10.03.2026

[KP] Aria Kennedy


ARIA KENNEDY
══✦══✦══✦══
ur. 12.06.1995 r., Mariesville ✦✦✦ to dziwadło od Kennedych; córka Leona, emerytowanego detektywa, oraz Rose, wciąż pracującej pielęgniarki ✦✦✦ bielactwo ✦✦✦ heterochromia: lewe oko brązowe, prawe niebieskie ✦✦✦ ponadprzeciętny talent artystyczny; obsesyjnie rysowała kwiaty, zwierzęta i oczy – dziś jest znana z charakterystycznych, onirycznych prac, w których botanika, zwierzęca symbolika i hipnotyzujące, ludzkie spojrzenia tworzą jedność ✦✦✦ opuściła Mariesville po liceum i przeniosła się do Providence, by studiować malarstwo na Rhode Island School of Design ✦✦✦ malarka; specjalizuje się w malarstwie figuratywnym i symboliczno-botanicznym, aktywnie sprzedaje swoje prace, a jej obrazy trafiają zarówno do prywatnych kolekcji, jak i kameralnych galerii w tej części kraju ✦✦✦ wróciła do Mariesville dwa lata temu; mieszka u rodziców w Applewood Grove, przynajmniej do momentu, w którym zdecyduje się w końcu kupić coś własnego ✦✦✦ kuratorka wystaw w Mariesville Art Gallery ✦✦✦ wolontariuszka udzielająca się w Mariesville Community Center – od pół roku organizuje zajęcia plastyczne dla mieszkańców (niezależnie od wieku), a co trzy miesiące wystawia swoje prace, a zysk ze sprzedaży przekazuje organizacjom społecznym działającym w Mariesville ✦✦✦ Aktywiści Społeczni ✦✦✦ prywatnie miłośniczka kwiatów i roślin wszelakich, fanka słodyczy i true crime ✦✦✦ uwielbia tańczyć, rzucać osobliwymi ciekawostkami i spędzać czas w ogrodzie ✦✦✦ relacje ✦✦✦ ...

𝕴 𝖋𝖊𝖊𝖑 𝖞𝖔𝖚𝖗 𝖇𝖗𝖊𝖆𝖙𝖍, 𝖚𝖕𝖔𝖓 𝖒𝖞 𝖓𝖊𝖈𝖐
𝕴 𝖍𝖊𝖆𝖗 𝖞𝖔𝖚𝖗 𝖍𝖊𝖆𝖗𝖙-𝖇𝖊𝖆𝖙 𝖎𝖓 𝖒𝖞 𝖘𝖔𝖚𝖑...


Urodziła się w kochającej rodzinie, w której zawsze coś się działo, mimo że miała tylko mamę i tatę. Mamę, która tańczyła przy kuchence, śpiewała stare hity z radia i ganiała się z nią po ogrodzie, i tatę – może zapracowanego, ale takiego, który zawsze znajdował czas, aby obejrzeć jej prace i wypić herbatkę podczas kameralnego przyjęcia z pluszakami.
Nie była normalnym dzieckiem. Urodziła się z białymi włosami, które mieszały się z czarnymi, tymi po ojcu, z dziwacznymi oczami, tak różnymi od siebie, i nie zapłakała od razu. Do 6. roku życia nie wypowiedziała ani jednego słowa, ale lekarz zapewniał, że wszystko jest z nią w porządku – była może trochę dziwna, nieco zbyt mechaniczna w swoich reakcjach, ale za to bardzo spostrzegawcza, logiczna i szczera.
Od samego początku się wyróżniała. W Mariesville, gdzie wszyscy wszystkich znają, jej jasna twarz, biel włosów i spojrzenie złożone z dwóch różnych kolorów oczu przyciągały najczęściej niechcianą uwagę. Dla jednych była osobliwie śliczna, dla innych po prostu dziwna. Niekiedy słyszała szepty i śmiechy, wyłapywała przeciągłe spojrzenia. Nie zapraszano jej wszędzie, nie zawsze chciano z nią rozmawiać. Aria długo nie rozumiała zasad, według których decydowano, kto jest wystarczająco normalny, aby móc usiąść przy tym konkretnym, zawsze głośnym stoliku w szkolnej stołówce. Z czasem po prostu przestała próbować.
Zanim zaczęła mówić, nauczyła się rysować. Najpierw palcem po zaparowanej szybie, potem kredą po schodkach przed domem, ołówkiem po kartkach, książkach i gazetach ojca, a nawet po ścianach. Rysowała wszędzie, gdzie tylko się dało. Kwiaty, zwierzęta i oczy wracały do niej nieustannie – te same motywy, szkicowane w kółko, coraz dokładniej, coraz pewniej.
Pierwsze prawdziwe płótno dostała od ojca. Wrócił któregoś dnia do domu z prostą sztalugą, zestawem farb i naciągniętym na blejtram płótnem. Od tamtej pory płótna zaczęły pojawiać się jedno po drugim, zagracając jej pokój; oparte o ściany, wsunięte pod łóżko, ustawione przy komodzie, pachniały farbą, drewnem i terpentyną. Aria malowała uparcie i bez wytchnienia, a czas przy sztaludze płynął dla niej inaczej – potrafiła spędzić godziny nad zaledwie jednym spojrzeniem, cieniem czy detalem: płatkiem, źrenicą, linią zwierzęcego grzbietu. Ostatecznie zawsze chodziło o to, aby pokazać innym, jak postrzega świat swoimi dwukolorowymi oczami.
fragment wywiadu dla „Providence Arts Review”

Nathaniel Ashford: W obrazach bardzo często wracasz do tych samych motywów: kwiatów, zwierząt i oczu. Dlaczego właśnie one?
Aria Kennedy: Myślę, że to dlatego, że kwiaty nie próbują być niczym więcej, niż są. Zwierzęta też nie. A oczy... oczy zwykle mówią więcej, niż ludzie chcieliby powiedzieć. (...)
N.A.: Porozmawiajmy chwilę o twoim życiu poza sztuką. Jaka jest Aria Kennedy prywatnie?
A.K.: Myślę, że prywatnie jestem o wiele nudniejsza, niż ktokolwiek przypuszcza. Lubię rzeczy, które da się przewidzieć, i ludzi, przy których nie trzeba zbyt wiele udawać.
N.A.: Jesteś obecna w swojej sztuce bardzo wyraźnie, a jednocześnie prawie nic nie wiadomo o twoim życiu osobistym czy miłosnym. To świadomy wybór?
A.K.: Moja sztuka jest do oglądania, podziwiania, kupienia, ale moje relacje... nigdy nie były częścią żadnej z wystaw. W ten sposób chronię nie tylko siebie, ale też moich bliskich.

KILKA SŁÓW ODE MNIE
twarzyczka: Amina Ependieva, w karcie: Leon Scott Kennedy, Borislav Slavov, arty z Pinteresta – jak poklikacie, to znajdziecie kilka filmików ze śliczną Aminą!
No hej! Aria pojawiła się tutaj w przypływie weny i chęci spróbowania pisania w innym klimacie niż fantasy, sooł… jesteśmy! Kennedy jest nieco specyficzna, ma o wiele za dużo ciekawostek do opowiedzenia i najpewniej zawsze jest gdzieś brudna od farby... ale ogólnie to się polecamy, przygarniemy wszystko i łatwo się z nami dogadać! 💙🤎
PS. Chyba mogą się pojawić tutaj treści dla dorosłych... 🤭
📩 Złapać mnie można mailowo: ayliri.lunah@gmail.com.

85 komentarzy:

  1. [Podglądałam! I niczego nie żałuję! ❤️ Piękna postać, już pomijając wizerunek, który ma klimat, jest to kobietka pełna wdzięku i takiej miękkości, która koi. Nie rozumiem, czemu na szkolnej stołówce nie rezerwowano jej miejsc i nie bito się o jej uwagę! Jest wspaniała, a ta jej wrażliwość mnie w całości kupuje!
    Udanej zabawy dla Was, jestem pewna że ekscytujących historii Wam nie zabraknie! Gdybyście chciały urządzić w małym pensjonacie jakąś artystyczną imprezkę, zapraszamy! 😊]

    Abigail

    OdpowiedzUsuń
  2. [Leon Kennedy, huh? Cieszę się, że to nie jest przypadkowa zbieżność nazwisk. RE9 dopiero czeka na ogranie, ale najpierw muszę skończyć Kingdom Come Deliverance II 😅

    Tak się składa, że nasza dwójka pracuje w tym samym miejscu, więc jeśli będziecie miały ochotę, to proponujemy wspólny wątek 😏]

    Nicholas M.

    OdpowiedzUsuń
  3. [Jest piękna, ale zakładam, że właśnie na etapie edukacji w lokalnej szkole musiała się sporo nasłuchać na temat swojego wyglądu, bo przecież dzieciaki średnio akceptują to, co inne. ;-) Mam jednak nadzieję, że teraz rozpiszesz nią tutaj takie historie, które tylko uwydatnią jej wartość i piękno, które w sobie nosi. ♥]

    Mia Whitaker 🌻

    OdpowiedzUsuń
  4. [A tu jak zawsze – pięknie, bajkowo i wyjątkowo. I ta cudowna relacja rodzinna, aż miło jest poczytać! Ty wiesz, że ja lubię te Twoje przekochane dziwadełka i cieszę się, że zechciałaś przetestować swoją wyobraźnię w tym zwykłym, ludzkim, choć nie zawsze szarym świecie! Niech się Aria brudzi, my zetrzemy farbę skąd będzie trzeba 😈 Baw się dobrze i wątków sobie nie żałuj! 💙🤎]

    Rowan Johnson
    & Tanner Morgan

    OdpowiedzUsuń
  5. Jego dzień był równie powtarzalny, ale rutyna była nieodłączną częścią tej małej mieściny, w której emocji dostarczały głównie sąsiedzkie niesnaski, albo walka z szopami przewracającymi śmietniki, ewentualnie szarpanina w lokalnym barze podczas meczów futbolu. Do tej powtarzalności z początku bardzo trudno było mu wrócić, bo po latach spędzonych w jednostce specjalnej, gdzie każdy dzień mógł skończyć się wyważaniem drzwi, pościgiem albo operacją, która wymagała pełnej koncentracji i gotowości na najgorsze, ta senna monotonia małego miasteczka wydawała się po prostu dziwna. Ale była to zaledwie kwestia przyzwyczajenia się i osadzenia na nowo w rzeczywistości, w której niewiele się dzieje. Spędził tutaj całe swoje życie, więc nie wkraczał w nowe, a jedynie aktualizował stare. Wiele twarzy wciąż było tych samych, zmieniły się tylko okoliczności – i on sam, o czym wiedziała akurat większość tutejszych mieszkańców, bo jego sprawa była głośna, nawet jeśli starał się robić wszystko, by nie wracać do niej ani w rozmowach, ani we własnych myślach. W małej mieścinie takie rzeczy jednak żyły własnym życiem, krążyły od domu do domu i z czasem obrastały w samozwańcze szczegóły, które nie zawsze miały coś wspólnego z prawdą. Dlatego najłatwiej było po prostu robić swoje i pozwolić, żeby ludzie w końcu zajęli się czymś innym.
    Jednak bez względu na wszystko, był temu miejscu wdzięczny za wiele rzeczy. Ono go ukształtowało, nauczyło cierpliwości, uporu i tego, że nie zawsze trzeba radzić sobie ze wszystkim w pojedynkę. Tutaj dorastał, tutaj po raz pierwszy nauczył się, jak wygląda odpowiedzialność i jak łatwo można ją stracić, robiąc jeden głupi błąd. W tym miejscu dostał kolejną szansę na to, by służyć i dalej nosić mundur, który przez piętnaście lat służby zdążył wręcz scalić się z jego ciałem i osobowością. Szeryfowanie było czymś zupełnie innym niż służba w jednostce specjalnej, a w pewnym sensie było może nawet trudniejsze, bo tutaj za każdym zgłoszeniem stał ktoś, kogo znało się z widzenia, z dawnych lat, ze szkoły albo z ulicy, przy której dorastało. W takich okolicznościach dużo trudniej było udawać, że wszystko jest tylko kolejną sprawą do odhaczenia w raporcie, ale mimo to zawsze udawało mu się zachować ten obiektywizm, chociaż były też przypadki, gdy przymykał oko i tylko groźnie kiwał palcem. W tej pracy starał się być przede wszystkim człowiekiem, a nie kodeksem karnym z setką paragrafów i maszynką do wystawiania mandatów, a skoro został wybrany na następną kadencję, to najwidoczniej spora część mieszkańców była z niego zadowolona. Służył przede wszystkim ludziom, bo Mariesville było miejscem, które nigdy nie przestało być jego domem, nawet jeśli obowiązki na jakiś czas wyrzucały go gdzieś dalej. Mariesville dało mu życie, za to na ulicach Atlanty to życie prawie stracił, ale to i tak było niczym w porównaniu do tego, że w tym samym mieście życie straciła kobieta, której oddał dużą część swojego serca. Że w zamian za tę stratę sam pozbawił kogoś życia z zimną krwią i nawet się przy tym nie zająknął. Akurat to jedno zdarzenie nie definiowało go jako człowieka, tym bardziej, że wszystko to, co wydarzyło się wtedy w przydomowym schronie w Mechanicsville w Atlancie, było związane z prowadzoną operacją policyjną, ale zasady moralne nakazywały doprowadzać do sprawiedliwości poprzez prawo, a nie poprzez samosądy. Sytuacja zmusiła go jednak do tego drugiego. I nie żałował, bo człowiek, którego sprzątnął, nie przysłużył się światu w żaden sposób, a wręcz przeciwnie – dla niektórych ludzi uczynił ten świat piekłem.
    Tamte wydarzenia zostały jednak daleko za nim, bo był to rozdział, do którego nie było sensu wracać częściej, niż wymagała tego pamięć. Życie w Mariesville toczyło się dalej swoim sielankowym rytmem, dlatego przechadzał się teraz wśród festiwalowych dekoracji, nadzorując porządek. Albo jego brak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zmrużył lekko oczy, obserwując z oddali Noaha, który leniwie opierał się o samochód i Arię, która z lekkim niezadowoleniem ściągała sztalugi z paki pickupa i lekko wspinała się przy tym na palcach, żeby równoważyć ciężar. Nie słyszał o czym rozmawiali, ale szybko wywnioskował, że rozchodziło się tam o jakąś opieszałość.
      Podszedł więc do nich z dłońmi splecionymi za plecami i obrzucił sylwetkę Noaha oceniającym spojrzeniem, kiedy się odezwał. To akurat prawda, że jego obecność nie była zaskoczeniem, bo bywał na wszystkich tego typu wydarzeniach, prawie zawsze w tej samej służbowej roli co teraz, czyli w mundurze, ciężkich butach i z trzeszczącym radiotelefonem przy piersi.
      — Dzień dobry — odpowiedział, przyglądając się Arii, która zaraz odmaszerowała ze sztalugą w dłoniach, po czym wrócił spojrzeniem do Noaha. — Gdzie twoje maniery, Blount? Będziesz stał i patrzył, jak dziewczyna sama dźwiga ciężkie rzeczy? — Pokręcił głową, a potem sięgnął po dwie sztalugi i ruszył w ślad za Arią, która ustawiała je w odpowiednim miejscu. Skoro już tutaj był, a na razie wciąż trwały przygotowania, to mógł się do czegoś przydać.
      — Gdzie postawić? — zwrócił się do Arii, zatrzymawszy się tuż obok niej. Podejrzewał, że tutaj wszystko miało przypisane konkretne miejsce, dlatego wolał wystąpić o wskazówki, niż rozkładać te sztalugi gdziekolwiek czy po swojemu.

      Rowan Johnson 👮🚔
      szeryf, na pewno też od iluś boleści

      Usuń
  6. To śmieszne, ale na swój sposób stresował się wizją pierwszego dnia w nowej pracy. Czuł coś na kształt podenerwowania i ekscytacji. Kiedy przeprowadził się do Mariesville, jego główne zmartwienie stanowiło znalezienie sobie posady w pobliżu. Przez niewielką liczbę mieszkańców miasteczka możliwości były ograniczone, nie mógł wybrzydzać, zwłaszcza, że większość pieniędzy zainwestował w zakup domu. Prawdę mówiąc nie spodziewał się tak szybkiego zaproszenia na rozmowę o pracę w lokalnej galerii sztuki, ale mimo zaskoczenia przystał na zaproponowany termin. Mimo spięcia najwyraźniej zrobił dobre wrażenie, bo już po tygodniu podjęto pozytywną decyzję o jego zatrudnieniu.

    Później pojawił się w biurze tylko raz, by poczciwa pani Higgins, która przechodziła na emeryturę, przekazała mu swoje obowiązki. W biurze wszystko miało swoje miejsce, dokumenty przechowywała w plastikowych koszulkach, w opisanych segregatorach, pieczołowicie dbała o porządek. Musiała kochać to miejsce. Najlepiej przemawiał o tym fakt, że poświęciła mu ostatnie trzy dekady swojego życia. Może podświadomie obawiał się, że nie dorówna jej standardom, przez to, że poprzeczka została zawieszona dość wysoko?

    Westchnął, głęboko nabierając do płuc chłodnego powietrza. Stał teraz przed wejściem do galerii sztuki, gotów do naciśnięcia zimnej, metalowej klamki. Daleko, gdzieś po drugiej stronie ulicy, zaszurała miotła na chodniku. Metalowy kosz na śmieci zaskrzypiał, gdy ktoś go przesunął. Drzwi samochodu na pobliskim parkingu zamknęły się głucho, a chwilę później silnik zawarczał i oddalił się w spokojnym tempie.

    Nie było tu pośpiechu.

    To była jedna z pierwszych rzeczy, które zauważył po przyjeździe do Mariesville, ten spokojny, powolny rytm życia. W dużym mieście dźwięki nakładały się na siebie, walczyły o przestrzeń, tworząc chaotyczny, trudny do zinterpretowania chór. Tutaj każdy odgłos zdawał się mieć własną przestrzeń i znaczenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Popchnął ciężkie drzwi, po czym przekroczył próg, tym razem mając już na uwadze, że ten się tam znajduje. Otworzyły się z miękkim skrzypnięciem zawiasów, witając go zapachem starego drewna, farby i czegoś jeszcze, czego nie potrafił do końca nazwać. Sosnowa, trochę żywiczna woń łaskotała go w nos. Terpentyna?

      Odpowiedział zdawkowo na powitanie ochroniarza. Następnie niespiesznym krokiem ruszył prosto, podążając trasą, którą Hazel już rozpoznawał. Wyjął klucz, gdy stanęli przed biurem. Na plakietce wciąż widniało jeszcze nazwisko jego poprzedniczki, ale dyrektor poinformował go o tym, że za kilka dni powinna zostać zaktualizowana. Machnął wtedy tylko ręką z uśmiechem, rzucając żartobliwie, że to dla niego żaden problem, w końcu i tak jej nie widzi.

      Wszedł do środka, starając przypomnieć i zwizualizować sobie układ pomieszczenia. Naprzeciwko stało biurko z ciemnego drewna, porządne, prawdopodobnie stare, po renowacji, na którym postawiono komputer. Na grubym, lakierowanym blacie dało się wyczuć kilka rys i wgnieceń, których nie dało się uniknąć po latach intensywnego użytkowania. Tuż za nim znajdował się czarny fotel obrotowy, na którym mężczyzna powiesił swoją skórzaną kurtkę. Całą lewą ścianę zajmowała szafa zapełniona segregatorami. Z prawej strony stała tylko niewielka szafka, na której postawiono drukarkę, a tuż pod nią niszczarkę. Na półkach piętrzyły się ryzy papieru oraz zapasy akcesoriów biurowych.

      Nick ominął biurko i dotknął ciężkich zasłon, by odsłonić okno. Listopadowe słońce nie dawało zbyt wiele światła ani ciepła, ale musiał to zrobić, żeby uchylić okno, wpuścić trochę świeżego powietrza. Właśnie wtedy usłyszał pukanie do drzwi.

      — Proszę — zawołał, odruchowo odwracając twarz w tamtym kierunku, mimo że tylko Hazel mógł zobaczyć kto złożył im tę niezapowiedzianą wizytę.

      Nick M.

      Usuń
  7. Gdyby mu powiedziała, że woli zrobić to sama, wtedy na pewno nie wcinałby się w tę robotę, ale póki nic takiego nie padło, zwykła kultura wymagała, żeby pomóc, zwłaszcza gdy ktoś próbował sam taszczyć coś ciężkiego lub niezbyt wygodnego. Co prawda, on już dawno odkleił się od idealnego obrazka rodziny Johnsonów, ale skoro był synem byłego burmistrza a aktualnego senatora i kobiety, która prawo pokochała bardziej, niż cokolwiek innego na świecie, to jasne, że od najmłodszych lat wpajano mu wszystkie zasady, które składały się na dobre wychowanie. Nawet jeśli z czasem przestał się do nich stosować w każdej dziedzinie życia, niektóre rzeczy wciąż miał w sobie tak głęboko zakorzenione, że działały odruchowo. Dlatego bez pytania wziął i zataszczył te sztalugi, stawiając je dokładnie w to miejsce, które Aria wskazała jako docelowe. Upewnił się jeszcze, czy stoją stabilnie i dobrze znoszą opór na tym podłożu, a potem odsunął się na kilka kroków, bo zainteresowanych wcale nie brakowało. Aż zaskakujące, że mieli tu tylu kreatywnych mieszkańców. Co niektórym, których tego dnia widział po raz pierwszy, kiwał lekko głową na przywitanie, a kiedy Aria zaczęła mówić, przeniósł na nią spojrzenie. I raptem zmarszczył brwi, bo przecież nie miał z tą inicjatywą nic wspólnego, poza tym, że w ramach fizycznego wsparcia, porozstawiał tylko sztalugi. W jej ustach zabrzmiało to tak, jakby był co najmniej drugim mózgiem operacyjnym tych warsztatów, a w rzeczywistości dopiero, co przyszedł, a o malarstwie nie miał zielonego pojęcia. To znaczy potrafił coś tam nabazgrać, ale ciężko nazwać to choćby namiastką talentu. Chyba, że mowa o malowaniu drewna na tarasie lub ścian – z tym rodzajem malowania szło mu doskonale, jak z każdą przydomową robotą. Oprócz pielęgnowania ogrodu, bo dla dobra wszystkich krzaczków i krzewów o ten rewir na jego posiadłości od wielu lat dbał lokalny ogrodnik, pan Owens.
    Popatrzył, jak po instruktażu Arii zainteresowani wybrali sobie sztalugi, a część z nich zaczęła z zaciekawieniem oglądać farby i malarskie przybory. Niektórzy wiedzieli, o co chodzi z tymi wszystkimi manatkami, ale byli też tacy, którym wyjaśnienia Arii bardzo się przydały, żeby w ogóle zrozumieć od czego zacząć i czego nie robić, żeby nie spieprzyć swojego przyszłego dzieła. Wszyscy wydawali się bardzo skupieni, mimo że była to jedynie zabawa, która miała umilić czas we wspólnym gronie. Zgrana społeczność od zawsze była znakiem rozpoznawczym tego miejsca, a cykliczne festiwale były zwieńczeniem wszystkich trudów, czy to farmerów, którzy dbali o spożywcze zaplecze, czy małych przedsiębiorców, którzy dostarczali mieszkańcom samych dobroci. Oczywiście, były też minusy takiego zżycia, bo plotki rozchodziły się tutaj lotem błyskawicy, a zachowanie prywatności czasami graniczyło z cudem. Łatwo nie mieli też nowoprzybyli, którzy musieli wbić się w to hermetyczne grono ludzi znających się od lat, często od pokoleń. Dopiero z czasem, kiedy zdążyli pokazać się z dobrej strony i przetrwać pierwszą falę ciekawskich spojrzeń i szeptanych komentarzy, zaczynali powoli stawać się częścią tej układanki.
    Skierował uwagę na Arię, gdy podeszła, i skrzywił głowę, zaraz od ruchową kręcąc nią na boki.
    — Ale... — urwał w momencie, w którym został złapany za nadgarstek i pociągnięty w stronę sztalugi. Chciał powiedzieć, że nie może nazywać się organizatorem, i że na pewno nim nie jest, bo przyszedł, gdy wszystko było już na miejscu, tyle że jego gadanie nie miałoby chyba żadnego znaczenia dla Arii, która założyła, że jego udział w tym jest obowiązkowy i koniec. Teoretycznie mógł się wywinąć faktem, że był w pracy i powinien spacerować między ludźmi i czuwać nad ich bezpieczeństwem, ale w praktyce to teraz w otoczeniu nie działo się nic szczególnego, co wymagałoby jego obecności. Chwila przy sztaludze też nie wpłynie na ocenę jego pracy, bo musiałby wystawić ją sobie sam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przejął od niej pędzel, najpierw w całą pięść, później w dwa palce, później w trzy, a w końcu tak, jak mu wskazała choć robił to nieporadnie i w pewnym momencie prawie upuściłby ten pędzel. W międzyczasie zerknął tylko na swoje dłonie, doszukując się tej ładności, która może znajdowała się w kilku odciskach po ich wewnętrznej stronie, a może w szorstkiej fakturze skóry. Cholera wie, ale w życiu nie powiedziałby, że są ładne.
      — Tak? A ja mam wrażenie, że zaraz wystrzeli mi z tych palców i kogoś zabije — stwierdził, patrząc na to ułożenie z lekkim grymasem. A kiedy w końcu udało się odpowiednio osadzić pędzel w dłoni, posłał Arii krótki uśmiech i spojrzał na resztę przyborów. Kubek z wodą tylko do płukania. Nie mieszać zbyt wielu farb, bo wyjdzie z tego brąz. Ręczniki papierowe są. No fajnie, chyba wiedział co i jak, więc cóż... Wsunął włosie pędzla w pojemnik z czarną farbą i odsunął się pół kroku od płótna, a potem przyłożył do niego pędzel i zaczął prowadzić pierwszą linię. Ponieważ miał wystrzelane co najmniej kilkaset godzin na strzelnicy, ręka wcale mu nie drżała, a pędzel prowadził linię zgodnie z jego wizją. Nie miał jednak talentu do tworzenia takich dzieł, dlatego zdecydował się na coś prostego i znanego sobie, a posłużył się pamięcią do malowania z liter lub cyfr. Namalował więc najpierw czarne, odwrócone S, a potem dokładał kolejne elementy. Dziobek, oko i piórko. Co jakiś czas moczył pędzel w czarnej farbie, a gdy skończył kontur, opłukał pędzel i poszedł po ręcznik papierowy. Odcisnął ostrożnie wodę z pędzla i po chwili wsunął go w pojemnik z żółtą farbą. Gdy wypełnił kolorem pierwszy element, powtórzył płukanie i zrobił to samo z pomarańczowym, a potem z niebieskim kolorem. Jego kaczuszka była skończona dość szybko, ale nie była zbyt wymagająca. Nie wyszła wprawdzie tak idealnie, jak rysowana ołówkiem, ale było chyba nawet trochę lepiej niż w pracach u uczniów podstawówki.
      Spojrzał na Arię, zakładając, że ona również coś malowała, skoro wepchnęła w to organizatorów sztalug, a sama też takową organizatorką tutaj była.
      — Pani kuratorko, czy to można uznać za zaliczone? — upewnił się, nie ściągając na razie płótna ze sztalugi. Wyczyścił już jednak pędzel z ostatniego koloru i właśnie lekko odciskał włosie w kawałek papierowego ręcznika.

      Rowan Johnson
      i jego kaczuszkowy talent

      Usuń
  8. Przez twarz Nicholasa również przemknął wyraz zaskoczenia. Nie spodziewał się usłyszeć znajomego głosu. Choć był okres w jego życiu, kiedy z Arią spotykał się całkiem regularnie podczas różnych eventów takich jak wernisaże, wystawy, imprezy dobroczynne. Dobrze dyskutowało mu się z nią na temat sztuki. Moore doceniał wiedzę młodej artystki. Imponowała mężczyźnie swoimi zdolnościami malarskimi. Z nieukrywanym zachwytem podziwiał najnowsze prace panny Kennedy. To, w jaki sposób potrafiła przedstawić naturę na swoich obrazach, naprawdę robiło na nim wrażenie i pozostawiało niedosyt. Kiedy raz zobaczyło się tę twórczość - tak dopracowaną, idealnie odwzorowującą realne obiekty, zarazem mającą w sobie coś niemal bajkowego, zaskakującego w detalach - od razu zapadała w pamięć.

    Zresztą, bądźmy szczerzy, nie tylko obrazy Arii przyciągały uwagę. Doskonale pamiętał jak wyglądała. Choć minęło trochę czasu od ich ostatniego spotkania, wciąż potrafił odtworzyć w wyobraźni wygląd młodej kobiety. Zakładał, że nie zmieniła się zanadto. Heterochromia i bielactwo, wyjątkowe połączenie, wobec którego nie dało się przejść obojętnie. Jeśli Nick dobrze pamiętał, to pierwszy raz ujrzał zdjęcie Arii w gazecie, tuż nad wywiadem, którego udzieliła w czasopiśmie. Zaciekawiła go nie tylko swoją prezencją, ale przede wszystkim intrygującym spojrzeniem na sztukę.

    Nicholas dawniej również malował, jednak jego prace miały kompletnie inną tematykę i charakter. Większość z nich z powodzeniem mogła wywoływać w odbiorcy dyskomfort oraz ukłucie trudnego do wyjaśnienia niepokoju. Ich atmosfera przytłaczała, kryło się w nich coś ponurego. Często żeby dostrzec ich znaczenie trzeba było uważnie im się przyjrzeć, niekiedy z innej perspektywy lub przy pomocy lustra. Moore lubił bawić się symboliką, ukrywać ją tak, by tylko wprawne oko wiedziało gdzie ją znaleźć. Tworzył dla osób obdarzonych pewną wrażliwością na sztukę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jego prace nie trafiały do każdego, miał tego świadomość, ale absolutnie nie zabiegał o większe grono odbiorców. Prawdziwa ironia losu, że osoba, która przedstawiała na swoich obrazach mrok, teraz obracała się w nim na co dzień, teraz już nie tylko w przenośni, ale całkiem dosłownie.

      — Panna Kennedy — mruknął, uśmiechając się na dźwięk jej głosu. Choć oczy miał zwrócone w jej kierunku, niewidzące spojrzenie było utkwione w bliżej nieokreślony punkt nad głową Arii.

      Niektórych peszyło to, że Nick wodził za nimi oczami. Mimo utraty wzroku wciąż mógł poruszać gałkami ocznymi, jego tęczówki zachowały swój naturalny kolor, nie były schowane za żadną mleczną poświatą, z czym zwykle kojarzyła się ślepota przez to, jak pokazywano ją w mediach. Jak twierdzili lekarze, z oczami Moore’a było wszystko w porządku, problem leżał w uszkodzonym nerwie wzrokowym. Na ten moment medycyna pozostawała bezsilna, nie istniały dla takich przypadków jak on żadne metody leczenia.

      — Cóż, powiedzmy, że potrzebowałem spokojnej przystani — stwierdził. Wcale nie skłamał, mówiąc to. Mariesville miało stać się jego azylem, chociaż obawiał się na jak długo tak pozostanie. Szczerze wątpił w efekty resocjalizacji. Uważał, że część ludzi była niereformowalna, niezależnie od ilości programów, rozmów z wychowawcami, terapii i projektów, na co składały się tysiące dolarów podatników, jakie przeznaczano co roku na ten cel. Jeśli ktoś będzie chciał popełnić przestępstwo po wyjściu z więzienia, to żadne coachingowe gadki tego nie zmienią. Niektórzy zwyczajnie nie powinni nigdy więcej wyjść na wolność i tak byłoby lepiej dla wszystkich.

      Powiedzenie tego głośno w dzisiejszych czasach mogło wydawać się nieodpowiednie i kontrowersyjne, ale Nick taki właśnie był. Zapytany o jakąś kwestię mówił to, co naprawdę myślał na dany temat. Nie każdemu taka brutalna szczerość odpowiadała, ale on sam uważał, że lepiej usłyszeć najgorszą prawdę od ładnie ubranego w słowa kłamstwa. Gdyby tylko posłuchał tych pięć lat temu tego, co powiedziała mu wtedy Aria… Miała rację, powinien jej wtedy posłuchać. Popełnił błąd, zostając w tamtym związku. Teraz nie pozostało mu jednak nic innego, niż ponieść konsekwencje swoich własnych decyzji.

      — Szpilki? Ależ się wystroiłaś. Tyle zamieszania z mojego powodu? — zażartował. — Na pewno oszałamiająco wyglądasz. — Zaraz jednak zapewnił poważnym tonem.

      Hazel wstał i lekko pociągnął go za sobą do przodu, ku Arii. Jego gruby ogon machał na boki jak wahadło metronomu, wybijając rytm o bok biurka. Labrador nie wydawał się być tym ani trochę przejęty. Wyglądał na podekscytowanego pojawieniem się nowej osoby i chciał się z nią przywitać na swój własny, psi sposób, czemu Nick nie zaoponował. Hazel należał do tej grupy zwierząt, które kochały wszystko i wszystkich. Kiedy musiał, umiał skupić się na pracy, ale cechował się bardzo przyjaznym, łagodnym charakterem.

      <><>

      Usuń
  9. Bianco lubował się w pięknie. W dojrzałych pąkach letnich kwiatów, uginających się lekko pod ciężarem pszczół. Mgle mlecznej jak zbrudzona kawa, gładko obmywającej szkaradne horyzonty istnień. W smaku ciepłego wieczoru i czerwieni niedoścignionej miłości. W chwilach, w których świat na moment zapominał o własnej brzydocie lub układał błyszczące mozaiki na ruinach własnych zgliszczy. I świetle, które potrafiło zatrzymać się na ludzkiej twarzy na kilka sekund, nim spłynęło po niej jak leniwa kropla wina. W ciszy płótna, tam gdzie farba wciąż pachniała olejem i cierpliwością artysty. Dłoniach ludzi, którzy potrafili tworzyć coś z niczego, choć świat uparcie przypominał im o własnej kruchości.
    Lubił piękno, które nie przepraszało za swoją obecność. Takie, które pojawiało się bez zapowiedzi – gdzieś w krzywym uśmiechu nieznajomej, w połysku mokrego bruku po burzy, w zbyt długim spojrzeniu rzuconym ponad kieliszkiem.
    Najpiękniejsze rzeczy zawsze zdawały się rodzić tam, gdzie coś chwilę wcześniej zdążyło się rozpaść.
    Mariesville nie było wyjątkiem, choć skutecznie kryło się pod fasadą podłej powinności. Bianco nie był tu z własnej woli, a dni ciążyły mu jak dojrzałe owoce na lichych gałęziach podstarzałych jabłoni.
    Choć mijały szybko, przepełnione wyliczeniami, kolejnymi próbami wyciągnięcia rodziny z kryzysu i krzykiem włoskiej matki, nie odnajdywał w nich iskry, która potrafiła nieść go przez każdą przeszkodę.
    Mariesville poruszało się wolniej niż jego cierpliwość. Ludzie mieli tu czas na rozmowy o pogodzie i plotkach, podczas gdy on liczył każdą godzinę jak kolejną stratę w bilansie firmy.
    Poranki zaczynały się zawsze tak samo. Od perfekcyjnie gorzkiej kawy i zbyt wielu liczb. Od sterty dokumentów, które rosły na drewnianym stole szybciej niż cierpliwość człowieka przyzwyczajonego do znacznie bardziej eleganckich problemów.
    Tu nawet błoto, które oblepiało jego buty było brudniejsze, a stukot biegu o tutejszy trakt walił ciężej niż splamione, włoskie serce.
    Niewiele łapał tu piękna. Wystawy w Mariesville Art Gallery zdawały się być jedyną możliwością, by przypomnieć sobie, że świat jeszcze potrafił tworzyć coś więcej niż klęski i mury. Miejscowi przychodzili tam częściej z ciekawości niż z potrzeby sztuki. Bianco przychodził z potrzeby przetrwania.
    Tego wieczoru znów jeden z obrazów przyciągnął jego uwagę bardziej niż reszta. Choć może nie był to wyłącznie obraz?
    Gdy jasna połać przesunęła się między obcymi ramionami, bez zawahania ruszył w jej kierunku. Bianco poruszał się z tą miękką pewnością siebie, którą nosili w sobie mężczyźni wychowani w słońcu. Wysoki, smukły, z ciemnymi włosami przygładzonymi niedbałym ruchem oliwkowej dłoni, zdawał się wnosić do galerii coś z rzymskiego wieczoru – zapach mocnej kawy, ognia i tej niebezpiecznej swobody, która zatrzymywała na nim spojrzenia na nieco dłużej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zatrzymał się nieopodal, opierając dłoń na kancie wysokiego stolika. Sygnet na jego palcu zaświecił lekko, a złota łuna odbiła się od kieliszka, który z wyuczoną lekkością kołysał w drugiej z dłoni. Zapach czerwonego wina unosił się intensywnie, i choć daleko było mu do Barolo, Bianco i tak trzymał kieliszek z tą samą elegancją, z jaką w Rzymie wznosił toasty znacznie droższym winem.
      – Buonasera, signorina Aria – przywitał się, gdy dwukolorowy obraz jej oczu spotkał jego ciepłe, ciemne spojrzenie. Przez jego twarz, ledwie smagniętą ciemnym zarostem przebiegł cień uśmiechu, jakby to spodziewane spotkanie podziałało na niego jak niespodziewana anomalia w starannie ułożonym planie wieczoru – Jak się bawię, pytasz? Jak widać, wracam tu zaskakująco często – zauważył lekko. – To chyba znak, że masz wyjątkowe oko do sztuki… nawet jeśli zupełnie nie masz go do mojej bardzo konkretnej wrażliwości.
      Uśmiechnął się już serdeczniej, a jego smagnięta słońcem twarz odsłoniła kilka bezwzględnych zmarszczek. Upił łyk wina i odstawił je tuż obok, by sprawnym ruchem poprawić kołnierzyk śnieżnobiałej koszuli, skrywanej pod bezczelnie drogim, czekoladowym garniturem.
      Przebiegł wzrokiem po obrazach, które tego wieczoru wywołały w nim szereg poszarzałych emocji. Surowe lasy i ciężkie, zielone doliny zdawały się nie przejmować obecnością człowieka – zupełnie inaczej niż pejzaże, które znał z południa Europy, gdzie nierzadko ludzie i ich emocje stanowiły sedno piękna.
      Pochylił się odrobinę bliżej stołu, jakby między obrazem a kobietą próbował znaleźć właściwy punkt równowagi.
      – Czy dziś również będziesz udawać, że nie wiesz, który z nich chcę zabrać do domu?


      Gustavo Bianco

      Usuń
  10. To prawda, że był mężczyzną z zasadami, ale prawdą jest też, że był mężczyzną, który nigdy nie próbował robić z siebie duszy towarzystwa ani otaczać się wianuszkiem przydupasów. Zawsze wolał trzymać się na uboczu, mówić tyle, ile trzeba i robić swoje, zamiast zbierać wokół siebie ludzi, którzy najczęściej pojawiają się tylko wtedy, gdy coś mogą na tym ugrać. Oczywiście był przy tym człowiekiem kulturalnym i nikomu nie odmawiał pomocy, bo bardzo poważnie podchodził do funkcji, którą tutaj sprawował, a osobiste niesnaski nie przekładały się na jego zachowanie, ale do własnego świata nie wpuszczał ludzi zbyt często. Były po prostu granice, które stawiał jasno i których pilnował tak samo konsekwentnie, jak wszystkiego innego w swoim życiu. I tak było zawsze, jednak kiedy jego serce rozsypało się na miliony kawałków, stało się to jeszcze bardziej wyraźne. To, co wcześniej było tylko naturalną częścią jego charakteru, teraz było świadomą decyzją, choć nie dlatego, że przestał wierzyć w innych, tylko dlatego, że dobrze wiedział, ile kosztuje zbieranie siebie z podłogi. Tego wolał po prostu uniknąć. Człowiek najczęściej uczy się na błędach. On częściej uczył się na cudzych, ale niektóre lekcje trzeba przeżyć na własnej skórze, żeby je zrozumieć, nawet jeśli kosztują więcej, niż ktokolwiek byłby gotów za nie zapłacić.
    Otwarcie przyznać jednak trzeba, że nie był znawcą sztuki. Z tym kierunkiem nigdy nie było mu po drodze, bo w Akademii Policyjnej akurat nikt nie uczył go rysunku w takim sensie, w jakim uczą się go artyści. Jego umiejętności w tym zakresie też skończyły swój rozwój na etapie podstawówki, więc na ten moment nie było go stać na coś innego, lepszego, co nie byłoby pokroju tej marnej kaczuszki usadowionej na szlaczkach, które odzwierciedlały wodę. Mimo wszystko potrafił docenić czyjś talent i doszukać się w tym czegoś więcej niż tylko kilku kresek na papierze. Nawet jeśli sam nie potrafiłby zrobić nic ponad prosty szkic, widział, kiedy ktoś naprawdę miał do tego rękę i kiedy w tym, co tworzył, było coś szczerego. Potrafił patrzeć na czyjąś pracę pod kątem emocji, które ktoś w nią włożył, dostrzec szczegóły, które bardzo często tworzyły w danej sztuce całość, a czasami były tylko małym niuansem, który dla postronnego oka mógł wydawać się nieistotny, a w rzeczywistości nadawał pracy charakter i sens. Nie znał się na technikach, tych wszystkich artystycznych frazach i nazwach, ale z interpretacją radził sobie całkiem nieźle. Nie potrzebował do tego fachowego słownictwa ani akademickiej wiedzy, bo zwykle wystarczało mu to, co widział i co w danej chwili czuł, patrząc na czyjąś pracę. Wychodził zresztą z założenia, że właśnie to było najuczciwszym sposobem odbioru sztuki. A jego kaczuszka faktycznie była pewna siebie. Siedziała na tej wodzie co najmniej tak, jakby była królową całego stawu i nie ważne, że wyglądała jak rysunek z elementarza.
    Kiedy Aria się zbliżyła, popatrzył na te wszystkie ślady po farbie, które dekorowały jej bladą skórę i jasny materiał odzieży. Było to trochę mimowolne, bo kolory bardzo z nią kontrastowały i nie dało się nie zwrócić na nie uwagi, ale jednocześnie dodawały jej uroku i ocieplały jej niezwykłą karnację. Przez chwilę wgapiał się w nią bez słowa, dopiero po paru sekundach orientując się, że robił to może troszkę zbyt długo. Wtedy drgnął z miejsca i pokiwał głową szybko, przypominając sobie, że padło pytanie, które wciąż czeka na odpowiedź.
    — Nie ma sprawy, niech idzie na licytację. Może jej pewność siebie komuś się udzieli — powiedział, spoglądając na to, jak Aria podpisywała obraz. Uśmiechnął krótko, gdy skończyła, a potem zdjął płótno ze sztalugi i przeniósł swoje dzieło do miejsca, w którym należało zostawiać prace do wyschnięcia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zastanawiał się przez chwilę, czy jeśli technicznie wszystko było dobrze, to czy nietechnicznie mógł to zjebać, ale mniejsza o to. Grunt, że może znajdzie się ktoś, kto zechce ją zlicytować, a kwota wpłynie na szczytny cel.
      — Czy twoja praca też weźmie udział w licytacji? — zapytał, podchodząc do sztalugi, na której stała jej praca. Zatrzymał wzrok na idealnym kształcie dłoni i precyzyjnie wykonanych cieniach. — Jest naprawdę ładna — przyznał, a przez jego twarz przebiegł szczery wyraz uznania. Mógł się domyślać, że Aria ze swoimi tytułami i zawodem nie narysuje tu kaczki z elementarza, ale zderzenie się z efektem jej talentu na żywo dawało zupełnie inne wrażenie niż sama świadomość, że ktoś jest w tym dobry. Patrząc na to, co tworzyła, łatwo było zrozumieć, że między jego kaczuszką a tym, co wychodziło spod jej ręki, rozciągała się przepaść. Wielka i bezkresna.
      — Dlaczego akurat róże i... piwonie? — dopytał przy okazji, splatając ramiona na wysokości torsu. Tak mu się wydawało, że te kwiaty, które namalowała, właśnie taką nazwę miały, ale jeśli się pomyli, to świat się przecież nie zawali.

      Rowan Johnson

      Usuń
  11. Dobrze czuł się w towarzystwie Arii, a rzadko mu to się zdarzało. Zwykle uchodził za samotnika, który stronił od tłumów, a jednak tamtego wieczoru kiedy się poznali podszedł do niej jako pierwszy z własnej nieprzymuszonej woli. Zagaił do niej właśnie tymi słowami. Panno Kennedy. Później często nazywał ją w ten sposób. Zwykle wtedy, kiedy chciał ją skarcić w żartach albo podkreślić, że jest od niej starszy. Choć dzieliło ich tylko sześć lat, to i tak lubił to traktować jako swoją kartę przetargową, kiedy przekomarzali się przy kieliszku wina. Poznając Nicka bliżej można było się przekonać na własnej skórze, że nie taki diabeł straszny jakim go malują. Choć tworzył mroczne, niepokojące prace, to w gruncie rzeczy umiał być całkiem sympatycznym facetem. Wystarczyło dać mu szansę, żeby się otworzył i zaprosił do swojego świata.

    Te wspólne rozmowy wiele mu dawały. Niekiedy przyłapywał się na tym, że kompletnie tracił przy niej poczucie czasu. Zaczynali od niewymuszonego small talku, płynnie przechodzili do wymiany najnowszych plotek, a później wplątywali się w wir wymiany przemyśleń i pomysłów, aż ni stąd ni zowąd nagle spostrzegał późną godzinę, ciemne niebo za oknem. Czasem dzięki ich rozmowom próbował nowej techniki, zmieniał koncepcję lub dostawał nagłego przypływu weny po dłuższym okresie twórczego nieurodzaju. Aria stanowiła dla niego duże wsparcie.

    Czemu więc nie powiadomił jej o tym, co się wydarzyło? Nagle z jego strony zapadła cisza. Wycofał się z życia towarzyskiego. Dopadła go depresja. Nie chciał jeść. Nie chciał z nikim rozmawiać, nawet psychiatrę odsyłał z kwitkiem, zamykając się w sobie, jakby milczenie stało się jego zbroją. Może to było wyparcie. Może zwyczajnie bał się zmierzyć z diagnozą. Na pewno to wszystko go przerosło, ale z jakiegoś powodu zdecydował, że chce przebrnąć przez to sam. Długo upierał się przy swoim, ale taki już był. Trudno go odwieść od tego, co sobie postanowił, zwłaszcza w przypadku wyborów życiowych.

    — Zapomniałem, że jest pani taka pyskata, panno Kennedy — wymruczał, zabawnie marszcząc przy tym nos.

    Nick sam nie należał do wysokich mężczyzn. Miał jakiś metr siedemdziesiąt sześć, więc statystycznie wypadał raczej przeciętnie, ale nigdy nie miał też z tego powodu kompleksów. Teraz tym bardziej nie zaprzątał sobie tym głowy. Prawdę mówiąc odkąd nie widział w lustrze własnego odbicia i nie wiedział czy (a jeśli tak, to tak bardzo) się zmienił, przestał tak mocno przykładać uwagę do swojego wyglądu. Oczywiście, dbał o higienę, ale nie robiło mu różnicy czy miał trzydniowy czy dwutygodniowy zarost. Jego włosy odrosły, co pozwoliło wydobyć ich naturalny skręt. Taka fryzura dodawała mu łagodnego wyrazu, wyglądał w niej korzystnie, choć czasem przeklinał pod nosem, usiłując rozczesywać splątane kosmyki. Poza tym nie zmienił się jednak zbyt mocno. Czas obchodził się z nim łaskawie i zdecydowanie to samo było można powiedzieć o Arii. Zgadywał, że tak było, nawet pomimo tego, że nie miał na to żadnych namacalnych dowodów. Ot, przeczucie artysty, który rysował wiele ludzkich portretów. Ciekawe czy wciąż pamiętał jej rysy na tyle dobrze, by móc je odtworzyć na płótnie lub kartce papieru.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kennedy miała rację, mówiąc, że w Mariesville panował spokój, może nawet zbyt duży. Pewnie dlatego pojawienie się nowego, niewidomego mieszkańca wzbudziło takie zainteresowanie za strony mieszkańców. W swoim poprzednim miejscu zamieszkania nawet nie znało się sąsiadów, chyba że ktoś wyjątkowo zapisał się w pamięci upierdliwym, irytującym zachowaniem. Poza tym lokatorzy często się zmieniali, ponieważ wiele mieszkań było wynajmowanych. Nick odniósł wrażenie, że tutaj sprawa wyglądała zgoła inaczej, a znacząca większość sąsiadów zasiedlała Mariesville od lat, może nawet od zawsze.

      — Nigdy nie wstydziłem się z tobą pokazać — oznajmił poważnym tonem, unosząc przy tym podbródek.

      W pierwszym odruchu chciał odmówić. W porę ugryzł się jednak w język i ostudził emocje. Nie mógł reagować tak obronnie, kiedy wcale nie zaistniała taka potrzeba. Aria nie miała wobec niego złych intencji, wiedział to na pewno. W końcu nigdy nie nadszarpnęła ich przyjaźni, czego nie mógł przecież powiedzieć o sobie. Zachował się wobec niej nie fair i do tej pory gryzło go przez to sumienie.

      — Cóż, nie wypada mi odmówić — odparł. — Hazel zresztą też nie pogardzi smaczkami — zapewnił. Jak chyba każdy labrador, Hazel uwielbiał dostawać smaczki. Nick nie potrafił jednak rozgryźć, czy chodziło o sam mechanizm otrzymywania pochwały, czy jednak wygrywało zwyczajne łakomstwo.

      🧑‍🦯🦮

      Usuń
  12. To dość ciekawe, zważywszy na to, że mieszka właściwie rzut beretem, a mimo to nie był w miejscowej galerii od dobrych kilku lat. Spędzał w pracy większość dnia, a że z tego miejsca rzadko kiedy spływały jakiekolwiek zgłoszenia, to zwyczajnie nie miał powodu, żeby tam zaglądać. Dopiero teraz, kiedy Aria o tym wspomniała, zdał sobie sprawę i przez moment pomyślał, że może kiedyś warto byłoby tam zajrzeć, choćby na chwilę przy okazji rutynowego patrolu, żeby odświeżyć sobie obraz tego miejsca. Pewnie weźmie to pod rozważanie, ale czy zdąży na wystawę – ciężko przewidzieć. Praca nigdy nie była dla niego tylko obowiązkiem, bo bardzo lubił to, co robił, i dawało mu to satysfakcję, której nie szukał nigdzie indziej. Każdy dzień miał swój porządek, swoje zadania i sens, a on odnajdywał się w tym bez większego wysiłku, dlatego czasami po prostu zatracał się w tym wszystkim na tyle, że godziny przestawały mieć znaczenie. Nie przeszkadzało mu to, ale trzeba przyznać, że jego czas wolny bardzo często zazębiał się z tym służbowym. Czasami pozbywał się munduru tylko do spania, a i to nie zawsze na długo, bo telefon potrafił zadzwonić o każdej porze, również w nocy. Ale mundur dawno przestał być tylko elementem pracy i stał się czymś, co naturalnie wpisywało się w jego codzienność. Nawet poza służbą i tak był czujny, obserwował, reagował, bo granica między pracą a życiem prywatnym dawno przestała istnieć w jego życiu w taki oczywisty i wyraźny sposób. Zresztą, mógł się założyć, że Aria miała bardzo podobnie. Była artystką przez cały swój czas, a nie tylko w galerii, czy na festiwalach takich jak ten. Zasypiała i budziła się jako malarka, tworząc piękne dzieła niezależnie od pory dnia, czy to w świetle poranka, czy gdzieś po zmroku, kiedy większość ludzi dawno odkładała swoje sprawy na później. To, czemu oddawali całe swoje serce było stale obecne i nieodłączne, bo składało się po prostu na część nich. I żadne z nich na pewno z tego powodu nie narzekało.
    Symbolikę kwiatów znał bardzo powierzchownie, dlatego wysłuchał jej w milczeniu i przytaknął, zakładając, że może być sporo racji w tym, co mówiła. Był natomiast trochę zaskoczony tym, że namalowała właśnie jego dłoń, i że to do niego dopasowała te kwiaty, bo nigdy nie patrzył na siebie przez pryzmat symboliki. Dłoń na płótnie była jednak bardzo zbliżona do jego dłoni i było to o tyle zaskakujące, że Aria potrafiła odwzorować jej ułożenie, widząc ją zaledwie przez chwilę. Naprawdę niezwykłe, że jej oczy wyłapały tyle szczegółów, a dłoń bez trudu przeniosła całość na płótno.
    Chciał jeszcze powiedzieć, że zawsze był zdania, że każdy widzi piękno po swojemu, według własnego kanonu i wrażliwości, i że chyba nie ma w tym jednego, właściwego sposobu, ale pojawił się dziennikarz i ostatecznie z góry uznał, że Aria i tak pewnie doskonale o tym wie. Jeśli uważała, że trzymał w dłoniach brzydkie rzeczy i miała na myśli broń, to miała do tego pełne prawo i to nie musiało zgadzać się z jego opinią. Akurat on w broni widział coś zupełnie innego – nie tyle brzydkie narzędzie do robienia krzywdy, co precyzję, niekiedy skomplikowaną konstrukcję i odpowiedzialność, która się z nią wiązała. Broń jest surowa, ale jednak uporządkowana i w swojej formie jest na swój sposób również piękna. Poza tym broń kolekcjonerska potrafiła być prawdziwym dziełem sztuki, zachwycać dopracowanymi detalami, zdobieniami i kunsztem wykonania, więc spojrzenie na ten rodzaj rzeczy zawsze będzie zależeć od wrażliwości i przekonań obserwatora. Dla jednych to tylko narzędzie do czynienia krzywdy, dla innych forma inteligentnej konstrukcji, przemyślana do granic możliwości, którą ktoś zdolny potrafił zamknąć w jednym, ładnie zdobionym przedmiocie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stanął swobodnie obok Arii i uśmiechnął się symbolicznie do obiektywu lokalnego dziennikarza, żeby ten mógł uwiecznić ich na fotografii, a później puścić w obieg na którejś stronie tutejszej gazety. Na większości tych zdjęć, które robiono mu podczas festiwali czy społecznych spotkań, wychodził bardzo podobnie, więc raczej wątpliwa sprawa, że ktoś odczyta w jego postawie jakieś wymuszenie. Miał już to dobrze wypracowane.
      — Jeśli chodzi o twojego ojca, to oczywiście, że wpadnę — przyznał. — Urwę się wcześniej z pracy i już — dodał, unosząc usta w lekkim uśmiechu. Akurat jeśli chodziło o Leona, to nie było potrzeby go przekupywać. Już pomijając fakt, że nie był fanem słodyczy i nigdy nie ciągnęło go do łakoci, to dla tego Kennedy'ego przyszedłby nawet, gdyby miał w tym czasie coś ważnego na głowie. I nie chodziło o to, że tak wypadało, tylko że zwyczajnie go lubił i miał do niego szacunek, a to w jego przypadku znaczyło więcej niż jakiekolwiek uprzejmości.
      — Ale nie chciałbym przychodzić z pustymi rękoma — powiedział zaraz, korzystając z tego, że Aria mogła rzucić jakąś podpowiedź odnośnie prezentu. — Jak myślisz, co mogłoby go uszczęśliwić na te sześćdziesiąte pierwsze urodziny?

      Rowan Johnson

      Usuń
  13. [Ciebie również bardzo miło zobaczyć 💛 Przepiękne tworzysz kobiety, Aria jest cudowna! Mam nadzieję, że szybko się tu z Tessą zadomowimy i uda mi się wprowadzić w jej życie trochę szczęścia i humoru. Również życzę Ci dużo weny i fantastycznych wątków :) ]

    Tessa👮‍♀️🔫

    OdpowiedzUsuń
  14. Był przekonany, że jej ojciec był w posiadaniu jego numeru, ale mimo wszystko wpisał go w telefon Arii, kiedy na chwilę mu go wręczyła, a potem podpisał kontakt swoim imieniem oraz nazwiskiem i zwrócił jej urządzenie. Zwykle nie rozdawał swojego numeru tak hojnie, bo z doświadczenia wiedział, że ludzie uwielbiają nadużywać takich kontaktów, a on nawet jeśli był pomocnym człowiekiem i potrafił poświęcić czas, żeby pomóc komuś przy czymś banalnym, to nie oznaczało, że pozwalał korzystać z siebie każdemu, kto tylko wpadł na taki pomysł. Granice stawiał jasno, bo jeśli chciał zachować wystarczającą ilość spokoju i nie pozwolić, żeby inni zaczęli traktować jego życzliwość jak coś oczywistego, to one musiały istnieć. Był jednak zawsze uprzejmy i szczery, niezależnie od sprawy, dlatego gdyby zamierzał zachować się tylko poprawnie, nie zawracałby sobie głowy pytaniem Arii o rady i szukaniem właściwego rozwiązania. Przyszedłby wtedy z czymkolwiek, co mogłoby robić za prezent, nawet jeśli to coś byłoby totalnie oklepane i przewidywalne, albo może nie przyszedłby wcale. Skoro jednak pytał, to znaczyło, że naprawdę zależało mu, żeby trafić z tym podarunkiem i nie dać czegoś, co będzie tylko kolejnym przedmiotem obrastającym kurzem gdzieś na najwyższej półce regału.
    Porządna whisky brzmiała porządnie, więc kiwnął głową i zanotował sobie w myślach, że niebawem czeka go mała wyprawa do jakiejś stanowej destylarni, żeby faktycznie przyjść z czymś porządnym, a nie marketowym. Mieli w rejonie kilka perełek, więc będzie w czym wybierać. I chyba powinien przejechać się tam już jutro, bo sobota zbliżała się wielkimi krokami, a zostawianie takich rzeczy na ostatnią chwilę nie leżało w jego naturze.
    Z lekkim uśmiechem podziękował Arii za podpowiedź, a potem powrócił do swoich spraw, choć tylko na jakiś czas, bo kiedy została ogłoszona licytacja, dołączył do zebranej grupy osób, zatrzymując się nieco z boku. Wolontariuszka po kolei prezentowała dzieła mieszkańców, więc teraz każdy mógł zapoznać się z tym, co stworzyli inni, a jak się okazało, jego kaczuszka z elementarza nie była wcale taka najgorsza. Była prosta, ale rezolutna i może dlatego trafiała do tych najmłodszych odbiorców, bo gdy tylko pojawiła się na stojaku, żeby pójść pod młotek, dzieciaki zaczęły wskazywać na nią palcami. W dziecięcym pokoju odnalazłaby się idealnie.
    Nie licytował jej, bo nie przyszedł tutaj po nią, tylko po inny obraz, ale to było zabawne, że ludzie tak chętnie podbijali stawkę za coś, co mógłby namalować w zasadzie każdy. Może to dlatego, że był szeryfem i kaczuszka nabierała przez to nieco innej wartości, ale to nieistotne. Grunt, że mieli z tego frajdę i licytowali, bo zebrana kwota ma iść przecież na szczytny cel. Rowan z początku sam miał wpłacić coś ot tak, prosto do puszki, ale kiedy Aria wspomniała o licytacji, pomyślał, że zgarnięcie obrazu będzie połączeniem przyjemnego z pożytecznym. Możliwe, że ona pomyślała dokładnie tak samo.
    Jego spojrzenie natychmiast odnalazło ją pośród pozostałych twarzy, gdy z jej ust padła niespodziewanie wysoka kwota. Najwidoczniej kaczuszka nie trafiała tylko do najmłodszych, ale i do tych, którzy na sztuce rzeczywiście się znają, co było miłe, ale nadal tak samo zaskakujące, bo przecież w kolejce było wiele lepszych prac. Kiedy ich oczy spotkały się w tym samym miejscu, potrząsnął lekko głową, a niewypowiedziane pytania odbiły się w jego uśmiechniętej twarzy.
    Tysiąc dolarów po raz trzeci i hop – rowanowa kaczuszka powędrowała prosto do Arii, która wyglądała na bardzo usatysfakcjonowaną tą wygraną. Ale licytacja trwała dalej. Następny był obraz Arthura Jeffersona z rzeką, który sprzedał się za trzy czwarte tego, co zgarnęła kaczuszka. A potem za trzysta dolarów poszły jabłka seniorki Miller, która tworzyła obraz z wnuczką. Dziewczynka klaskała głośno dla babci, gdy ich praca została zlicytowana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I wtedy przyszedł w końcu czas na pracę Arii. Kiedy płótno z jej twórczością znalazło się na stojaku, wśród zainteresowanych pojawiło się wyraźne poruszenie, ale to nie było raczej niczym dziwnym, skoro Aria była świetną malarką, a jej prace były bardzo cenione. To bez wątpienia była doskonała okazja, żeby móc nabyć coś, co wyszło spod jej dłoni, a przy tym przekazać pieniądze na wyjątkowy cel. Rowan domyślał się, że nie będzie jedynym, który miał chrapkę na swoje dłonie, ale nie zamierzał odpuszczać. W odpuszczaniu nigdy nie był zbyt dobry.
      — Sześćset dolarów! — rzucił ktoś pierwszy.
      — Tysiąc! — podbił ktoś tak szybko, że prowadząca nie zdążyła nawet złapać wdechu.
      Zaczęło się ciekawie.
      — Tysiąc trzysta — zaproponował spokojnie pan dyrektor miejscowej szkoły.
      Widownia na moment ucichła, a prowadząca zdążyła stuknąć po raz pierwszy młotkiem.
      — Dwa tysiące — podbił pan z ratusza, posyłając dyrektorowi wesoły uśmiech.
      — Dwa dwieście — dyrektor nie ustępował. Zaśmiał się cicho, na co urzędnik pokręcił z rozbawieniem głową. Panowie mieli z tego dobry ubaw, a reszta widowni śmiała się razem z nimi.
      — To dwa i pół — westchnął pan z ratusza, a ze strony dyrektora padło już ciche pas.
      Zaraz słychać było pierwsze stuknięcie młotkiem, później drugie. Chwila przerwy i...
      — Trzy tysiące dolarów — odezwał się Rowan gdzieś z szarego końca, na co wszyscy gwałtownie odwrócili się w jego stronę, wlepiając w niego zdumiałe spojrzenia. On wzruszył powoli ramionami, może nawet nieco niewinnie, bo pewnie troszkę popsuł komuś plany, ale właśnie o to chodzi w tej grze. Oczywiście, gdyby był ktoś chętny się licytować, to on na swojej stawce poprzestać nie zamierzał. Od takiej chciał zacząć.
      — Ach... pas, szeryfie! — urzędnik zwrócił się do niego, na co Rowan z uśmiechem skinął głową.
      Tym razem prowadząca zdążyła policzyć do trzech i zakończyć licytację w akompaniamencie braw, a po chwili z radością przygotować kolejny obraz.

      Rowan Johnson 🖼️💪

      Usuń
  15. Czasami najpiękniejsze historie zaczynają się od powrotu do domu, ale Abi uważała, że każdy dzień to rozdział kolorowej powieści i jej zaczęła się dawno temu własnie tutaj w Mariesville. Dla dwudziestoczteroletniej młodej kobiety, po ukończeniu studiów, powrót do rodzimej miejscowości był jak powrót do źródła, do miejsca, które od zawsze miało dla niej szczególne znaczenie. Jej rodzinna mieścinka, otoczona rozległymi sadami jabłoniowymi, zielenią lasów i pięknymi widokami szlaków turystycznych zawsze w jakimś stopniu tętniła życiem, a powietrze pachniało słodkością dojrzałych owoców i świeżością wiejskiej ciszy. Dla niektórych w tym miejscu nie było nic ciekawego, a dla niej żadne inne miejscenie było warte tylu uśmiechu i tylu łez.
    Abi kochała swój dom, mury, sąsiadów, okolice. Urodziła się po to, by cieszyć się tym kim jest i skąd pochodzi i dawała temu świadectwo każdego dnia. Szczególnie jednak ukochała pensjonat, który miała kiedyś odziedziczyć po rodzicach, jakby był to jej własny, mały świat. Dla niej to nie było tylko miejsce pracy, ale prawdziwy dom dla ludzi z dalekich stron, pełen wspomnień, ciepłych chwil i rodzinnych tradycji. Z troską dbała o każdy szczegół, o każdego gościa, jakby to była część jej własnej rodziny. Każdego chciała zarazić tym uwielbieniem do miasteczka. Z pasją i zapałem organizowała przytulne pokoje, dbając, by każdy czuł się tutaj jak u siebie, a atmosfera była pełna serdeczności i gościnności. I na studiach przekonała się, że naprawdę tu jest jej miejsce i nigdzie nie zaśnie tak spokojnie jak we własnym łóżku.
    Kiedy dowiedziała się, że Aria Kennedy szuka miejsca na jakieś własne przyjęcie i warsztaty, bardzo chciała sama zaproponować gościnę i przestrzeń pensjonatu. Jej tata podupadał na zdrowiu i odnajdywała nierzetelne umowy w księgach ich biznesu, a więc świeżo po studiach, jeszcze z zapałem i ogromnymi marzeniami, starała się nie tyle podratować rachunki, ale szukała okazji, aby pensjonat odświeżyć, wzmacniając jego wizerunek i odświeżając działalność. Profile w socjal mediach wydawały się niewystarczającym działaniem, a świeżo po zimie sezon jeszcze nie ruszył, więc wsparcie lokalnej artystki wydawało się najlepszym, co mogła zrobić. I całe szczęście ta kobieta sama zapytała o możliwość współpracy, co sprawiło, że Abi dostała skrzydeł, móc się wykazać.
    Zapały i wyobraźni nigdy jej nie brakowało i chyba nie było klienta, który by ją odstraszył. Na długą listę wymagać nie narzekała, kolejne dochodzące pomysły sprawiały, że oferta musiała być dopieszczona w każdym aspekcie, a ona chyba od dawna nie czuła się tak bardzo spełniona. Wiedziała, że jest na dobrym miejscu i to ona właśnie może pokazać, że pensjonat to nie tylko wyjątkowe miejsce, ale i można się w nim wyjatkowo poczuć.
    Abi nigdy nie stała tylko za krótką recepcyjną ladą zwykłego biurka, które postawili w holu przy ścianie dla formalności. Pensjonat był domem, dużym i jasnym z szerokimi oknami i głebokimi parapetami obitymi poduchami, na którym przyjemnie popijało się popołudniami herbatę a wieczorami tutejsze nalewki. Z gankiem otaczającym trzy strony budynku, gdzie można było przysiąść u szczytu kilku szerokich schodków, lub zająć miejsce na długiej wieszanej bujanej ławce. Z ogrodem, w którym sadzili i kwiaty i warzywa, które potem podawane były gościom w posiłkach, bo Wilsonowie w całości cenili pracę, jako wysiłek i jej owoce. Ale Abi bywała często wszędzie po trochu, biegała, skakała i przemykała, pilnując każdego zakątka z uwagą. Teraz też pilnowała przyjazdu gości, tyle że wysoki nieznajomy przytrzymał ja w miejscu właśnie tymi ślicznymi oczami. Stała więc przy biurku zarumieniona, zadzierając oczy by w te jego oczy patrzeć i uśmiechała się miłe połechtana każdym słowem i otrzymaną uwaga, ale też speszona. Nie ma co kryc, była raczej mało obyta w flircie i jej doświadczenia z płcią przeciwną bywały raczej bardziej szare, niż kolorowe, więc zwyczajnie łatwo było jej zawrócić w głowie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. - Nie sama... nie do końca - próbowała mu wyjaśnic, ale w gruncie rzeczy doskonale wiedziała, że on nie czeka na odpowiedź. Flirtował, bezwstydnie i słodko, a ona musiała przyznać, że to tak przyjemne, że może w to iść. A co jej tam!
      Nieco ściągnęła łopatki i popatrzyła na kobietę, gdy ta pojawiła się w progu. Uśmiechnęła się szeroko i niebywale ciepło i mimo podrywów i tego, jakie to schlebiające, wyminęła Ronniego.
      - Dzień dobry, pani Ario, czy widziała chce pani zobaczyć wszystko sama zanim państwo zaczniecie? - spytała uprzejmie, podwijając rękawy miekkiej bawełnianej prostej bluzki pod łokcie, a pod granatowym materiałem wybiła delikatna, jasna skóra, może nawet równie bielusieńka jak ta Kennedy.
      Nie chciała zawieść klientki i samej siebie, a przede wszystkim chciała móc z dumą potem opowiadać, co takiego tu organizowały!

      Abi 🐿️🌻

      Usuń
  16. Abi była młodziutka i w wielu sprawach jeszcze brakowało jej obycia, ale nie miała nic przeciwko adorującym spojrzeniom, bo w gruncie rzeczy było to miłe i podbudowujące. I tutaj w Marsieville brakowało jej uwagi mężczyzn, bo tacy wolni i zainteresowani nią albo wyjechali, albo to ona nie była zainteresowana nimi. To były jej najlepsze lata, aby być nierozsądną, gubić się w słowach i gestach, korzystać z życia, chociaż oczywiście tutaj powinna zachować pełen profesjonalizm. Ronnie więc miał i sprzyjająca okazję i niezłą gadke, a te jego śliczne oczka naprawdę przyciągały dziewczynę i jakoś tak wcale nie myślała o tym, aby uciekać gdziekolwiek. Mogłaby, to pewne że w pensjonacie znajdowały się zakamarki, do których nikt by nie dotarł zbyt szybko i łatwo, ale nie widziała nic złego w tym, by chwilę porozmawiać, skoro było tak przyjemnie.
    Interes pensjonatu był dla niej rzeczą pierwszorzędną, a więc gdy na horyzoncie pojawiła się Aria, wszystko inne po prostu musiało poczekać. I poczekać miał też Ronny, może na kolejną miłą rozmowę, jeśli nadarzy się okazja i jemu samemu ochota na te umizgi nie przejdzie.
    Wnętrze nie przypominało wysokogwiazdkowego hotelu, ani przejezdnego pensjonatu. Poza tym, co zauważyła już Aria, tym miękkim światłem i wysłużonymi framugami, było tu jak w domu, pozwalało to na poczucie gościom pełnej swobody, bo było swojsko, ale nie wioskowo. Każdy element był czysty, schludny, neutralny ale nie w bezosobowy sposób, zadbany; wystrój był jasny i nie przytłaczał, a szerokie okna pozwalały słońcu wpadać o każdej porze dnia z innej strony do domu. Było tu po prostu przyjemnie, lekko i miło. Abi najbardziej lubiła siedzieć na ganku od frontu o świcie, gdy słońce się budziło i zalewało od wschodu dom, wspinając się do drzwi po tych kilku niskich stopniach werandy. Popołudniami jak teraz, uwielbiała przechodzić do jadalni, gdzie obok ustawiono stoły, gdzie barwy zamieniały się na wyraziste i oblane ogniem i nim nadejdzie wieczór, wszystko czerpało ciepło z odchodzących promieni. Na pewno wiele rzeczy można było poprawić i usprawnić, a jednocześnie Abi zakochana w Mariesville kochała to miejsce i swój pensjonat tak, że była absolutnie bezkrytyczna wobec tego, co tu mieli.
    Przygotowanie wieczoru w uzgodnieniu z wymogami pani Kennedy nie było trudne, a wszystko sprawiło jej ogromną przyjemność. Jabłka pokroiła w cienkie kawałki, dobrała lampy, zgodnie z prośbą, upiekła dodatkowe ciasto, jeśli miałoby zabraknąć tych już wystawionych; ściągnęła lokalne sery, zamawiając większą i bardziej różnorodną ilość z naciskiem, aby pasowały do win, a od siebie dodała jeszcze wędliny do win ale też niewiele, by nie zmieniać głównych ustaleń Arii. Wszystko było zgrane, dopracowane, starannie ustawione i do siebie pasowało. Nie było chyba nic, z czym miałaby trudność, co kłóciłoby się z jej wyobrażeniami, a jednocześnie odnalazła niebywała radość, że musi przearanżować dół pensjonatu z nowymi wytycznymi. Zmiany były dobre, zawsze wymuszały coś przemyśleć, spojrzeć na całość pod innym kątem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. Zostawiła gości samym sobie, bo nikt nie potrzebował jej opieki i obecności i poszła do kuchni, aby sprawdzić, jak idzie szykowanie kolacji. Tutaj też nie miało być żadnej niespodzianki, a pani Aria konkretnie wyraziła się co do potraw, jakich oczekuje. Kucharz co prawda marudził, że musi pomyśleć nad sosem do jagnięciny, bo żurawiną mu się nie podoba, ale ostatecznie i żurawinę i trochę śliwek znalazł, a do grillowanych ryb dodał warzywa bez zająknięcia, no i Abi od samych zapachów ślinka ciekła. Zwykle nie serwowali tak odświętnie posiłków, a kuchnia była przedzielona długim stołem i otwarta, a goście mogli korzystać z kuchenki, lodówki i wszystkiego, co było na wyciągnięcie ręki, ale tym razem Abi postawiła dostawianą wysoką ściankę z drewna drobno perforowanego w stalowej ramie, aby pasowało do wnętrza i pozwoliło kucharzowi działać w spokoju z zachowaniem prywatności. Zwykle jadalnia z kuchnią był dostępne, a część gdzie dzisiaj stały stoliki, obejmowała kanapę i fotele, ale na ten konkretny wieczór, wszystko zostało zaadaptowane do życzenie klientki.
      Niektóre z rozmów rozchodziły się nieco dalej, a Abi od zasłyszanych rzucanych kwot aż kręciło się w głowie, ale nie pisnęła ani słowem. Musiała wyjaśniać wiele spraw związanych z rachunkami i umowami pensjonatu, a spieszyła się, nim tata nie wróci z pobytu w szpitalu, gdzie towarzyszyła mu przez tydzień mama, lecz taka kwota.. jedna dziesiąta takiej kwoty by załatała jej problemy na kolejny kwartał.
      - Zaraz przygotuję sałatki i zaniosę je pierwsze - powiedziała do kucharza, a potem skupiła się na pracy, aby wszystko wypadło jak najlepiej. Kto wie, może tacy wielcy artyści z dużego miasta kiedyś tu wrócą i zasilą opłatą za pobyt rachunek pensjonatu. Abi nie była materialistką, ale musiała się teraz liczyć z każdym groszem i to troszkę ją martwiło.
      Goście powoli się rozluźniali, wydawało się, że to zgrana grupa, a rudowłosa jedynie przemknęła raz bokiem, by się nie rzucać w oczy, aby zostawić na ganku na chłodniejszy późny wieczór zapas kocy, gdyby chcieli się po jedzeniu przewietrzyć. Wracając, przemknęła już drugi raz obok, rzucając kontrolne spojrzenie na Arię, czy aby żaden grymas niezadowolenia nie maluje się na jej twarzy.


      Abi 🐿️🌻

      Usuń
  17. Witam serdecznie! Weekend kompletnie mnie wykończył pracą, ale wolny poniedziałek to idealna chwila, żeby w końcu odpisać.
    Karta jest po prostu zjawiskowa! Grafika i cała reszta tak pięknie ze sobą współgrają, że jestem pod ogromnym wrażeniem. Gratulacje!
    Lily uwielbia brokat, kredki i dinozaury, więc czuję, że będzie zachwycona zajęciami. Pytanie tylko: czy to miałyby być jej pierwsze zajęcia, czy na już tytuł „fajnej cioci” z ciekawym spojrzeniem i brokatem?

    Marcus

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze widze, że jej Mama pracuje jako pielęgniarka, także mamy kolejny punkt zaczepienia ;))

      Marcus

      Usuń
  18. [Do trzech razy, złamane serce, sztuka? Oh, życie bez miłości byłoby strasznie straszne, więc nawet o tym nie mówmy :P Bardzo dziękujemy za życzenia! ]

    Wayne🪚🪵

    OdpowiedzUsuń
  19. Wycelował spojrzenie w sylwetkę Arii, gdy ta zaczęła podążać w jego stronę tuż po tym, gdy on zlicytował jej obraz, a potem, kiedy podeszła, zatrzymał wzrok w jej dwukolorowych oczach. Może powinien jej pozwolić dokończyć obraz, ale na razie nie miał żadnej pewności, że to zrobi, bo to, co znajdowało się na płótnie, podobało mu się w takiej formie, w jakiej właśnie było i nie uważał, że koniecznie należy to dopracować, żeby zyskało pełnoprawną wartość. A jednak gdzieś z tyłu głowy przemawiało też zrozumienie, bo sam był przecież człowiekiem, który nie lubi niedokończonych spraw i który nigdy ich takich nie zostawia, więc na pewno weźmie pod rozważanie jej potrzebę. Na ten czas nie rozmyślał nad tym, bo obraz wciąż znajdował się tutaj i ze względu na jego służbę pozostanie tutaj aż do końca festiwalu. Tak na dobrą sprawę, jeśli Aria też zamierza bawić się tu do późnego wieczora, to całkiem możliwe, że pomiędzy festiwalową rozrywką znajdzie chwilę na dokończenie swojego dzieła. Chyba że do tego będą jej potrzebne jego dłonie – wtedy jedyną szansą na dopracowanie obrazu będzie jego dom, bo tutaj powinien poświęcić się już wyłącznie obowiązkom.
    I do tych obowiązków zamierzał właśnie powrócić, kiedy górna część jego munduru niespodziewanie pokryła się kolorowym pigmentem. Z zaskoczeniem popatrzył na rozproszone plamki czerwonego i żółtego pyłu, który osiadł na jego ciemnoszarej koszuli i złotej gwieździe przypiętej do piersi. W tej wersji takich dodatków to nie miał na sobie jeszcze chyba nigdy, ale to zapewne dlatego, że do tej pory nikt nie odważył się na taki swobodny criminal damage. Był na służbie, więc jego obecność tutaj miała zupełnie inny charakter niż reszty festiwalowiczów, a gdyby należał do grona tych mundurowców, którzy szukają dziury w całym, podciągnięcie tego kolorowego zamachu pod taki zarzut nie byłoby wcale trudne. Ale nie należał ani do tego grona ani do żadnego innego, a ponieważ jego przełożonymi byli mieszkańcy, to miał pewność, że nie zbierze batów za brudny mundur nawet od tych, u których szacunek do munduru był głęboko zakorzeniony kulturowo. I że nikt surowo nie rozliczy go z tego, że zamiast przechadzać się teraz po otoczeniu i czujnie stać na straży bezpieczeństwa mieszkańców, przejął opakowanie pigmentu od wolontariusza i ruszył biegiem za Arią, żeby odpłacić się jej pięknym za nadobne. Oboje nie byli z tych, którzy odpuszczają, och nie.
    Słyszał tylko skoczną muzykę i śmiech ludzi, którzy ciskali w siebie i w niebo intensywnym pigmentem. Z unoszących się w powietrzu drobinek pyłu, zaczynała tworzyć się kolorowa mgła, która rozmywała sylwetki ludzi pokrytych czerwonymi, niebieskimi i żółtymi plamami, tańczących w miejscu, albo uciekających przed kolejną kolorową falą. W tym chaosie barw i dźwięków obowiązki same odsuwały się na dalszy plan, ale w tym chaosie nie dało się też nie oberwać z pigmentu po raz kolejny, więc kiedy dobiegł do Arii, jego włosy miały już zielone i czerwone pasemka, a czarne spodnie w okolicach kolan zyskały niebieskie łatki.
    Złapał ją w talii dość spektakularnie, bo wciąż w lekkim biegu, a ponieważ znaleźli się w samym epicentrum kolorowego szaleństwa, uniósł jej sylwetkę i obrócił się z nią wokół własnej osi, żeby kolorowa fala, która wyszła z tłumu, spadła na nich oboje jednocześnie i pokryła ich w równym stopniu, bez względu na to, kto zaczął tę grę pierwszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W dłoni wciąż ściskał swoją porcję pigmentu, dlatego kiedy odstawił Arię na ziemię, od razu wsunął dłoń do papierowej torebeczki, złapał w garść niebiesko-żółty proszek i z uśmiechem prysnął nim w jej stronę.
      — Mam nadzieję, że wiosna będzie zadowolona z takiego powitania! — powiedział głośniej, żeby przebić się przez muzykę i towarzyszący otoczeniu gwar ludzi, którzy świetnie bawili się, wyrzucając w niebo chmury kolorowego pyłu. Byli blisko sceny i mieli już na sobie wszystkie kolory tęczy, zapewne też w tych miejscach, do których wcale nie dochodzi słońce. Na chwilę wszystko wokół straciło znaczenie – mundur, obowiązki, nawet te wszystkie niewypowiedziane zasady, które zwykle wisiały gdzieś z tyłu głowy. Został tylko śmiech, oddech przyspieszony od biegu i krótki moment, w którym świat był po prostu prostszy i o wiele bardziej kolorowy, niż na co dzień.

      Rowan Johnson ✨🌞
      i jego autorka, którzy już się stęsknili!

      Usuń
  20. Akurat on był człowiekiem pragmatycznym momentami aż do bólu. To bardzo przydawało mu się w pracy, gdy koniecznym była ocena sytuacji i skuteczne działanie, bo jego trzeźwy umysł nigdy niczego nie ubarwiał, a tym bardziej nie opierał niczego na emocjach tylko na logice, ale w relacjach międzyludzkich miało to trochę wad. Nie przywiązywał się do chwil, nie kolekcjonował wspomnień dla samej idei ich posiadania, nie miał w sobie tej naturalnej potrzeby, żeby coś pielęgnować. Czasami sprawiał przez to wrażenie chłodnego i zdystansowanego, jakby wszystko przyjmował zbyt obojętnie, choć nie robił tego z braku szacunku czy złej woli. Po prostu nie miał w sobie tej warstwy sentymentalności, która dla innych była oczywista. Dlatego, mimo że jego podejście oszczędzało mu wielu niepotrzebnych komplikacji, bo przekaz z jego strony zawsze był prosty i bezpośredni, pozbawiony niedomówień, to jednocześnie potrafiło zamknąć drzwi, które przy odrobinie mniej chłodnej kalkulacji mogłyby pozostać uchylone i przynieść coś dobrego. Nie każdy lubił w nim ten pragmatyzm, ale na ogół ludzie uczyli się żyć ze świadomością, że taki już z niego człowiek. Przy bliższym poznaniu nie było to aż tak upierdliwe, ale dostęp do jego świata był ograniczony, więc nie wszyscy mieli okazję się przekonać, że właśnie wtedy zyskuje najbardziej.
    Teraz, w tej sielankowej, kolorowej atmosferze festiwalu, przy przyjemnej, skocznej muzyce rozbrzmiewającej ze sceny i pośród wesołych ludzi, którzy co chwilę wyrzucali w powietrze garści intensywnego pigmentu, wszystko wydawało się lżejsze – również on. Na jego twarzy, przypudrowanej różnymi kolorami, widniał rozbawiony uśmiech, jakiego na co dzień raczej nie nosił, a zapaćkany na tęczowo mundur znacząco tracił na powadze i nieważne, że w radiotelefonie nadal trzeszczały krótkie komunikaty. To była po prostu chwila, w której wszyscy mogli poczuć się jak beztroskie dzieci, niezależnie od wieku i odpowiedzialności, które na co dzień ciążyły na barkach. Na moment świat przestawał wymagać czujności i rozsądku, a zamiast tego pozwalał po prostu być, dać się wciągnąć w kolorowy chaos i nie myśleć o tym, co będzie później.
    Otarł wolną dłoń w spodnie munduru, bo to i tak nie miało już znaczenia, skoro zdobiła je cała paleta odcieni, i zgarnął wierzchem dłoni kilka kosmyków włosów, które rozproszyły się w biegu, a teraz łaskotały go w skroń. Popatrzył na sylwetkę Arii z zainteresowaniem, bo niecodzienna ilość kolorów, którą miała na sobie, mocno kontrastowała z jej jasną cerą i włosami, które teraz pokryte były różnobarwnymi plamami. A jej biała sukienka jakby nagle została zastąpiona taką, która od początku mieniła się wszystkimi kolorami naraz. Nawet stare trampki wyglądały tak, jakby zyskały tu dziś nowe życie. W sumie, gdyby zostawiła je w tych kolorach, nikt nie spostrzegłby się, że nie wyszły takie z fabryki.
    Przytaknął jej słowom lekkim skinięciem głowy, nadal robiąc to w żartobliwiej formie, bo to jasne, że nie zamierzał jej z niczego rozliczać. Mieli tutaj po prostu zwyczajny fun i za jej sprawą z niego skorzystali.
    — Tak, ale aresztowanie cię nie przyniosłoby mi żadnych korzyści — stwierdził, zastanawiając się chwilę. — Jednak domaganie się zadośćuczynienia już tak — zauważył, po czym wskazał dłonią na swoją sylwetkę. — A to samo się przecież nie spierze — dodał wymownie, a jego wesoły uśmiech stał się wyraźniejszy. Dostrzegał to, jak Aria maskowała swój rozbawiony wyraz twarzy, próbując zachować choć odrobinę powagi i utrzymać w ryzach kąciki ust, które uparcie drgały, i to tylko bardziej go bawiło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Mam nadzieję, że w tych kolorach jest mi przynajmniej do twarzy, bo tobie akurat tak — przyznał, a potem wyciągnął ręce do przodu i popatrzył najpierw na nie, a później na swoją sylwetkę. Pas służbowym, przy którym znajdowała się kabura na broń, pałkę kajdanki, latarkę i taser, cały pokryty był kolorowym pigmentem. Proszek pewnie dostał się też do magazynków, ale nic nie szkodzi – nie ma tu niczego, co mogłoby się od tego uszkodzić, czy czego nie dałoby się wyczyścić.

      Rowan Johnson

      Usuń
  21. Od rozwodu z Jessie wydawało mu się, że całkiem nieźle sobie radzi. Dzieci chodziły w końcu czyste, nakarmione, zadbał nawet o wizyty u psychologa, chociaż kiedy to jego matka zwiała, nikt nie zawracał sobie głowy takimi rzeczami. Starał się, ale nie chciał im w jakiś sposób wynagradzać tego, że Jessie nie było – ból jaki pozostawiło jej odejście wciąż był zbyt żywy i nie miał w sobie na tyle dobroci, by ułaskawiać kobietę w oczach ich dzieci. Zdawały się to rozumieć, nie pytając o nią zbyt często, a Jacob, będący chłopcem zbyt dojrzałym na swój wiek, sam dzwonił do matki z siostrą, starając się, by Wade zwyczajnie w tym nie uczestniczył. Dziesięcioletni Jacob, kiedy jego mama odeszła postanowił, że nigdy się nie ożeni, bo widok jego ojca był na tyle przygnębiający, że nie chciał sobie wyobrażać, jak musiał zachowywać się jego dziadek, będący znacznie delikatniejszej, chociaż prostszej, natury.
    Ale Wade sobie radził. Był prawie całkowicie samodzielnym, samotnym rodzicem dwójki małych dzieci. Prawie, bo na wszystkie dodatkowe zajęcia, które odbywały się w godzinach w których on jeszcze zazwyczaj pracował, jego dzieci odwoziła jego macocha Holly. Nigdy nie mówił do niej mamo, unikał też słowa macocha, bo życiowa partnerka jego ojca była kimś zwyczajnie zbyt dobrym, zbyt kochanym, by zamykać ją w określeniu, które mało komu dobrze się kojarzyło. Dla Wade’a Holly była zwyczajnie Holly, starszą kobietą z burzą kręconych, ogniście czerwonych włosów, czerwoną szminką i stanowczo zbyt wyzywającymi dekoltami, które były tak samo głębokie od dwudziestu lat. W przeciwieństwie do jego matki i żony, Holly nie zawodziła i była jedną z tych kobiet, które z pozoru wydawały się raczej szorstkie i oceniające, by po krótkiej rozmowie człowiek uświadomił sobie, że to kobieta, która z niejednego pieca chleb jadła i nic w życiu nie jest dla niej straszne. Nigdy nie dziwił się ojcu, że gdy tylko poznał kobietę, postanowił, że nie pozwoli jej odejść i trwał z nią od dwudziestu lat, dbając o nią z tą samą pieczołowitością, co ona o niego i jego rodzinę.
    Holly nie zawodziła, ale jej zdrowie czasami już tak i tego dnia miało to miejsce. Po długim zapewnianiu Wade’a, że to nic poważnego, jedynie rwa kulszowa a nie coś co wymagało wizyty w szpitalu, równie długich przeprosinach i pozdrowieniach dla dzieci, które widziała raptem wczoraj, kobieta w końcu rozłączyła się. Odsuwając telefon od twarzy napisała do Arii sms’a z informacją że ojciec odbierze Hazel, po czym z ciągnącym bólem, ale też odrobiną zadowolenia sięgnęła po pilota i pozwoliła sobie na chwilę zapomnienia z przystojnym, młodym Harrisonem Fordem.
    Podjechał pod Mariesville Community Center, zaparkował i zerknął w telefon, gdzie spisał sobie informacje skąd, z jakich zajęć i od kogo, powinien był odebrać córkę. W Mariesville Community Center może nie był pierwszy raz, ale bywał tu na tyle rzadko, że odpowiednią salę udało mu się odnaleźć jedynie dzięki głośnemu trajkotaniu dzieci, które jak podejrzewał, były w podobnym wieku do Hazel, i podobnie jak jej, buzie im się nie zamykały. Przystanął w drzwiach, machnął na przywitanie kobiecie, która wydawała się być odpowiedzialna za całe przedsięwzięcie i wlepił wzrok w córkę, zbyt pochłoniętą malowaniem, by zwrócić na niego uwagę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wciąż nie mógł wyjść z podziwu, jak ta mała dziewczynka, wystawiona na tyle smutku, potrafiła zachowywać pogodę ducha, uśmiechać się szeroko i sprawiać, że zarówno on, jak i Jacob całkowicie nie pogrążyli się w smutku. Była małym promykiem, który swoim światłem potrafił rozjaśnić każdy mrok i Wade miał szczerą nadzieję, że taka pozostanie już na zawsze. Że wraz z jej bratem, nie przygniotą jej swoją melancholijną niekiedy naturą, nie zduszą tej lekkości, którą miała z całą pewnością po swojej mamie. Wade był wściekły na Jessie za to, co zrobiła ich rodzinie, ale nijak to miało się do wdzięczności, którą czuł ilekroć patrzył na Hazel. Dziewczynka była nie tylko pełna energii, ale zdawała się być energią, a on jako ojciec czuł niesamowitą potrzebę ochrony tej małej.
      — Tata! — zawołała dziewczynka i podbiegła do mężczyzny, zupełnie ignorując fakt że jej fartuszek jest dosłownie cały w farbie, dopadła do jego nóg — A gdzie babcia?
      — Babcie bolą trochę plecy, nic jej nie jest, ale nie mogła Cię dzisiaj odebrać — powiedział, odruchowo poprawiając dziewczynce spinkę, która zsunęła jej się z włosów — Kończysz już? — zapytał, palcem wskazując na obrazek, kątem oka zauważając zmierzającą w ich kierunku kobietę.
      — Jeszcze nie… Muszę jeszcze domalować chmurę, kwiatka…. — zaczęła wyliczać, na co Wayne zaśmiał się jedynie pod nosem i pokręcił lekko głową. To tyle z szybkiego wejścia i wyjścia.
      — No dobra, to idź… — skinął do córki głową i westchnął cicho, widząc kolorowe plamy na jeansach. Specjalnie przebrał się z roboczych ciuchów, przyzwyczajony, że w miejscach takich jak dom kultury zwyczajnie wypadało jakoś się prezentować.
      — Dzień dobry… Cześć? — zmarszczył brwi nie bardzo wiedząc jaką formę przywitania wybrać, bo oczywiście poznał Arię. Młoda kobieta była charakterystyczna przez swoją bladą, alabastrową wręcz skórę, równie jasne włosy i oczy, od których ciężko było oderwać wzrok. W Mariesville wszyscy chodzili ze sobą do szkoły, a chociaż dzieliła ich pewna różnica wieku, to przez jakiś czas mijali się na jej korytarzach. Nie miał jednak pewności, czy ona poznała jego, bo w jego odczuciu nigdy niczym specjalnie się nie wyróżniał, wtapiając się w szarą masę swojego rocznika. No, może prócz tego, że jako syn stolarza i całkiem zdolny, młody rzemieślnik, często pomagał przy scenografii na szkolne przedstawienia.
      — Wayne Alexander, chodziliśmy razem do szkoły…. Jestem tatą Hazel — przedstawił się uprzejmie, głową wskazując na córkę, która ponownie postanowiła go ignorować, zbyt zajęta wytykaniem języka podczas mieszania farb.

      Wayne🪚

      Usuń
  22. Rutyna. Było to coś, czego od jakiegoś czasu brakowało w życiu Wayne’a. Kiedy jeszcze mieszkała z nimi Jessica, potrafili działać jak dobrze naoliwiony mechanizm – ona zajmowała się dziećmi z samego rana, ponieważ otwierała salon po dziesiątej, ze szkoły odbierali je dziadkowie, a wieczór spędzali z Way’em, który starał się, aby nie był to czas spędzony przed telewizorem. W tej chwili miał wrażenie, jakby wszystko udawało mu się spiąć na kredyt, który będzie musiał w końcu spłacić i bardzo bał się, jakie do tego zostaną mu doliczone odsetki. Krótko mówiąc czekał, aż to wszystko w końcu trafi szlag, bo radzili sobie zbyt dobrze na to, w jakiej byli sytuacji. Brakowało mu stabilności, dzieciom także, ale do tej pory nie mieli awarii, przez którą ktokolwiek mógłby się załamać.
    Hazel budziła ich rano, chociaż to on i Jacob nastawali sobie budziki, które najwyraźniej działały jedynie na dziewczynkę. Później to Jacob z kolei przypominał ojcu, że musi najpierw uczesać córkę nim pozwoli jej myć zęby, bo inaczej mała będzie miała pastę we włosach. Jacob pilnował także, żeby jego siostra nie wyszła z domu z wielką plamą piany na koszulce, bo zdarzyło się to już kilka razy. To nie tak, że Wade zignorował fakt, że jego córka jest brudna, tylko był wtedy zbyt zaaferowany pakowaniem dzieciom śniadania, dopytywaniem Jacoba o jego plany na cały dzień, żeby to zauważyć. Starał się robić wszystko tak, jak nakazała mu psycholog do której chodziły dzieciaki – chciał, by czuły się zauważone i chciane, żeby nigdy w siebie nie zwątpiły. Był kiedyś w podobnej do ich sytuacji i może dlatego zdawał sobie sprawę, jak ważne było poczucie przynależności i jak dużo potrafiło dać. Jemu dało grubą skórę, poczucie bezpieczeństwa i pomimo wszystkiego, co w życiu mu się przytrafiło, wciąż umiał cieszyć się z drobnych rzeczy.
    Jak teraz. Żałował, że nie był w ośrodku kultury wcześniej, albo częściej. Warsztaty robiły wrażenie nie tylko ilością zainteresowanych, ale samą organizacją. Widząc jedzenie postawione w rogu poczuł się nieco nie na miejscu, jakby przyszedł w gości z pustymi rękami. Czy Holly tutaj coś przynosiła? Czy coś malowała razem z Hazel? Nigdy w to nie wnikał, mając na głowie wystarczająco dużo rzeczy, ale teraz czuł, że coś zaniedbał – był pewien, że jeśli nie Holly, to córka opowiadała mu o tych zajęciach, o których wymiarze miał zupełnie inne wyobrażenie. Teraz już rozumiał, czemu mała tak chętnie tu przychodziła i czemu Jacob tak bardzo nie chciał tu chodzić. Dziewczynka, chociaż jeszcze zbyt mała by jednoznacznie to określić, miała w sobie wiele z ekstrawertyka – kochała towarzystwo innych, do każdego przyjaźnie nastawiona, odrobinę wstydliwa, ale nie bardziej niż przeciętne dziecko w jej wieku. Jej brat z kolei był jej całkowitym przeciwieństwem – od najmłodszych lat dość skryty, potrafiący zajmować się sam sobą dosłownie godzinami, teraz skupiający większość uwagi na grach komputerowych, książkach i dwóch kolegach, z których towarzystwa Wade bardzo się cieszył. Gdyby nie ta dwójka, prócz ogółu sytuacji w jakiej znalazła się ich rodzina, zacząłby się martwić o Jacoba i to, czy przypadkiem nie jest w swoim świecie samotny.
    — Ale ja chcę ładną! — obruszyła się dziewczynka, ale zrobiła dokładnie to, co powiedziała Aria. Ufała białowłosej, bo na zajęcia była prowadzana od kilku miesięcy i jeszcze nigdy Kennedy jej nie rozczarowała, co w przypadku rezolutnej czterolatki wcale nie było takie trudne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aria wyglądała dokładnie tak, jakby mógł wyobrazić sobie kogoś, kto pracował z farbami. On w tym momencie mógł jedynie udawać kogoś, kto ma cokolwiek wspólnego ze sztuką, chociaż czasami lubił myśleć o sobie, jak o rzeźbiarzu w drewnie. Nie ukończył żadnej szkoły, wszystkiego nauczył go ojciec i warsztaty, na które zaczął jeździć kiedy postanowili rozszerzyć ofertę o stoły połączone z żywicą epoksydową, czy intarsją. Szczególnie ta druga technika, niezbyt popularna, była czymś, co pozwalało mu wyżyć się artystycznie, bo chociaż nie sprzedawał takich mebli dużo, robiąc je jedynie na specjalne zamówienie, lubił w wolnym czasie nanosić wzory na powierzchnie, które miał już w domu. Szczególnie dumny był ze stołu w jadalni, na którego całym, orzechowym blacie wił się jesionowy bluszcz. Prawdopodobnie, wyglądał podobnie do Arii, kiedy pracował przy projekcie – jakby dokładnie znajdował się w tym miejscu, w którym być powinien. W znoszonych, poplamionych bejcą i lakierem, spodniach, koszulce pamiętającej czasy, gdy Jacob jeździł jeszcze w wózku i z dłońmi, które nawet teraz nie były idealnie czyste, chociaż zawsze bardzo się starał zachowywać jakąś schludność. O trocinach, które przyklejały się wszędzie i które potrafił wydmuchiwać nosem, nawet nie wspominając.
      — To chyba muszę jej podziękować, skoro tak dobrze o mnie mówi — uśmiechnął się uprzejmie i ruszył za kobietą.
      — Woda będzie w porządku. Nalać Ci coś? — zapytał, sięgając po papierowy kubeczek. — Pewnie masz rację. Tutaj siedzi w miejscu, ale ta mała to żywe srebro. Nie mam pojęcia, kiedy i jak się ładuje, ale to nie może być jedynie sen w nocy — zaśmiał się do siebie i rozejrzał po sali.
      — Muszę powiedzieć, że to wygląda… Dużo pracy w to włożyłaś, co? Hazel potrafi pytać się o to, kiedy będzie mogła tutaj przyjść kilka razy w ciągu jednego dnia i widzę, że nie tylko ona ma w sobie tylko entuzjazmu. Ktoś Ci pomaga? — uniósł brew, uważnie obserwując młodą kobietę. To było dużo. Dużo ludzi, dużo organizacji i chyba dużo spokoju, którym najwyraźniej zarażała wszystkich wkoło, patrząc na to, w jakim skupieniu pracowali uczestnicy.

      Wayne🪚

      Usuń
  23. Wade miał raczej łatwo wśród rówieśników. Oczywiście, kiedy jego matka postanowiła spełniać się w wielkim świecie, kilku jego kolegów pozwoliło sobie na mniej lub bardziej złośliwe komentarze, które Alexander bez większych skrupułów wyjaśnił za pomocą pięści i kopnięć. Nie był z natury agresywny, ale jako sprowokowany chłopiec, tak jak psie szczenię, najzwyczajniej w świecie się bronił, za co później nie czekała na niego nawet kara w domu. Ojciec uznał, że zachował się jak mężczyzna i dobrze, że zawalczył o siebie, bo jak to twierdził starszy Alexander – jeśli ty nie zadbasz o siebie, to zrobi to ktoś inny, ale niekoniecznie w sposób który Ci się podoba.
    Chociaż Wayne nie był z natury uparty, ani apodyktyczny, to zwyczajnie lubił kiedy było po jego myśli, nie czując się przy tym w żaden sposób wyjątkowy, czy inny od reszty. W końcu każdy lubił przewidywalność, albo jedynie miłe niespodzianki; co jeśli nie można było wybrać?? Pozwalając sobie w życiu na przypadkowość samemu prosiło się o kłopoty i chociaż Wade bardzo starał się, żeby tej przypadkowości było jak najmniej, to jego życie i tak co kilka lat robiło piruet, salto i kończyło bolesnym szpagatem, przypominającym o jednej rzeczy. Jeśli chciało się rozśmieszyć Boga, należało mu opowiedzieć o swoich planach. Wayne wierzył, że jest coś więcej, bo dawało mu to to nadzieję i wewnętrzny spokój, ale daleko mu było do zawierzania swojego losu komukolwiek. Bycie jednak prywatnym klaunem w oczach Stwórcy… Lubił to powiedzenie, bo pozwalało poczuć się lepiej, gdy wszystko przybierało nieoczekiwany obrót.
    Zawsze chciał być ojcem. Wydawało mu się, że Jessie też chce być matką, kiedy razem zakładali rodzinę. Nie było to nagłe, nieprzemyślane. Może dla niego nastąpiło o ten ułamek zbyt szybko, ale znał siebie i wiedział, że mógłby przeciągać rozmyślania w nieskończoność i wcale nie byłby sobie za to w tej chwili wdzięczny. Gdyby ten jeden z nielicznych momentów nie pozwolił sobie na odrobinę spontaniczności, kiedy zaplanował romantyczne zaręczyny, w tej chwili nie miałby przy sobie Hazel i Jacoba. Samolubnie cieszył się, że są, bo dzięki temu on nie był sam. Czasami zastanawiał się, co by było gdyby jego licealna miłość, Colette nie odebrała sobie życia, ale było to tylko czasami i zawsze czuł po tym wyrzuty sumienia. Bo gdyby była Colette, nie byłoby Jessie, a gdyby nie było Jessie, to w tej chwili przy tym stoliku, nie siedziałaby Hazel, tylko ktoś inny, jeśli w ogóle siedziałby ktokolwiek. Przez takie myśli czuł, jakby zdradzał własne dzieci.
    — W to nie wątpię… Holly raczej nie należy do milczków —zauważył, bo w istocie, jego macocha miała tą niewątpliwą przypadłość, którą śmiało można było nazwać gadulstwem. Nie była perfidną plotkarą, nigdy specjalnie nikomu nie szkodziła, ale bardzo lubiła mówić. Bardzo lubiła dużo mówić.
    Podał jej papierowy kubek, uważając, by nie ścisnąć go zbyt mocno i nie wylać zawartości ani na malarkę, ani na obrus.
    — Możesz mieć rację… Albo jest to jakieś perpetuum mobile, które ulega rozkładowi w wieku nastoletnim — pokiwał głową, zwracając uwagę na starszą kobietę, która dobrotliwie poklepała jego córkę po ramieniu, na co dziewczynka zareagowała głośnym, wesołym chichotem, szybko przytuliła się do jej nogi a następnie wróciła do malowania. Pani Brown, którą rozpoznał dopiero po chwili, jego była nauczycielka z czasów szkolnych, kojarząca mu się jedynie z nudnymi zajęciami z historii i kozą za przysypianie na nich, okazała się być uwielbiana przez jego córkę. Kto by pomyślał?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Jeśli kiedyś potrzebowałabyś z czymś pomocy… Średnio gotuję, ale jestem stolarzem, więc gdybyście coś potrzebowali… Wiesz, jakiś stelaż czy coś takiego, to śmiało dawaj znać. Moja córka, gdyby tylko mogła prawdopodobnie mogłaby tu zamieszkać, więc chętnie jakoś przyczynię się do rozwoju, czy utrzymania tego miejsca —powiedział pewnie, rozglądając się po sali i zastanawiając się, czy było coś, co faktycznie mógłby zrobić.
      Azyl. Czy tego szukała tutaj czterolatka? Miał nadzieję, że nie, że była to zwykła fascynacja samym malowaniem, może malarką przypominającą wróżkę i tym, że wszyscy wydawali się być w tym miejscu zwyczajnie mili i dobrze względem siebie nastawieni. Jeśli jednak Hazel tutaj próbowała odnaleźć swoje miejsce, to znaczyło, że w domu… Odgonił od siebie te myśli, przypominając sobie o tym, że Hazel miała cztery lata, nie czternaście.
      — Wspomnę mu… Jacob lubi komiksy, bardzo lubi gry, ale wchodzi powoli w trudny wiek — przyznał i wziął głęboki oddech, patrząc przed siebie, myśląc przy tym nad czymś. Czy to rzeczywiście tylko wiek? Czy może jednak charakter, albo zbyt dużo kłębiących się w chłopaku emocji? A może wszystko naraz?
      — Trzeba się na to jakoś zapisać? Może dałby się namówić… On… To dobry dzieciak, tylko trochę nieśmiały. Mógłby przyjść z kolegami? — zapytał, zwracając się w stronę młodej kobiety, zastanawiając się przy tym, o czym jeszcze Hazel jej mówiła. Bo chociaż Holly nie była biologicznie z nią spokrewniona, to mógłby się założyć, że Hazel gadulstwo ma właśnie po niej.

      Wayne 🪚

      Usuń
  24. Odwdzięczanie się w taki sposób nie było konieczne, bo gdyby nie chciał w tym uczestniczyć, na pewno nie ruszyłby za nią w samo epicentrum bitwy na kolory i nie dołączył do obrzucania się pigmentem. Niecodzienna sprawa w jego pracy, ale to zawsze jakaś miła odmiana i nawet nie przeszkadzało mu to, że będzie musiał zostać w tym kolorowym mundurze aż do samego końca, bo w każdym wydaniu był nieodłącznym elementem tego miejsca. Oczywiście, wspólnie zjedli jeszcze przekupujące frytki, napili się lemoniady, on ładnie podziękował za to krótkie szaleństwo, a później wrócił do swoich obowiązków. Krążąc później między stoiskami i sceną, z powrotem przywdział tą swoją bardziej oficjalną czujność, a od czasu do czasu zatrzymywał się na moment, omiatając wzrokiem teren festiwalu i upewniając się, że wszystko działa tak, jak powinno. Ludzie śmiali się i przekrzykiwali nawzajem, ktoś gdzieś próbował przekonać znajomych do kolejnej porcji jedzenia, inni pozowali do zdjęć, całkowicie pochłonięci chwilą. Dzieciaki biegały umazane kolorami, a festiwalowe atrakcje przyciągały kolejne grupy, które z entuzjazmem korzystały z każdej dostępnej rozrywki. Wieczór nadszedł lada moment, a wraz z nim impreza taneczna i powoli zmieniająca się atmosfera. Obserwował to wszystko z dystansu, bo o ile dzień należał do kolorów i śmiechu, tak noc miała swoje własne zasady i on dobrze wiedział, że właśnie wtedy zaczynała się jego prawdziwa robota. Akurat tym razem nikt nie pofolgował nawet zbyt mocno z alkoholem, nie było żadnej awantury ani ludzi przysypiających w kącie. Gdzieś w międzyczasie rozliczył się z główną wolontariuszką i spakował do radiowozu wylicytowany obraz, a kiedy festiwalowicze zaczęli się rozchodzić, pomógł znosić krzesła i trochę ogarnąć otoczenie. Wiadomość od Arii odczytał późno, krótko przed dotarciem do domu, ale mimo to odesłał jej uśmiechniętą emotikonę, a pod prysznicem, gdy zmywał z siebie kolory, zastanowił się, gdzie pojechać po whiskey.
    I od samego rana zajął się właśnie tym. Z początku zakładał, że na kilka godzin pójdzie jeszcze na służbę, ale gdy przeliczył sobie trasę do Americus, oddalonego o kilkaset mil od ich mieściny, i z powrotem, doszedł do wniosku, że to nie ma najmniejszego sensu. Spokojnie dotarł więc do 13th Colony Distillery, gdzie zakupił klasyczny południowy bourbon z limitowanej tegorocznej edycji. Niespełna sto dolarów za butelkę, ale po degustacji to nie przeszkadzało nie wziąć dwóch, w tym jednej dla siebie. Od razu poprosił o pakowanie na prezent, więc destylarnia zamknęła butelkę w wypełnionej słomą szkatułce z drewna, z wypalonym logo na szczycie, którą na zewnątrz przyozdobiono gustowną, szeroką wstążką, pasującą do złoto-czarnej etykiety Cask Strength Southern Bourbon. Prezentowało się to elegancko samo w sobie, dlatego zrezygnował z prezentowej torebeczki.
    Zahaczył po drodze jeszcze parę miejsc i finalnie do Mariesville wrócił chwilę przed czternastą. Wziął szybki prysznic, a później sięgnął po coś bardziej odpowiedniego na dalszą część dnia. Założył ciemnoszare spodnie, przez szlufki przeciągnął pasek, a potem narzucił na ramiona białą koszulę. Zostawił ostatnie dwa guziki rozpięte, wcisnął materiał w spodnie i lekko wygładził, a rękawy podwinął do łokci, żeby pozbyć się tej sztucznej elegancji, za którą nie przepadał. Do tego odrobina perfum o kardamonowej i waniliowej nucie, których używa od lat, i już. W końcu to urodziny w ogrodzie, a nie gala rozdania nagród. Nie ma się co spinać.
    Z prezentem pod pachą i kwiatami w dłoni dotarł piechotą pod odpowiednie do drzwi i od razu wcisnął dzwonek. Było kilka minut po piętnastej, ale słyszał już odgłosy rozmów, dochodzące gdzieś zza domu, więc możliwe, że pozostali goście byli już na miejscu. W pobliżu dostrzegł już zresztą kilka dodatkowych samochodów, z czego niektóre nawet kojarzył.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wrócił uwagą do drzwi i uśmiechnął się lekko, gdy zza nich wyłoniła się sylwetka Arii. Mimowolnie przesunął spojrzeniem po satynowym materiale sukienki, którą miała na sobie. Tym razem na stopach nie miała znoszonych trampek, choć one i do tej kreacji pasowałaby bez większego wysiłku. Aria miała w sobie coś, co sprawiało, że nawet najbardziej nieoczywiste połączenia wyglądały naturalnie, a choć tym razem postawiła na coś bardziej eleganckiego, wciąż miała w sobie tą samą, nieco przekorną swobodę, której nie dało się pomylić z niczym innym.
      — Pewnie większą część z tych żartów już słyszałem — stwierdził z uśmiechem, bo w policyjnym otoczeniu często królowały te same żarty i anegdotki.
      Wszedł do środka, żeby Aria mogła zamknąć za nim drzwi.
      — To dla was, drobiazg — powiedział zaraz, wręczając jej nieduży box z różowymi gerberami i wciśniętym z boku pudełeczkiem czekoladek. Tak już go wychowano, że nie przychodzi się w gości z pustymi rękami, więc dla pań domu przyniósł mały drobiazg, a dla solenizanta prezent, licząc na to, że z whiskey rzeczywiście trafi w gust Leona. Trunek z rzemieślniczej destylarni to coś, czego nie da się kupić w lokalnym markecie, więc możliwe, że ten smak nawet go zaskoczy.
      Gdy przeszli do ogrodu, przywitał się ze wszystkimi ogólnym dzień dobry i zatrzymał spojrzenie na Leonie. Mężczyzna zawsze wyglądał młodziej niż wskazywała metryka i tego można było mu pozazdrościć. Przywitali się męskim, mocnym uściskiem dłoni, a wtedy Rowan przekazał mu drewnianą szkatułkę z butelką whiskey w środku.
      — Dużo zdrowia, Leonie, i żebyś tropił już tylko dobre okazje do świętowania — rzucił z przymrużeniem oka, po czym cofnął rękę i skinął głową w stronę prezentu.
      — A gdyby coś jednak wyglądało podejrzanie, to masz narzędzie do dokładniejszej analizy — dodał luźniej, z uśmiechem wskazując na zawartość szkatułki.

      Rowan Johnson 🎉🥳

      Usuń
  25. [No cześć!
    Dziękuję za powitanie. Nie byłabym sobą, gdyby moje postacie otrzymały łatwe życie. Dean i tak ma szczęście, że dopiero na stare lata zaczęły się problemy. Można powiedzieć, że wcześniej miał dość sielankowe życie. ^^
    Z Arii za to jest bardzo intrygująca postać i z pewnością wyróżnia się mocno na tle innych mieszkańców. Z jednej strony jej tej urody zazdroszczę, a z drugiej nienawidziłabym tego, że ciągle ktoś się na mnie gapi, a Aria przyciąga wzrok i ciężko go od niej oderwać! Ale to nie o mnie przecież, a o niej. Z tego co widzę to oni dorastali nawet w tej samej dzielnicy. Rodzinny dom Deana stoi w Applewood Grove, więc mogli być sąsiadami. Między nimi też są tylko dwa lata różnicy, więc czasem mogło się zdarzyć, że spędzali ze sobą czas. Dean mógł być tym, który wiele gada, a Aria słuchać. ;D Natomiast co do powiązania ich przez ojca dziewczyny to też jest opcja. Ustaliłam sobie, że zaginięcie dziewczyn miało miejsce pod koniec sierpnia 20204, a niedługo później koniec września/początek października aresztowano Caleba. Nie wiem, czy jeszcze wtedy ojciec Arii pracował, ale nawet, jeśli nie to z pewnością coś się da pokombinować z tym dalej. ^^]

    Dean Walker

    OdpowiedzUsuń
  26. Zanim nastał sierpień 2024 rodzina Walker cieszyła się w miasteczku szacunkiem. Ojciec i synowie pracowali w straży – zawsze gotowi do pomocy, kiedy zaszła potrzeba. Bez względu na to, czy nosili wtedy mundur czy byli już po służbie. Ściągali wrzeszczące koty z drzew, dokręcali śrubki czy naprawiali ploty, gdy ich o to poproszono. Nie było rzeczy, której by nie zrobili, a kiedy coś jednak okazywało się być ponad ich umiejętności, a czasem tak było, bo w końcu byli tylko ludźmi, a ci nie byli nieomylni, to sięgali po telefon i dzwonili do ludzi, którzy pomóc na pewno mogli. Zanim nastał sierpień 2024 wszystko w życiu Deana było w porządku. Naprawdę, układało mu się dobrze. Żeby nie powiedzieć, że zajebiście. Miał wymarzoną pracę, która dawała mu satysfakcję. Dziewczynę, której zamierzał się oświadczyć, ale czekał na odpowiedni moment i pierścionek nie był gotów, a Dean się uparł, aby nie brać pierwszego lepszego, który znajdzie w sklepie. Chciał, aby był wyjątkowy. Tylko zanim zdążył się za tym tak naprawdę rozejrzeć to nastał sierpień 2024 i od tamtego dnia nic nie było już takie samo.
    Ludzie już tak chętnie od nich pomocy nie chcieli, a przez pierwsze miesiące Dean ani ojciec nie myśleli o tym, aby pomagać innym. Spadły im na głowę problemy, na które nikt nie mógł być gotów. Ojciec był na emeryturze już od kilku dobrych lat. Natomiast Dean dopiero tak naprawdę zaczynał. Przepracował kilka lat, ale to wciąż nie było wystarczające. On chciał więcej. Większego doświadczenia. Odebrał to sobie. Musiał, bo gdy wyjeżdżał w akcję czuł, że jego obecność nie jest pożądana. Nie przez ludzi, z którymi pracował, ale przez mieszkańców. Widział to w ich oczach i sposobie, jak się odsuwali, gdy to Dean wychodził im naprzeciw. Dlatego odszedł, choć to właśnie porzucenie munduru złamało mu serce mocniej niż Darlene.
    Telefon nie dzwonił już w środku nocy. Nie ściągano go z wygodnego łóżka na akcję. Noce miał spokojne. Zamykał The Rusty Nail około drugiej w nocy. Czasem ktoś się z kimś pobił po zbyt wielu piwach i to była wtedy najciekawsza część wieczoru. Dlatego, kiedy w okolicach północy telefon Deana zaczął dzwonić jego pierwszą myślą wcale nie było, że ktoś potrzebuje pomocy, a raczej, że to pomyłka.
    Aria.
    Leżał na kanapie z jednym kotem na klatce, a drugim na udach. Oba mruczały. W tle leciał serial, którego nawet nie oglądał i próbował korzystać z wolnego wieczoru, choć kompletnie nie potrafił. Leżenie i nic nierobienie nie było dla niego.
    Odebrał bez zawahania. Była garstka osób, od których Dean odbierał zawsze. Nawet, jeśli nie rozmawiali od dłuższego czasu, a z Arią nie miał regularnego kontaktu. Wiedział, że wróciła. Często widywał jej białe włosy na mieście. Czasem minęli się w supermarkecie i powiedzieli sobie cześć. Przez ostatnie półtora roku Dean jednak stał się fanem zakupów dostarczanych pod drzwi. W każdym razie – odebrał. I dobrze, że odebrał. Na nogach był kilka minut później. Prosząc, aby wysłała mu pinezkę, gdzie stoi, a on będzie za chwilę. Dla takich właśnie momentów żył. Przez moment naprawdę znów poczuł się potrzebny.
    Nie jechał na złamanie karku. Aria nie była umierająca. Dojechał zgodnie z obietnicą po około piętnastu minutach. Znajdowali się kawałek za Mariesville. Wystarczająco, aby między drzewami widzieć światła miasteczka. I na takim zadupiu, aby nie działały tu lampy.
    — Mam przez ciebie dwa obrażone koty w domu. — Rzucił wesoło, kiedy wysiadł z samochodu. Nie zawsze chodził z ponurą miną, a Aria… Aria w pewnym sensie zrobiła mu noc. — Co tak właściwie się stało?

    Dean🚘

    OdpowiedzUsuń
  27. Wayne stanowczo mógł być określony jako łagodny mężczyzna i nawet przez myśl nie przeszłoby mu, żeby się przez to obrażać, bo za dużo większą ujmę uważał, że mógłby zawodzić. Ale on, pomimo swojej łagodności nie zawodził nikogo, prócz oczekiwań swojej żony, których nie miał prawa spełnić od samego początku. Nie był dla niej za biedny, nigdy w tym wszystkim nie chodziło o pieniądze, które umiał zarabiać i szło mu to całkiem nieźle, bo warsztat nie tylko radził sobie dobrze, rozwijając się z małego zakładu w miejsce pracy kilkunastu osób, ale też generował zyski na tyle duże, że hipoteka już od dawna nie była obciążeniem dla ich domu. Nigdy też nie naciskał, żeby Jessie wróciła do pracy po urodzeniu dzieci, a kiedy tego zapragnęła, zrobił wszystko, by dać jej na to przestrzeń i środki. Zawiódł ją, bo nie potrzebował wyjść do klubów, chodzenia w designerskich rzeczach i kupowania jej bukietu stu róż z kwiaciarni, której nawet nie było w ich stanie. Jessie chciała błyszczącego życia, takiego, które widziała w social mediach, a które dla Wayne’a było całkowitą abstrakcją i w tym faktycznie ją zawiódł, bo nie potrafił jej takiego życia dać.
    — Wydaje mi się, że to może być trochę tak, że oni zwyczajnie nie wiedzą, że czegoś nie można, albo, że się nie da i przez to zwyczajnie to robią — zauważył, zerkając to na kobietę, to na Hazel, która zdążyła usmarować swój policzek farbą, przez co brudne miała już nie tylko spodnie, fartuch i rękawy, ale także buzię i niesforne kosmyki włosów. Wade już rozumiał, czemu Holly powiedziała, żeby wziął roboczego pickupa, zamiast ich rodzinnego auta, w którym starał się utrzymać względny porządek.
    — Nie mają też tego przekonania, że na cokolwiek wpadną, to już pewnie gdzieś istnieje, więc zwyczajnie wpadają, później okazuje się, że to coś nowego i… — zaśmiał się pod nosem i pokręcił głową, zaskoczony własnym wywodem. Może to miejsce, pełne artyzmu i ciepła, zachęcającego do rozmyślań, tak na niego działało? — No wiesz, tak jak się było dzieciakiem i ktoś Ci powiedział, że nie da się gdzieś wejść, a zawsze znajdowało się jakiś sposób.
    Wade nie lubił udawania. Lubił myśleć o sobie, że jest na to zbyt prosty i za bardzo ceni sobie tę prostotę, by udawać cokolwiek i kogokolwiek i tak też było z udawaniem, że się nie potrzebuje pomocy. Właściwie, to udawał jedynie przed dziećmi, kiedy nie wszystko było okej, że właściwie wszystko jest dobrze tylko po to, by ich nie martwić; bo jego dzieci, jak dla każdego rodzica, były bystre. Hazel, jak na czterolatkę była diabelnie bystra emocjonalnie, do tego stopnia, że niekiedy go to przerażało, bo szukał w tym swojej i Jessie winy, bo przecież tak małe dziecko, nie powinno być tak wyczulone na otaczający je świat. Jacob, emocjonalnie bardziej wycofany, był bardzo bystry sytuacyjnie, bo mimo własnej nieśmiałości, umiał bardzo dobrze odnaleźć się zawsze i wszędzie. I właśnie przez tą bystrość, Wade, jako najgorszy kłamca na świecie, oszukiwał dzieci, a one oszukiwały go, żeby nie robić mu dodatkowych kłopotów. Dlatego nie lubił udawania i tym bardziej ucieszył się, kiedy Aria wprost powiedziała, co może się przydać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Chciałabyś tę szafę do sufitu? Możemy zrobić tutaj… — podszedł do wskazanego miejsca i podrapał się po brodzie, w głowie układając półki, aby jak najbardziej wykorzystać potencjał przestrzeni, którą miał zamiar stworzyć. Rozejrzał się wokół, chwycił kartkę leżącą na stoliku, mały ołówek wyciągnął z tylnej kieszeni spodni i zrobił wstępny szkic szafy, jaka wydawała mu się, że będzie najbardziej odpowiednia. Z dużą ilością szuflad na farby, pionowymi przegródkami na płótna i kilkoma wyższymi półkami, które mogły posłużyć do przechowywania pędzli w słoikach — Wolisz ją w zabudowie, czy wolnostojącą? —zapytał, wyciągając przy tym ołówek w jej stronę — Zobacz, czy coś takiego będzie okej. To szkic, dokładny rysunek mogę Ci podesłać jutro koło południa, a sztalugi… W zasadzie, to część mogę wziąć dzisiaj na auto, każda zajmie pewnie około pół godziny… — Wade Alexander myślał dużo, ale dopiero, kiedy mówił o pracy było widać mechanizm w jaki sposób się to działo. Półka krzywo wisiała – należało poprawić mocowanie, żywica nie chciała wiązać – należało sprawdzić proporcje, mechanizm źle działał – należało go wymienić. To były problemy, które lubił najbardziej i na które znał rozwiązania, bo to przy emocjach i uczuciach gubił się najbardziej. Kiedy dotyczyły jego dzieci, czasami zupełnie nie wiedział, co powinien robić.
      — W takim razie nie pozostaje mi nic innego, jak przytargać tutaj trzech dziesięciolatków i przypilnować, żeby się nie pozabijali — uśmiechnął się do niej, absolutnie wypadając z wcześniejszego skupienia, które towarzyszyło mu przy rozmowie o pomocy. — Ich rodzice będą zachwyceni tym pomysłem i wolnym popołudniem.

      Wayne 🪚

      Usuń
  28. Wade nie wymagał od Jessie niczego, czego sama by nie chciała. Gdyby wyraziła chęć pracowania w pierwszej, czy drugiej ciąży, wspierałby ją tak samo przy tej decyzji, jak wtedy, gdy powiedziała mu, że nie ma zamiaru pracować w tym czasie, bo samo bycie przy nadziei jest pracą. Nie widział też niczego złego w tym, żeby to on wychodził z pracy odbierać dzieci, żeby to on, mimo braku naturalnych zdolności i predyspozycji, gotował obiady. W zasadzie, to nie miał problemu z niczym, o ile nie czuł się w tym wszystkim wykorzystywany, bo niestety, ale Jessie zdarzało się mylić jego łagodną naturę z tym, że był zwykłym frajerem, którego mogła mieć na każde zawołanie. Mając głęboko zakorzenione poczucie sprawiedliwości i starszą siostrę, która od dziecka tłukła mu, że nie może wymagać od dziewczyn więcej, niż wymaga od siebie, starał się bardzo, jednak nawet on miał swoje granice. Gdyby z Arią, zamiast w tej chwili rozmawiać o nastolatkach, zacząłby rozmawiać o jej podejściu do macierzyństwa i podziału obowiązków w domu, istniało duże prawdopodobieństwo, że mogliby sobie zbić piątkę, bo nie widział w tym miejsca, gdzie mógłby się z nią nie zgodzić. Patrząc bardziej na związek Holly ze swoim ojcem, niż małżeństwo rodziców, wiedział, że można się dogadać pomimo wielu różnic i w obliczu wielu wyzwań, pod warunkiem że było się na rozmowę otwartym i gotowym na kompromisy. Holly dzielnie znosiła niezbyt dużą wylewność ojca, on zaś dzielnie wytrzymywał jej gadulstwo i bycie dosłownie wszędzie, bo mimo postępującego wieku, kobiecie nigdy nie brakowało energii i to przyzwolenie między nimi na bycie różnymi od siebie, było dla Wade’a dowodem, że wcale nie przyciągają się ludzie podobni do siebie, tylko tacy, którzy chcą iść w tym samym kierunku. A Holly i Billy chcieli iść jedną drogą, najlepiej trzymając się za ręce, mieć spokojne życie w otoczeniu rodziny, miłe wieczory przy herbacie i swoje cotygodniowe randki. Wayne też chciał takie uskutecznić z Jessie, jednak nawet w tym mieli tak odmienne oczekiwania, że po kilku wyjazdach do Camden i Atlanty, zwyczajnie się poddał, nie mając pojęcia, w jaki sposób może zaspokoić żonę, która nie miała zamiaru mu tłumaczyć, bo powinien był się domyślić. Nie miał już wtedy sił się domyślać, bo tych domyślań w ich życiu było zbyt dużo i powoli dochodził do wniosku, że Jessie zwyczajnie nie jest z nim szczęśliwa i obojętne, czy by się domyślił, czy nie – wynik byłby ten sam.
    Nie miał pojęcia, jaką nastolatką, czy dzieckiem była Aria, ale mógł się domyślać, że nie miała łatwo, bo nikt nie był równie okrutny, co dzieci. Wade chciałby powiedzieć, że gdyby chodzili razem do klasy, to zostałby jej przyjacielem, ale raczej nie byłaby to prawda – nawet nie z powodu samego wyglądu Arii, ale bardziej dlatego, że najzwyczajniej nie miał koleżanek w dzieciństwie. Były, chodziły z nimi do klasy, ale on był jednym z tych chłopców, którzy unikali kontaktów z dziewczynami aż do okresu nastoletniego, w którym Wayne w zasadzie też nie skupiał na nich zbyt dużej uwagi, mając grono zaufanych kumpli jeszcze od przedszkola. Nie było więc tak, że unikał posiadania koleżanek, czy nawet przyjaciółek, tylko zwyczajnie nie miał ku temu okazji, zbyt pochłonięty swoją paczką, do której z czasem zaczęły oczywiście dochodzić dziewczyny, ale nie koleżanki, a partnerki jego kumpli. Prawda była taka, że istniało spore prawdopodobieństwo, że nie byłby z Colette gdyby nie to, że była przyjaciółką dziewczyny jego dobrego kumpla i to nie dlatego, że nie był nią zainteresowany. Bardziej dlatego, że już wtedy Wayne uważał, że jeśli się kimś poważnie zainteresuje, to już na zawsze, bo nie miał zamiaru tracić czasu na przelotne znajomości, jednocześnie stwierdzając, że ma jeszcze zwyczajnie czas na takie zobowiązania. Ale Colette pojawiła się w jego życiu niespodziewanie i zabrała sobą tyle przestrzeni, że długie lata po jej śmierci nie umiał się z tym uporać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyjął jej uwagi odnośnie szafy i zaraz po powrocie do domu usiadł do projektu, którego rysunek wysłał jej następnego dnia z samego rana, wraz z prośbą o potwierdzenie ewentualnych wymiarów. Sztalugi wieczorem zapakował do auta, na co Hazel zareagowała entuzjastycznym “mój tata wszystko umie naprawić”, przez które Wade wywrócił oczami i wziął córkę dosłownie pod pachę, gdy ta miała zamiar ponownie zniknąć w Mariesville Community Center. Mechanizmy zostały naprawione w przeciągu tygodnia, tak samo jak odświeżona została powierzchnia drewna, ale Wayne nie zrobił tego sam, bo do pracy zaciągnął dwóch chłopaków z pobliskiego liceum, którzy po szkole uczyli się u niego zawodu w ramach, pewnego rodzaju, płatnych praktyk. Oni mieli kilka dolarów kieszonkowego i możliwość realizowania własnych projektów, on zaś czasami wrzucał im takie zadania, na które ani on, ani bardziej wykwalifikowani pracownicy nie mieli czasu.
      Na warsztatach pojawili się wcześniej, wcześniej też dając znać Arii, że Jacob będzie tylko z jednym kolegą, z którym szli za Waynem i Hazel, z minami wskazującymi jasno na to, że cały pomysł przyjścia do ośrodka był według nich głupi. Było tak do momentu, w którym zauważyli swojego idola, którego nawet Wade kojarzył chociażby z wywiadów, które zdarzało się oglądać Jacobowi z jednym ze swoich ulubionych twórców.
      — Tato! Czemu nie mówiłeś, że to Elias Moreau! — powiedział z żalem, ale zaraz potem uderzył kolegę w ramię, wskazując palcem na koszulkę z jednym z bohaterów stworzonych przez artystę. — Jak dobrze, że dzisiaj się umówiliśmy, będę miał autograf! — towarzyszący Jacobowi Caleb miał na sobie koszulkę z tego samego uniwersum, ale ze swoją, ulubioną postacią. Jacob wziął Hazel za rękę, kiedy wraz z Calebem poszli za swoim idolem.
      Całe szczęście, że założyli te koszulki , pomyślał Wade dobrze wiedząc, że gdyby tak się nie stało, czekałaby go teraz szybka przejażdżka do domu, szukanie odpowiedniego ubrania i druga przejażdżka do domu Caleba w tym samym celu.
      — Chyba trafiłaś w dziesiątkę tymi warsztatami — rzucił swobodnie, uśmiechając się przy tym półgębkiem, po czym poszedł we wskazanym przez nią kierunku. Siedział jednak krótko, szybko przyłączając się do artystki, kiedy ta rozdawała zarówno długopisy, jak i kartki, w razie potrzeby starał się pomagać dzieciom, gdy któreś o coś go poprosiło. Część kojarzyła go ze względu na to, że był ojcem Hazel i Jacoba, którzy byli dość popularni wśród swoich rówieśników.
      Pod koniec warsztatów oparł się ścianę tuż obok drzwi wejściowych, patrząc to na tłumaczącego coś Eliasa, to znowu na bok tył głowy syna i córki, która wyraźnie kręciła się na krześle, najwyraźniej powoli nudząc się tym, co się działo. Widząc, że zsuwa się z siedziska, podszedł do niej bezszelestnie i kucnął obok, by mogła mu do ucha coś wyszeptać. Wziął ją na barana i możliwie, jak najciszej tylko umiał, podszedł do Arii.
      — Jacob urobił Hazel na pizzę, a Hazel… — zaczął, ale córka pochyliła się niebezpiecznie do przodu, przez co postanowił ją przełożyć sobie na bok, na co dziewczynka nie zareagowała w żaden sposób, całkowicie przyzwyczajona do takich akrobacji.
      — A ja chcę, żebyś poszła z nami, proooszęęęę… Będzie super! — obiecała czterolatka, patrząc błagalnym spojrzeniem na artystkę.

      Wayne🍕

      Usuń
  29. Przepadał za piwem, ale teraz ostatecznie poprosił Ramireza o whiskey z lodem, a potem skupił się na opowieściach kolegów po fachu, których słuchał z uśmiechem, ale i ze zrozumieniem. Czego to on nie przerobił przez piętnaście lat służby. Były sprawy, z których można było się pośmiać, czy to na samym komisariacie, czy gdzieś w terenie, ale były też takie, które nie chciały wyjść z pamięci, nawet jeśli usilnie się je stamtąd wypychało. Różne scenariusze życie na służbie pisało – tu, w Mariesville, w większości były one pozytywne, bo tutejsze konflikty łagodziło się z reguły sprawnie i bez strat, ale praca dla SWAT miała całe mnóstwo ciemnych stron, do których on dobrowolnie nie próbował nawet wracać. Anegdotki kolegów były jednak zabawne, jak i cała atmosfera dzisiejszego grilla urodzinowego, więc jego myśli też automatycznie kręciły się wokół sytuacji, z których kiedyś śmiał się w głos cały komisariat. Jak chociażby to, że ich specjalna jednostka została zadysponowana do rozboju na obrzeżach Atlanty, a sprawcami tego zamieszania okazały się dzikie gęsi, które jakimś cudem dostały się do sklepu ze szkłem. I tak najlepsze było to, że kiedy spróbowali je wyłapać, te zaczęły ich gonić, a widok gości ze SWAT-u, uzbrojonych po zęby i uciekających przed gęsiami, został opisany nawet w miejscowym osiedlowym tygodniku. Gdzieś w domu Rowan wciąż ten tygodnik miał, bo to była całkiem zabawna pamiątka, a akurat on załapał się na zdjęciu, wprawdzie zamaskowany, ale potrafił rozpoznać siebie, jak i każdego kolegę. Żadna gęś wtedy nie ucierpiała, wszystkie znalazły się na wolności, całe i zdrowe, chociaż narobiły w sklepie bałaganu co niemiara.
    Przy tej szklaneczce whisky od razu skusił się na kawałek grillowanego steku, który przyjemnie skwierczał na talerzu, a jeszcze przyjemniej pachniał i smakował. Nie miał wątpliwości, że wyjdzie stąd najedzony, skoro Rose tak chętnie nakładała gościom porcje swojej sałatki, zresztą, trudno się nie skusić na tyle dobroci, ale co do upicia się, to bliski był pewności, że to się nie uda. Na pewno nie w takim sensie, żeby stracić kontrolę, bo do takiego stanu nie doprowadził się jeszcze nigdy. Zawsze był tym, który nadzorował imprezowe towarzystwo, bo miał w sobie gen odpowiedzialności, którego większość imprezowiczów nie posiada, ale ta wstrzemięźliwość alkoholowa wynikała też z bycia zapobiegawczym tak po prostu. Zwykła zawodowa roztropność, szczególnie, gdy chodziło o obce towarzystwo. Tutaj była akurat zamknięta mundurowa zgraja, ale wątpliwa sprawa, aby to poluzowało rowanowe hamulce.
    Gdy Harold poruszył temat galerii, Rowan podniósł spojrzenie na Arię, która siedziała już naprzeciwko. Złapał się na tym, że w ostatnim czasie słyszał o galerii więcej, niż kiedykolwiek poprzednio. Obecność Arii w mieścinie ewidentnie miała pozytywny wpływ na to, jak miejscowi zaczęli postrzegać sztukę i jak bardzo przekonali się do tego, żeby w ogóle zacząć ją postrzegać. Ludzie naprawdę postanowili odkrywać swoje talenty, i to zarówno młodsi jak i starsi, bo przedział wiekowy osób, które opowiadały o zajęciach w galerii, był różny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Właśnie zauważyłem ostatnio, że w naszej galerii zrobił się większy ruch niż w miejscowym barze, co akurat cieszy, ale chyba naprawdę muszę tam zajrzeć — powiedział z uśmiechem, po czym wbił widelec w mięso, żeby odkroić kawałek i wsunąć kęs do ust. — Z czystej ciekawości — zaznaczył zaraz, zasłaniając usta dłonią. — Bo talentu do malowania to nie mam — powiedział, gdyby komuś wydawało się, że drzemie w nim jakiś Picasso. Chyba, że kaczuszkowy Picasso, z czego to Aria mogła zdawać sobie akurat sprawę, bo sama tę kaczuszkę przygarnęła, a raczej wylicytowała dokładnie wczoraj, zanim tak celnie prysnęła w niego kolorowym barwnikiem i wciągnęła w tamto festiwalowe szaleństwo.

      Rowan Johnson 🍖♨️

      Usuń
  30. Wade wychodził z założenia, że dzieci należało traktować jak dzieci, ale nie zapominając przy tym, że są rozumnymi ludźmi. Dlatego względem wobec własnych dzieci starał się być zwyczajnie uczciwy, nie infantylizować pewnych tematów i rozmawiać z nimi, dużo rozmawiać.
    Hazel na wieść o lodach aż zaklaskała z ekscytacji w ręce, na co Wade jedynie pokręcił z lekką dezaprobatą głową, jednak nic nie powiedział, tylko uśmiechnął się. Skinął głową do podchodzącego Moreau, z którym wymienił się mocnym uściśnięciem dłoni, po czym poczochrał Jacoba po głowie.
    — Mówiłam Jacob? Jak Aria coś wymyśli, to zawsze jest super — powiedziała pewnie Hazel, odpychając się bezpardonowo od ojca. Pewnie ujęła dłoń Arii, z uwagą oglądając jej blade palce, jakby przyrównywała je do swoich własnych – nie było w tym geście jednak niczego złośliwego, ot zwykła, dziecięca ciekawość równa z tą, gdy dzieci odkrywają, że ktoś ma inne oczy, włosy, czy kolor skóry od nich. W tym czasie brat dziewczynki z entuzjazmem dzielił się z Eliasem swoimi pomysłami na fantastyczne postaci i tym, jak z Calebem uwielbiają bawić się figurkami, układając dla nich niekończące się historie.
    — Jasne, zaparkowałem koło hydrantu. Chodź Hazel, zaczekamy na zewnątrz — podał rękę córce, która niechętnie oderwała się od artystki i posłusznie skierowała z ojcem w stronę wyjścia.
    Chłopcy oczywiście podzielili się zeszytami, wcześniej ustalając, w jakiej kolejności który będzie je czytać, żeby nikt nie został pominięty, a fabuła miała prawo trzymać się kupy. Wszystkie zeszyty, które przypadły Jacobowi i Calebowi zostały w samochodzie, bo chłopcy jasno orzekli, że nie będą ryzykować uszkodzenia ich podczas jedzenia pizzy. To byłoby niedopuszczalne!
    — Ja też chcę hawajską! — zawołała Hazel, słysząc, co zamawia Aria, którą dziewczynka wydawała się być wyraźnie zafascynowana, a przynajmniej dzisiaj tak się wydawało, bo w tym wieku i ilości energii, którą miała dziewczynka, obiekty jej zainteresowania zmieniały się zbyt szybko, by Wayne był w stanie nadążyć.
    — Fuuu, jak można jeść hawajską! — głową pokręcił z niedowierzaniem Jacob, który momentalnie się wyprostował z pozycji półleżącej, gdy Wade uniósł pytająco brwi do góry, częstując go tym spojrzeniem. — Ja przynajmniej nie lubię… — poprawił się chłopiec, wywrócił oczami i wrócił do czytania menu razem z kolegą. — Dla mnie będzie pepperoni, a ty Caleb?
    — Ja to samo, a możemy jeszcze colę?
    — Jasne, a ty Aria? Na co masz ochotę do picia? — zapytał Wade, starając się z całych sił skupić na tym, co się dzieje wkoło niego, robiąc to jednak z wprawą i spokojem. Gdy kobieta odpowiedziała, zwrócił się ponownie do kelnerki.
    — Lila, poproszę w takim razie colę dla chłopaków, dla mnie i Hazel będzie ta lemoniada arbuzowa a do jedzenia dla mnie... Niech będzie ta z pieczonym czosnkiem. Dzięki wielkie — uśmiechnął się do kobiety, pomógł jej zebrać karty menu i poprawił spinkę, spod której Hazel już wysuwały się niesforne kosmyki włosów.
    — Tatooo, możemy iść pograć? — zapytał Jacob, wskazując na stojącego w rogu lokalu cymbergaja. Wade skinął głową, cał chłopcom drobne, na co Hazel rozejrzała się po restauracji, najwyraźniej i dla siebie szukając zajęcia. Gdy wypatrzyła kącik dla dzieci, nawet nie czekając na ojca wstała, wskazując w tamtym kierunku palcem.
    — A ja chcę iść rysować! — zatrajkotała i pomachała im, w swoim uśmiechu pokazując malutkie, białe ząbki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zostali sami, ale Wade nie czuł się przez to niezręcznie, bo to popołudnie, chociaż pełne wrażeń, było zbyt przyjemne, by mógł się czymkolwiek przejmować. Miał dobry dzień w pracy, dzieciaki były zachwycone warsztatami, a teraz miał w perspektywie spędzenie popołudnia w towarzystwie innego dorosłego. W dodatku takiego, który nie miał problemu z tym, że Jacob i Hazel często mu towarzyszą, co niekiedy stanowiło problem dla kolegów, wciąż prowadzących tryb życia bez jakichkolwiek zobowiązań.
      — Fajnie, że do nas dołączyłaś — powiedział i chwycił za wykałaczkę leżącą w przyborniku, którą zaczął obracać między palcami — Skąd znasz Eliasa? Studiowaliście razem, czy artyści się jakoś spotykają w świecie… Jak to wygląda w takim środowisku? — zapytał, patrząc na jasnowłosą z żywym zaciekawieniem, zastanawiając się przy tym, czy bawiła się równie dobrze, co on. Bo jemu od dawna nie było tak zwyczajnie przyjemnie.

      Wayne🍕🍉

      Usuń
  31. U niego w domu zawsze było głośno. Mieszkał z siostrą, rodzicami i dziadkami, a kiedy matka się wyprowadziła, Holly dość szybko pojawiła się w ich życiu, zabierając sobą jeszcze więcej przestrzeni, ale robiąc to w sposób, który wszyscy pokochali. Nigdy nie miał momentu, w którym musiałby polubić samotność, ale nie znaczyło to też, że ta mu specjalnie przeszkadzała. Nieczęsto, ale wciąż, zdarzało mu się samotnie podróżować służbowo i bardzo cenił te podróże, kiedy miał czas tylko dla siebie i swoich myśli. W liceum, w trudnym dla siebie okresie, po stracie dziewczyny którą szczerze kochał, wybrał się swoim motocyklem w nostalgiczną podróż po Stanach, którą mieli zaplanowaną do przejechania razem, na którą też odkładali pieniądze przez całą szkołę średnią. Po dwóch miesiącach spędzonych na jednośladzie, poznaniu wielu nowych ludzi z którymi do tej pory miał kontakt, zrozumiał, że to Mariesville jest jego domem. Bezpieczną przystanią, w której może ma wiele złych wspomnień, ale wciąż więcej tych dobrych i chce, by ta mała mieścina dalej była jego domem, a ludzie w niej mieszkający znajomymi, często przyjaciółmi, niekiedy rodziną.
    — Chodź, zamienimy się — powiedział bez większego namysłu, bo zasłonka chociaż miała chronić przed słońcem, co chwilę delikatnie falowała pod wpływem ruchu powietrza. Wstał i zaczekał, aż kobieta zajmie jego miejsce, wcześniej odsuwając jej krzesło. Usiadł po drugiej stronie z uwagą sprawdzając, czy w oczach Arii przez tę krótką chwilę, kiedy słońce je drażniło, nie zaszła jakaś zmiana, podrażnienie, czy cokolwiek innego, co mogłoby sugerować, że potrzebuje jakiejś pomocy. Kobieta jednak kontynuowała, więc najwyraźniej nic się nie stało.
    — Nie ma nic złego w byciu “nudnym” — zrobił cudzysłów palcami i uśmiechnął się do kobiety — Ja od dzieciaka wiedziałem, że chcę zostać stolarzem. Mój dziadek był stolarzem, mój ojciec był stolarzem i ja też nim zostałem, chociaż mój ojciec bardzo chciał, żebym poszedł na studia… Zamiast tego, wszystko co miało iść na studia wpakowałem w szkolenia i sprzęt. To dopiero nuda — uśmiechnął się krzywo, przypominając sobie ilość dyskusji, które miał z ojcem i Holly na temat swojej przyszłości. Chcieli dla niego czegoś więcej, bo w końcu uczył się przyzwoicie a nigdy nie poświęcał temu zbyt dużo czasu, do tego, kiedy już się za coś zabierał to faktycznie wychodziło mu to dobrze i był w tym bardzo dokładny. Nikt nie oczekiwał od niego kariery politycznej, bycia prawnikiem czy lekarzem, ale jego ojcu latami ciążył jego własny brak wykształcenia, tworząc kompleksy, które Wade’owi były całkowicie obce.
    — Nie wiem, czy by mnie uwiedli… — zaśmiał się lekko i przeczesał dłonią włosy, z zainteresowaniem obserwując, jak Aria przestawia talerze. Gdy kelnerka przyniosła napoje, postanowił dołączyć do tej małej układanki, rozkładając sztućce i widelce z koszyczka, równo przy każdym naczyniu. — Ja lubię rozdzielać swoje prace. Są rzeczy, które robimy w tej chwili prawie hurtowo, nie ma w tym za dużo artyzmu, ale to pozwala brać zlecenia, które są bardziej czasochłonne i cały czas się rozwijać. Mam to szczęście, że mogę podejmować się bardziej wymagających rzeczy, ale… Drewno to drewno, moje rzeźbienie nijak ma się do snycerzy z Europy, a inkrustacje raczej proste, ale jeśli chcesz, to tą szafę do MCC mogę zrobić z jakimś wzorem, albo napisem. Tylko musisz mi powiedzieć, co to miałoby być? — to było odświeżające. Lubił rozmawiać o swojej pracy, która może nie była niczym porywającym, niczym, przez co serce szybciej biło, ale było czymś sprawczym, a to było dla Wade’a najważniejsze. Z kilku desek w ciągu paru godzin mógł stworzyć coś, co było w stanie przeżyć jego i jego dzieci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Ja na imprezę? I to artystyczną? — roześmiał się szczerze, patrząc na białowłosą ze szczerym rozbawieniem i pokręcił głową, jednak zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, do stolika podbiegła Hazel z rysunkiem, który bez większego zastanowienia położyła Arii na kolanach.
      — To zaproszenie na Święto Wiosny u mnie w przedszkolu! — zaćwierkała dziewczynka, kręcąc nóżką w miejscu, wyginając za sobą złączone ręce i uśmiechając się wszystkimi posiadanymi zębami. — Przyjdziesz, prawda? Będzie babcia, dziadek, tata…
      — Hazel, co Ci mówiłem o namawianiu? — zapytał spokojnie Wade, przepraszająco zerkając w stronę młodej kobiety.
      — Oj, ale tato… — westchnęła niezadowolona dziewczynka, zakładając ręce na piersi.
      — Nie tato, tylko idź rysować, w porządku?
      — No dobra — jęknęła dziewczynka, przedłużając ostatnią samogłoskę przez całą drogę do dziecięcego kącika.
      — Aria, nie musisz… Nie czuj się w żaden sposób zobowiązana, w porządku? Hazel bardzo Cię lubi, ale nie ma absolutnie jakiegokolwiek wyczucia kiedy chodzi o granice, chyba jeszcze jest na to za mała. W każdym razie, jeśli nie masz ochoty, to zwyczajnie nie przychodź. Będzie głośno, kolorowo i pewnie trochę dziwnie, jak na wszystkich takich występach — powiedział pewnie, trochę szybciej niż wszystko do tej pory, a jego mała kopia właśnie śpiewała pod nosem piosenkę, której kompozycja zaczynała się w momencie nabierania przez nią powietrza do małych płucek.

      Wayne🍕🍉

      Usuń
  32. Dla niego niektóre rzeczy były odruchowe, nieprzemyślane, przychodzące całkowicie naturalnie – chociażby ta zamiana miejscami, której Aria nie musiała od niego wymagać, ani o nią prosić. Dla Wayna był to zwykły, koleżeński gest, rozwiązanie drobnego problemu, coś, co przecież nic go nie kosztowało, dlatego kiedy Aria mu podziękowała, jedynie skinął głową z lekkim uśmiechem.
    Słuchał jej następnych słów bez przerywania, ale za to z coraz większym uśmiechem i lekkim rozbawieniem.
    — Ja też uważam, że nie jest nudna, tak jak ty nie byłaś nudna, bo nie chodziłaś na imprezy. Lubię swoją pracę, nie myślę o tym jak o kontynuacji tradycji, a raczej o tym, że znalazłem swoją ścieżkę, którą zwyczajnie wcześniej szedł mój ojciec i dziadek. — wyjaśnił spokojnie i pociągnął łyk arbuzowej lemoniady, do której niemal natychmiast dolał wody. — Nawet, gdybym chciał iść na studia, to chyba jedyne, które by mi się faktycznie przydały to księgowość, bo Holly coraz mniej chętnie się nią zajmuje, a poza tym… Dużo weekendów poświęcam na kursy. Za pół roku zaczynam kurs lutniczy, bardziej dla zabawy niż żeby otwierać pracownię, za to za dwa miesiące jadę do Charlotte na szkolenie z renowacji mebli. Mamy na zakładzie trochę antyków których wszyscy boją się ruszyć, a ja postanowiłem, że w tym roku nauczę się czegoś nowego — wzruszył lekko ramionami i przez krótką chwilę, przemknęła mu myśl, że Aria mogłaby się dobrze bawić na czymś takim. Nie był to kurs dla całkowicie początkujących, ale mógłby ją wprowadzić gdyby chciała, w końcu ona robiła tyle dla jego córki i innych dzieci z miasteczka… Wyrzucił jednak ten pomysł z głowy nadając mu status jednego z głupich, bo przecież ani nie znał tak dobrze Arii żeby wychodzić z taką propozycją, ani nie sądził, by ta mądra, artystyczna kobietą, była zainteresowana jego dłuższym towarzystwem.
    Kiwał głową, kiedy Aria opowiadała mu o kwiatach, kojarząc tylko kilka z nich.
    — Możemy zrobić tak, że w centrum damy jakiś twój ulubiony, będzie się otwierać razem z szafą, a po bokach resztę. Jeśli masz jakiś bardziej konkretny pomysł, to możesz mi to rozrysować, a ja postaram się to możliwie dobrze odwzorować — zaproponował.
    Uważnie przyglądał się Arii, gdy ta odbierała zaproszenie od Hazel, próbując jednocześnie dojrzeć co jest na rysunku. Gdy dziewczynka odeszła, a Aria odpowiedziała na jego zapewnienie, zrobił duże oczy, wysoko unosząc przy tym brwi.
    — Czemu miałoby być sztywne, czy niezręczne? Żartujesz sobie? Połowa z tych dzieciaków Cię uwielbia i uważa za czarodziejkę, a druga połowa jeszcze Cię nie poznała… Hazel będzie w siódmym niebie, Holly znając życie też. — stwierdził z pewnością, wciąż marszcząc brwi na jej zwątpienie. Gdyby do niego w przedszkolu przyszedł ktoś o aparycji, sposobie bycia i zdolnościach Arii, był przekonany, że uznałby taką osobę za wróżkę – jak z resztą nazywał w myślach młodą Kennedy. — Bardziej chodziło mi o to, żebyś nie czuła… Nie wszyscy robią tylko to, na co mają ochotę, a nie chciałbym żebyś się do czegokolwiek zmuszała, bo wiem też, że Hazel zwyczajnie potrafi być… Mocno naciskająca — zaśmiał pod nosem, myśląc o tym, że było to spore niedopowiedzenie. Tak, jak słodką dziewczynką była jego córka, tak zabierała sobą przestrzeń, wielokrotnie nie pozostawiając miejsca dla nikogo innego – zachowanie Jacoba, jako starszego brata, tylko to pogłębiało. Wade ze swoją siostrą żyli w różnych stosunkach, często się sprzeczali, potrafili mieć problem żeby sobie ustępować i chodzić na kompromisy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli szło o Hazel i Jacoba, to ciężko było znaleźć bardziej zgodne rodzeństwo, ale też Wayne nigdy nie próbował scedować opieki nad siostrą na syna; uważał, że to rodzice powinni zajmować się rodzeństwem a to, że Jacob czasami bawił się z Hazel i sam wychodził z inicjatywą, że może na nią popatrzeć, wychodziło z niego samego naturalnie. Gdyby ktokolwiek spytał Wayna Alexandra, z czego był szczególnie dumny w zachowaniu swoich dzieci to właśnie z tego, że były dla siebie dobre.
      Pochylił się do Arii, zastanawiając się o co może chodzić, a gdy zadała pytanie skinął głową i równie konspiracyjnie odpowiedział.
      — Lubię, ale bałem się oceny dwóch dziesięciolatków — uśmiechnął się i sprawnie przesunął drewnianą tackę w stronę Arii, by ta swobodnie mogła brać kawałki pizzy. Dzieci, swabione zapachem i zapraszającym ruchem ręki Wade’a, pojawiły się przy stoliku po niedługiej chwili.
      — Rozwaliłbym Cie, gdyby nie ta ostatnia seria… — żachnął wyraźnie niezadowolony Caleb, najwyraźniej mówiąc o rozgrywce w cymbergaja. Jacob jedynie machnął ręką, i próbując się odnaleźć gdzie powinien usiąść wybrał miejsce koło ojca, bo Hazel siedziała tuż obok Arii.
      — Ej, Hazel, ale dasz kawałek, no nie? — zapytał i zaraz wpakował sobie do buzi kawałek pizzy, brudząc sobie przy tym kąciki ust i brodę. Wade oderwał kawałek pizzy Hazel, i pomógł jej go nałożyć sobie na talerz, gdy dziewczynka ze zmarszczonymi brwiami spojrzała na brata.
      — Mówiłeś, że hawajska jest obrzydliwa to po pierwsze… — zaczęła, unosząc palec do góry, dokładnie w taki sposób, w jaki robiła to Holly kiedy postanowiła kogoś wyjaśnić. — A po drugie, to będziesz gruby, jak będziesz tyle jadł — powiedziała pewnie Hazel i wgryzła się w swój kawałek z zachwytem.
      — Hazel, nie mów tak do brata, a ty Jacob się nie przejmuj i jedz ile potrzebujesz…
      — Nie przejmuje się tato, tylko nie wiedziałem, że Hazel zje tyle co ty, albo ja, albo Caleb. To raczej nie ja….
      — Jacob… — Wayne spojrzał na syna z boku, a ten westchnął zrezygnowany, wywracając ponownie oczami, co z każdym miesiącem robiło na starszym Alexandrze tylko coraz mniejsze wrażenie.
      — Dobra, możesz kawałek. Ty Caleb jak chcesz, też możesz. Nie będziecie grubi, żartowałam — powiedziała Hazel, odłożyła kawałek, nieporadnie wytarła ręce w serwetkę i sięgnęła do swojej lemoniady, klękając w tym celu na siedzisku.
      — Aria, jak masz ochotę spróbować pepperoni, to możesz się częstować — powiedziała Jacob, zerkając to na kobietę, to na swoją tackę.

      Wayne🍕🌹

      Usuń
  33. — To jest nas dwoje — zaśmiał się na jej komentarz o liczbach, chociaż nie było to do końca prawda. Wade radził sobie w szkole, lubił chemię i fizykę do których były mu potrzebne liczby, których sam w sobie często zwyczajnie nie rozumiał, dlatego sporo czasu spędzał nad robieniem zadań wbrew samemu sobie. Największym wyzwaniem był angielski, bo chociaż sporo czytał, to miał duże problemy z przełożeniem na papier tego, co chciał powiedzieć, czy co właściwie myślał i był to dla niego spory problem po dziś dzień.
    — Nie chcę robić instrumentów, ale chciałbym nauczyć się technik, których wykorzystują lutnicy. Robią dużo bardzo precyzyjnych rzeczy — wyjaśnił, bo w istocie tak było. Cienkie smyczki, mające w sobie ukryty mechanizm naciągający włosie, filigranowe mostki z misternymi żłobieniami, hebanowe podstrunnice z drewna, które nijak nie lubiło współpracować – i to wszystko jeszcze piękne, z duszą dosłownie i w przenośni, bo w końcu czymś należało wzmocnić rezonowanie instrumentu.
    Kupienie czegoś nowego było łatwiejsze niż naprawienie czegoś starego i Wade uważał, że była to pewnego rodzaju metafora wielu ludzkich relacji. Większość ludzi, gdy coś zaczynało się między nimi psuć wolało uciec, zrezygnować, znaleźć coś nowszego – w ich odczuciu bardziej atrakcyjnego, ciekawego a przede wszystkim niezepsutego.
    — Jasne, podeślę Ci na maila — skinął głową na jej prośbę, wyciągnął z kieszeni spodni telefon i szybko coś w nim wystukał. — Powinnaś już to mieć. Jeśli znajdziesz czas to daj znać, możemy pojechać razem żeby bez sensu nie krążyć na dwa auta. — Zaproponował, a gdy dziewczyna kontynuowała spojrzał na nią z uwagą i ciepłem w oczach, takim, które ma się do kogoś, z kim nawiązuje się cienką nić porozumienia, gdy zaczyna się rozumieć, że człowiek obok to jedna z tych osób, które można określić jako swój człowiek, przez podobne do siebie obserwacje dotyczące świata, czy niektóre poglądy.
    — Wierzę. Wiem, że nie powinno się rzeczom przypisywać zbyt dużego znaczenia, bo to tylko rzeczy, ale w starych meblach jest historia. Tak jak w starej biżuterii, ubraniach, książkach… Wierzę, że każdy pozostawia po sobie jakiś ślad na rzeczach, które go otaczają — wyznał szczerze. Wade dzielił projekty na te dla duszy i te dla ciała – mozolne, koronkowe prace były dla nakarmienia głowy, proste kuchnie, czy łazienki, były jedynie czymś, co miało napełnić portfel i pomóc się utrzymać rodzinom jego pracowników i jego własnej. Jego firma miała się dobrze, rozwijała się coraz bardziej z każdym rokiem dzięki czemu, sam mógł coraz częściej oddawać się projektom, które niekoniecznie były opłacalne, ale stanowiły dla niego wręcz terapeutyczną odskocznię. Holly śmiała się, że jedynym, co było w stanie wyrwać Wayna z pracowni, były jego dzieci i właściwie nie myliła się co do tego.
    — Nie masz za co, Ario. Robię to w równym stopniu dla ciebie, co dla siebie — podpowiedział z równą szczerością, bo była to całkowita prawda. Nie dosyć, że lubił takie projekty, to w ostatnim czasie nie było na nie specjalnie dużo zleceń a sam, bez większej potrzeby czy natchnienia, zazwyczaj robił znacznie mniejsze rzeczy – podkładki, ozdobne deski, czy niewielkie taborety. Postrzegał to jako miłe zajęcie czasu na najbliższe kilka tygodni w godzinach, w których każda inna osoba zalegałaby z pilotem przed telewizorem, albo robiła cokolwiek, co nie jest związane z jej pracą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Mi niewiele rzeczy przeszkadza — tak właśnie było. Wayne Alexander był jedną z tych osób, która nie szukała zwady, nie doszukiwał się znaczenia rzeczy tam, gdzie ich nie było, chociaż przejmował się samopoczuciem innych wkoło. Sam zwyczajnie był, funkcjonował i choć często zdarzało mu się zamyślić, to daleko było mu do myślenia o kimkolwiek, że mu w czymkolwiek przeszkadza.
      — Masz pędzle, nie potrzebujesz różdżki — powiedział pewnie, bo skojarzenie Arii z wróżką nie wynikało jedynie z jej niecodziennego wyglądu. Mała Hazel widziała, że Aria różni się od niej i od znanych jej dzieci, ale nie miało to dla niej znaczenia, bo dużo ważniejsze były dla niej zdolności Arii i to, jak umiała się przy niej poczuć – dla dziecka w tym wieku, Aria była czarodziejką za całokształt, dla Alexandra… Jeszcze nie wiedział, bo dla niego wciąż pozostawała wróżką, zwłaszcza wtedy gdy z pędzlem poruszała się między ludźmi na swoich zajęciach.
      Gdy stanęli przy budce, ponad ladą Wayne uścisnął, w powitalnym geście, dłoń z Oliverem i uśmiechnął się szeroko, na chwilę przed tym, jak jego dzieci całkowicie przejęły możliwość zamawiania. Podniósł Hazel, by ta mogła wybrać lody z zastrzeżeniem, że może wybrać wszystkie, poza jagodowymi, które oczyma wyobraźni Wade widział na jej sukience.
      Skinął głową do Arii, gdy odebrał swój rożek, szybko oblizując własny wafelek, po którym zdążyła ściekać śmietanka. Sam Wade wybrał lody truskawkowe i czekoladowe z kawałkami orzechów.
      — A co zawodzi? — zapytał i drewnianym patyczkiem nabrał porcję, podsunął też swojego loda w stronę Arii. — Jak masz ochotę spróbować, to się nie krępuj. Oblizałem tylko wafelek.

      Wayne🍦

      Usuń
  34. Spojrzał na jej lody i lekko zmarszczył brwi, ale nic nie powiedział. Nabrał na patyczek najpierw bananowych, które skomentował cichym mruknięciem, a później miętowych, które szybko przegryzł swoimi czekoladowymi.
    — Miętę z czekoladą nawet lubię, ale Aria… Nie wiem, jaką pastą myjesz zęby, ale mam nadzieję, że jesteś gotowa na kłótnię — uśmiechnął się lekko, patrząc na nią uważnie, czy faktycznie była gotowa bronić smaku, który dla niego kojarzył się z poranną i wieczorną toaletą.
    Wstrzymał na chwilę oddech, gdy młoda kobieta odpowiedziała na jego pytanie, dobrze wiedząc, że to była jedna z odpowiedzi, którą mógł z łatwością przewidzieć – z własnego doświadczenia. Gdyby nie to, jakiej natury był jako człowiek, jak bardzo starał się żyć bez większego żalu i odnajdywać szczęście w każdej, nawet najmniejszej rzeczy, prawdopodobnie byłby zgorzkniałym, marudnym gościem ze złamanym sercem. Ludzie nie zawodzili go często, ale kiedy to robili, to z przytupem tak wielkim, że wywracali jego życie do góry nogami. Pokiwał tylko głową, ale nie dopytywał o nic więcej wiedząc, że to mogłoby doprowadzić do sytuacji, w której sam powinien był podzielić się własnymi doświadczeniami, a na to nie był gotowy. Nie chciał też, aby do znajomości, która dopiero się zaczęła i była zwyczajnie przyjemna, zakradł się ten nieprzyjemny chłód, który towarzyszył w zasadzie każdej z historii, w których mógł wskazać na największe rozczarowanie drugim człowiekiem.
    Po lodach odwiózł Caleba, a z dziećmi wrócili do domu, gdzie każdy oddał się swoim zajęciom – Jacob czytaniu nowych komiksów, Hazel rysowaniu i zabawom z piaskiem kinetycznym na tarasie, a sam Jackson przeglądaniu stanów magazynowych materiałów, które mogłyby mu posłużyć do budowy szafy dla Arii. Albo raczej dla Mariesville Community Centre.
    — Holly, nie możesz rozdawać cudzych telefonów na prawo i lewo — westchnął Wayne, gdy zaaferowana kobieta chwaliła się, jak pomogła w uratowaniu przedstawienia Hazel.
    — Doprawdy, ja nie mam pojęcia skąd ty masz w sobie tego harcerza. Ani ja, ani twój ojciec nie jesteśmy tacy zasadniczy we wszystkim. Musisz trochę wyluzować Wayne, nie można być takim poważnym! — zaśmiała się kobieta, klepiąc po ramieniu. To, że Wade nie był jej biologicznym synem i mówił jej po imieniu nigdy nie miało dla niej znaczenia, zwłaszcza, gdy przychodziło do doszukiwania się między nimi cech wspólnych, których było bardzo niewiele, ale z każdej Holly była zachwycona.
    — Ty i ojciec jesteście wyluzowani za całą rodzinę — zaśmiał się mężczyzna, otwierając przed nią drzwi do przedszkola, przepuszczając przed sobą, wyraźnie niezadowolonego, Jacoba. — Rozchmurz sie młody i bądź miły dla siostry. To dla niej ważne, a ty wytrzymasz godzinę dziecięcych piosenek… Będziesz mógł w weekend usiąść do komputera, okej? — spojrzał na syna z góry a ten, chociaż wywrócił oczami to wyprostował się, poprawił koszulę w którą kazała mu się ubrać Holly i wszedł do budynku z bardziej neutralnym wyrazem twarzy.
    Wade, zazwyczaj ubrany w dżinsy albo bojówki, do których wymiennie nosił luźne t-shirty lub koszule w kratę, tym razem wyglądał jak inny człowiek. Ubrany w szare, materiałowe spodnie i cienki, rozpinany pod szyją granatowy sweter pewnie szedł przy Holly, która złapała go pod ramię, jak zwykle wybierając dla siebie stanowczo zbyt wysokie buty. Gdyby ktokolwiek spytał Wade’a z jakim zwierzęciem kojarzy mu się jego macocha, bez większego zastanowienia powiedziałby, że jest to papuga – nie złośliwie, ale szczerze, bo kobieta mówiła dużo, była kolorowa jak ten ptak i do tego wszystkiego bystra w sposób, który mało kto doceniał. Tak jak papuga, lubiła stroszyć swoje kolorowe piórka, nawet, jeśli było to jedynie przedstawienie w przedszkolu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — O, widzę Billy’ego — powiedziała kobieta i pomachała w kierunku ojca Wayne’a, który miał zahaczyć jeszcze do kwiaciarni po kwiaty dla Hazel. — To ja idę, ucałuj Hazel jeśli byś ją jeszcze zobaczył przed przedstawieniem. Powiedz, że babcia i dziadek trzymają kciuki — zatrajkotała kobieta, a Alexander po raz kolejny zaczął się zastanawiać, jakim sposobem jego córka była tak podobna do tej kobiety, skoro nie dzieliły ze sobą nawet kropli krwi.
      Spojrzał na scenę i westchnął cicho, uświadamiając sobie, że jeszcze nigdy nie widział tak pięknej scenografii na przedszkolnym przedstawieniu. W liceum sam pracował przy takich projektach, w przedszkolu dzieci pomagał jednak sporadycznie, często zbyt zajęty pracą – tym razem projektem, który dziwnym trafem okazał się być bardziej zajmujący, niż jakiekolwiek odpłatne zlecenie. Nie miał pojęcia, czy chodziło o samo wyzwanie, o to, że było to coś kreatywnego, czy o to, dla kogo robił szafę. Wolał myśleć, że robi to tylko ze względu na społeczność, ale prawda była taka, że było w nim też bardzo dużo wdzięczności, którą chciał okazać w sobie znany sposób – nie był mówcą, ale był stolarzem i to dlatego było mu łatwiej do wyrazić w drewnie.
      Gdy odnalazł Arię wzrokiem, uśmiechnął się do niej ciepło stwierdzając, że bardzo ładnie wygląda w jasnej sukience, która dodatkowo podkreśliła jej nietuzinkową urodę, jedynie pogłębiając jego skojarzenie kobiety z wróżką. Zajął miejsce obok Jacoba, przed rozpoczęciem przedstawienia zabierając od niego telefon, którym się do tej pory zajmował i upominając, aby był grzeczny. Chłopiec pokiwał cierpiętniczo głową, ale mimo nastawienia klaskał w odpowiednich momentach i nawet kilka razy zanucił pod nosem piosenki, które sam pamiętał z wcześniejszych lat dzieciństwa.
      Hazel, trzymająca już niewielki bukiet od dziadków, oddała kwiatki bratu zaciągniętemu do roli pomagiera i przyjęła tulipany od Arii z szerokim uśmiechem i ekscytacją tak dużą, że aż podskoczyła kilka razy w miejscu.
      — Najpiękniejsze! Dziękuję, dziękuję, dziękuję! — zachichotała dziewczynka, przytulając się do nóg kobiety.
      — Cześć kochana! Fantastycznie Ci to wyszło, wiedziałam, że jak ty im pomożesz to będzie miodzio! — przywitała się Holly, wcześniej całując Arię na powitanie. Ojciec Wade’a uśmiechnął się jedynie, uścisnął dłoń kobiety grzecznie, po czym wziął od dzieci kwiaty.
      — Zapakuję je do auta… — zaczął, wyraźnie bardziej zainteresowany wyjściem, niż pogaduchami.
      — To weź dzieci, ja zaraz do was dołączę — powiedziała władczo Holly, ujęła rękę Arii i pogłaskała jej wierzch w ciepłym, pełnym sympatii odruchu. — Bardzo Ci dziękuję raz jeszcze. Dzieci były zachwycone, rodzice też… Jesteś prawdziwą czarodziejką! — uściskała malarkę raz jeszcze i pożegnała się z nimi, na odchodnym dodając prośbę, by Wayne nie siedział zbyt długo w pracowni.
      — Holly już to powiedziała, ale pozwolę sobie powtórzyć – świetnie wyszły te dekoracje. Mam wprawę w chodzeniu na przedstawienia dziecięce i jeszcze nigdy nie mieli tak profesjonalnej scenografii — uśmiechnął się do kobiety ze szczerym podziwem w oczach. Rozejrzał się po coraz to bardziej wyludniającej się sali i zerknął szybko na zegarek na nadgarstku. — Będę wracać do pracowni, mogę Cię odwieźć do domu jeśli chcesz… Chyba, że jesteś ciekawa, jak ma się Twoja szafa, bo wracam ją powoli kończyć.

      Wayne 🧚

      Usuń
  35. Są takie cechy, na które człowiek nie ma wpływu, bo dostaje je w genach, ale są też takie, które zdobywa się w biegu życia, natomiast jego nieugiętość była wynikiem jednego i drugiego. Nie męczyło go to, bo nie wzbudzał w sobie tego na siłę, a zawsze taki był – ambitny, jak każdy z tych Johnsonów, twardo stąpający po ziemi, niezłomny, a później wytrwały, bo jeżeli służba naprawdę czegoś go nauczyła, to wytrwałości przede wszystkim. Tak to już jest, że gdy człowiek może poszczycić się wytrwałością, da sobie doskonale radę bez wielu innych zalet, bo zaciśnie zęby i zrealizuje zadania, nawet, jeśli będzie musiał mocno przeć pod wiatr. Stanowczość w jego zawodzie jest wskazana, a ponieważ jego zawód to równocześnie całe jego życie, nie sposób zrzucić z siebie wszystkich tych cech, które przyjęło się wraz policyjnymi butami. Różnica jest taka, że on ledwie zdołał wejść w dorosłość, a już zdany był tylko na siebie, bo jeśli miał liczyć na wsparcie rodziny, to jak najbardziej mógł, tylko że pod warunkami, które ani trochę mu nie leżały. Akademia Policyjna migiem nauczyła go polegać wyłącznie na sobie i za tę lekcję był jej szczególnie wdzięczny, bo dziś nie musiał być zależny od nikogo, a już szczególnie od najbliższych, którzy próbowali zrobić z niego kogoś, kim nigdy nie chciałby się stać nawet na jeden dzień. Nie miał najmniejszego problemu odcinać się grubą krechą od osób trzecich w jakimkolwiek kontekście, a swojej rodzinie już dawno dał do zrozumienia, że ich zasięg kończy się metr przed jego osobą. Był na tyle bezwzględnym człowiekiem w kwestii obchodzenia się z innymi, że nie miał też najmniejszego problemu stawiać tych granic ludziom bliżej z nim związanym. Ale mimo że jego relacje rodzinne pozostawiały wiele do życzenia, potrafił dostrzec to, jakim wsparciem darzyła siebie rodzina Kennedych i było to naprawdę przyjemne widowisko, zresztą, jak cały ten grill, który toczył się w sielankowej atmosferze, otoczonej zapachem kiełbasek skwierczących nad ogniem.
    Z tortem zgodził się pomóc bez zbędnego gdybania. Wstał od stołu, a potem przeszedł za Arią korytarzem do jasnej kuchni, a gdy ona wyciągnęła z lodówki tort w kształcie auta, uśmiechnął się, zaskoczony niebywałą jakością wykonania. Miał już zapytać, dlaczego ze wszystkich modeli samochodów na świecie padło akurat na ten, ale Aria sama rozwinęła temat. Śmiejąc się cicho, pokiwał głową ze zrozumieniem, po czym sięgnął tort od spodu i ruszył z nim chwilę później w stronę ogrodu.
    Dołączył do śpiewania urodzinowej piosenki, czując na swojej twarzy ciepło od iskrzących wulkanów, a kiedy dotarli już do Leona, odłożył ostrożnie tort na stół. Ustawił się do zdjęcia, słuchając instrukcji Rose, która starała się uchwycić telefonem każdą możliwą sekundę tego wieczoru, a potem ktoś inny przejął funkcję fotografa, żeby Rose też mogła znaleźć się na zdjęciach. Leon zdmuchnął świeczki, błyszczące wulkany wygasły, a wtedy zaczęło się krojenie tortu, do którego część kolegów sobie żartowała, żeby dostać te najlepsze elementy jadalnego Porsche Cayenne.
    Rowan podziękował krótko za swoją porcję i wbił widelczyk w ciasto, od razu próbując wypieku. Nie był szczególnym fanem słodkości, ale urodzinowe torty rządziły się własnymi prawami – ich należało przynajmniej spróbować, dlatego tym razem nie oponował, gdy Aria przekazywała mu talerzyk.
    Wsunął kęs do ust, delektując się karmelowo-wiśniowym smakiem dominującym w torcie, a gdy ze strony Arii padły dwa zupełnie inne, spojrzał na nią z lekko uniesioną w zdumieniu brwią. Skąd wzięła się ta wanilia i kardamon?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zerknął na swoje ciasto, a później raz jeszcze na to, które jadła Aria, myśląc przez moment, że może tort miał kilka smaków, a im trafiły im się różne kawałki, ale nie – oba wyglądały jednakowo, mimo że przypadły im całkowicie inne części auta. Dopiero, gdy powiedziała, że to on pachnie jak deser, połączył wanilię i kardamon z nutami własnych perfum. Uśmiechnął się zaraz, wyraźnie rozbawiony komplementem, a raczej jego nietypowością i dwuznacznością, z której być może Aria nawet nie zdawała sobie sprawy. Rzuciła to tak lekko, jakby wcale nie zastanawiała się nad tym.
      — Mam nadzieję, że jak dobry deser — sprecyzował w żarcie, a potem spojrzał na Arię, łapiąc wzrokiem całą jej sylwetkę. — A ty wyglądasz jak wiosna — przyznał i skupiwszy spojrzenie z powrotem na swoim talerzyku, nabrał na widelczyk kolejny kawałek tortu. — Wiosna jest bardzo piękna. To moja ulubiona pora roku — zdradził z uśmiechem i wsunął kolejny kawałek ciasta do ust. Popatrzył zaraz na Leona, który wydawał się być oczarowany tortem, a później przebiegł spojrzeniem po gościach, którym połączenie karmelu z wiśnią też ewidentnie przypadło do gustu. Wszyscy dosłownie rozkoszowali się tą słodką, wieczorną chwilą.

      Rowan Johnson 🍰

      Usuń
  36. Miłość jest wyjątkowa, ale miłość to przede wszystkim poświęcenie, bo ktoś, kto kocha, nie może żyć już tylko dla siebie – i z tego powodu Rowan nie spełniał kryteriów w tej dziedzinie życia, bo on, jeśli czemuś poświęcał się tak na serio, to wyłącznie pracy. Oddał się służbie w stu procentach, zgodził na te wszystkie wyrzeczenia, na trudy i obecność demonów dyskretnie depczących po piętach, ale zrobił to z całym przekonaniem, bo właśnie tego dla siebie pragnął. Uczucie zakochania nie było mu jednak obce, bo naturalną rzeczą ludzką jest zakochiwać się i słuchać głosu serca, bez względu na to jak naiwny potrafi być, ale w jego przypadku to uczucie ostatnimi laty zostało nierozerwalnie związane ze zdarzeniem, które mocno przewartościowało całe jego emocjonalne zaplecze. Nie obaliło ono wiary w miłość, bo ta specyficzna nić, która wiąże dwoje ludzi naprawdę istnieje i w to Rowan nie wątpił, mając tu w okolicy całe mnóstwo solidnych przykładów, ale nie wróżył jej dla siebie. Na razie już nie. Po tym co przeszedł i co zostawiło po sobie niezmywalną skazę na całym jego jestestwie, był przekonany, że nie będzie już w stanie żadnej kobiecie dać takiego szczęścia, na jakie szczerze zasługuje. Nie miał serca z lodu, ale z połamanych kawałków, posklejanych w pośpiechu, bo czas nie był dla niego tak łaskawy, żeby przed kilkoma laty pozwolić mu chociaż przerobić wewnętrznie te trudne zdarzenia, których był uczestnikiem. Wszystko rozeszło się na boki, bo życie musi toczyć się dalej, ale z pewnymi rzeczami Rowan nie pogodził się do dnia dzisiejszego i możliwe, że nigdy tak do końca się nie pogodzi. Mógł być dobrym kompanem do zabawy, do różnych przekomarzanek i niezobowiązującego spędzania czasu przy butelce piwa, czy przy tych bardziej angażujących ciało aktywnościach. Mógł zaplątać się w krótką chwilę zapomnienia, bo nie był pozbawiony pragnień, ale nie potrafił zaangażować się w żadną relację, która wymagałaby od niego większego poświęcenia. Nie ufał samemu sobie. Nie ufał światu. I nie był w stanie po raz kolejny narazić życia tej drugiej osoby tylko dlatego, że zobowiązania zawodowe, śluby czy inne pieprzone przysięgi, okażą się istotniejsze, niż cokolwiek wokół. Życie bliskich zawsze ma najwyższy priorytet i żadne poświęcenie nie jest warte ich cierpienia, a właśnie z tym muszą liczyć się mundurowcy, którzy idąc do pracy, narażają własne życie – że przez nich zawali się czyjś świat, że po nich będą cierpieć inni, a przede wszystkim ci, którzy ich kochają. Nie każdy jest w stanie udźwignąć obie te odpowiedzialności, dlatego jedni rezygnują z rodziny, inni z zawodu, a Rowan zaliczał się do grupy pierwszej. Jego wyrzeczeniem była przede wszystkim rodzina, bo nie wyobrażał sobie pojechać na akcję i z determinacją, bez najmniejszych obaw, iść i walczyć tam ze złem często na śmierć i życie, mając równocześnie świadomość, że jest dla kogoś całym światem. Nie byłby wtedy w stanie wykrzesać w sobie tak wielkich pokładów odwagi. Albo byłby beznadziejnym policjantem, który nie wkroczy do akcji, gdy będzie potrzeba, bo pomyśli o swoich bliskich, albo byłby beznadziejnym mężem, jeśli wkroczyłby do akcji, a tam zdarzyłoby się coś, co zważyłoby na jego życiu – a takie sytuacje się dzieją i sam był tego odpowiednim dowodem, w pamiątce nosząc dwie blizny na brzuchu. Byli oczywiście tacy, którzy mieli i zawód i rodzinę, ale dla Rowana najważniejszym było wywiązywać się ze zobowiązań w pełni, tak na sto procent, a nie mógł oddać się tym dwóm rzeczom tak samo bardzo, bo przy takim poświęceniu istniało duże prawdopodobieństwo, że w końcu zawiódłby którąś ze stron. Teraz, kiedy pełnił rolę szeryfa spokojnej wsi, ryzyko wyglądało zupełnie inaczej, bo tutaj prawie go nie było, ale te dawne przekonania cały czas tkwiły w jego umyśle. Nie był przeciwny zakładaniu rodziny, a jednak wciąż był w tych kwestiach bardzo ostrożny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W odpowiedzi na jej słowa lekko wzruszył ramionami z uśmiechem, bo nie miał pojęcia, czy jest gotowy na jakikolwiek chaos w swoim życiu, które z reguły było poukładane i polegało na kilku rutynowych schematach. Dokończył kawałek ciasta na swoim talerzu i dołączył później do gości, którzy siedzieli przy stole i wesoło rozmawiali. Gdy w pewnym momencie urodzinowe spotkanie przeniosło się do salonu, pomyślał, że może to dobry moment, żeby zacząć się już żegnać, ale to okazało się nie być wcale takie łatwe, gdy on był jeden, a tych, którzy prosili o zostanie, znacznie więcej. Został więc jeszcze na trochę, a kiedy Aria zasugerowała pokazanie swojej pracowni, zgodził się i po chwili oboje zmierzali już schodami na piętro. Przyszedł, co prawda, na imprezę urodzinową Leona, ale to chyba żaden problem, jeśli na chwilę zniknie w pracowni jego córki.
      O tym, że pracownia może być równocześnie sypialnią, zorientował się dopiero po przekroczeniu progu pomieszczenia. Zobaczył wtedy łóżko oraz meble i wnioski nasunęły się same, chociaż wciąż nie miał takiej stu procentowej pewności, bo w domu na pewno więcej jest pomieszczeń, a łóżko w tym miejscu wcale nie musi służyć do spania. Intuicja jednak podpowiadała, że w tym miejscu Aria nie tylko pracuje, ale i odpoczywa, a po chwili ona sama to potwierdziła.
      Rozejrzał się więc z ciekawością, dostrzegając malarskie przedmioty na parapecie i sporą ilość obrazów rozstawionych po pokoju.
      — Szczerze nie wiem, które z nich są dobre, a które nie, bo wszystkie niosą jakiś klimat i przekaz, ale wygląda to naprawdę imponująco — przyznał, zerknąwszy na Arię. — Ilość jest... dość spora — zauważył z lekkim uśmiechem, wodząc wzrokiem po obrazach na ścianie. — Ile takich obrazów tworzysz w ciągu… no nie wiem, miesiąca? — zapytał, nie do końca orientując się, ile czasu potrzeba na stworzenie dzieł tego pokroju, które właśnie miał okazję oglądać. Pewnie ten czas nie był jasno określony, bo niektóre obrazy miały więcej detali, a inne mniej, ale pytał szacunkowo. Z czystej ciekawości.

      Rowan Johnson 🧑‍🎨

      Usuń
  37. A on po prostu nie miał potrzeby otaczać się wianuszkiem ludzi. Radził sobie w pojedynkę, bo samowystarczalność wpajano mu od najmłodszych lat, a że nie był też zbyt wylewny uczuciowo i emocjonalnie, pilnując w dodatku swojej prywatności, to naturalnie nie był zbyt ciekawym gościem, którego należałoby za wszelką cenę znać. Akurat ten stan rzeczy bardzo mu odpowiadał, bo miał kilku swoich kumpli i przyjaciół, na których mógł polegać w każdej sytuacji, i którzy w równym stopniu mogli polegać na nim, a niczego więcej do szczęścia nie potrzebował. Nie był więc szkolną gwiazdą w takim sensie, że ludzie lgnęli do niego, bo pragnęli kąpać się w jego sławie i czerpać z tego korzyści, ale był kojarzony, bo prowadził wolontariat i przez wiele lat reprezentował szkołę we wioślarstwie. I przez dłuższy czas był synem burmistrza, więc nawet gdyby chciał pozostać w cieniu, to z tego względu nie było na to szans. Jego młodszy brat był jednak bardziej rozrywkowy w tamtych latach, więc towarzysko nadrabiał za nich dwóch, a on miał swoje stałe, zamknięte grono, którego skład pozostawał niezmienny w zasadzie do dziś. Z Austinem wstąpił nawet w szeregi policji, więc nie dość, że przerobili razem szkołę, to teraz przerabiali także służbę. Co ciekawe, mimo że Rowan tych znajomych nigdy nie miał zbyt wielu, to w tamtym okresie, kiedy zdarzył się napad, a później zbierano dla niego krew, mnóstwo ludzi zaangażowało się w pomoc. To udowodniło wtedy, jak bardzo zżyta jest tutejsza społeczność, że kiedy trzeba się zmobilizować, znaczenie przestaje mieć to, kto z kim rozmawia i jak często to robi. Ludzie po prostu stają na wysokości zadania i działają, wiedząc, że w podobnej sytuacji mogliby liczyć na jednakowe zaangażowanie.
    Nie wątpił, że w jej przypadku wszystko mogło wyglądać inaczej i to dosłownie od narodzin, bo kiedyś zakres tolerancji był znacznie bardziej ograniczony, a dzieciaki potrafiły być bezlitosne. I nadal potrafią, jednak w tamtych latach, kiedy w Mariesville dominowała społeczność o dość konserwatywnym podejściu, albo raczej ludzie, który żyli według utartych schematów, jej odmienność była trudna do zaakceptowania. Sam pamiętał zresztą, jak ludzie spoglądali na nią z dystansem, ilekroć przychodziła z Rose na lokalny plac zabaw. Jej wygląd zawsze przyciągał uwagę, a on doskonale pamiętał, że ludzi to ciekawiło, a jednak każdy obawiał się, że jeśli do niej dołączy, to też będzie wytykany palcami i tak to błędne koło się zamykało. Sześć lat różnicy to wcale nie tak wiele. Kiedy on był jednym z wielu nastolatków, ona była dziewczynką, której nie dało się nie zauważyć.
    Stanąwszy z boku, zaczął przyglądać się jej poczynaniom, gdy poruszyła obrazami, żeby je przestawić i pokazać mu ten konkretny z roślinami i przebijającym przez nie zwierzęcym ciałem. Prześledził wzrokiem wszystkie elementy na płótnie, na którym naprawdę wiele się działo, bo rośliny miały nietypowe kształty, a linie przecinały się gęsto, ale jeśli to odpowiadało, co czuła, gdy wróciła do Mariesville, to dało się to zrozumieć. Całkiem możliwe, że gdyby on potrafił i mógł namalować to, co czuł, kiedy musiał przemeblować swoje życie w stanie, w którym było mu tak bardzo wszystko jedno, że gdyby miał wtedy przy sobie pistolet, nie zawahałby się przystawić go sobie do głowy i pociągnąć za spust, to może wyglądałoby to podobnie. A może nie – może w nerwach przebiłby wtedy to płótno pięścią i tyle byłoby z malowania.
    — Dziękuję za zaproszenie i w takim razie postaram się wpaść — odpowiedział, zerkając na Arię z lekkim uśmiechem. — Skoro i tak miałem to w planach, to teraz okazja będzie idealna — zauważył i popatrzył jeszcze raz na obraz z wykręconymi na różne sposoby roślinami. Nie wiedzieć czemu, ale ten obraz wydawał mu się trochę smutny. Może widział w nim odbicie jakichś własnych odczuć? A może to Aria czuła wtedy jakiś rodzaj smutku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Dlaczego wróciłaś do Mariesville? — zapytał po chwili, zdając sobie sprawę, że nie zna odpowiedzi. I że to jednak nie jego sprawa i wypadałoby najpierw upewnić się, czy to nie jakaś wrażliwa kwestia, a nie rzucać pytaniami prosto z mostu. — Jeżeli mógłbym zapytać, oczywiście — zreflektował się zaraz, przenosząc spojrzenie na Arię. — Po prostu ten obraz... ja widzę w nim trochę rozczarowania i może trochę smutku, ale też coś na kształt przekonania i pewności — zamilkł nagle, zerkając raz jeszcze na obraz. Możliwe, że gdyby nie ten obraz, nigdy nie przyszłoby mu na myśl zapytać o tę kwestię. W tej chwili nie była to już czysta ciekawość, a potrzeba zrozumienia i utwierdzenia się w przekonaniu, co do własnych przypuszczeń, albo do obalenia ich, bo mogły całkowicie mijać się z rzeczywistością.

      Rowan Johnson 🎨🖼️

      Usuń
  38. Zdecydowanie nie był osobą, która mogłaby wykorzystać cokolwiek przeciwko komukolwiek, chyba, że mowa o przestępcach, albo innych zbirach, wobec których nie miał litości, dlatego to pewne, że z jego strony nic, co zostanie poruszone w tym pomieszczeniu, nie opuści jego ścian. Nie pytał o jej powrót dla sensacji, czy po to, żeby zgromadzić sobie materiał do plotek, bo brzydził się takim obgadywaniem. Po prostu zdał sobie sprawę, że nie znał odpowiedzi na to pytanie, ale przede wszystkim to właśnie obraz podsunął mu tę myśl. Miał wrażenie, że kryło się w nim coś, co Aria sama wtedy przeżywała i w pewnym sensie tak właśnie było, w pewnym sensie jego wnioski były trafne.
    Dlatego wysłuchał jej w milczeniu, przyglądając się splątanym łodygom i kwiatom namalowanym na płótnie, o których opowiadała. Artystyczny światek zawsze wydawał mu się trochę inny, bardziej niekonwencjonalny, ale nie spodziewał się, że usłyszy kiedykolwiek o grze pozorów czy udawaniu, bo artyści z reguły zawsze w pełni wyrażali siebie, swoje spojrzenie na świat i odczucia. Nie sądził, że są w nim schematy, którym należy się podporządkować i to, mówiąc szczerze, trochę skrzywiło ten idealny obraz artystów, który do tej pory tkwił w jego głowie. Prędzej skłonny był celować, że Aria wróciła, bo w pewnym momencie coś poszło nie tak na drodze jej kariery, aniżeli ze względu na chaos i życie w ciągłej masce. Widocznie sfera artystyczna też miała swoje ciemne strony, z których przeciętny człowiek nie zdawał sobie sprawy, ale nic dziwnego, skoro zwykle oglądał już tylko efekty pracy, a nie cały proces powstawiania.
    Pewnie decyzja o powrocie nie była łatwa, szczególnie, że w ich maleńkim Mariesville nie ma perspektyw na jakieś wielkie wystawy, ale z tego, co zdążył zauważyć, Aria znalazła sposób na to, żeby wykorzystać tu swoje możliwości, talent i rozpoznawalność. Ludzie naprawdę zmienili tu podejście do sztuki, odkąd zajęła się miejscową galerią, oczywiście na lepsze. Przekonali się przede wszystkim, że nie jest to miejsce, w którym można zanudzić się na śmierć i zniechęcić jeszcze bardziej. Niektórzy mieszkają tu całe życie, a galerię odwiedzili pierwszy raz dopiero teraz, zachęceni pozytywną atmosferą i ilością zajęć, które zaczęto oferować. W końcu każdy, niezależnie od wieku, mógł znaleźć tam coś dla siebie. I wcale nie trzeba było znać na sztuce, żeby w Mariesville stać się jej częścią.
    Uśmiechnął się lekko do jej słów.
    — Już jest inaczej — stwierdził, śledząc jeszcze spojrzeniem to, co przedstawiał obraz, aż przeniósł wzrok na Arię. — Dla ciebie, ale i dla tutejszych mieszkańców, z których spora cześć naprawdę przekonała się do sztuki, odkąd zajęłaś się galerią — powiedział, bo należało o tym wspomnieć głośno. Aria zmieniała coś dla siebie, ale zmieniała też dla ich małomiasteczkowej społeczności.
    — A ja opuszczałem Mariesville, i to nie raz — odpowiedział zaraz. — Ale nie na stałe — zaznaczył i dla wygody oparł się o kant biurka i wsunął dłonie do kieszeni spodni. — Poza epizodem na studiach w Karolinie Północnej, lata świetlne temu, to ze swoją jednostką policyjną zjeździłem sporo miast, nie tylko w naszym stanie. Czasami nie było mnie dwa dni, czasami tydzień, niekiedy dłużej. Pomieszkiwałem tu i tam — wyjaśnił krótko, bo nie starczyłoby im wieczoru na przytoczenie piętnastu lat jego intensywnej służby w kilku różnych jednostkach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Ale od kilku lat jestem na stałe tylko tutaj. I w sumie dobrze mi z tym — przyznał, uśmiechając się wyraźniej. Miał nadzieje, że jej też jest dobrze, że mimo tego, czego doświadczała kiedyś jako dziewczynka, dziś ma tutaj swoje miejsce na ziemi i może żyć tu prawdziwie, tak jak chciała. Wyglądała zresztą na zadowoloną, a może nawet na szczęśliwą, kiedy obserwował ją podczas Festiwalu Kolorów, więc chyba wszystko szło ku dobremu. I ku prawdziwemu.

      Rowan Johnson ☺️

      Usuń
  39. Wiedział, że jeśli jego córka zostanie tak przedsiębiorcza i przebojowa, jak była w tej chwili, to obojętnie jak, ale zawsze sobie jakoś w życiu poradzi i spadnie na cztery łapy. Dziewczynkę łatwo było lubić, co potwierdzały ciągłe wizyty w domach koleżanek, za które Wayne czuł obowiązek odpłacać się tym samym, przez co w jego własnym domu, co jakiś czas roiło się od równolatek córki. Odnosił wtedy wrażenie, że wraz z ilością dzieci, poziom hałasu rośnie wykładniczo, przez co z utęsknieniem czekał na lato i możliwość wysłania dziewczynek do zabawy w drewnianym domku, który zbudował dla Hazel rok wcześniej. Domek był wielkości niewielkiej szopy narzędziowej, miał coś na kształt aneksu kuchennego, w którym Wayne ustawiał turystyczną lodówkę z sokami w kartonikach i salon, z kanapą zrobioną ze starych poduszek, pochodzących z mebli ogrodowych, na które Holly uszyła patchworkową narzutę. Hazel od dawna przypominała Waynowi, że ten obiecał jej pomalowanie elewacji domku w kwiaty, ale projekt ten odszedł na dalszy plan nie tylko przez niestabilną pogodę, ale też ze względu na inne projekty, które zaprzątały Alexandrowi głowę.
    Zaczekał, aż Aria wróci do niego ze swoimi rzeczami i skinął jedynie głową, uśmiechając się przy tym nieznacznie, gdy wspomniała o tym, że ma zamiar zobaczyć wszystko.
    — Skoro nie uznajesz półśrodków, to rozumiem, że odpada zamknięcie gorszych prac w oddzielnym pokoju? — rzucił, wyciągając z kieszeni spodni klucze do auta. Otworzył przed nią drzwi i ponownie tego wieczora skinął w jej stronę głową, na potwierdzenie jej słów, gdy zapytała, czy już idą.
    Wayne Alexander nigdy nie próbował być szarmancki i nie wiedział, czy to dlatego, że nigdy nie spotkał do tego odpowiedniej kobiety, czy to zwyczajnie nie leżało w jego naturze. Otwieranie drzwi przed kobietami było jednak czymś wyuczonym do tego stopnia, że stanowiło to dla niego odruch, dlatego bez większego zastanowienia otworzył przed Arią drzwi do auta i zaczekał aż wsiądzie do wysokiego pickupa, gotowy jej w tym pomóc w każdym momencie.
    — Lubię Mariesville o tej porze… — powiedział cicho, jakby do siebie, patrząc na leniwie zachodzące, za linią budynków, słońce. Światło było ciepłe, wręcz pomarańczowe, z różowymi tonami zdradzającymi, że ten stan nie potrwa zbyt długo, ustępując miejsca nocy. Powietrze nosiło w sobie specyficzne dla wiosny nuty zapachowe – rozgrzana ziemia, wilgoć wydobyta z roślin, słodki zapach kwitnących kwiatów; szczególnie jabłoni, z których słynął rejon, a które swoja wonią zdawały się zalewać calą okolicę.
    — Mamy spory bałagan, więc jeśli nie masz nic przeciwko, dam Ci buty Holly, żebyś sobie tych nie zniszczyła… — powiedział, gdy znaleźli się pod jednopiętrowym budynkiem o prostej konstrukcji. Nie był wysoki, jak tradycyjne hale magazynowe, ale strop sięgał ponad pięciu metrów. Bez problemu można było rozróżnić część produkcyjną od tej biurowej, do której prowadziły misternie rzeźbione, trochę nie pasujące do budynku, drzwi.
    Zaparkował samochód i sięgnął w stronę schowka, w porę zauważając, że niewiele brakowało, by bezczelnie naruszył przestrzeń osobistą Arii. Cofnął rękę i uśmiechnął się przepraszająco do młodej kobiety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — W schowku są klucze, te z taką dużą, drewnianą królową szachową, mógłbym Cię prosić, żebyś je wyciągnęła? — poprosił, a gdy Aria sięgnęła do schowka, wysiadł z samochodu. Rozejrzał się po podjeździe firmy z zadowoleniem zauważając, że jedynym pojazdem, który się na nim znajdował poza jego pickupem, były dwa, duże dostawczaki, całe obrandowane. Sprawnie otworzył drzwi, wpuścił ich i przezornie zamknął je ponownie, by nikt proszony nie dostał się do środka, gdy oni będą przebywać w warsztacie. Klucze jednak, zamiast schować do kieszeni, powiesił na haczyku przy wejściu, zaraz po tym zapalając przyjemne, miękkie światło, dostarczane przez witrażowy kinkiet. Wchodząc do budynku, znaleźli się bezpośrednio w biurze, które całym sobą zdawało się krzyczeć o swojej przynależności do Holly. Kolorowy, ceramiczny kubek na długopisy, całe mnóstwo zdjęć jej, Billy’ego, wnuków obojga i niewielki obraz namalowany przez Arię, który zdawał się mieć specjalne miejsce na samym środku ściany. Wszystkie dyplomy i certyfikaty, jakie kiedykolwiek zdobyła firma zdawały się mieć znacznie mniejsze znaczenie, bo wisiały na ścianie maksymalnie oddalonej od biurka, często przyklejone jedynie taśmą, bez specjalnej ramki, jak to było w przypadku fotografii. Ściany obite były dębową boazerią, na podłodze, zamiast popularnej w biurach wykładziny, również znajdowało się drewno. Pomieszczenie wyglądało, jakby było żywcem wyjęte z domku letniskowego, nie średniej wielkości warsztatu stolarskiego.
      Wayne podszedł do biurka, obok którego ukucnął i wyciągnął niemal nietkniętą parę butów ochronnych ze stalowym podnoskiem. Postawił je przed Arią, nie wstając jednak z kucek.
      — Jeśli chcesz, mogę Ci pożyczyć też kombinezon, ale sukienka powinna być bezpieczna — zauważył i uśmiechnął się do niej lekko, czując coś między ekscytacją, a zestresowaniem, bo od dawna nie wpuszczał nikogo nowego do swojej pracowni, do swojego świata.

      Wayne 🪵🥾

      Usuń
  40. W kwestii niedopowiedzeń ich podejście było tożsame, bo w jego naturze też leżała prosta, logiczna komunikacja. Większa część jego znajomości była sprowadzona do konkretnych ram i granic, bo w ten sposób mógł je wszystkie kontrolować i dbać o to, żeby nie było w nich miejsca na jakiekolwiek niejasności. Upraszczał sobie życie w ten sposób na wielu różnych płaszczyznach, nie tylko w kwestii relacji międzyludzkich, ale lubił porządek, a przede wszystkim transparentność. Nigdy nie odnajdywał się w domysłach ani w półsłówkach, które z czasem zaczynały żyć własnym życiem i zdecydowanie wolał, gdy wszystko było nazwane wprost, nawet jeśli nie nie zawsze w najłagodniejszy sposób, ale przynajmniej bez przestrzeni na błędną interpretację. Dla niego jasność była po prostu formą szacunku. Oczywiście, to nie oznaczało to, że był chłodny czy zdystansowany, bo z każdym rozmawiał serdecznie, ale na pewno był bezpośredni i konsekwentny – nie owijał w bawełnę, ale też nie mówił więcej, niż było to konieczne. Nie każdy w nim to lubił, ale nie każdy musiał, bo tak się składa, że on nigdy nie aspirował do bycia przyjacielem wszystkich ludzi. Jego podejście do wielu spraw zostało ukształtowane także wieloletnią służbą, bardzo często trudną i nieubłaganą, dlatego przywykł podejmować decyzje szybko i bez zbędnych wahań, nawet wtedy, gdy nie były łatwe. Służba nauczyła go oddzielać emocje od działania, patrzeć na sytuacje chłodno i oceniać je przez pryzmat faktów, a nie domysłów czy czyichś oczekiwań. Dzięki temu rzadko się wahał i jeszcze rzadziej cofał swoje słowa – jeśli coś mówił, stał za tym w pełni. Nie oznaczało to jednak, że był pozbawiony empatii, co po prostu okazywał ją inaczej – nie przez nadmiar słów czy gestów, ale przez konkretne działania, które w jego świecie miały znacznie większą wartość niż deklaracje. Nie przywiązywał się do ludzi, ale potrafił doceniać każdego, kto dotrzymywał kroku jego standardom, był lojalny i nie komplikował spraw tam, gdzie wystarczała prosta, uczciwa komunikacja.
    Uśmiechnął się, gdy wspomniała o swoich pomysłach, z którymi dyrektor galerii musiał jakoś sobie radzić. Potrafił wyobrazić sobie, że jej głowa pełna była różnorakich wizji, i że pewnie nie wszystkie dało się zrealizować w miejscu takim, jak to, ale to chyba właśnie to podobało mu się najbardziej – że Aria nie zatrzymywała się na tym, co oczywiste, tylko próbowała pójść o krok dalej, nawet jeśli oznaczało to dodatkowe trudności.
    — Prawo — przytaknął, co na pewno nie było zaskakujące, skoro cała jego rodzina była związana dokładnie z tą dziedziną, a ich kancelaria była jedyną w okolicy. Może nie poszedł w garncarstwo, ale był buntownikiem z wyboru – to akurat prawda. Przyłożył wykładowcy z sierpowego w twarz, a potem zrobił coś, czego matka nie potrafiła zapomnieć mu do dziś, więc z klasą przyjął miano czarnej owcy i dodatkowo nawiał jeszcze z zagrody.
    — Hm, może Asheville — stwierdził na szybko, bo szczerze nigdy nie zastanawiał się nad tą kwestią, żeby mieć wytypowanych kilka szczególnych miejsc, ale Asheville było bardzo ładnie położone i dobrze wspominał tygodniowy pobyt w tamtym rejonie. — W Rumunii nigdy nie byłem, ale bardzo fajna ciekawostka z tym zamkiem — przyznał, śledząc spojrzeniem ruch Arii, gdy sięgała album z półki. Wyciągnął dłonie z kieszeni, gdy przystanęła obok, a kiedy ich ramiona się zetknęły, nie odsunął się, bo ten drobny kontakt wcale mu nie przeszkadzał.
    Popatrzył na fotografię, a gdy padło pytanie o Draculę, zaśmiał się cicho i pokręcił głową.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Zdecydowanie uważam gościa za faceta, który miał obsesję — odpowiedział od razu, nawet nie próbując rozważać go w świetle romantyka. — Ale tak, jeśli się kocha, to rzeczywiście wszystko przestaje być przeszkodą, tyle że gdzieś musi być granica — dodał po chwili, przesuwając spojrzeniem po zdjęciu. — Inaczej to już nie jest uczucie, tylko coś, co zaczyna przejmować kontrolę. Wtedy to obsesja.
      Na pewno patrzył na to trochę przez pryzmat własnego, policyjnego doświadczenia, opierając te wnioski na interwencjach, w których brał udział, czyli na sytuacjach, gdzie emocje dawno przestawały być zdrowe, a zaczynały wymykać się spod kontroli. Przerobił tego całe mnóstwo.
      — Ładne zdjęcia. Byłaś gdzieś jeszcze w Europie poza Rumunią? — dopytał, bo album nie był wcale cienki, a nie wydawało mu się, by został zapełniony wyłącznie zdjęciami z Rumunii. Rozważał kiedyś taką podróż, ale to zwykle kończyło się właśnie na rozważaniach. Był tak zapracowanym człowiekiem, że niekiedy to nawet zakup bułek okazywał się wyprawą, którą trzeba było rozplanować z miesięcznym wyprzedzeniem.

      Rowan Johnson 🖼️📷

      Usuń
  41. Najgorsze prace Wade’a, te, które nie nadawały do pokazania nikomu i nie posiadały absolutnie jakichkolwiek walorów użytkowych, trafiały albo do recyklingu, albo do kominka, w zależności od tego, jaka była pora roku. Nie postrzegał siebie jako artystę, prędzej rzemieślnika, który nie wstydził się tego, że część swoich produktów wykonywał tylko i wyłącznie dla zysku. Jego podejście do prac, które wychodziło spod jego rąk, zdawało się być bardziej pragmatyczne, czemu przeczył sam sobie swoim podekscytowaniem, ilekroć miał czas, by pracować nad projektami dla duszy.
    Uśmiechnął się, bardziej do siebie, niż do samej Arii, gdy powiedziała dokładnie to, o czym sam pomyślał. Lody, jabłonie i przyjemnie ciepłe światło zachodzącego słońca, które nawet zimą zdawało się być pozbawione chłodnej ostrości. Gdy kobieta zwróciła się w jego stronę, odwzajemnił grymas przez krótką chwilę, by zaraz ponownie skupić swoją uwagę na prowadzeniu pojazdu.
    Dla niego było oczywistym, że zostanie w Mariesville. Był ciekawy świata, lubił jeździć na wycieczki, miał nawet okazję przeżyć wakacje w Europie, ale nigdy, do żadnego miejsca nie poczuł tego, co do tej małej, pachnącej jabłkami mieściny. Nigdzie indziej nie miał tego głębokiego poczucia zakorzenienia, tego, że obojętnie jaki wiatr zacząłby gwałcić jego liście i pień, to on sobie z nim poradzi – nie zegnie się pod jego siłą. Czuł, że Mariesville ma swoje ograniczenia, ale był to ten rodzaj barier, które był w stanie zaakceptować i nawet trochę je lubił – brak dużych centrów handlowych, miliona miejsc w których można coś robić, jakby spędzanie czasu na świeżym powietrzu i spotkania z przyjaciółmi nie były wystarczające. Daleko mu było do negującego wszystko gbura, ale sam lubił się czasami zwyczajnie ponudzić – złapać czas do namysłu, do obserwacji świata, otaczającej go przyrody. Bardzo cenił sobie też to, że dzięki mieszkaniu w Mariesville i trybowi pracy, który prowadził, miał poczucie, że nie omija go nic ważnego z życia jego dzieci. Czy w dużym mieście, przy szybkości jego życia, korkach i odległościach, byłby w stanie być na każdym występie Hazel i Jacoba? Zawsze podwieźć im śniadanie, jeśli któreś swojego zapomniało? Tego nie wiedział, ale nie czuł potrzeby, aby się o tym próbować przekonać.
    — Holly ma niebywały talent do dostrzegania plusów tam, gdzie inni myślą, że coś jest niewystarczające. — stwierdził, rzucając te słowa lekko, jak oczywistą oczywistość. W końcu Holly związała się z jego ojcem, który był niewystarczający dla jego mamy; nim samym zaopiekowała się, jak własnym dzieckiem, chociaż on sam miał wtedy w sobie bardzo dużo gniewu i czuł się bardzo niewystarczający. Dzieci, które były wystarczająco przebojowe, miłe i uśmiechnięte, rodzice w końcu nie porzucali, prawda? Holly potrafiła sprawić, że każdy w jej otoczeniu potrafił poczuć się dobrze sam ze sobą, a robiła to z taką lekkością, że na próżno można było się w tym doszukiwać drugiego dna, czy choćby drobiny fałszu. — Chociaż osobiście uważam, że ten obraz… Jest wystarczający w zupełności i masz rację – idealnie tu pasuje — uśmiechnął się w jej stronę i jakby dla potwierdzenia własnych słów spojrzał na obraz raz jeszcze.
    Zmienił buty razem z nią – sam na stopach miał skarpetki w narzędzia, których kilka par dostał od Hazel/Holly na ostatnie święta. Jego obuwie było w znacznie gorszym stanie niż to należące do Holly, bo kobieta z założenia nie lubiła wchodzić do pracowni – narzekała na mocny zapach rozpuszczalników, na to, że wiecznie ma przez to trociny we włosach i nigdy nie wie, czy przypadkiem nie odbije sobie bejcy, albo lakieru na któreś ze swoich barwnych kreacji. Wielokrotnie też łapała się za głowę, widząc z jaką pewnością, Wayne i pracownicy, posługiwali się wyrzynarkami i innymi narzędziami, które potencjalnie były w stanie zrobić komuś dużą krzywdę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Ładne skarpetki — zauważył bez ironii i chwycił za wyciągniętą w swoją stronę rękę. Wstał sprawnie i puścił miękką dłoń kobiety, która przy jego własnej wydawała się nie dość, że drobna, to wręcz porcelanowa – wcale nie przez kolor, który jedynie podkreślał to wrażenie.
      Dłonie Wayne’a były naznaczone małymi bliznami po wielu zacięciach – nawet teraz było na nich kilka zaróżowionych kresek, po skaleczeniach w różnym stadium gojenia. Skórę na nich miał twardą, w niektórych miejscach może trochę szorstką, ale chociaż nosiły one na sobie wiele historii, to wciąż było im daleko do dłoni jego ojca – muskularnych i żylastych. Przyglądał jej się, jak odkłada torbę na niewielką kanapę, na której zdarzało się wszystkim zatrudnionym ucinać drzemki i związuje włosy, co było nie tylko mądrym posunięciem, ale też posunięciem, przez który wyglądała profesjonalnie. Jakby sama miała zamiar zaraz zabrać się do malowania. Tuż przed wejściem do pracowni, Wayne ściągnął sweter, przez co został w samym, czarnym t-shircie z grubej, czarnej bawełny; za pasek spodni włożył dwie pary nowych rękawiczek, które wyciągnął ze starej, drewnianej komody.
      Otworzył drzwi do warsztatu i przepuścił w nich Arię, pilnując by wraz z lekkim przeciągiem do biura nie przedostały się żadne trociny, których o dziwo – wcale nie było zbyt dużo.
      — Hala podzielona jest na kilka stref. Mamy strefę magazynową — wskazał na wysokie regały, na których leżały płyty meblowe, tarcica, forniry i poukładane w pudła mniejsze, już gotowe elementy typu nogi, nóżki, oparcia. Wszelkiego rodzaju mechanizmy były zapakowane w tekturowe pudełka i dokładnie opisane, tak samo jak poszczególne półki regałów. Widać też było kilka dużych, kartonowych pudeł z meblami, które najwyraźniej czekały albo na wysyłkę, albo na zapakowanie do dostawczaków stojących przed firmę. Za regałami można było zauważyć duże, przypominające te od garażu, drzwi z mniejszymi, zamontowanymi w ich obrys.
      — Za magazynem materiałów mamy strefę, powiedzmy… Magazyn mebli gotowych do wysyłki. Po lewej, za tymi drzwiami mamy lakiernię i część, w której schną meble — głową pokazał na przemysłowe drzwi, pokryte od góry do dołu różnego koloru plamkami.
      Hala była stosunkowo wąska, ale długa, więc dopiero, gdy minęli magazyn i lakiernię, ich oczom ukazało się coś, co Wayne niechętnie nazywał parkiem maszynowym, ale była to nazwa jak najbardziej trafiona. Dwie obrabiarki, trzy stoły frezarskie, dwie krajzegi, schludnie powieszone na ścianie, mniejsze narzędzia; kilka stołów stolarskich i cały kosz ścisków stolarskich. Wszystkie stoły były pozastawiane, na gumowych podkładach znajdowały się dwa duże blaty z ramami, całe w zaciskach, jeszcze bez przytwierdzonych nóg. O ścianę stały oparte dwa, duże blaty ze zdobieniami z żywicy epoksydowej.
      — Tutaj mamy część produkcyjną. W trakcie pracy mamy ustalony harmonogram… Kto wyciągnie najkrótszą zapałkę ląduje na lakierni, bo to chyba najnudniejsze zajęcie, a wymaga sporo precyzji. W tej chwili najwięcej zamówień mamy na kuchnie i szafy, więc to idzie dość szybko. Mój tata zajmuje się tymi zamówieniami w większości przypadków, bo on je lubi… Mówi, że szybko wynagradzają pracę — mruknął i podszedł do dwuskrzydłowych, dużych drzwi, które prowadziły do oddzielnej części hali. — A moje królestwo jest tutaj — sięgnął do włącznika światła i puścił Arię przodem do pomieszczenia, które wyglądem znacznie odbiegało od tego, co mogła zobaczyć wcześniej.

      Usuń
    2. Stare meble, słodki zapach przypominający ten w wiekowych bibliotekach, łagodniejsze światło i to, że pomieszczenie było niewiele większe od garażu na dwa auta, powodowało, że można było zapomnieć o tym, że przebywa się na zapleczu profesjonalnej hali. Wayne dał chwilę Arii, by ta mogła swobodnie rozejrzeć się po miejscu, w którym chętnie przebywałby większość swojego życia. W którym on, Wade, czuł się całkowicie wystarczający.
      Szafa, o której rozmawiali, stała na końcu pracowni – albo raczej, to, z czego miała się składać. Drzwi, które miały stanowić główny element dekoracyjny stały obok korpusu, oparte na specjalnym stelażu. Nie były jeszcze skończone, ale misternie wykonane frezy już układały się w kwiaty, które Aria naniosła na przesłany Wayne’owi projekt.
      — Jeszcze trochę pracy zostało… Napijesz się czegoś? — zapytał i otworzył małą lodówkę, w której poza napojami nie było niczego innego. — Mam wodę, colę, piwo… Nawet herbata i kawa się znajdzie, ale to u Holly w biurze.

      Wayne 🪵🖌️

      Usuń
  42. Od najmłodszych lat wiedział, co chce robić w przyszłości, a to że chciał zostać policjantem, nie było chwilową fascynacją ani pomysłem, który pojawił się pod wpływem kogoś innego. To przekonanie z czasem tylko się w nim umacniało, a mimo że jego matka usilnie próbowała skierować go na drogę kariery prawniczej, widząc w niej większy prestiż, a przede wszystkim stabilność, on ani przez moment nie czuł, że to jego miejsce. Przez trzy lata studiował prawo, bardziej z obowiązku niż przekonania, próbując wpisać się w oczekiwania, które ktoś inny zdążył wobec niego zbudować i być może wytrzymałby tam jeszcze dłużej, gdyby nie jeden incydent, który przekreślił wszystko. Wyrzucono go z uczelni, a sprawa, choć mogła wyglądać jak porażka, dla niego okazała się czymś zupełnie innym. Był to pretekst, którego potrzebował, żeby coś zmienić, dlatego nie próbował tego odkręcać ani walczyć o powrót, a skorzystał z okazji i zrobił to, co od dawna chodziło mu po głowie – zaciągnął się do policji. I o tę decyzję stoczył całe mnóstwo domowych wojen, bo według matki już większego głupstwa zrobić nie mógł.
    — Nie skończyłem — odpowiedział i uśmiechnął się lekko. — Zawsze chciałem być stróżem prawa, więc jestem — podsumował z nieznacznym wzruszeniem ramion. Miał za sobą piętnaście lat służby, więc cała ta sytuacja ze studiami to zamierzchła przeszłość, do której nawet już nie wraca. Dawno i nieprawda.
    Nie miał okazji zjeździć świata w klasycznym tego słowa znaczeniu, bo jego tryb pracy i obowiązki skutecznie to wykluczały. Długie dyżury i gotowość do działania o każdej porze sprawiały, że podróże dla przyjemności schodziły na dalszy plan. Odwiedził jednak sporo miejsc, tylko że nie zawsze jako turysta. Dzięki pracy w SWAT trafiał tam, gdzie akurat był potrzebny, choć często na krótko, bez czasu na zwiedzanie czy zatrzymanie się na dłużej. Asheville przyszło mu do głowy teraz właśnie dlatego, że było jednym z niewielu miejsc, które zdołał zobaczyć inaczej, bo spędził tam tydzień i miał chwilę, żeby tak naprawdę się rozejrzeć. To był szczery wybór, bo miasto było położone w malowniczym rejonie, otoczone górami i gęstymi lasami, i po prostu zapadło mu w pamięć bardziej niż inne miejsca, które widział. Zwykle stacjonował w dużych miastach, więc jego wybór i tak ograniczał się do większych metropolii.
    Pokiwał głową, również na kwestię dotyczącą granic i Draculi, a potem uniósł lekko brew, śledząc kolejne zdjęcia, które przesuwała przed jego oczami. Im dłużej mówiła, tym wyraźniej widać było, że robiło to na nim wrażenie, bo to były takie zakątki świata, o których on nawet nie myślał. Może nie dlatego, że nie były w zasięgu jego możliwości, ale ciężko byłoby pogodzić takie wyjazdy z pracą, zarówno wcześniej dla SWAT, jak i teraz w roli szeryfa.
    — To naprawdę imponujące — przyznał w końcu, nie kryjąc już tego w tonie. — Sporo tego. I nie tylko same miejsca, ale to, co tam robiłaś — dodał, zerkając jeszcze raz na fotografie, chcąc połączyć je z jej opowieścią. Teraz miał już pełen obraz tego, jak dużo Aria osiągnęła w swojej dziedzinie, bo nawet jeśli on nie był w stanie do końca zrozumieć wartości tych wydarzeń, to raczej byle kto z pewnością nie mógłby liczyć na wystawienie prac w galerii w Mediolanie, czy na możliwość prowadzenia wykładu gdzieś w Paryżu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podniósł spojrzenie do jej twarzy, gdy skierowała na niego wzrok i zapytała o miejsce, które on chciałby odwiedzić. Nie planował wycieczek, bo nie miał pewności, jak będzie wyglądać jego codzienność za miesiąc czy dwa, ale było jedno takie miejsce, które odwiedzić zamierzał, więc uznał, że powie właśnie o nim.
      — W zasadzie to jest — potwierdził, a jego uśmiech stał się wyraźniejszy. — Galeria Sztuki w Mariesville, to jest to miejsce — dokończył, dając do zrozumienia, że wcale nie mówił tego przypadkiem. Taki był plan na najbliższy czas. I właśnie takich bliskich planów najczęściej się trzymał, nawet jeśli ich też nie zawsze mógł być pewien.

      Rowan Johnson 😊

      Usuń
  43. Słyszał w życiu wiele komplementów, ale z biegiem czasu nauczył się, że ich wartość zależy głównie od tego, kto je wypowiadał. Jedne przelatywały obok niego zupełnie bez znaczenia, będąc tylko pustą uprzejmością albo czymś rzuconym odruchowo, inne potrafiły zostać z nim na dłużej, nawet jeśli były krótkie i pozornie niewiele znaczyły. Ostatecznie nigdy nie chodziło o same słowa, tylko o osobę, od której pochodziły i o to, czy ta osoba rzeczywiście miała powód, by mówić je szczerze. Aria wydawała się szczera w każdym aspekcie. Słowa opuszczały jej usta z taką naturalnością i lekkością, jakby wcześniej wcale nie układała ich sobie w głowie, żeby zabrzmieć w odpowiedni sposób albo wywołać konkretne wrażenie. I to było naprawdę miłe – wiedzieć, że patrzyła na niego uważniej i że według niej w mundurze wypadał całkiem nieźle. W końcu była artystką, więc siłą rzeczy musiała mieć wyczucie estetyki i zwracać uwagę na detale, które dla wielu ludzi pozostawały niewidoczne, dlatego myśl, że jej spojrzenie zatrzymało się właśnie na nim, podobała mu się tym bardziej.
    Rozmowa była przyjemna, ale wypadało wrócić do salonu i świętowania urodzin Leona, dlatego korzystając z okazji, że rozmawiali o galerii, umówili się jeszcze na konkretne spotkanie właśnie w tamtym miejscu. Rowan stwierdził, że skoro Aria i tak zamierza pokazać mu swoje prace, to chętnie zobaczy je we właściwym miejscu, a nie tylko na zdjęciach w albumie. Dopiero później ruszyli z powrotem na dół, wracając do gwaru rozmów oraz śmiechów dochodzących z salonu, gdzie wciąż królowały sytuacyjne żarciki o pracy mundurowych, a także kolejna sałatka, którą przy stole zachwycały się wszystkie panie. Został jeszcze z godzinę, krążąc między rozmowami i co jakiś czas dając się wciągnąć w kolejne dyskusje, a później pożegnał się z resztą gości, Arią i samym Leonem, jeszcze raz życząc mu wszystkiego najlepszego, po czym ostatecznie opuścił dom.
    Następne dni spędzał w całości na miejscowym posterunku. Wracał do domu późno, czasami nad ranem, kiedy ich mieścina dopiero budziła się do życia, a on miał wrażenie, że dla niego nie skończył się jeszcze poprzedni dzień. Chaos tej pracy był mu dobrze znany i może nawet potrzebny, bo pozwalał utrzymywać głowę w ciągłym ruchu i nie zostawiał zbyt wiele miejsca na zbędne myśli. Nie miał tu zawrotnej ilości obowiązków, bo tutaj życie zawsze toczyło się swoim własnym, wyjątkowo spokojnym tempem, ale nawet w takim miejscu znajdowała się papierologia do ogarnięcia, raporty do uzupełnienia i drobne sprawy, które mieszkańcy potrafili rozciągać do rangi poważnych problemów. Od czasu do czasu trafiała się też jakaś interwencja, ale zwykle bardziej męcząca niż faktycznie trudna, dlatego większość zmian mijała mu spokojnie na zajmowaniu się zgłoszeniami, które krążyły po posterunku.
    Dopiero tego dnia, kiedy wieczorem był umówiony z Arią na spotkanie w galerii chwilę przed zakończeniem jej pracy, wszystko postanowiło się skomplikować. Kończył właśnie zmianę i wychodził z komisariatu, kierując się w stronę auta, kiedy zauważył zamieszanie po drugiej stronie ulicy. Kilka osób zebrało się wokół starszej kobiety siedzącej na ławce, a ktoś próbował bezskutecznie złapać z nią kontakt. Zareagował odruchowo. Okazało się, że kobieta zasłabła i choć po chwili odzyskała przytomność, wyglądała źle na tyle, że nie było sensu ryzykować. Karetka z Camden miała dojechać dopiero za jakiś czas, więc ostatecznie sam zdecydował się ją tam zawieźć, bo w takich sytuacjach szybciej było po prostu działać niż stać i czekać. Dopiero kiedy dotarli pod szpital i przekazał starszą panią personelowi, przypomniał sobie o godzinie. Powinien być już w galerii, cholera jasna. Z głośnym westchnięciem wyciągnął telefon i napisał do Arii krótką wiadomość, wyjaśniając, co go zatrzymało, ale dodał też, że jeśli będzie chciała jeszcze na niego poczekać, to mimo spóźnienia i tak przyjedzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatecznie dotarł pod galerię chwilę po jej zamknięciu. Ulica była już wyraźnie spokojniejsza niż za dnia, a miejsca parkingowe wolne. Zwolnił krok dopiero przy samym wejściu i zerknął przez szybę do środka, gdzie panował półmrok rozświetlany jedynie częścią lamp pozostawionych w środku. Po całym dniu i nieplanowanym kursie do Camden czuł zmęczenie, ale mimo tego pojawił się dokładnie tak, jak obiecał.
      Drzwi do galerii okazały się być otwarte, więc bez zawahania wszedł do środka i przeszedł kilka kroków między ścianami ozdobionymi pracami. Dopiero po chwili dostrzegł Arię stojącą gdzieś dalej. Uniósł lekko kącik ust na jej widok, wyraźnie z ulgą, że mimo spóźnienia jednak na niego poczekała.
      — Przepraszam — powiedział na wstępie, lekko ściszając głos, bo pusta galeria wydawała się miejscem, w którym naturalnie mówiło się ciszej, że byli wewnątrz sami, to nie było potrzeby przebijać się przez rozmowy innych gości. — Siła wyższa, ale postaram się jakoś wynagrodzić ci te nadgodziny — dodał po chwili z lekkim, przepraszającym uśmiechem.

      Rowan Johnson 👩‍🎨🎨

      Usuń
  44. Przyglądał się dziełom w milczeniu, jedynie od czasu do czasu dopytując o szczegóły. Nie mówił wiele, jak zawsze zresztą, ale oglądał prace z zainteresowaniem i próbował dostrzec to, o czym opowiadała Aria. Najciekawsze było słuchanie jej, gdy tłumaczyła symbolikę ukrytą w obrazach i zwracała uwagę na drobne elementy, które na pierwszy rzut oka wydawały się niezauważalne. Wtedy nagle pojedynczy kolor, sposób poprowadzenia światła albo detale ukryte gdzieś w tle zaczynały mieć znaczenie i tworzyły kompozycyjną całość. Zaskakiwało go też samo wnętrze galerii, bo nie spodziewał się, że może być tak eleganckie i zadbane, że w pewnym momencie ciężko będzie odróżnić, czy nadal jest się w ich małym Mariesville, czy już jednak w jakimś ogromnym mieście. Teraz, poza nimi, nie było wewnątrz już żadnej żywej duszy, bo byli tu po zamknięciu, ale potrafił wyobrazić sobie to miejsce pękające w szwach, pełne zaciekawionych klientów czy dzieciaków, dla których pobyt w galerii okazał się też świetną zabawą. Potrafił wyobrazić sobie również Arię organizującą te wszystkie przedsięwzięcia i prowadzącą je z entuzjazmem, bo to był świat, w którym czuła się najlepiej. To był jej świat. On na pewno nie rozumiał sztuki tak dokładnie jak ona, bo nie potrafił analizować obrazów szczegółowo ani dostrzegać wszystkich znaczeń ukrytych między pociągnięciami pędzla, ale mimo to miał do niej ogromny szacunek, wyniesiony jeszcze z domu. U Johnsonów sztuka uchodziła za część kultury, a nie za zbędną fanaberię, więc nawet jeśli sam nie czuł tego wszystkiego równie intensywnie, czy odpowiednio, nauczył się patrzeć na sztukę z uznaniem i respektem. A obserwowanie Arii tylko utwierdzało go w przekonaniu, że dla niektórych była ona czymś znacznie bardziej istotnym niż tylko estetyką czy dodatkiem do codzienności.
    Nie miał pojęcia dokąd prowadził korytarz, którym podążali, ale kiedy Aria wspomniała o karmieniu żołądka, zmarszczył lekko brwi, zaintrygowany. Spodziewał się co najwyżej małego zaplecza socjalnego dla pracowników galerii, dlatego gdy otworzyła drzwi, zatrzymał się na moment w wyraźnym zaskoczeniu. Za drzwiami znajdował się balkonik, a na balkoniku stał stolik przygotowany dla dwojga. Przesunął powoli spojrzeniem po przekąskach, kieliszkach i jasnej serwecie, a potem obrócił głowę w kierunku Arii.
    — Och, wow, nie spodziewałem się — przyznał, szczerze zaskoczony. — Gdybym wiedział, na pewno przyszedłbym lepiej przygotowany — dodał, mając namyśli przede wszystkim to, że przyszedł z pustymi rękami, ale też to, że był ubrany w jeansy i jakiś prosty, biały T-shirt, czyli tak totalnie na luzie. Jego garderoba zawsze była prosta. Nie licząc kilku koszul, to miał tam głównie koszulki i swetry w dziesiątkach odcieni szarości i bieli. Za gadżetami też nie przepadał, więc jedynym dodatkiem do jego ubioru był pasek, a czasami też zegarek, ale taki zwykły, który nie mierzy wszystkich czynności życiowych, tylko ogranicza się do wskazywania godziny i minuty na tarczy. On był naprawdę prostym facetem, a przynajmniej w kwestii codziennego życia.
    — Wygląda ładnie i zachęcająco — ocenił krótko, z uśmiechem, i podszedł do jednego krzesła, żeby lekko odsunąć je dla Arii. Gdy usiadła, zajął swoje miejsce i raz jeszcze omiótł spojrzeniem to, co zostało starannie podane na stoliku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Nie zdążyłem niczego zjeść ze względu na tę sytuację ze starszą kobietą, więc dobrze się składa. Sama to przygotowałaś? — Zerknął na nią i powrócił uwagą do wytrawnej tarty, która kusiła z talerza. Jeśli tak, to wychodzi na to, że decyzja o naszykowaniu tego stołu nie była spontaniczna, a przemyślana już wcześniej. I to zmieniało wtedy postać rzeczy, bo oznaczało, że zaplanowała ten wieczór z myślą o nim, poświęciła czas, uwagę i energię, żeby wszystko wyglądało właśnie tak. Nie musiała tego robić, a jednak zrobiła. Może były to drobiazgi, ale właśnie takie rzeczy robiły na nim największe wrażenie, bo nie chodziło o wielkie gesty, tylko o te szczere, które szły prosto z serca.

      Rowan Johnson 🥧😊

      Usuń
  45. Zawsze był typem człowieka, który więcej obserwował niż mówił i nigdy nie należał do osób, które zagłuszają innych swoją obecnością albo nieustannie wypełniają ciszę jakimiś słowami. Mówił niewiele, bo najczęściej tylko wtedy, gdy naprawdę miał coś do powiedzenia, ale emocje też trzymał bardziej dla siebie, przez co dla wielu osób mógł wydawać się chłodny albo trudny do odczytania, a niekiedy nawet nieprzyjemny, bo na pierwszy rzut oka łatwo było wziąć jego cichą naturę za bycie zwykłym bucem. W rzeczywistości jednak po prostu nie należał do ludzi, którzy czuli potrzebę ciągłego udowadniania swojej sympatii uśmiechami czy pustą rozmową, a jeśli już dopuszczał kogoś do siebie, robił to powoli, ale szczerze. Co prawda, rzadko pozwalał komukolwiek podejść naprawdę blisko, bo przez lata nauczył się, że bezpieczniej jest trzymać ludzi na dystans, ale nie był tak definitywnie zamknięty na głębokie relacje. Bliskość go nie odpychała, jednak wymagała od niego czegoś, czego nie zawsze potrafił dać od razu – zaufania, emocjonalnego odsłonięcia się, a w końcu także pełnego zaangażowania. Nie otwierał się łatwo i nawet wśród znajomych potrafił sprawiać wrażenie człowieka stojącego trochę obok wszystkiego, ale zawsze był oddany przyjaciołom, którzy mogli liczyć na niego w każdej sprawie, bez względu na porę dnia czy okoliczności. Życie trochę go poturbowało i był przez to w takim trybie obronnym, gdzie wielu inicjatyw unikał na wyrost, ale to wcale nie oznaczało, że nie potrafił kochać, przywiązywać się do ludzi czy budować z nimi czegoś prawdziwego. Po prostu potrzebował na to więcej czasu niż większość i całkiem możliwe, że do tej pory nie trafił też na nikogo odpowiedniego, kto cierpliwie czekałby aż zdejmie z siebie wszystkie warstwy pancerza i pokaże tę część siebie, którą zwykle trzymał szczelnie ukrytą.
    Jego znajomość z Arią nie mieściła się na razie w żadnych konkretnych ramach i była niezobowiązująca, co znacznie ułatwiało sprawę, bo niczego od niego nie wymuszała. Mogli po prostu być obok siebie, rozmawiać, spędzać czas w taki sposób i sprawdzać, dokąd ich to zaprowadzi, bez presji nadawania wszystkiemu konkretnej nazwy. Ale jednocześnie ta relacja, mimo swojej lekkości, wcale nie była powierzchowna, bo od samego początku budowała się na czymś znacznie bardziej wartościowym niż chwilowa fascynacja. Aria była ciekawą osobą, nietuzinkową i trudną do porównania z kimkolwiek, kogo znał wcześniej. Miała w sobie naturalną swobodę, wrażliwość i sposób patrzenia na świat, który bardzo go ciekawił, a do tego była po prostu sympatyczna. I tym bardziej rozumiał teraz, skąd te tłumy w galerii ostatnimi czasy, bo panowała tu taka atmosfera, że po prostu aż chciało się przychodzić.
    Podziękował krótko, gdy przełożyła kawałek tarty na jego talerz i uzupełniła kieliszki lemoniadą, a potem przecząco pokręcił głową na pytanie o uczulenia. Był zdrowy jak koń, a z uczuleń, jeśli już jakieś mógł mieć, to jedynie na ignorantów i ludzi, którzy dla zasady komplikowali życie wszystkim dookoła.
    — Jestem wszystkożerny i prawie wszystko tolerujący — zapewnił z nutą żartu w głosie, chociaż to była akurat szczera prawda. Wbił zaraz widelec w kawałek dania i wsunął wydzielony kęs do ust, po chwili kiwając głową i z uznaniem mrucząc pod nosem. — Bardzo smaczne — przyznał, zerkając na Arię znad talerza, po którym powoli przesuwał sztućcami. Przepadał za domową tartą i musiał przyznać, że ta była naprawdę dobrze przygotowana. Rose miała smykałkę do przepisów, a talent do pichcenia Aria odziedziczyła najwyraźniej po niej, bo przepis przepisem, ale jeszcze trzeba go umiejętnie wykorzystać i mieć wyczucie smaku, którego nie da się nauczyć z żadnej książki kucharskiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Dziś obyło się bez kradzieży i było w zasadzie spokojnie, nie licząc zdarzenia z panią babcią — odpowiedział, sięgając po kieliszek lemoniady. Nie pytał już o proces powstawania, bo gdy pociągnął łyk, od razu poczuł, że też jest domowa, tak jak wszystko na tym stole. Może jedynie poza krakersami, chociaż to też wcale nie powiedziane, że te nie były upieczone w domowym piekarniku.
      Odłożył na moment widelec i oparł łokieć o kant stołu, krótką chwile zastanawiając się nad odpowiedzią, albo raczej nad tym, jak umieścić ją w zwięzłej wypowiedzi.
      — Wiesz… zawsze wydawało mi się, że jeśli zostanę policjantem, to będę mógł coś zmienić. W Mariesville, w Camden, na świecie, gdziekolwiek — powiedział spokojnie, przesuwając kciukiem po brzegu kieliszka. — Nawet nie chodziło o jakieś wielkie bohaterstwo czy ratowanie wszystkich dookoła, a bardziej o to poczucie, że robię coś, co ma sens. Że mogę być przydatny — wyjaśnił, nigdy nie zastanawiając się nad źródłem tego poczucia, ale może taką misję miał wpisaną w swoje istnienie, a może miało to też związek z tym, że dorastał w rodzinie, w której każdy był zajęty własnymi obowiązkami, oczekiwaniami i problemami, a emocje częściej zamiatano pod dywan, niż o nich rozmawiano.
      — Człowiek jest młodszy i myśli, że da się naprawić więcej rzeczy, niż faktycznie się da — dodał z lekkim, ledwo widocznym uśmiechem. — Ale chyba nadal wolę próbować, niż siedzieć z boku i tylko patrzeć. Nigdy jednak nie aspirowałem do bycia szeryfem. Zostałem nim, bo w pewnym momencie do tego doprowadziła mnie służba, no i oczywiście mieszkańcy, którzy na mnie głosowali — wyjaśnił. Nie planował takiego obrotu spraw, ale tak się stało. Wdzięczny był tutejszej społeczności za to, że obdarzyła go takim zaufaniem, by stanął na czele bezpieczeństwa, bo znajdował się wtedy w takim momencie swojego życia, że żałował, że lekarze w ogóle go z tego wyciągnęli. Obowiązki szeryfa tchnęły w niego nową nadzieję i myśl, że może jednak warto jeszcze się podnosić, próbować i każdego dnia znajdować jakiś powód, żeby zostać tu jeszcze trochę dłużej.

      Rowan Johnson 🍸😋

      Usuń
  46. Mariesville z pewnością nie jest jedynym spokojnym miasteczkiem w ich stanie, ale zdecydowanie najspokojniejszym, w jakim kiedykolwiek przyszło mu pracować. Już nawet pomijając fakt, że dorastał tutaj i wychowywał się, a więc znał to miejsce jak własną kieszeń, było tu po prostu bezpiecznie. Ludzie bez większych obaw spacerowali po ulicach nawet późno w nocy, a niektórzy do dziś nie czuli potrzeby zamykania drzwi na wszystkie zamki przed pójściem spać. Dzieci wracały same do domów po zmroku, sąsiedzi znali się po imieniu, a widok radiowozu częściej budził ciekawość niż niepokój i gotowość do konfrontacji. Oczywiście nie oznaczało to, że w Mariesville nigdy nie działo się nic złego, ale na tle miejsc, w których pracował wcześniej, różnica była ogromna. Nawet najspokojniejsza dzielnica Atlanty nie była tak spokojna jak ich Mariesville.
    — Mariesville to oaza spokoju — przyznał więc, skupiony na kawałku tarty na swoim talerzu, którą właśnie kroił. Spokój tego miejsca na pewno miał swoje plusy i minusy. Z jednej strony można było tu żyć bez ciągłego oglądania się przez ramię i martwienia o rzeczy, które w większych miastach stanowiły codzienność. Z drugiej jednak strony Mariesville nie miało zbyt wiele do zaoferowania młodszym mieszkańcom. Po kilku latach znało się tu każdy zakątek, każdą ulicę i każdego sąsiada, a to, co dla jednych było komfortem, dla innych stawało się ograniczeniem. Nic więc dziwnego, że nastolatki i młodzi dorośli często szukali rozrywek w Camden. To tam jeździli na koncerty, do klubów, kin czy po prostu po odrobinę wrażeń i anonimowości, której małe miasteczko nie było w stanie zapewnić. W Mariesville trudno było zrobić cokolwiek, żeby następnego dnia nie wiedziała o tym połowa mieszkańców, albo i wszyscy.
    Wsunął kęs tarty do ust, odłożył sztućce i podniósł spojrzenie na Arię, gdy mówiła o Tołstoju. W zasadzie, to porównanie nie było takie złe, bo może on nie pomyślałby nigdy o samobójstwie, ale ten jego osobisty sukces – który przecież osiągnął, docierając do tego, do czego zawsze dążył – też nie spełnił go tak, jak spodziewał się przez większość życia. Owszem, był dumny z tego, co osiągnął, ale nie przyniosło mu to tego wewnętrznego spokoju, którego podświadomie oczekiwał. Wyszedł więc z założenia, że życie jest ciągłą wędrówką przez doświadczenia, ludzi i kolejne etapy, a nie drogą do jednego konkretnego celu, po którego osiągnięciu wszystko nagle nabiera sensu. Że ten magiczny moment, w którym człowiek czuje się kompletny i spełniony już na zawsze, może po prostu nie istnieć.
    Na wzmiankę o słusznej decyzji ludzi, którzy głosowali na niego, nieznacznie skinął głową.
    — Mam nadzieję, że tak właśnie sądzą — powiedział i uśmiechnął się lekko. Miał świadomość, że są tutaj jego zwolennicy, jak i przeciwnicy i to nawet w ich policyjnej formacji, ale podziały były naturalną częścią każdego środowiska, a szczególnie takiego, w którym codziennie trzeba było brać odpowiedzialność za trudne decyzje. Dopóki on sam mógł wieczorem spojrzeć w lustro i uczciwie powiedzieć sobie, że zrobił to, co uważał za słuszne, opinie innych schodziły na dalszy plan. Zawsze działał zgodnie z własnym sumieniem, nawet jeśli paragrafy sugerowały inne rozwiązanie, bo życie nigdy nie jest tak czarno-białe, jak literki na stronach kodeksów.
    — Tak szczerze, to nigdy o tym nie myślałem. Po prostu nie brałem pod uwagę innej opcji, niż bycie policjantem i wydawało mi się to oczywiste, że nim zostanę — odpowiedział, sięgając po kieliszek z lemoniadą. — Ale tak, pewnie wciąż byłaby to służba, tylko w trochę innym wydaniu — przytaknął, bo najbliżej byłoby mu wówczas do założenia munduru strażaka. — Bardziej ciekawi mnie jednak to, kim zostałabyś ty, jeżeli nie malarką? — odbił pytanie i pociągnął łyk lemoniady.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Florystką? Architektem krajobrazu? — wymienił to, co pasowało mu najbardziej, chyba z tego względu, że na jej obrazach były właśnie elementy natury i łączył ją z nimi automatycznie. Ale bez trudu potrafił wyobrazić ją sobie jako florystkę komponującą wyjątkowo piękne bukiety albo projektantkę pośród bujnych ogrodów, z uwagą dobierającą kolory, kształty i faktury roślin. Niezależnie od tego, czym by się zajęła, prawdopodobnie i tak znalazłaby sposób, by tworzyć coś estetycznego, harmonijnego i wyjątkowego, bo była jedną z tych osób, które zdawały się dostrzegać piękno tam, gdzie inni przechodzili obojętnie. A potem wydobywała je na światło dzienne i pokazywała reszcie świata.

      Rowan Johnson 🌸🖼️

      Usuń