ARIA KENNEDY
❈❈❈
ur. 12.06.1995 r., Mariesville ✦✦✦ to dziwadło od Kennedych; córka Leona, emerytowanego detektywa, oraz Rose, wciąż pracującej pielęgniarki ✦✦✦ bielactwo ✦✦✦ heterochromia: lewe oko brązowe, prawe niebieskie ✦✦✦ ponadprzeciętny talent artystyczny; obsesyjnie rysowała kwiaty, zwierzęta i oczy – dziś jest znana z charakterystycznych, onirycznych prac, w których botanika, zwierzęca symbolika i hipnotyzujące, ludzkie spojrzenia tworzą jedność ✦✦✦ opuściła Mariesville po liceum i przeniosła się do Providence, by studiować malarstwo na Rhode Island School of Design ✦✦✦ malarka; specjalizuje się w malarstwie figuratywnym i symboliczno-botanicznym, aktywnie sprzedaje swoje prace, a jej obrazy trafiają zarówno do prywatnych kolekcji, jak i kameralnych galerii w tej części kraju ✦✦✦ wróciła do Mariesville dwa lata temu; mieszka u rodziców w Applewood Grove, przynajmniej do momentu, w którym zdecyduje się w końcu kupić coś własnego ✦✦✦ kuratorka wystaw w Mariesville Art Gallery ✦✦✦ wolontariuszka udzielająca się w Mariesville Community Center – od pół roku organizuje zajęcia plastyczne dla mieszkańców (niezależnie od wieku), a co trzy miesiące wystawia swoje prace, a zysk ze sprzedaży przekazuje organizacjom społecznym działającym w Mariesville ✦✦✦ Aktywiści Społeczni ✦✦✦ prywatnie miłośniczka kwiatów i roślin wszelakich, fanka słodyczy i true crime ✦✦✦ uwielbia tańczyć, rzucać osobliwymi ciekawostkami i spędzać czas w ogrodzie ✦✦✦ relacje ✦✦✦ ...
𝕴 𝖋𝖊𝖊𝖑 𝖞𝖔𝖚𝖗 𝖇𝖗𝖊𝖆𝖙𝖍, 𝖚𝖕𝖔𝖓 𝖒𝖞 𝖓𝖊𝖈𝖐
𝕴 𝖍𝖊𝖆𝖗 𝖞𝖔𝖚𝖗 𝖍𝖊𝖆𝖗𝖙-𝖇𝖊𝖆𝖙 𝖎𝖓 𝖒𝖞 𝖘𝖔𝖚𝖑...
Urodziła się w kochającej rodzinie, w której zawsze coś się działo, mimo że miała tylko mamę i tatę. Mamę, która tańczyła przy kuchence, śpiewała stare hity z radia i ganiała się z nią po ogrodzie, i tatę – może zapracowanego, ale takiego, który zawsze znajdował czas, aby obejrzeć jej prace i wypić herbatkę podczas kameralnego przyjęcia z pluszakami.
Nie była normalnym dzieckiem. Urodziła się z białymi włosami, które mieszały się z czarnymi, tymi po ojcu, z dziwacznymi oczami, tak różnymi od siebie, i nie zapłakała od razu. Do 6. roku życia nie wypowiedziała ani jednego słowa, ale lekarz zapewniał, że wszystko jest z nią w porządku – była może trochę dziwna, nieco zbyt mechaniczna w swoich reakcjach, ale za to bardzo spostrzegawcza, logiczna i szczera.
Od samego początku się wyróżniała. W Mariesville, gdzie wszyscy wszystkich znają, jej jasna twarz, biel włosów i spojrzenie złożone z dwóch różnych kolorów oczu przyciągały najczęściej niechcianą uwagę. Dla jednych była osobliwie śliczna, dla innych po prostu dziwna. Niekiedy słyszała szepty i śmiechy, wyłapywała przeciągłe spojrzenia. Nie zapraszano jej wszędzie, nie zawsze chciano z nią rozmawiać. Aria długo nie rozumiała zasad, według których decydowano, kto jest wystarczająco normalny, aby móc usiąść przy tym konkretnym, zawsze głośnym stoliku w szkolnej stołówce. Z czasem po prostu przestała próbować.
Zanim zaczęła mówić, nauczyła się rysować. Najpierw palcem po zaparowanej szybie, potem kredą po schodkach przed domem, ołówkiem po kartkach, książkach i gazetach ojca, a nawet po ścianach. Rysowała wszędzie, gdzie tylko się dało. Kwiaty, zwierzęta i oczy wracały do niej nieustannie – te same motywy, szkicowane w kółko, coraz dokładniej, coraz pewniej.
Pierwsze prawdziwe płótno dostała od ojca. Wrócił któregoś dnia do domu z prostą sztalugą, zestawem farb i naciągniętym na blejtram płótnem. Od tamtej pory płótna zaczęły pojawiać się jedno po drugim, zagracając jej pokój; oparte o ściany, wsunięte pod łóżko, ustawione przy komodzie, pachniały farbą, drewnem i terpentyną.
Aria malowała uparcie i bez wytchnienia, a czas przy sztaludze płynął dla niej inaczej – potrafiła spędzić godziny nad zaledwie jednym spojrzeniem, cieniem czy detalem: płatkiem, źrenicą, linią zwierzęcego grzbietu. Ostatecznie zawsze chodziło o to, aby pokazać innym, jak postrzega świat swoimi dwukolorowymi oczami.
fragment wywiadu udzielonego dwa lata temu dla „Providence Arts Review”
Nathaniel Ashford: W obrazach bardzo często wracasz do tych samych motywów: kwiatów, zwierząt i oczu. Dlaczego właśnie one?
Aria Kennedy: Myślę, że to dlatego, że kwiaty nie próbują być niczym więcej, niż są. Zwierzęta też nie. A oczy... oczy zwykle mówią więcej, niż ludzie chcieliby powiedzieć. (...)
N.A.: Porozmawiajmy chwilę o twoim życiu poza sztuką. Jaka jest Aria Kennedy prywatnie?
A.K.: Myślę, że prywatnie jestem o wiele nudniejsza, niż ktokolwiek przypuszcza. Lubię rzeczy, które da się przewidzieć, i ludzi, przy których nie trzeba zbyt wiele udawać.
N.A.: Jesteś obecna w swojej sztuce bardzo wyraźnie, a jednocześnie prawie nic nie wiadomo o twoim życiu osobistym czy miłosnym. To świadomy wybór?
A.K.: Moja sztuka jest do oglądania, podziwiania, kupienia, ale moje relacje... nigdy nie były częścią żadnej z wystaw. W ten sposób chronię nie tylko siebie, ale też moich bliskich.
KILKA SŁÓW ODE MNIE:
twarzyczka: Amina Ependieva, w karcie: Leon Scott Kennedy, Borislav Slavov, arty z Pinteresta – jak poklikacie, to znajdziecie kilka filmików ze śliczną Aminą!
No hej! Aria pojawiła się tutaj w przypływie weny i chęci spróbowania pisania w innym klimacie niż fantasy, sooł… jesteśmy! Kennedy jest nieco specyficzna, ma o wiele za dużo ciekawostek do opowiedzenia i najpewniej zawsze jest gdzieś brudna od farby... ale ogólnie to się polecamy, przygarniemy wszystko i łatwo się z nami dogadać! 💙🤎
PS. Chyba mogą się pojawić tutaj treści dla dorosłych... 🤭
Złapać mnie można mailowo: ayliri.lunah@gmail.com.
[Podglądałam! I niczego nie żałuję! ❤️ Piękna postać, już pomijając wizerunek, który ma klimat, jest to kobietka pełna wdzięku i takiej miękkości, która koi. Nie rozumiem, czemu na szkolnej stołówce nie rezerwowano jej miejsc i nie bito się o jej uwagę! Jest wspaniała, a ta jej wrażliwość mnie w całości kupuje!
OdpowiedzUsuńUdanej zabawy dla Was, jestem pewna że ekscytujących historii Wam nie zabraknie! Gdybyście chciały urządzić w małym pensjonacie jakąś artystyczną imprezkę, zapraszamy! 😊]
Abigail
[Leon Kennedy, huh? Cieszę się, że to nie jest przypadkowa zbieżność nazwisk. RE9 dopiero czeka na ogranie, ale najpierw muszę skończyć Kingdom Come Deliverance II 😅
OdpowiedzUsuńTak się składa, że nasza dwójka pracuje w tym samym miejscu, więc jeśli będziecie miały ochotę, to proponujemy wspólny wątek 😏]
Nicholas M.
[Jest piękna, ale zakładam, że właśnie na etapie edukacji w lokalnej szkole musiała się sporo nasłuchać na temat swojego wyglądu, bo przecież dzieciaki średnio akceptują to, co inne. ;-) Mam jednak nadzieję, że teraz rozpiszesz nią tutaj takie historie, które tylko uwydatnią jej wartość i piękno, które w sobie nosi. ♥]
OdpowiedzUsuńMia Whitaker 🌻
[A tu jak zawsze – pięknie, bajkowo i wyjątkowo. I ta cudowna relacja rodzinna, aż miło jest poczytać! Ty wiesz, że ja lubię te Twoje przekochane dziwadełka i cieszę się, że zechciałaś przetestować swoją wyobraźnię w tym zwykłym, ludzkim, choć nie zawsze szarym świecie! Niech się Aria brudzi, my zetrzemy farbę skąd będzie trzeba 😈 Baw się dobrze i wątków sobie nie żałuj! 💙🤎]
OdpowiedzUsuńRowan Johnson
& Tanner Morgan
Jego dzień był równie powtarzalny, ale rutyna była nieodłączną częścią tej małej mieściny, w której emocji dostarczały głównie sąsiedzkie niesnaski, albo walka z szopami przewracającymi śmietniki, ewentualnie szarpanina w lokalnym barze podczas meczów futbolu. Do tej powtarzalności z początku bardzo trudno było mu wrócić, bo po latach spędzonych w jednostce specjalnej, gdzie każdy dzień mógł skończyć się wyważaniem drzwi, pościgiem albo operacją, która wymagała pełnej koncentracji i gotowości na najgorsze, ta senna monotonia małego miasteczka wydawała się po prostu dziwna. Ale była to zaledwie kwestia przyzwyczajenia się i osadzenia na nowo w rzeczywistości, w której niewiele się dzieje. Spędził tutaj całe swoje życie, więc nie wkraczał w nowe, a jedynie aktualizował stare. Wiele twarzy wciąż było tych samych, zmieniły się tylko okoliczności – i on sam, o czym wiedziała akurat większość tutejszych mieszkańców, bo jego sprawa była głośna, nawet jeśli starał się robić wszystko, by nie wracać do niej ani w rozmowach, ani we własnych myślach. W małej mieścinie takie rzeczy jednak żyły własnym życiem, krążyły od domu do domu i z czasem obrastały w samozwańcze szczegóły, które nie zawsze miały coś wspólnego z prawdą. Dlatego najłatwiej było po prostu robić swoje i pozwolić, żeby ludzie w końcu zajęli się czymś innym.
OdpowiedzUsuńJednak bez względu na wszystko, był temu miejscu wdzięczny za wiele rzeczy. Ono go ukształtowało, nauczyło cierpliwości, uporu i tego, że nie zawsze trzeba radzić sobie ze wszystkim w pojedynkę. Tutaj dorastał, tutaj po raz pierwszy nauczył się, jak wygląda odpowiedzialność i jak łatwo można ją stracić, robiąc jeden głupi błąd. W tym miejscu dostał kolejną szansę na to, by służyć i dalej nosić mundur, który przez piętnaście lat służby zdążył wręcz scalić się z jego ciałem i osobowością. Szeryfowanie było czymś zupełnie innym niż służba w jednostce specjalnej, a w pewnym sensie było może nawet trudniejsze, bo tutaj za każdym zgłoszeniem stał ktoś, kogo znało się z widzenia, z dawnych lat, ze szkoły albo z ulicy, przy której dorastało. W takich okolicznościach dużo trudniej było udawać, że wszystko jest tylko kolejną sprawą do odhaczenia w raporcie, ale mimo to zawsze udawało mu się zachować ten obiektywizm, chociaż były też przypadki, gdy przymykał oko i tylko groźnie kiwał palcem. W tej pracy starał się być przede wszystkim człowiekiem, a nie kodeksem karnym z setką paragrafów i maszynką do wystawiania mandatów, a skoro został wybrany na następną kadencję, to najwidoczniej spora część mieszkańców była z niego zadowolona. Służył przede wszystkim ludziom, bo Mariesville było miejscem, które nigdy nie przestało być jego domem, nawet jeśli obowiązki na jakiś czas wyrzucały go gdzieś dalej. Mariesville dało mu życie, za to na ulicach Atlanty to życie prawie stracił, ale to i tak było niczym w porównaniu do tego, że w tym samym mieście życie straciła kobieta, której oddał dużą część swojego serca. Że w zamian za tę stratę sam pozbawił kogoś życia z zimną krwią i nawet się przy tym nie zająknął. Akurat to jedno zdarzenie nie definiowało go jako człowieka, tym bardziej, że wszystko to, co wydarzyło się wtedy w przydomowym schronie w Mechanicsville w Atlancie, było związane z prowadzoną operacją policyjną, ale zasady moralne nakazywały doprowadzać do sprawiedliwości poprzez prawo, a nie poprzez samosądy. Sytuacja zmusiła go jednak do tego drugiego. I nie żałował, bo człowiek, którego sprzątnął, nie przysłużył się światu w żaden sposób, a wręcz przeciwnie – dla niektórych ludzi uczynił ten świat piekłem.
Tamte wydarzenia zostały jednak daleko za nim, bo był to rozdział, do którego nie było sensu wracać częściej, niż wymagała tego pamięć. Życie w Mariesville toczyło się dalej swoim sielankowym rytmem, dlatego przechadzał się teraz wśród festiwalowych dekoracji, nadzorując porządek. Albo jego brak.
Zmrużył lekko oczy, obserwując z oddali Noaha, który leniwie opierał się o samochód i Arię, która z lekkim niezadowoleniem ściągała sztalugi z paki pickupa i lekko wspinała się przy tym na palcach, żeby równoważyć ciężar. Nie słyszał o czym rozmawiali, ale szybko wywnioskował, że rozchodziło się tam o jakąś opieszałość.
UsuńPodszedł więc do nich z dłońmi splecionymi za plecami i obrzucił sylwetkę Noaha oceniającym spojrzeniem, kiedy się odezwał. To akurat prawda, że jego obecność nie była zaskoczeniem, bo bywał na wszystkich tego typu wydarzeniach, prawie zawsze w tej samej służbowej roli co teraz, czyli w mundurze, ciężkich butach i z trzeszczącym radiotelefonem przy piersi.
— Dzień dobry — odpowiedział, przyglądając się Arii, która zaraz odmaszerowała ze sztalugą w dłoniach, po czym wrócił spojrzeniem do Noaha. — Gdzie twoje maniery, Blount? Będziesz stał i patrzył, jak dziewczyna sama dźwiga ciężkie rzeczy? — Pokręcił głową, a potem sięgnął po dwie sztalugi i ruszył w ślad za Arią, która ustawiała je w odpowiednim miejscu. Skoro już tutaj był, a na razie wciąż trwały przygotowania, to mógł się do czegoś przydać.
— Gdzie postawić? — zwrócił się do Arii, zatrzymawszy się tuż obok niej. Podejrzewał, że tutaj wszystko miało przypisane konkretne miejsce, dlatego wolał wystąpić o wskazówki, niż rozkładać te sztalugi gdziekolwiek czy po swojemu.
Rowan Johnson 👮🚔
szeryf, na pewno też od iluś boleści
To śmieszne, ale na swój sposób stresował się wizją pierwszego dnia w nowej pracy. Czuł coś na kształt podenerwowania i ekscytacji. Kiedy przeprowadził się do Mariesville, jego główne zmartwienie stanowiło znalezienie sobie posady w pobliżu. Przez niewielką liczbę mieszkańców miasteczka możliwości były ograniczone, nie mógł wybrzydzać, zwłaszcza, że większość pieniędzy zainwestował w zakup domu. Prawdę mówiąc nie spodziewał się tak szybkiego zaproszenia na rozmowę o pracę w lokalnej galerii sztuki, ale mimo zaskoczenia przystał na zaproponowany termin. Mimo spięcia najwyraźniej zrobił dobre wrażenie, bo już po tygodniu podjęto pozytywną decyzję o jego zatrudnieniu.
OdpowiedzUsuńPóźniej pojawił się w biurze tylko raz, by poczciwa pani Higgins, która przechodziła na emeryturę, przekazała mu swoje obowiązki. W biurze wszystko miało swoje miejsce, dokumenty przechowywała w plastikowych koszulkach, w opisanych segregatorach, pieczołowicie dbała o porządek. Musiała kochać to miejsce. Najlepiej przemawiał o tym fakt, że poświęciła mu ostatnie trzy dekady swojego życia. Może podświadomie obawiał się, że nie dorówna jej standardom, przez to, że poprzeczka została zawieszona dość wysoko?
Westchnął, głęboko nabierając do płuc chłodnego powietrza. Stał teraz przed wejściem do galerii sztuki, gotów do naciśnięcia zimnej, metalowej klamki. Daleko, gdzieś po drugiej stronie ulicy, zaszurała miotła na chodniku. Metalowy kosz na śmieci zaskrzypiał, gdy ktoś go przesunął. Drzwi samochodu na pobliskim parkingu zamknęły się głucho, a chwilę później silnik zawarczał i oddalił się w spokojnym tempie.
Nie było tu pośpiechu.
To była jedna z pierwszych rzeczy, które zauważył po przyjeździe do Mariesville, ten spokojny, powolny rytm życia. W dużym mieście dźwięki nakładały się na siebie, walczyły o przestrzeń, tworząc chaotyczny, trudny do zinterpretowania chór. Tutaj każdy odgłos zdawał się mieć własną przestrzeń i znaczenie.
Popchnął ciężkie drzwi, po czym przekroczył próg, tym razem mając już na uwadze, że ten się tam znajduje. Otworzyły się z miękkim skrzypnięciem zawiasów, witając go zapachem starego drewna, farby i czegoś jeszcze, czego nie potrafił do końca nazwać. Sosnowa, trochę żywiczna woń łaskotała go w nos. Terpentyna?
UsuńOdpowiedział zdawkowo na powitanie ochroniarza. Następnie niespiesznym krokiem ruszył prosto, podążając trasą, którą Hazel już rozpoznawał. Wyjął klucz, gdy stanęli przed biurem. Na plakietce wciąż widniało jeszcze nazwisko jego poprzedniczki, ale dyrektor poinformował go o tym, że za kilka dni powinna zostać zaktualizowana. Machnął wtedy tylko ręką z uśmiechem, rzucając żartobliwie, że to dla niego żaden problem, w końcu i tak jej nie widzi.
Wszedł do środka, starając przypomnieć i zwizualizować sobie układ pomieszczenia. Naprzeciwko stało biurko z ciemnego drewna, porządne, prawdopodobnie stare, po renowacji, na którym postawiono komputer. Na grubym, lakierowanym blacie dało się wyczuć kilka rys i wgnieceń, których nie dało się uniknąć po latach intensywnego użytkowania. Tuż za nim znajdował się czarny fotel obrotowy, na którym mężczyzna powiesił swoją skórzaną kurtkę. Całą lewą ścianę zajmowała szafa zapełniona segregatorami. Z prawej strony stała tylko niewielka szafka, na której postawiono drukarkę, a tuż pod nią niszczarkę. Na półkach piętrzyły się ryzy papieru oraz zapasy akcesoriów biurowych.
Nick ominął biurko i dotknął ciężkich zasłon, by odsłonić okno. Listopadowe słońce nie dawało zbyt wiele światła ani ciepła, ale musiał to zrobić, żeby uchylić okno, wpuścić trochę świeżego powietrza. Właśnie wtedy usłyszał pukanie do drzwi.
— Proszę — zawołał, odruchowo odwracając twarz w tamtym kierunku, mimo że tylko Hazel mógł zobaczyć kto złożył im tę niezapowiedzianą wizytę.
Nick M.