z butelki nie uleciała nawet kropla.
      Mało brakowało, a rzuciłby stanowcze uważaj, ale ponieważ drugą stroną tego zderzenia była Mia, to zamknął usta i popatrzył na nią uważnie, lekko marszcząc czoło. On przyszedł do baru dopiero co, ale ona najwidoczniej miała już za sobą kilka godzin zabawy.
      — Wszystko gra? — upewnił się tylko, próbując przy okazji oszacować jej stopień wstawienia. Oczy jej błyszczały, nie tylko od górującego nad nimi światła.

      Tanner Gentry 🍺

      Usuń
  13. [Och, Betsy, pamiętam!
    Nasze miasteczko chyba usłane jest takimi ciężkimi historiami, a osobiście uważam, że Mia jest w dużo gorszej sytuacji niż moja pani. Btw bardzo podoba mi się karta.
    Jeśli będziesz mieć ochotę na jakiś wątek, to zapraszam serdecznie ;) ]

    Dahlia

    OdpowiedzUsuń
  14. Budzik brzęczał natrętnie, raz po raz podskakując na szafce nocnej. Nick machnął na oślep ręką, usiłując go wyłączyć, ale zamiast tego zrzucił go na miękki dywan, który znajdował się tuż obok łóżka. Mężczyzna przewrócił się na drugi bok, walcząc z kołdrą zaplątaną wokół kostek. Nakrył głowę poduszką, na nowo zapadając w sen.

    Zeszłego wieczoru wziął kilka tabletek nasennych po tym, jak bez skutku wiercił się w pościeli, mimo usilnych prób nie mogąc zmrużyć oka. W sobotni poranek zwykle pozwalał sobie na późniejszą pobudkę, ale tym razem przeszedł samego siebie w ilości drzemek.

    Hazel kręcił się obok łóżka, skomląc cicho, jakby chciał zagrać mu na uczuciach, przypomnieć o swoich niezaspokojonych potrzebach. Ten dźwięk wyrwał bruneta z błogiego snu. Westchnął ciężko, przecierając wierzchem dłoni zaspane powieki. Najchętniej poleżałby jeszcze godzinę, powoli budząc się do życia, ale koegzystowanie z psem pod jednym dachem wymagało rutyny. Inaczej mógłby zastać w domu przykrą niespodziankę. Ta świadomość skutecznie go otrzeźwiła.

    Zanim zdążył wyplątać się z kołdry poczuł jak labrador wskoczył na mebel i zaczął lizać go po twarzy.

    — Fe, złaź, zły pies! — Starał się brzmieć poważnie, ale karcenie nie brzmiało zbyt przekonująco, kiedy miał problem z tym, aby się nie śmiać.

    Generalnie Hazel był bardzo dobrze wychowany. Na co dzień nie sprawiał żadnych problemów wychowawczych. Znał sporo komend, potrafił szybko zapamiętywać i odtwarzać przebyte trasy, omijać przeszkody i przynosić różne przedmioty na odpowiednie hasło. Żeby stać się psem-przewodnikiem musiał odbyć intensywny kurs. Nie każdy zwierzak nadawał się do tego zadania. Na początku, krótko po utracie wzroku, Nicholas sceptycznie podchodził do pomysłu posiadania czworonożnego pomocnika, ale teraz Hazel wydawał mu się niemal niezastąpiony. Docenił jego obecność zwłaszcza po przeprowadzce, kiedy czuł się zagubiony i niepewny w nowym miejscu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hazel zasłużył na to, żeby w weekendy zabierać go na dłuższy spacer, zboczyć z dobrze znanej i utartej ścieżki w poszukiwaniu nowych zapachów. Moore szybko skorzystał z toalety i ubrał pierwsze lepsze ubrania, które wpadły mu w ręce, by móc wyjść na zewnątrz. Musiał wyglądać osobliwie z dwiema różnymi skarpetkami, wygniecionymi włosami i odbitą poszewką na policzku, ale nie wydawał się tym ani trochę przejęty. Psiarze często nosili dziwne stroje, wychodząc na spacery, więc po jakimś czasie poczuł się w pewien sposób częścią tej grupy. Może paradoksalnie gdyby się wystroił ludzie właśnie wtedy patrzyliby na niego jak na wariata.

      Wlókł się wolnym krokiem bez celu polną ścieżką, nie wiedząc nawet gdzie ta prowadzi. Hazel truchtał dziarskim krokiem jakieś dwa metry przed nim. Choć Nick go nie widział, wyobrażał sobie jak węszy, trzymając czekoladowy nos tuż przy ziemi. Brunet wyglądał jak zdjęty z krzyża, jak ktoś, kto zeszłego wieczora przeholował z alkoholem albo niedawno chorował i jeszcze nie doszedł w pełni do sił albo przynajmniej bardzo źle spał, jak miało miejsce to w jego przypadku.

      Pochłonięty przemyśleniami kompletnie nie zarejestrował tego, że ktoś za nimi idzie. Rzeka obok której się znajdowali szumiała tak przyjemnie, a cień drzew chronił przed pierwszymi piekącymi promieniami słońca tej wiosny.

      Hazel przystanął, a Nick odruchowo zrobił to samo. Odwrócił głowę w kierunku skąd dobiegł do głos, ale oczywiście nie zobaczył niczego. Poczuł dreszcz przechodzący wzdłuż kręgosłupa, mimowolnie się spiął. Gdyby podbiegający pies miał wobec nich złe zamiary, nie tylko nie mógłby obronić przed nim swojego wiernego druha, ale również siebie. Zastygnięcie w bezruchu nie było najgorszą reakcją jaką mógł wykazać.

      — Cześć, Hunter — mruknął, czując jak owczarek dotknął jego uda mokrym nosem. Ostrożnie nadepnął na jego smycz, czując ją obok swojego trampka. Podniósł ją i zaczął rozplątywać, bo Hazel zdążył przydreptać bliżej, by przywitać się z drugim czworonogiem.

      Usuń
    2. — Ale mnie nastraszyliście — zaśmiał się, gdy właścicielka uciekiniera podeszła bliżej nich. Wyciągnął rękę, by wręczyć jej smycz. Nie do końca udało mu się namierzyć właściwy kierunek, ale miał dobre intencje. Mimo tego, że przez chwilę poczuł się odrobinę zagrożony sytuacją, to nie zamierzał wyżywać się na kobiecie. Sam doskonale wiedział, że ważący jakieś czterdzieści kilogramów pies miał sporo siły i jeśli chciał, to żadna smycz nie stanowiła dla niego przeszkody. — Zapaliłbym, ale chyba zostawiłem papierosy w bluzie — mruknął, obmacując kieszenie w dresowych spodniach.

      Nick M.

      [PS. W rozpoczęciu było imię Hunter, a w KP jest Dexter ^^']

      Usuń
  15. Różniła ich otoczka życiowych wydarzeń, ale to, co ich łączyło, to na pewno to, że nic nie było takie jak powinno. On dokładnie to samo mógł powiedzieć o swojej sytuacji. Nie powinien odpowiadać za niedokończone sprawy ojca, a jednak przyszły do niego w spadku z warsztatem i tym razem pieniądze nie wystarczały, żeby to zamknąć. To znaczy, może i by wystarczyły, tylko że oni żądali kwoty, jakiej żaden szary człowiek nie jest sobie w stanie nawet wyobrazić, a co dopiero dostać do łapy. Dla nich człowiek, który potrafi grzebać przy samochodach i wie, jak przebić numery tak, żeby przemyt przeszedł płynnie, jest wart więcej niż kilkaset tysięcy dolarów. Czasami jeden samochód ma taką wartość, a na jednym przerzucie mają ich dziesięć. Oczywiście Tanner mógł na tym zyskać tak dużo, że mógłby sprzedać dom razem z warsztatem i wynieść się stąd na zawsze, ale jemu wcale nie zależało na takim dobrobycie i pieniądzach, bo zawsze potrafił bez nich żyć. Bardziej zależało mu na spokoju, którego nie miał od ponad trzydziestu lat, a tego na pewno nie zagwarantuje mu układ z grupą przemytników, bo z takimi ludźmi nic nigdy nie kończy się na jednej przysłudze. Jedna robota prowadzi do następnej, a potem do kolejnej, aż w pewnym momencie człowiek orientuje się, że już dawno przestał mieć jakikolwiek wybór. Dlatego trzymał się z daleka, nawet jeśli oznaczało to życie z cieniem tej sprawy wiszącym nad nim każdego dnia. Nie był człowiekiem, który łatwo się poddaje, ale też nie zamierzał sprzedać resztek własnego spokoju tylko po to, żeby ktoś inny mógł zarobić kolejne miliony. Będzie z tym walczył na swój sposób, choć to pewne, że niejednokrotnie sam za to jeszcze porządnie oberwie. W końcu jednak morda to nie szklanka – nie takie rzeczy już w życiu znosił i wciąż stał na nogach.
    Mia wyglądała dziś na bardziej rozluźnioną, ale trudno było nie powiązać tego z faktem, że była już trochę wstawiona. W jej ruchach więcej było swobody niż zwykle, a uśmiech pojawiał się na twarzy częściej i zostawał tam odrobinę dłużej, trochę tak, jakby alkohol na chwilę zdejmował z niej ciężar rzeczy, które na co dzień nosiła w sobie. Nie znali się, ale nie był kretynem, żeby się nie domyślić, że bycie zastępczą opiekunką dla dwójki dzieciaków, którzy bezpowrotnie stracili rodziców, to nie jest rola, którą da się przyjąć bez trudu. Na pewno nie było im łatwo i może nie będzie łatwo jeszcze przez długi czas, ale na ten moment sprawa wciąż była świeża i nikt nie powinien tego oceniać. Akurat on uważał, że Mia radziła sobie dobrze, nie tylko z tym, co wzięła na swoje barki, ale też z krzywdą, która nie ominęła również jej. Zginął przecież Colin, jej jedyny brat. To, że przyszła do lokalnego baru trochę sobie odreagować, wydawało się po prostu potrzebne. I słusznie, niech się dziewczyna zrelaksuje, dzieciaków samych w domu na pewno nie zostawiła. Każdy w okolicy wiedział, że miały dobrą opiekę zastępczą.
    — Trzeba było napisać, że się stęskniłaś, to nie czekałbym na odwiedziny Ethana tylko wysłał coś od siebie — stwierdził, unosząc usta w zaczepnym uśmieszku. Co prawda nigdzie o tęsknocie nie wspomniała, ale nie byłby sobą, gdyby nie zwrócił uwagi na dwuznaczność tego zdania. Skoro miał już jej numer (najważniejszy w swoim życiu), to nie musiał ograniczać się do kilku suchych słów, ale robił to, bo tak się umówili, a on jakoś nie widział logiki w wypisywaniu do niej, skoro na co dzień nie rozmawiali. Ciekawe jest jednak to, ilu było takich, co za ten numer daliby się pochlastać, a on go miał i nawet porządnie nie wykorzystał.
    — Zwykłe, dobre, tanie piwo — odparł, wzruszając lekko ramieniem, choć Mia sama mogła to wywnioskować po etykiecie. Miller Lite to jedno z najpopularniejszych budżetowych piw w ich kraju, więc to żadne zaskoczenie, że sporo osób piło właśnie je, w tym on.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Było całkiem smaczne i łagodne, jak na lagera przystało, a chociaż on wolał bardziej goryczkowe smaki, to dziś miał ochotę na coś prostego i niewymagającego. I nie planował się upić. W innym przypadku wziąłby sobie jakiś burbon.
      — Przyszłaś sama? — zapytał z czystej ciekawości i nie miał na myśli dzieciaków, bo to jasne, że ich tutaj nie przyprowadziła, tylko towarzystwo koleżanek lub kolegów. Wróciła kilka miesięcy temu, może odnowiła stare, zakurzone kontakty z ludźmi, z którymi chodziła do tutejszej szkoły. Nie była przecież obca, a to, że wyjechała na lata, niczego nie zmieniało. Nie da się kogoś nie znać, kiedy raz wpuściło się go do własnego życia, jednak można udawać, że to nigdy się nie wydarzyło. I to bywa akurat bardzo częste.

      Tanner Gentry

      Usuń
  16. Jego brwi automatycznie powędrowały w górę, gdy przyznała, że jest nieśmiała, bo trochę mu się to gryzło z tym, jak ostatnio śmiało weszła do jego warsztatu i wytrząsnęła się w nim z frustracji. Nie powiedziałby, że jest nieśmiała, a jedynie, że spokojna i może trochę cicha na co dzień, chociaż ta opinia też opierała się wyłącznie na tym, co myślał, a nie czego był realnie świadom, bo przecież nie miał pojęcia, jak wygląda Mia Whitaker w swojej codzienności. Oczywiście poza tym, że musiała szarpać się w słownych potyczkach z nastolatkiem w fazie buntu, bo tego nie musiał się nawet domyślać, skoro sam często obrywał rykoszetem, gdy Ethan przychodził wściekły do warsztatu cholera wie z jakiego powodu. Burczał czasami coś pod nosem, ale on nigdy się w to nie wsłuchiwał, bo pewnie i tak nie dostałby żadnej sensownej odpowiedzi, gdyby zapytał, a może jeszcze musiałby go zdzielić ze ściery, gdyby Ethan pod wpływem impulsu powiedział o kilka słów za dużo. Dzieciak był w trudnej sytuacji, ale to nie oznaczało, że nie należy stawiać mu granic. Szacunek to podstawa i musi zostać zachowany bez względu na to, co młody sobie myśli w tej gorącej, nastoletniej głowie.
    Nie potrafił wyłapać, na ile Mia sobie żartowała, a na ile mówiła serio, szczególnie o tym, że mógłby czasem wysłać jej coś od siebie, dlatego popatrzył na nią lekko zmrużonymi oczami. Tak, doszukiwał się w tym jakiegoś podstępu, albo początku dla dziwnego żartu, choć nie dlatego, że to był taki standard, że ktoś go w ten sposób zawsze wkręcał, tylko że do tej pory ich kontakt nie istniał i to trochę dziwne, gdyby nagle skądś miał się wziąć. Wydawało mu się, że nie mogła tego kontaktu chcieć, jeśli nie wiedziała, z czym to się je, ale zauważył już, że Mia wcale nie jest taka typowa. Ciężko było ją rozgryźć, jednak szczerość, która odbijała się w jej twarzy, trochę go przekonywała. Przyzwyczajony był do prostych układów, w których każdy wiedział, na czym stoi, a w jej przypadku wszystko wydawało się trochę bardziej nieoczywiste.
    Ale on w pewnym sensie też bywa nieoczywisty, dlatego mogła być pewna, że następnym razem wyśle jej tak wyraźne zdjęcie, że jego ostrość aż odbije się rumieńcem na jej twarzy. Na tę uwagę pokręcił głową z uśmiechem błąkającym się na ustach, odebrał butelkę piwa i obrócił się za nią, gdy ruszyła w kierunku baru. Zlustrował ją wtedy swobodnym spojrzeniem, bo przyszła w trochę innej wersji, bardziej eleganckiej, i nie dało się tego przeoczyć. Nie była to przesadzona stylówka, która wyróżniałaby się jakoś bardzo na tyle innych, jakie kręciły się w lokalu, ale dobrze podkreślała jej naturalną urodę. Rozpuszczone włosy falowały na jej plecach, a spojrzenie spod wytuszowanych rzęs było wyraźniejsze.
    To, że teraz tak śmiało założyła, że przyszła tutaj z nim, robiąc to co najmniej tak, jakby rzeczywiście mogła kiedykolwiek dopuścić taki scenariusz do realizacji w realu, z nieśmiałością gryzło się tym bardziej, ale to mógł zrzucić na alkohol. I zrzucał, bo to jasne, że tak normalnie żadne z nich nie pomyślałoby o takim scenariuszu. On mógł tu przyjść z kimś i często nawet przychodził, ale dziś zjawił się tu spontanicznie i niczego nie planował. Dlatego chętnie pójdzie w jej narrację, bo skoro powiedziała A, to powinna powiedzieć też B, a jemu z improwizowaniem często bywa po drodze ze względu na sytuację, w której tkwi, więc to nie będzie nowość. Po prostu zagra w jej grę, choć na swoich zasadach. Standardowo.
    — Hej, Whitetaker, skoro przyszłaś tutaj ze mną, i tak ładnie się dla mnie wystroiłaś... — zaczął głośniej, nie z przypadku na tyle głośno, żeby parę osób w pobliżu zwróciło na to uwagę — to pozwól, że postawię ci piwo.
    Na jego ustach wymalował się uśmiech pełen satysfakcji, gdy ruszył w jej stronę. Chyba tak wypadałoby zrobić dżentelmenowi – postawić damie piwo – a on nie bywał nim wprawdzie z wyboru, ale kiedy sytuacja tego wymagała, to coś tam potrafił. Zazwyczaj nie miał dla kogo, bo znajomości które zawierał, były ulotne jak kurz zdmuchnięty z blatu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli istniały, ale nie wymagały od niego żadnego zaangażowania, poza tym fizycznym, gdy pracowały jego mięśnie.
      — Musisz wiedzieć, że zwykle działa to tak, że jak ktoś tu ze mną przychodzi, to również stąd ze mną wychodzi. Bierzesz wszystko, albo nic — powiedział, zatrzymawszy się na moment obok Mii tylko po to, żeby ją w tym uświadomić. Potem ruszył do baru, torując drogę pomiędzy ludźmi, żeby dostać się do kawałka barowej lady. W to utorowane miejsce przed sobą wpuścił Mię, ładnie zapraszając ją dłonią, żeby podeszła i przystanęła, a potem wybrała sobie to, na co miała ochotę. W tym czasie wyciągnął z tylnej kieszeni spodni kilka pomiętych banknotów z brzęczącym w ich towarzystwie bilonem. On też nie wyglądał dziś jak typowy mechanik. Nie miał na sobie brudnych, wytartych dżinsów, tylko czyste, dobrze dopasowane spodnie i prosty T-shirt, na który zarzucił rozpiętą flanelową koszulę w kilku odcieniach szarości. We wciąż włosach miał ten swój mały chaos, ale nie było w nich smaru ani garażowego pyłu. Jedynie dłonie zdobiło kilka mniejszych lub większych otarć, które były naturalnymi dekoracjami wynikającymi z wkładania łap tam, gdzie nie mają prawa się zmieścić, ale gdzie zmieścić się muszą.

      Tanner Gentry

      Usuń
  17. [Pomysł jest dobry, natomiast ma maleńki mankament - Dahlia nie zajmuje się psychologią dziecięcą. Jeżeli nie będzie Ci to przeszkadzać, trochę zmodyfikuję Twój pomysł. Daj znać, co myślisz!
    Nie wiem dokładnie ile lat miał brat Mii, ale mogli chodzić razem z Dahlią do klasy w szkole albo byłaby między nimi mała różnica wieku. Mogli się nawet kumplować w czasach szkolnych - to byłoby pierwsze powiązanie między naszymi paniami. Kolejnym jest strata rodzeństwa, choć w zupełnie innych okolicznościach.
    Może Dahlia wpadłaby gdzieś na Ethana, trochę by z nim pogadała, odprowadziła do domu (po jakiejś sprzeczce, krótkiej ucieczce?) i wtedy nasze dziewczyny zaczęłyby ze sobą rozmawiać i wyszłoby, że może nie tylko dzieciaki potrzebują pomocy (którą już mogą dostawać od kogoś innego), ale też właśnie Mia.]

    Dahlia

    OdpowiedzUsuń
  18. [Pewnie, możesz, chociaż zastanawia mnie, czy może nie lepiej byłoby zacząć od Ethana? Podejrzewam, że jednak wolałabyś sama go poprowadzić/jego dialogi. Można w to też myślę wrzucić pov Mii, ale w sumie zostawiam Ci drogę wolną. ;)]

    Dahlia

    OdpowiedzUsuń
  19. [Małe miejscowości chyba trochę tak mają - bez powodu się do nich nie wraca ^^ Mam chyba nawet pomysł, jak mogłyby sobie wzajemnie pomóc - jeśli masz ochotę, to zapraszam do siebie na maila: highoctanewater@gmail.com, jeśli jednak wolisz ustalać szczegóły tutaj też śmiało dawaj znać 😉]

    Tessa👮‍♀️🔫

    OdpowiedzUsuń
  20. Domyślał się, że to słodkie procenty prowadziły ją za rączkę w drodze po ten rodzaj pewności siebie, a nie szczera chęć oglądania zdjęć jego mordy w swoim telefonie. To znaczy, podobno po alkoholu człowiek mówi na głos to, co na trzeźwo zostawia tylko dla własnych myśli, ale nie był pewien, czy w tym przypadku ta zasada faktycznie działała. Do tej pory, przez te wszystkie lata, kiedy znali się z Colinem, nie było właściwie żadnych okazji, żeby wypić piwo w towarzystwie Mii. Różnica wieku była wtedy na tyle wyraźna, że naturalnie ustawiała ich po dwóch różnych stronach stołu, więc kiedy oni kończyli kolejne butelki, ona wciąż była po tej stronie, w której takie spotkania zwyczajnie nie wchodziły jeszcze w grę. To jasne, że nie miał pojęcia, w jaki sposób upija się Mia, ale jak na razie ta jej nieco podchmielona wersja wypadała całkiem rozbrajająco. Alkohol wyciągał z niej odrobinę więcej odwagi, niż pozwalała sobie okazywać na co dzień. I uśmiechu. Och tak, uśmiech to wyciągał z niej nawet wyjątkowo piękny. Dobrze było widzieć go na jej twarzy, kiedy sytuacja wokół ciągnęła kąciki ust w dół... tylko dlaczego on w ogóle o tym uśmiechu myślał?
    Całkiem możliwe, że przez te lata nieobecności, gdzieś po drodze uleciało jej z pamięci to, że on akurat nie należał do ludzi, przy których trzeba było się spinać. Nie spinał się wcale, wręcz emanował czystą wyjebką na to, co będą gadać ludzie, chociaż dał im właśnie doskonały powód do tego, żeby mogli zasiać sobie wielki sad soczystych plotek, a potem skonsumować go z całą tą plotkożerną społecznością. Na pewno najpierw wszyscy będą się zastanawiać, że gdzie ta dziewczyna miała do cholery oczy, żeby wlepić je w tego łotra spod ciemnej gwiazdy, a potem zaczną stawiać diagnozy, że może przez te wszystkie krzywdy i trudy młodej Whitaker zabrakło po prostu piątej klepki i stąd te błędy. W konszachty weszła z Gentrym? Zwariowała, czy co?
    Zapewne przy nim nikt nie powie niczego głośno w obawie o zdrowie i życie własne, ale też kilku pokoleń w przód i w tył, więc jeżeli coś do niego dotrze, to ze znaczącym opóźnieniem, może nawet daleko po fakcie. Nie chodziło o to, że był skłócony z każdym mieszkańcem, bo tak na dobrą sprawę z większością rozmawiał normalnie – chodziło o jakieś dawne przekonania, dziwne pomówienia, które wisiały gdzieś w przestrzeni, podtrzymywane przez starsze towarzystwo zagorzałych obrończyń episkopatu, którym nie przypadł do gustu jego nieetyczny styl życia. Jego i całej jego rodziny. Ale oni nie byli przecież jedynym wykolejonym nazwiskiem w tej mieścinie, tyle że może szczególnie osławionym przez jego niewyparzony język, chamską bezpośredniość i odgórną niechęć do otoczenia, której nigdy nie krył. Ale dlaczego miałoby być inaczej, skoro do tej pory nikt nie dał mu powodu do bezinteresownej życzliwości, czy do życzliwości tak w ogóle. Potrafił być miły, jeśli chciał. A to, że rzadko kiedy chciał, to już inna historia.
    Akurat ten tekst o tym, że będzie musiała z nim stąd wyjść, wymyślił na poczekaniu, dlatego to, że mimo jego improwizacji ona złapała haczyk, bardzo go usatysfakcjonowało. To prawda, bardzo często wychodził stąd z tymi, z którymi tutaj przychodził, bo z zasady zawsze kończył imprezę z osobami, z którymi ją zaczynał. Na co dzień była to zwykła kolej rzeczy, ale teraz nie z przypadku w jego słowach wybrzmiała dwuznaczność, na którą, swoją drogą, Mia tak rozkosznie zareagowała. Zaskakujące, że w ogóle obdarzała go zainteresowaniem, ale to też jak najbardziej mogła być sprawka słodkich procentów. I pewnie była. Twarzy może brzydkiej nie miał, ciała również, ale osobowość pozostawiała wiele do życzenia, przynajmniej według tych wszystkich opowieści, które przewijały się na językach miejscowych ludzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Jak nam się tutaj znudzi — odparł w odpowiedzi i położył na barowym blacie papierowe banknoty, a bilon wrzucił do pojemnika z napiwkami. Od razu lżej zrobiło się w kieszeniach, ale i tak skorzystał z tego, że mógł podeprzeć ciężar ciała o bar, więc ręki, w której trzymał swoją butelkę, stamtąd nie zabrał. Barmanka organizowała piwo, a on swobodnie przeniósł uwagę na Mię.
      Jej pytanie nie bez przyczyny zawisło w powietrzu na kilka sekund. Najpierw przechylił głowę w prawo, bacznie śledząc wszystkie drobne niuanse jej makijażu, potem odchylił głowę w lewo, obejmując spojrzeniem jej ciemne oczy, nos i usta. Na nich zatrzymał się na ułamek dłużej, zanim jego wzrok powoli przesunął się po szyi, przez delikatny materiał koszuli i dalej nieco w dół. Nie musiał tego robić, żeby dać jej odpowiedź, ale zrobił, bo mógł.
      — Naprawdę — stwierdził krótko, prostując głowę i wracając spojrzeniem do jej oczu. — W ciemnozielonej bluzie, bezrękawniku i trampkach też — dodał, wspominając to, w czym przyszła do jego warsztatu niecałe dwa tygodnie temu. Miał świetną pamięć wzrokową, ale nie do wszystkiego, a tylko do tego, co zapamiętać sobie chciał.

      Tanner Gentry 🤭😎

      Usuń
  21. Tessa nigdy nie była oazą spokoju, której niezmącona wiatrem woda stała i służyła innym, chociaż daleko jej było także do wzburzonego morza, burzy, czy huraganu. Jak większość ludzi stała gdzieś po środku, jednak tak jak i większości, nawet jej cierpliwość miała swoje granice. Odkąd wróciła do Mariesville zdawała sobie sprawę, że będzie musiała znacznie częściej niż dotychczas, sięgać po melisę, techniki oddechowe wdech-wydech, czy prozaiczne przekleństwa pod nosem tylko po to, by nie wybuchnąć krzykiem. Dzisiaj jednak ani ziółka, ani tlen nie były w stanie pomóc, bo w końcu się to stało.
    Od dnia przyjazdu prosiła ojca, żeby wymienił deskę na werandzie. Dosłownie jedną deskę, która od lat wydeptywania, uginała się się do tego stopnia, że Tessa była w stanie jedynie obstawiać, kiedy w końcu ktoś wpadnie pod werandę. Gdyby zagrała na pieniądze, całkiem możliwe, że udałoby się jej na tym zarobić, bo kiedy przyjechała do rodziców powitała ją nie tylko dziura, ale też złorzeczący Miguel, który jak zwykle - zamiast przyznać się do opieszałości - wolał winić córkę. Tyle tylko, że jego gniew stracił swoją moc wraz z jej wyprowadzką z rodzinnego domu i pogarszającym się stanem zdrowia. Tessa wiedziała, że przyjdzie jej kiedyś zapłacić za ulgę, jaką odczuła gdy w końcu przestał towarzyszyć jej paraliżujący strach przed tym człowiekiem, ustępując przy tym jedynie odrazie, wręcz obrzydzeniu. Nie miała zamiaru jednak tym się dzisiaj przejmować, zamiast tego szybko posprzątała dom, mówiąc ojcu, że sam jest sobie winien i jak mu się nie podoba, to zawsze może zmienić adres zamieszkania, od matki słuchając, że ma być milsza dla ojca, bo to już jest starszy człowiek i znowu czując się, jakby była w cyrku, w którym jest klaunem. Gdyby nie kiedyś wyrządzone krzywdy, pokusiłaby się o stwierdzenie, że cała sytuacja była w jakiś sposób zabawna.
    Po podaniu mamie leków, pomocy we wzięciu prysznica i upewnieniu się, że wszystko z nią okej wsiadła do samochodu i udała się do sklepu kupić deskę, bo chociaż to nie była jej weranda, to nie miała ochoty się pod nią kiedyś znaleźć. Ojciec najpierw musiałby znaleźć resztki przyzwoitości, by zdecydować się na naprawienie w domu czegokolwiek, bo jako książkowy przykład pasożyta, potrafił jedynie brać, nie dając w zamian nic poza negatywami.
    Prócz deski zapakowała do wózka jeszcze bejcę, kilka arkuszy papieru ściernego o różnej gradacji, rękawiczki ochronne i okulary, których mogła się założyć, że jej ojciec nawet nigdy nie posiadał. Wszystkie prace, odkąd tylko sięgała pamięcią wykonywał Juan, a kiedy ona podrosła do wieku, w którym była w stanie trzymać pędzel, musiała do niego dołączyć. W tej chwili doceniała umiejętności, które nabyła dzięki przyspieszonemu kursowi dorosłości i lekcjach samodzielności, ale w tamtym czasie nie było jej do śmiechu, kiedy to na jej barkach była pomoc przy naprawie pralki, czy łatanie ścian, w których ojciec potrafił zrobić dziurę bo tak wyszło.
    Już miała skręcać w alejkę z pojemnikami na gwoździe na wagę, kiedy spostrzegła znajomą twarz. Nie było w tym nic niezwykłego, jeśli mieszkało i pracowało się w Mariesville, ale twarz ta prócz znajoma, sprowadziła ze sobą wspomnienia chłopaka, który chyba znał się kiedyś z bratem Tessy. Mia. Tak nazywała się dziewczyna, która stała przed regałem ze wzrokiem równie zagubionym, co Tessa kilka minut wcześniej, kiedy musiała wybrać kolor, na jaki pomaluje znienawidzone, skrzypiące deski.
    Miasteczko było małe, historie przekazywane z ust do ust, a sama Tessa przez swoją pracę wydawała się tym bardziej zanurzona w plotkach i faktach. Faktem było, że Mia straciła rodzinę, pogłoską, że ma dom do remontu, a jeśli szło o plotki na jej temat, Tessa nie zaprzątała sobie nimi głowy, znając te, które krążyły o niej.
    — Trudny wybór — zaczęła i wskazała palcem na farby, przed którymi stała Whitaker — “Śnieżna biel”, czy “białe obłoki” — uśmiechnęła się lekko i lekko zmrużyła oczy, jakby próbując sobie coś przypomnieć — Nawijałaś w szkolnym radiowęźle, no nie? Chodziłyśmy razem do szkoły…
    Tessa🏚️🖌️🔨

    OdpowiedzUsuń
  22. Powrót do Mariesville z poczucia obowiązku był czymś, co z całą pewnością łączyło ze sobą Mię i Tessę, która też miała już na zawsze zostać w Auguście. Miasto może i nie przywitało jej z otwartymi ramionami, ale nie tego po nim oczekiwała i nie tego w tamtym czasie pragnęła, bo poprzeczka Tessy była gdzieś na poziomie byle był spokój. Jak to w życiu bywa, oczekiwania a rzeczywistość były dwiema, zupełnie odmiennymi rzeczami i chociaż spokój miała przez pierwsze kilka miesięcy, to dość szybko przekonała się, że praca policjanta na prowincji, w znacznym stopniu różni się od pracy policjanta w mieście, nawet tak niewielkim jak Augusta. Lekcja była bolesna, ale to nie ona spowodowała, że zdecydowała się wrócić, a telefon zatroskanej siostry jej matki, która po krótkich odwiedzinach w domu rodziny Theresy, wyraziła swoje zaniepokojenie stanem zdrowia jej matki i tym, w jaki sposób wygląda ich dom, a to… To było dla Tessy jak cios, bo matka nic nie mówiła na temat gorszego samopoczucia, kiedy rozmawiały przez telefon.
    Violet szła w zaparte, że nic jej nie jest i dopiero, kiedy Tessa przyjechała do Mariesville w odwiedziny i zobaczyła, że to nic to nie jest zwykła panika Ciotki, podjęła decyzję, że musi wrócić, bo jej matce nie został już nikt poza nią i ojcem, który przez zniszczenie chorobą alkoholową, sam niekiedy wymagał opieki. Nie była to decyzja, którą podjęła stojąc u samego progu, ani nawet po wspólnej herbacie z mamą. Myślała o tym przez całą drogę do Augusty, zastanawiając się, czy jest w stanie związać swoje życie z miasteczkiem, z którego ucieczkę opłaciła rozwodem z kimś, z kim nie chciała się rozwodzić. W końcu miała już nigdy nie wrócić, przynajmniej nie na dłużej, niż kilka godzin, maksymalnie dni, a tu… Choroba matki miała jedyny, znany do tej pory nauce, możliwy przebieg i skutek, bo jeszcze nikt nie wymyślił lekarstwa na SLA. Prócz myśli o samym miasteczku, Tessa miała też świadomość presji, smutku i strachu, na który się dobrowolnie godziła, kiedy oznajmiła mamie, że się nią zaopiekuje i postara się zrobić najlepiej, jak tylko umie. Bo Tessa była zawsze bardzo pomocna, tylko nie umiała roztaczać wokół siebie ciepła, czułości, która była tak charakterystyczna dla osób, które zajmowały się opieką nad chorymi.
    Skinęła przytakująco głową, kiedy Mia zapytała o jej imię ukrywając nieprzyjemne skojarzenie, że Theresą nazywała ją szczypiąca w policzki prababcia i Ci, których w jakiś sposób wyprowadziła z równowagi, a miała tą brzydką cechę, że lubiła działać innym na nerwy. Nie miała pojęcia, co kierowało jej rodzicami, gdy dawali jej imię starszej pani, ale nigdy też nie miała odwagi spytać, bo jej mamie się ono bardzo podobało, a zdanie ojca niewiele ją interesowało. Dla Mii mogła być jednak na ten moment Theresą, a na Tessę poprosi o przechrzczenie, jeśli kiedyś wyjdą z tej alejki, w której Tessa nie miała pojęcia, gdzie właściwie powinna patrzeć.
    — Na sufit możesz wziąć najtańszą, bo i tak się wolno brudzi… — i tyle byłoby z tego, że Tessa potrafi być miła, bo zamiast się uśmiechnąć i powiedzieć, że śnieżne obłoki są super pomysłem, bo nawet nazwą do niego pasują, to musiała podejść do odpowiedzi pragmatycznie. Złapawszy się na tym, wzruszyła lekko ramionami, uniosła kąciki ust do góry i poklepała lekko stojącą na półkę puszkę z chmurowym kolorem.— Ale nazwą lepiej pasują śnieżne obłoki, niż biała farba, daje trochę miejsca na… fantazję? — uśmiechnęła się krzywo, próbując wybrnąć z niezręczności w którą czuła, że zwyczajnie wpada.
    — Jak nie jesteś pewna, to po dolarze są dostępne testery. Cokolwiek malujesz, będziesz mogła sobie sprawdzić, czy farba Ci się trzyma i czy nie wyjdzie po wyschnięciu zwyczajnie brzydka — wskazała palcem na stand, ledwo widoczny z miejsca w którym stały, bo był prawie w całości zastawiony przez stojące na środku palety z zaopatrzeniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Też… Gdybyś potrzebowała pomocy z samym malowaniem, czy jakimiś rzeczami w domu, to ja bardzo chętnie mogłabym Ci pomóc. Nie znam się na wszystkim, ale sporo umiem i powiedzmy… Powiedzmy, że chętnie znalazłabym sobie dodatkowe zajęcie — brała każdy dodatkowy dyżur, by móc jak najszybciej zarobić wystarczająco pieniędzy na wkład własny do kupna mieszkania. Na wynajem było ją stać w tej chwili, ale bardzo nie chciała tracić środków w razie, gdyby z jakiegoś powodu leczenia jej matki nie pokryło ubezpieczenie, a w domu rodzinnym… Nie mogła i nie była w stanie mieszkać. Zostawał więc Jax, który chociaż zachowywał się znacznie lepiej, niż by należało w sytuacji w której się znaleźli, to nie chciała dodatkowo nadużywać jego gościnności ciągłym przesiadywaniem w jego domu, dlatego też łapała się każdego zajęcia, które można było robić poza domem.
      Tessa🌼

      Usuń
  23. [Bardzo dziękuję za przywitanie Rosie!
    Chodziła za mną postać, która chociaż odrobinę mniej tragiczna niż te, które zdążyłaś poznać, bo w życiu ważny jest równowaga ⚖️ a że się to zeszło w czasie z pragnieniem stworzenia męskiej postaci, no cóż mogę powiedzieć.... 😁
    Bardzo doceniam przyuważenie kwiatowych imion, podpowiadam, że nazwisko też od czegoś pochodzi, jakbyś miała ochotę sobie sprawdzić ;) Dziękuję za życzenia! ]
    Rosie, Tessa, Wayne

    OdpowiedzUsuń
  24. Theresa postrzegała nazywanie farb w dziwny sposób, jako idealny przykład marketingu szeptanego, o którym czytała w przychodni, czekając na wizytę u lekarza. W artykule napisano, że w tego typu przekazach liczyło się przede wszystkim to, żeby ludzie rozmawiali o produktach między sobą, a w sumie tak właśnie z tymi kolorami było. Ilekroć była u znajomych, którzy ledwo co skończyli remont, zawsze nazwy kolorów padały, później była wymiana swoich obserwacji na temat samej barwy i jej nazwy, aby na koniec pojawiła się myśl, u większości obecnych, czy przypadkiem u nich też nie przydałby się remont. Tylko oni, zamiast wybrać pustynny beż, wybiorą rajską plażę, bo wolą chłodniejsze odcienie. Reklamy kolorów farb w telewizji mijały się z celem, bo telewizora już prawie nikt nie oglądał, ekran przekłamywał a i samych farb było za dużo. Tak przynajmniej myślała Tessa, całe swoje zdanie opierając na tym jednym artykule, bo z marketingiem miała tyle wspólnego, że raz kazali jej pozować do ulotek rekrutacyjnych rozdawanych w liceach w Auguście.
    — A wiesz, na ile metrów potrzebujesz tej farby? — zapytała nieśmiało Tessa, nie chcąc psuć humoru dziewczyny, która wydawała się być zadowolona z podjętego przez siebie wyboru, który sama Tessa musiała przyznać, że był zwyczajnie ładny. Śnieżne obłoki były przyjemną bielą, bez tego irytującego, zimnego tonu, kojarzącego się ze szpitalem, czy żółtego, który Tessa często widziała w domu nałogowych palaczy.
    — Myślę, że możesz wziąć jakieś niebieskie i zielone… Może beżowy, teraz wszystko jest beżowe na działach dziecięcych, więc to chyba modny kolor wśród dzieciaków — wzruszyła ramionami, wskazując na całkowicie neutralny, ni to zimny, ni to ciepły beż, który gdyby nie nazwa “vintage beżowy” określiłaby mianem koloru brudu. Był całkowicie nijaki, ale wyglądał na taki, który był w stanie wiele przetrwać w pokoju sześciolatki i wyglądać przyzwoicie.przez dłuższy czas. Tessa odwzajemniła uśmiech, który dla Mii był pewnie całkiem naturalny i nie znaczył wiele, ale dla niej był potwierdzeniem, że dobrze zrobiła podchodząc do kobiety. Chociaż w pracy była pewna siebie, raczej wygadana i nawet potrafiła żartować, tak od powrotu do Mariesville miała poczucie, że nie jest tu mile widziana i każdy taki gest, jak chociażby uśmiech od koleżanki ze szkoły, był dla niej wyjątkowo miły i przyjemny. Dający to poczucie ciepła, które może nie rozchodziło się po sercu, bo nie były w takiej zażyłości, ale grzał przyjemnie w jego okolicy, czyniąc te kilka chwil zwyczajnie milszymi i prostszymi, wymazując niezręczność, którą czuła chwilę wcześniej.
    Tessa też nigdy nie nauczyła się za dużo mówić, bo długi czas w życiu nie czuła, by ktoś chciał jej słuchać a w jej naturze nie leżało mówienie dla samego mówienia. Czując, że nie ma nic ciekawego do powiedzenia wolała milczeć, obserwować, analizować zachowania innych, zazwyczaj pozostając bierną słuchaczką, zamiast aktywną rozmówczynią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — No serio — skinęła głową, bo przecież nie proponowałaby pomocy ot tak, bez pokrycia, bo dawanie nadziei bez idących za tym czynów uważała za złe, zwyczajnie podłe. Nadzieja była w końcu matką głupich i Tessa uważała, że przez to umierała ostatnia, chociaż sama często się nią żywiła, później mając o to do siebie wyrzuty. Chociaż była w miejscu w życiu, w którym nie miała pojęcia na co właściwie liczy, gdzie ma zamiar iść i co jest jej celem, to pierwszy raz od dawna czuła się względnie spokojna, a to było coś, co miała nadzieję osiągnąć w Auguście. Udało się.
      — Ja też w sumie nie wiem… W sensie, kilka razy malowałam w domu, robiłam jakieś drobne naprawy i miałam okazję sporo się nauczyć, ale nie jestem specem — wyznała i zerknęła na koszyk Mii uświadamiając sobie, że chyba wie od niej jednak troszkę więcej, albo była uczona zupełnie innych technik i zwyczajnie nie znała sposobów rodziny Whitaker.
      — Mogę wpaść w piątek, o czwartej powinnam być dostępna po pracy — powiedziała, nie siląc się nawet na ukrywanie podekscytowania, które nie dosyć, że było szczere, to Tessa pomyślała, że Mii chyba będzie miło, jeśli zobaczy, że cieszy ją wizja babrania się w farbach i kilku godzin ciężkiej, fizycznej pracy — Tylko nie będziemy malować tymi pędzlami, bo nie skończymy do przyszłego roku, dobra? Potrzebujesz kilku rolek taśmy malarskiej, jedna taka grubsza, one zazwyczaj są kolorowe i jedna taka beżowa powinny wystarczyć, najwyżej będziemy myśleć… I wałki, koniecznie wałki. Powinnam mieć jeden, taki w miarę nowy u rodziców, mam też teleskop do malowania sufitu, więc to nam pomoże ze śnieżnymi obłokami, oh… Mia, nawet nie wiesz, jak się cieszę, że mogę w tym uczestniczyć. O wszystko zadbam, tylko wybierz te farby i…Macie może stare gazety? — zapytała, bo coś, co było oczywistością jeszcze piętnaście lat temu, teraz było reliktem minionej epoki. Reliktem, który świetnie sprawdzał się zamiast folii malarskiej.

      Tessa👷‍♀️

      Usuń
  25. On też marnym był generatorem plotek, bo nie interesował się życiem sąsiadów i nie miał pojęcia, co dzieje się w prywatnym świecie każdego z nich. Zresztą nawet gdyby wiedział, pewnie i tak nie widziałby w tym nic wartego powielania, bo cudze dramaty były dla niego jedynie tłem, które łatwo zignorować, jeśli ma się własne sprawy do ogarnięcia. A miał. Zawsze miał. Z tego samego powodu nie brał za pewnik również tego, co ktoś o kimś opowiadał, bo miał świadomość, że wszystko może być bajką wyssaną z palca, jeśli nie podszytą czyjąś frustracją, to przekręconą przez czyjeś uprzedzenia. Nie raz już widział, jak z półprawdy robi się sensację, a z niedopowiedzenia filmowy scenariusz, dlatego miał pewne podejrzenia, że i z tej ich schadzki co niektórzy zrobią wydarzenie roku, ale nie zamierzał ruszać tego ognia. Niech się pali po swojemu. Chyba, że Mia będzie za wszelką cenę pragnęła wygasić go do zera i wdeptać w ziemię – wtedy odpowie tym samym i bez wahania wyjaśni ludziom, że to rozsiewanie plotek kiedyś dotkliwie ich gubi. Na ten czas zamierzał jednak korzystać wieczoru, który układał się zaskakująco spokojnie i przyjemnie. Pozytywnie, tak bez zbędnych napięć. Nawet jeśli ich przyjście razem miało skończyć się na jednym wspólnym piwie, to nie szkodzi. W końcu nie wszystko musi mieć ciąg dalszy, a ich spotkanie tutaj nie miało zaplanowanego nawet początku, za to stało się bardzo miłym dodatkiem tego wieczoru.
    Mia nie miała powodów, żeby go oceniać, bo tak na dobrą sprawę wcale go nie znała. Jeszcze. Obraz jego osoby, który posiadała w swojej głowie, sięgał zamierzchłych czasów i wiele zdążyło zmienić się od tamtej pory – czy na gorsze czy na lepsze to już kwestia perspektywy. Nigdy nie sprawił, żeby czuła potrzebę nienawidzenia go, ale też nie zasłużył sobie w żaden sposób na jej sympatię, bo ich drogi rzadko kiedy przecinały się na dłużej, żeby jakiekolwiek odczucia miały szanse się narodzić. Dopiero teraz mogła tak naprawdę ocenić go sama, w sposób rzetelny i niepodyktowany szeptankami osób, którzy lubią gadać, co im ślina na język przyniesie. Może wyrabianie sobie o kimś opinii, będąc pod wpływem alkoholu, nie było najlepszym pomysłem, ale w takich momentach wnioski i tak przychodziły szybciej, niż powinny. W tej chwili mogła uważać go za spoko gościa, a w następnej za rasowego skurczybyka, bo taka jest kolej rzeczy. Kiedy ludzie dopiero się poznają, wszystko jest jeszcze płynne, a obrazy przestawiają się co minutę.
    A kim on zamierzał być? Na pewno sobą, więc kwestia tego czy będzie spoko gościem, czy jednak skurczybykiem zależeć będzie od chwili, ale nie sądził, że pojawi się ze strony Mii powód, który uruchomi tę gorszą stronę jego osobowości. Po prostu nie uważał, że ona mogłaby urządzić sobie wieczorek testowania którejkolwiek z jego granic, bo miał wrażenie, że to trochę jakby nie leży w jej naturze. Ciężko powiedzieć, że on zna ją na tyle, by być tego pewnym, ale to były wnioski wysnute na podstawie ich ostatnich rozmów, mimo że nie było ich za wiele. Mia była spokojną, nienachalną kobietą, która nie szukała wokół siebie zbędnego szumu. Ani konfrontacji. I można wierzyć, albo nie, a on też konfrontacji nie szukał, jednak one często odnajdowały go same.
    Spojrzał krótko na jej usta, gdy te zetknęły się z szyjką butelki, a potem automatycznie uniósł wzrok do osoby za jej plecami, gdy została szturchnięta na tyle mocno, że musiała dać krok. On akurat ani drgnął, chociaż przeszło mu przez myśl, żeby postukać w ramię tego typa stojącego za nią i zapytać, czy z tą swoją grupką muszą zachowywać się jak świnie przy karmniku, ale odpuścił. Na razie. Keep calm. Ale czy to nie fakt, że konfrontacje na serio odnajdują go same?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — A jeśli tak, to co? — Wrócił spojrzeniem do jej oczu, które teraz znajdowały się nieco bliżej niż przed momentem. Nie przeszkadzało mu to. Wręcz odpowiadało. — Dasz się poderwać? — zapytał tak swobodnie, jakby częstował ją czekoladką, a nie sugerował coś o wiele bardziej znaczącego. Też przyłożył butelkę do ust i pociągnął łyk piwa, a potem od razu powrócił ręką na barowy blat i uśmiechnął się lekko kącikiem ust.
      — Myślę, że wtedy Colin wstałby z grobu tylko po to, żeby skopać mi tyłek. Wiesz, siostry kumpli są nietykalne — stwierdził z przymrużeniem oka, bo to było takie naturalne przekonanie za dawnych lat, że teraz trochę nawet bawiło. Siostry kumpli były nietykalne, a mogłyby mieć przecież cudownie proste życie, skoro kumpelski układ też taki właśnie był. Prawda jest za to taka, że w teorii wszystko było jasne i poukładane, w praktyce jednak granice lubiły się rozmywać, kiedy w grę wchodziły emocje. I ze względu na te emocje siostry kumpli musiały pozostać nietykalne.

      Tanner Gentry 🤭
      i jego autorka, którzy naprawdę się stęsknili

      Usuń
  26. W bingo na ten tydzień nie miała znalezienia kogoś, z kim zwyczajnie mogłaby spędzać czas i to kogoś, kogo określiłaby mianem koleżanki ze szkoły, bo nazywała w ten sposób wszystkie osoby, które znała z imienia i nazwiska, a z którymi w którymś momencie życia chodziła do jednej placówki. Zwyczajnie, koleżanka ze szkoły, bo przyjaciół raczej nie miała, a znajomi stali w jej hierarchii gdzieś pomiędzy. Może jej brata określiłaby mianem starego znajomego, ale tylko dlatego, że miał tego pecha w życiu, że przez jakiś czas był z Juanem w jednym kręgu znajomych, kiedy jej bratu nie pozostał już nikt w jego wieku i próbował znaleźć kumpli wśród młodszych mieszkańców Mariesville. Oczywiście kojarzyła Colina, bo miała wrażenie, że kojarzyła wszystkich starych mieszkańców miasteczka, ale nic ponad to. Prawdopodobnie nie zamienili ze sobą nawet słowa, bo w latach szkolnych Tessa była raczej wycofana i nie szukała uwagi wśród starszych roczników. Gdyby Mia spytała o Theresę plotkary z miasteczka, to dziesięć lat temu powiedziałyby jej, że to biedna dziewczyna z takiej rodziny z którą nie chce się mieć nic wspólnego, teraz zaś… Teraz Theresa miała szczerą nadzieję, że Mia nie zapyta o nią nikogo, a nawet jeśli, to nie będzie słuchała tego, co mają do powiedzenia, bo mimo szlachetnego zawodu nikt raczej nie miał o niej dobrego zdania, jeśli już jakieś posiadał.
    Brat Tessy prawdopodobnie stanowił przeciwieństwo brata Mii, bo chociaż była między nimi podobna różnica wieku co u Whitakerów, to nie mogła powiedzieć, by brat się nią opiekował, wręcz przeciwnie. Miała wrażenie, że znaczna część jej problemów wynikała właśnie z jego zachowania i niemocy rodziców, którzy nie potrafili sobie z nim poradzić, swoją frustrację często wyładowując na Tes. Większość dzieciństwa czuła się przez niego opuszczona, a nastoletnie lata kojarzyła jako sinusoidę, gdzie raz był świetnym bratem z którym malowała razem pokój, by znowu dostawać po głowie za to, że znowu sprowadził na siebie kłopoty a jej ojciec, nie mogąc znaleźć żadnego winnego, ją czynił winną całego zła tego świata. Im starsza była, tym bardziej rozumiała jego zachowanie, ale dawne przewinienia wciąż rzucały cień na ich relację, która raczej nie miała możliwości na dojście do lepszej niż poprawna. W chwili obecnej Tessa miała żal o to, że nigdy nie mogła i wciąż nie może na niego liczyć i na nim polegać, bo kiedy Juan dowiedział się o chorobie matki, zapytał ją jedynie, czy kilkaset dolarów raz na jakiś czas wystarczy, aby jej jakoś pomóc a jeśli nie, to on i tak nic więcej nie zrobi. Tak jak Theresa, nie chciał mieć nic więcej wspólnego z Mariesville.
    Uśmiech Mii był zaraźliwy i rozluźniający, więc szybko udzielił się i Tessie, która z każdą chwilą wydawała się spokojniejsza i nawet zaśmiała się lekko, kiedy na pytanie o metraż Mia wspomniała o jednym, albo dwóch sufitach. Skinęła głową na jej zapewnienie o zakupie niezbędnego sprzętu na piątek.
    Może to przez zawód i ilość ludzkich tragedii, które przez lata widziała Tessa, może to przez własne poczucie krzywdy, ale Moore wiedziała, że izolowanie się od cudzego nieszczęścia wcale nie sprawi, że będzie ono mniejsze. Pozorne dawanie przestrzeni nie zdawało egzaminu, patrzenie ze współczuciem nie zmniejszało bólu, a obie te rzeczy u osoby, która mierzyła się z tragedią, mogło jedynie prowadzić do osamotnienia. Kiedy Tessa przeżywała swoją tragedię, zupełnie różną od tej która dotknęła Mię, bardzo potrzebowała kogoś, kogokolwiek, kto zwyczajnie by przy niej był i kiedy w swoim życiu trafiła na Carol, nagle każdy ból zdawał się być odrobinę mniejszy, a przynajmniej mniej straszny. Nie dlatego, że Carol ją pocieszała, klepała po ramieniu, czy próbowała pomóc na swój sposób, a dlatego, że w końcu nie była sama i miała z kim zwyczajnie porozmawiać. Tak normalnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Zapiekanka pasterska brzmi przepysznie — przyznała Tessa, która przez ostatnie dwa lata zjadła stanowczo za dużo pizzy, by wybrać ją zamiast typowo domowego posiłku — A jeśli chodzi o piwo… Jedno, takie zimne z lodówki z przyjemnością przyjmę — uśmiechnęła się. Nie piła dużo, prawie wcale, ale piwo pasowało do jej wizji tego wieczoru, kiedy najedzone pasterską zapiekanką będą malować ściany, same też pewnie brudząc się przy tym farbą.
      Mimo zapewnienia Mii odnośnie gazet postanowiła, że sprawdzi w garażu, czy nie ma tam może jakieś starej, grubej folii, która będzie mogła im posłużyć zamiast nich, bo jeśli gazety były tak stare jak te, które były w jej domu rodzinnym, to istniało duże prawdopodobieństwo, że zamieniły się w grube, sprasowane od wilgoci prostokąty, z których można byłby postawić ścianę, nie rozłożyć je na podłodze.
      Wzięła od dziewczyny telefon, wpisała swój numer i sama nacisnęła zieloną słuchawkę, czekając, aż poczuje wibracje w tylnej kieszeni spodni. Gdy do ich uszu doszło ciche bzyczenie rozłączyła się, oddała dziewczynie smartfona i sięgnęła do rączki swojego wózka.
      — To do zobaczenia, Whitaker. Widzimy się w piątek o siedemnastej — mrugnęła do niej i ruszyła w stronę kas, wcześniej machając jej na pożegnanie.
      W piątek przyjechała punktualnie. Z dużym wiaderkiem gruntu, o którym zapomniała wspomnieć Mii i drugim, widocznie zniszczonym wiadrem wypełnionym wszelkiego rodzaju przydasiami, które znalazła w rodzinnym domu i w sklepie, do którego wyskoczyła dzień wcześniej. Zapukała energicznie do drzwi, nie mogąc namierzyć wzrokiem dzwonka. Miała na sobie stare, pocieniałe od wielokrotnego prania dresy i stanowczo za dużą koszulkę zespołu Nirvana, która nosiła na sobie ślady jasno sugerujące, że już kiedyś była świadkiem malowania czegokolwiek. Po kolorach, w które była upstrzona na próżno było zgadywać, czy tylko malowania, czy nie przypadkiem wszelkich, brudnych zajęć. Tessa sprawiała wrażenie nie tylko przygotowanej, ale wyraźnie podekscytowanej, bo kiedy Mia otworzyła jej drzwi, uśmiechała się od ucha do ucha.
      — W aucie mam jeszcze rolkę starej folii ogrodowej w razie, gdyby gazety nam się nie sprawdziły — powiedziała, nawet nie siląc się na powitanie — Mam jeszcze ze dwie rolki taśmy malarskiej, trzy pędzle i rękawiczki. Weź to ode mnie proszę, a ja skoczę po tą folię — wcisnęła wiaderka w ręce Mii i nie czekając ani na powitanie, ani na to, czy Mia nie chciałaby czegoś powiedzieć, szybko pobiegła do samochodu, z którego wróciła już po chwili z rzeczoną folią, niesioną na ramieniu.

      Tessa🖌️👷‍♀️

      Usuń
  27. Słyszał różne plotki na temat jej powrotu, ale nigdy nie wsłuchiwał się w nie zbyt mocno, bo dla niego sprawa była oczywista – ściągnęła ją tutaj tragedia, z której każdy w Mariesville zdawał sobie sprawę, bo odbiła się szerokim echem aż po Camden. Możliwe, że nie była to jedyna tragedia, która w tamtym czasie jej dotknęła, może złożyło się tak, że w jej życiu prywatnym też coś się wtedy zawaliło, ale to go wcale nie interesowało. Nie sądził, że złamane serce mogłoby ściągnąć ją tutaj z powrotem. Poza tym powodu, w związku z którym wróciła, nie dało się nie zauważyć, bo od wypadku ten powód pozostawał pod jej opieką. Zostawiła bostońskie życie, dawno już poukładane, żeby zająć się bratankami i jeżeli ktoś nie dostrzegał oczywistego związku między jednym a drugim, to znaczy, że był zwyczajnie ślepy. Albo głupi. Ale ludzie, jak to ludzie, woleli dorabiać własne historie, zamiast przyjąć najprostszą wersję. Akurat on znał to z autopsji.
    Kolejną historię dorobią też zapewne do ich dzisiejszego spotkania, ale niewykluczone, że przy okazji zaczną wieszać na niej flaki za to, że w końcu postanowiła wyjść do baru i zrobić coś dla siebie, zupełnie jakby zajmowanie się bratankami pozbawiło ją prawa do dbania o samą siebie. Ludzie potrafią być bezlitośni, robić z małostkowych spraw wielkie afery, nadmuchiwać je do granic absurdu i z przekonaniem dorzucać do nich rzeczy, które nigdy nie miały miejsca, więc śmiało można założyć, że taka plotka o pozostawieniu dzieciaków samych sobie i wyjściu się zabawić ma realną szansę zaistnieć niebawem na miejscowych salonach. Pewnie zniknie tak szybko jak tylko zdąży się pojawić, bo w końcu wyprą ją fakty, ale co się ludzie nagadają, to się nagadają. A co zaboli Mię w związku z tym, to zaboli, choć zarzucanie jej niedbalstwa w związku z opieką nad bratankami, to już zwykłe chamstwo, bo powszechnie wiadomo, że na ich rzecz porzuciła to, co miała w Bostonie. Miejscowi zazdrośnicy pewnie pieją z zachwytu, że tak jej się to wszystko posypało. Niemiejscowi zapewne też.
    Jego brew unosiła się powoli, adekwatnie do długości łyka, który Mia zrobiła. Odprowadził spojrzeniem jej dłoń z butelką, zdając sobie sprawę, że teraz to on został daleko w tyle z ilością własnego, a kiedy powrócił wzrokiem do jej twarzy, uśmiechnął się. Był bardzo ciekawy efektu tak szybkiego picia. Czy śmiałość, którą teraz emanowała, będzie jeszcze większa? Czy kiedy obudzi się jutro z kacem i przypomni sobie, o czym z nim rozmawiała, będzie próbowała wymazać ten wieczór z pamięci, zrzucając wszystko na alkohol i jego zgubny wpływ? A może stwierdzi, że było całkiem fajnie? Na pewno nie było źle, bo nie stałaby z nim teraz przy barze, szczególnie, że miała tu inne towarzystwo.
    — A to tak to działa? — odpytał zaskoczony i z uśmiechem pociągnął łyk swojego piwa, a po chwili lekko pokręcił głową. — To w takim razie ty poderwałaś mnie pierwsza — stwierdził, stawiając butelkę na blacie. To ona połączyła ich w tym miejscu swoim śmiałym założeniem, że przyszła tutaj z nim, on natomiast podążył za jej narracją, a że mu się spodobało, to nie widział powodu, żeby tego nie kontynuować. Oboje najwyraźniej odnaleźli się w tej narracji, skoro śmiało nią podążali, a nie bardzo wiedzieli, dokąd z nią dotrą.
    — A co na to twój bostoński chłopak? — rzucił zaraz, nieznacznie mrużąc powieki. — Tylko mi nie mów, że taki nie istnieje — dodał, a kącik jego ust powędrował ku górze w zaczepnym uśmieszku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak najbardziej brał pod uwagę to, że bostoński chłopak może nie istnieć, choć nie dlatego, że Mia nie była interesującą kobietą, tylko dlatego, że minęło już sporo czasu odkąd ona tutaj zamieszkała, a żadnego obcego typa przy niej nie widział. Po prostu teraz troszkę badał grunt, choć wcale nie ze względu na to, że miał wobec niej jakieś niecne zamiary, czy zamiary jakiekolwiek tak w ogóle. Był zwyczajnie ciekawy. Związki na odległość są przecież możliwe, a ona spędziła w Bostonie dużo czasu i z pewnością poznała tam mnóstwo wartościowych ludzi, w tym facetów, którym z powodzeniem pozwoliłaby wcisnąć na swój palec złoty krążek. Nad tym czy ona była interesującą partią już się nie zastanawiał, bo to akurat wiedział.

      Tanner Gentry

      Usuń
  28. Szczerze? Może i miał pojęcie, o co chodzi w randkowaniu, ale to pojęcie na pewno nie wynikało z doświadczenia. On po prostu się w to nie bawił, ale nie dlatego, że nie miał okazji, co zwyczajnie nie widział sensu w całym tym ceremoniale. Kolacje przy świecach, niezręczne pytania o ulubiony kolor, udawane zainteresowanie czyimiś historiami z dzieciństwa – to wszystko wydawało mu się przekombinowane, a jeżeli w grę wchodziła jednorazowa przygoda, to i niepotrzebne. U niego na ogół wszystko było bardzo proste. Jeśli ktoś mu się podobał to mówił o tym, a jeśli nie, to tym bardziej nie owijał w bawełnę. Nie potrzebował godzin spędzonych przy stoliku, żeby dojść do wniosków, do których inni dochodzili po trzech spotkaniach i dwóch kryzysach egzystencjalnych. Dla niego relacje międzyludzkie nie były zagadką wymagającą rozwiązywania, tylko czymś oczywistym. Coś działa albo nie działa. Koniec filozofii. Oczywiście, wiele osób uważało go za bezczelnego, albo przynajmniej za kogoś, kto wcale nie rozumie subtelności takiego poznawania się, ale on nie miał potrzeby, żeby kogokolwiek przekonywać do swoich racji. Jeśli ktoś oczekiwał randek, sztywnych kolacji i rozmów o niczym, to najwyraźniej nie szukał Tannera. A jeśli ktoś zostawał mimo wszystko, to zazwyczaj dlatego, że doceniał tę jego brutalną prostotę. W ostatnich latach celował zresztą wyłącznie w takie relacje, które nie wymagały angażowania w nie czegoś więcej oprócz ciała. Po minionym małżeństwie miał lekką awersję do zobowiązujących znajomości, choć to, co łączyło go z byłą żoną, to akurat nigdy nie była miłość. Z początku był to układ, później kręty rollercoaster, który w pewnym momencie z impetem się wykoleił. Jeśli czegoś w życiu nie żałował, to właśnie tego wykolejenia, aczkolwiek wdzięczny był swojej ex-żonie za to, że poszła w ten układ, gwarantując mu ubezpieczenie, którego faktycznie potrzebował w fachu, którym się trudził. Zszywać mógł się po znajomości, ale operacyjnie nikt by go nie poskładał gdzieś na drewnianym stole w ogrodowej altance, a ryzyko takich uszkodzeń było wielkie. Płacić za takie usługi nie mógł, bo wcześniej w jego życiu wyglądało to tak, że jeszcze pieniędzy nie zarobił, a już wiedział w czyje ręce trafią, czy też raczej w które ręce trafić muszą, żeby całej ich rodzinie żyło się względnie spokojnie.
    Tym nagłym odbiciem się od jego klatki piersiowej Mia wyciągnęła go z chwilowego zastanowienia. Przez kilka sekund nie wiedział, co zrobić z wolną ręką, gdy tą jej poczuł na swoim biodrze, choć przeszło mu przez myśl, żeby szturchnąć faceta za nią i go stanowczo odsunąć, ale wtedy Mia spojrzała na niego z dołu a on... jakoś przestał myśleć o typie, który stał za nią. W jej błyszczących oczach dostrzegł iskierki zadziorności, która trochę nie pasowała mu teraz do jej spokojnej, codziennej natury, którą znał. Zaskakujące.
    — To zależy — odpowiedział krótko, ale to, czy dawał się łatwo, naprawdę zależało od wielu rzeczy. Przede wszystkim od wyczucia, czego rzeczywiście chciała druga strona, bo jeśli podejrzewał, że czegoś więcej ponad dobrą zabawę, to wtedy nie dawał się wcale. Teoretycznie mógł mieć wyjebane i korzystać, ale jak sobie pomyślał, że będzie później napastowany toną wiadomości i nagrań na skrzynce pocztowej, bo któraś po jednej nocy zrobiła sobie nadzieję i wyobraziła za dużo, to wolał porzucić cielesną uciechę i zyskać święty spokój. Akurat nie rozpatrywał Mii w tej kategorii – na ten moment – bo była siostrą jego zmarłego kumpla, zawsze nieodstępną z oczywistych powodów, a to, że tak sobie teraz stali, gadali i trochę flirtowali, to wciąż nie ociekało żadną tanią desperacją, tylko mieściło się w granicach bezpiecznego żartu. Chociaż niewykluczone, że z czasem te granice zmienią swoje położenie, może trochę się rozciągną, może nie zostanie po nich ślad. Wieczór dopiero się zaczął, a oni właśnie zdecydowali przenieść się ze swoją randką w inne miejsce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgodnie z sugestią Mii poprosił barmankę o dodatkowe dwie butelki piwa, a przy okazji też o paczkę solonych orzeszków. Gdy otrzymał zamówienie, pozostawił kilka banknotów na ladzie, orzeszki wcisnął do tylnej kieszeni spodni, a butelki z piwem sprawnie złapał w palce wolnej ręki i zwolnił miejsce przy barze.
      — Serio? A myślałem, że skoro tak szybko dałaś się poderwać, to wpadłaś do baru wypłakać oczy i poszukać pocieszenia po byłym — stwierdził z prowokującym uśmieszkiem przyklejonym do ust, gdy szedł w jej stronę. — Powinienem się bać? Nie wyglądasz na taką, co łamie serca facetom, ale pozory lubią mylić — przyznał, swobodnie lustrując wzrokiem jej sylwetkę. Może nie zrobiłby z tego tematu pola do żartów, ale skoro Mia nie cierpiała po rozstaniu, to chyba nie zabolą jej takie drobne złośliwe żarciki.

      Tanner Gentry 🥜

      Usuń
  29. Zapach domowego jedzenia był od zawsze czymś, co mile kojarzyło się Tessie, w której domu woń gotowania była czymś sporadycznym. Jeszcze w czasach, kiedy mieszkała w rodzinnym domu jej mama, ze względu na ilość pracy i zmęczenie nocnymi zmianami, wspomagała się głównie mrożonkami, które Tessa do tej pory umiała uporządkować w kolejności od tych najbardziej ulubionych, do tych, których nie dałaby nawet Divie. W domu rodziny Garcia gotowanie było wydarzeniem, czymś, co zdarzało się rzadko, ale kiedy już było, to było zawsze pysznie i głośno, budując wspomnienia, które do tej pory były dla Tessy jednymi z najmilszych. Uwielbiała obierać z matką warzywa, kroić je i słuchać historii o tym, jak to Valentina tak samo przesiadywała ze swoją matką i babcią w kuchni, czerpiąc radość z tych chwil, gdy po pomieszczeniu rozchodził się zapach topionego masła, smażonej cebuli, czy pieczonych ciast.
    Później, gdy zamieszkała z Jacksonem, gotowanie też było czymś wyjątkowym, chociaż znacznie częstszym niż wtedy, gdy była jeszcze dzieckiem. Jadali śniadania razem, ale zazwyczaj nie skupiali się na nich specjalnie, zadowalając się prostymi rzeczami, które ciężko byłoby zaliczyć do rytuałów samych w sobie. W trakcie poranków Tessa znacznie bardziej skupiała się na kawie i próbie przetrwania do momentu całkowitego przebudzenia, zamiast na współdziałaniu z Jaxem w kuchni, w której on czuł się jak ryba w wodzie. Obiady i kolacje starali się jadać razem, ale zazwyczaj w pracy Jacksona, gdzie Tessa zwyczajnie nie chciała mu przeszkadzać, głównie przyglądając się mężowi z podziwem, w jaki sposób potrafi ogarnąć kuchnię, zamówienia, kilka palników i przy tym wszystkim zawsze znaleźć chwilę by się do niej uśmiechnąć. Na rytm posiłków miał też wpływ oczywiście tryb pracy Tessy, ale tak, jak z przyjemnością wracała do wspomnień ich życia z dziennych zmian, tak jeśli chodziło o to, jak bardzo się rozjeżdżali przy nocnych, to nawet one były w jakiś sposób miłe, chociaż pozbawione wspólnych obiadów, w trakcie których Tessa zazwyczaj odsypiała.
    Teraz starała się unikać kuchni za wszelką cenę. Wciąż postrzegała ją bowiem jako królestwo Jacksona, który nie był już jej mężem, a ona nie czuła, by mogła się tam panoszyć jak wcześniej – stąd też, gdy Mia zaproponowała cokolwiek, co nie było pizzą, czy mrożonką z góry rankingu ulubionych mrożonek Moore, zwyczajnie się ucieszyła.
    — Możemy najpierw zjeść, bo raczej nic się nie zmieni w tym pokoju, jak będziemy jeść a przyznam Ci się szczerze, że padam z głodu — wyznała, uśmiechając do dziewczyny, gdy tylko przekroczyła próg domu, po którym rozejrzała się bez skrępowania. Faktycznie, był mu potrzebny remont, ale też wydawał się charakteryzować tą starą solidnością, która pozwalała wierzyć, że wystarczy trochę pracy, by może nie odmienił się zupełnie, ale przestał przypominać plan jednego ze starych sitcomów.
    Sięgnęła do torby z której wyciągnęła lekko pogniecione, papierowe pudełko z naklejką cukierni i lekko już nasiąkniętym tłuszczem spodem, co zdradzały niewielkie plamki przykryte przez przezroczystą folię.
    — Przyniosłam jeszcze kilka pączków, takich z nadzieniem i bez, bo nie wiedziałam jakie lubisz — nie czekając na Mię, podeszła do blatu w jej kuchni i położyła tam pakunek, wcześniej zostawiając resztę rzeczy w przedpokoju.

    Tessa🍩

    OdpowiedzUsuń