
rozwódka | dwadzieścia sześć lat | rodzice właścicielami wytwórni filmowej l’illusion | nie zajmuje się niczym konkretnym. Nie musi. Rodzice zawsze się wszystkim zajmowali, zajmują i będą zajmować. | w Marsiesville od trzech miesięcy
Pomme nie musi się czymś zajmować. Jest jak wolny ptak, ze stałymi dochodami w postaci kart kredytowych od tatusia. Pomme studiowała, ale tylko po to, aby nikt z rodziny nie mówił, że niczego się nie podjęła. Rzuciła studia na drugim roku uznając, że to i tak nie ma najmniejszego sensu. Rzeczoznawstwo nie było dla niej. Rzeczoznawstwo brzmiało fajnie. Brzmiało jak coś, czym można się pochwalić. Okazało się jednak niewystarczająco fajne dla Pomme. Pomme nie była wystarczająco zainteresowana tym, co tylko z pozoru wydawało się być czymś. Czymś było kiedyś pokazywanie się na imprezach, wciąganie koki i palenie cracku, ślub z nieznajomym facetem i wizja wspólnych wieczorów w oparach marihuany. Mariesville zdecydowanie nie jest czymś. Bycie w Mariesville wcale nie jest cool. Cool było w LA, gdy dla odmiany pieprzyła się z poznanym w klubie facetem, bo mąż wydawał się tak cholernie nudny. Nie wiedziała nawet, po co właściwie go ze sobą tam wzięła. Bycie w Mariesville to szantaż. Bycie w Mariesville to przyrzeczenie, że się zmieni, że wróci ukochana, maleńka Pomme. Mariesville lub odcięcie od rodzinnych pieniędzy. Nie zastanawiała się długo. Spogląda w lustro i ugniata miękkie, rdzawe loki. Nakłada jasny podkład na twarz i przeciąga czerwoną pomadkę na wargach. Używa ulubionych, mocnych perfum i zakłada kaszmirowy sweter. Zarzuca na ramiona jesienny prochowiec, wsuwając na nogi ulubione szpilki. Nie czuje się tutejsza, ale doskonale wie, że właścicielka najbliższej piekarni to ciotka tego sprzedawcy w aptece. Sprzedawczyni kwiatów dokładnie wie, które są ulubionymi Pomme. A Pomme się nudzi. Co wieczór przesiaduje w miejscowym pubie, barmani ją kojarzą, ale ona i tak od czasu do czasu przedstawia się jako ktoś inny i czeka. Czeka na wielką przygodę swojego życia, na kogoś, na coś, chyba na znak. Tylko jaki i po co?
wszelkie ustalenia na e-mailu wyborowealoe@gmail.com; buźka ukochanej Darii Sidoruchk/Reytel
[hejo ;) Wpadam przywitać z chlebem i solą, niczym bym była na jakimś weselu (wybacz- głupawka w mnie wzięła), a w tym przypadku z kawką i ciastkiem.
OdpowiedzUsuńPewna siebie osóbka, która wie czego chce i nie boi się tego pokazać. Oby znalazła tego kogo szuka jak najszybciej ;)
Dużo pozytywnej energii i dooobrej zabawy ;)]
Ines
[Ależ ona jest magnetyczna! ✨ Mariesville tylko czeka, aż nim wstrząśnie! 🍾 Do boju! Wspaniała jest, elektryzująca, mocna. Piękny kontrast do sielankowej wiochy! ❤️ Dobrej zabawy! ]
OdpowiedzUsuńAbigail
[Pomme chyba zostanie ulubioną klientką Deana. 🤭 A na pewno najciekawszą jaką miał w ostatnim czasie. 😌]
OdpowiedzUsuńPan Barman🍹
Wieczory w The Rusty Nail były głośne i tłoczne. Szczególnie w czasie, kiedy pojawiało się tu więcej turystów, którzy ściągnięci byli przez tutejsze festiwale lub odpoczynek z daleka od zgiełku miasta. Nie zdarzało mu się narzekać na zajęte ręce, wręcz przeciwnie. Lubił to, że miał co robić. Jeśli nie zajmował się nalewaniem piwa lub przygotowywaniem drinków, przecierał czystą szmatką wysokie kieliszki, zmywał z blatów pozostałości po alkoholu. Szukał sobie często nawet zajęcia na siłę, byle tylko nie zostać na pięć minut z własnymi myślami. Dziś był wieczór z muzyką na żywo. Amelia Hawkins siedziała na stołku na niewielkiej scenie i wyśpiewywała po raz kolejny. To był jej wieczór. Dean do obecności Hawkins się przyzwyczaił. Wysoka blondynka, która swego czasu znana tu była jako uciekająca panna młoda. Zdawało się, że każdy mieszkaniec tego miasteczka miał do siebie przypiętą łatkę, której nie dało się tak łatwo zdjąć. Mia była tą, która łamała serca. Cindy, która w opinającej koszulce świeciła cyckami, miała łatkę łatwej, ale kochliwej. Ta mała brunetka siedząca pod oknem z drinkiem i nieśmiałym uśmiechem była tą nową, która codziennie zabierała przedszkolaki na spacer do pobliskiego parku, a wieczorami kłóciła się ze swoim sąsiadem. Chyba nazywała się Beverly, ale Dean nie miał pewności. On z kolei był tym, który miał brata mordercę, drzwi umazane obraźliwymi słowami i chęć, aby rzucić wszystko w pizdu, kiedy nadejdzie na to okazja. Ale Dean niczego nie rzucał w pizdu, choć często miał na to ochotę. Został w tym miejscu, które od zawsze było jego domem. W końcu, gdyby uciekł to z pewnością wyglądałby na bardziej winnego niż był w rzeczywistości. Tylko, że Dean był niewinny. Miał pecha mieć w rodzinie mordercę i jeszcze większego, że był tym, który odnalazł ciała.
OdpowiedzUsuńZamrugał kilka razy.
— Ziemia do Deana. — Cindy rzuciła w jego stronę ścierkę. Biały podkoszulek faktycznie ja opinał, a przez materiał prześwitywał jaskraworóżowy stanik z koronki. — Noah chce kolejnej dolewki.
— Jasne.
Poruszył lekko ramionami, jakby to miało sprawić, że przestanie o tym myśleć. Albo wydarzy się coś co sprawi, że Walker całkiem zapomni o tej krótkiej myśli o przeszłości lub spędzi resztę nocy rozkładając na czynniki pierwsze wszystko co znał i wiedział, aby dojść do tego, w którym momencie coś w jego rodzinie się rozsypało. I cholera, choć naprawdę robił to setki razy to nie udało mu się odnaleźć momentu, który mógłby odpowiedzieć na wszystkie drażniące go pytania.
Zmieniło się coś w powietrzu. Nalał piwa dla Noah, wytarł blat z okrągłych odcisków kufli. Atmosfera w barze zmieniła się, choć odczuł to tylko Dean. Nie musiał podnosić wzroku na drzwi, aby wiedzieć kto właśnie tu wszedł. Poczuł to w kościach. Niemal jak na zawołanie w nosie zakręciło mu się od perfum, które znał zbyt dobrze, choć wcale znać ich nie powinien. Nie uśmiechnął się. Kącik ust mu nawet nie drgnął. Nie pozwolił sobie na taki gest. Zajął się pracą. Kątem oka widział, jak wsuwa się na wysoki stołek przy barze, a rdzawe kosmyki mignęły mu tylko przelotem. Nie od razu do niej podszedł. Może chciał, aby zaczekała dłużej niż zwykle. Dziewczyna, która z nim dziś była na barze znajdowała się po drugiej stronie flirtując z jednym ze stałych klientów. Dean i tak wiedział, że się spotykają i najpewniej za dziesięć minut usłyszy, że idzie na szybkiego papierosa. Jakoś wątpił, że to papierosa będzie miała w ustach.
Przysunął się w stronę Pomme dopiero po kilku minutach. Obsługiwał najpierw klientów, którzy pojawili się przed nią. Powoli zmierzając w jej kierunku. W dłoni już trzymał odpowiedni kieliszek, ale wciąż się nie uśmiechał.
— Kogo dzisiaj grasz?
Towarzyszyła jej ta sama mocna czerwona szminka i błysk w oczach, którego Dean rozszyfrować nie potrafił. Ale podobno miał cały czas świata, aby dowiedzieć się co się w nich tak naprawdę kryje.
Ulubiony Barman🍹
Mariesville było zardzewiałą dziurą, w której nigdy nic się nie działo.
OdpowiedzUsuńDopóki nie wydarzyło się coś, co psuło święty spokój mieszkańców. W rzeczywistości to nie była metropolia, która oferowała masę rozrywek. Był bar, ale ile razy można chodzić do barów? Prawda była taka, że wszyscy najchętniej by stąd uciekli. I młodzi to robili, a ci, którzy zostali z całą prawdopodobnością zostali, bo zmusiło ich do tego życie i brak kasy. Dean był jednym z tych, którzy naprawdę kochali to miejsce. Nigdy nie ciągnęło go, aby próbować życia w wielkim mieście. Mimo, że często robił sobie wycieczki do Atlanty, a nawet Nowego Jorku. On tu po prostu zapuścił korzenie. Korzenie, które ktoś zatruwał i próbował wyplenić, a on jak ten uparty osioł się nie dawał.
Dean nie był pewien, co go właściwie w Pomme interesowało. Różniła się od dziewczyn, z którymi się spotykał. Różniła się od Darlene, z którą wiązał swoją przyszłość, a która wyjechała w pizdu z najlepszym, podobno, kumplem. Dziewczyny, z którymi umawiał się Dean były… małomiasteczkowe. Pomme była wszystkim, ale nie małomiasteczkową dziewczyną i Dean doskonale wiedział, a także widział, jak zajebiście nudzi się jej w tym miejscu i że najchętniej spaliłaby wszystko na swojej drodze i wróciła do życia, które prowadziła przed przyjazdem tutaj. Jakiekolwiek to życie było, bo tego akurat nie wiedział. W końcu to nie tak, że zwierzali się sobie ze wszystkich drastycznych szczegółów z życia, nie?
Walker przesunął w stronę Pomme kieliszek z martini. Pamiętał, jak przygotował jej go po raz pierwszy i zebrał opierdol, bo zrobił go w zły sposób. Na swoje usprawiedliwienie, tak go nauczono, ale najwyraźniej w Kalifornii były inne standardy przygotowywania martini.
— Zamierzasz wyjść z kimś z kim absolutnie nie powinnaś wychodzić? — Zagadnął. Uniósł lekko brew. Postać Pomme go intrygowała, choć nie potrafił dokładnie wskazać, dlaczego. Może właśnie przez to, jak inna była od tych wszystkich dziewczyn, które wchodziły do baru.
Znał przecież tu wszystkie dziewczyny. Chodził z nimi do szkoły. Obracał je w pustych klasach w liceum bądź szatniach, zabierał na przejażdżki autem i szpanował byciem strażakiem. Co prawda żadnej nie przeleciał w wozie, bo jak nic straciłby robotę, a komendant dałby mu taką reprymendę, że słyszałyby o tym wszystkie remizy w promieniu pięciuset mil.
Miał ochotę się roześmiać po jej pytaniu. Bo gdyby tylko wiedziała, jaka była prawda… A raczej, gdyby on wiedział. Zastanawiał się nad tym dziesiątki, setki, a może tysiące razy. Dean oparł się przedramieniem o bar i pochylił w stronę Pomme. Wzrokiem przesunął po jej twarzy. Lekko okrągłej, ale w seksowny sposób. Pełnych, czerwonych ustach i zielonkawych oczach, które skrywały w sobie wiele sekretów, a on zamierzał je odkryć. Jeden po drugim. Powoli. I wszystko w swoim czasie.
— Być może się zastanawiałem. — Odparł. Nie spuszczał z niej wzroku. Niemal świdrował dziewczynę spojrzeniem, jakby starał się dostać do środka. Do tego, czego nie pozwalała oglądać innym. Kąciki ust Deana lekko drgnęły. — Zastanawiałaś się kiedyś nad tym, co by było, gdybyś zmierzyła się ze wszystkim co sprawia, że utrzymujesz się na powierzchni?
Dean nie walczył z tym, co go trzymało na powierzchni. On to zaakceptował. Płynął razem z prądem, bo uznał, że walczenie z tym nie ma sensu. Że nie przyniesie niczego dobrego. Że… To jest bez sensu. Może się pogubił. Cóż, na pewno się pogubił, a może… Może po prostu już nie miał sił, aby cokolwiek w swoim życiu zmieniać.
— Ale widzisz, w moim przypadku, to nie moje decyzje odmieniły moje życie. — Musiała wiedzieć. Może sprawdziła w necie, a może jakaś dobra dusza kazała się jej trzymać z daleka od Walkera. Cholera wie, ale Dean wiedział, że Pomme wie. — A na decyzje podejmowane przez innych nie mam żadnego wpływu. Moje… Moje były odpowiednie.
Terapeuta i barman w jednym🍹
W Mariesville nikt tak naprawdę nie zwracał uwagi na to, czy drinki przygotowane są w odpowiedni sposób. Dean zawsze się starał, ale The Rusty Nail nie był żadnym cenionym barem. Mieszkańcy przychodzili tu po tanie piwo, trochę muzyki na żywo i przede wszystkim po to, aby pogapić się w cycki Cindy, a tymi lubiła świecić na prawo i lewo. Nie było tu dużo przejezdnych. Nie licząc tych, którzy z jakiegoś powodu ekscytowali się festiwalem jabłek. Jeśli Dean miał być szczery, to rzygał tymi jabłkami. Dalej niż widział. Nic jednak nie mówił. Łatwo było urazić tych rodowitych mieszkańców, którzy lubili godzinę mamrotać o tym, jak istotne te pieprzone jabłka są w historii miasta i ludzi, którzy to miejsce skończyli. Prawda była taka, że jeśli ktoś chciał porządne drinki to jechał do Atlanty, a nie zaglądał tutaj. Od samego początku dał Pomme znać, że jeśli liczy na to, że znajdzie tu drinki z palemką to może się postukać w głowę, zrobić tył zwrot na tych swoich niebotycznie wysokich obcasach i wracać tam skąd przyszła.
OdpowiedzUsuńPrzyglądał się jej spokojnie, jednak nie jak ktoś, kto próbuje rozgryźć co w tej dziewczynie siedzi. Chciał powiedzieć, że zna się na ludziach, ale to już nie była prawda. Nie mógł się znać, skoro nie zauważył, że dzielił jeden dach z zabójcą, prawda? Równie dobrze Pomme z tymi swoimi czerwonymi ustami i wodzącym spojrzeniem mogła się okazać dziewczyną, która potajemnie dosypuje innym coś do drinków.
Jej odpowiedź sprawiła, że Dean na moment się zawahał. Jakby nagle dostrzegł w niej coś więcej niż to, co przez ten cały czas próbowała mu pokazać. Może zsunęła z twarzy na tę parę sekund maskę, którą nosiła. Ciężko było mu ją tak naprawdę rozgryźć. I nie próbował też robić tego na siłę. Przyjmował tyle, ile mu dawała. Nie zagłębiał się. Nie próbował naprawiać. To nie było jego zadanie.
— Chyba o to chodzi, nie? Aby nie wiedzieć. — Jeszcze nie był pewien, czy prowadzą jakąś tajną grę czy naprawdę rozmawiają, a temat nagle stał się poważniejszy niż wymagał tego niezbyt czysty blat w barze. — Wiesz, jeśli rozejrzysz się dookoła… To zauważysz, że nikt nie wie, co zamierza. Nie jesteś w tym wyjątkowa, Pomme.
Życie z pewnością byłoby prostsze, gdyby można było wszystko rozplanować i dokładnie wiedzieć o własnych zamiarach. Ono bywało nieprzewidywalne. Jasne, można było zaplanować co zjeść na śniadanie, czy włożyć zieloną bluzkę czy czarną, ale cała reszta? To już zależało od losu oraz innych ludzi, którzy pojawiali się na drodze.
Dean nie spuszczał z niej wzroku. Miał klientów. Był w pracy, a mimo to, nie potrafił nie patrzeć na Pomme. Zupełnie tego nie rozumiał. Nie był facetem, któremu wystarczy ładna buźka do zawrócenia w głowie. I nie sądził też, aby mu zawróciła w głowie. Potrafił zasnąć bez myślenia o niej. Kiedy zamykał oczy nie widział jej twarzy w ciemnościach. Nawet nie zerknął na telefon. Widział jedynie kątem oka, jak ten się podświetla i że najwyraźniej jest przyczyną obecnych rozterek rudowłosej.
— Mam decydować za ciebie? — Upewnił się. Nie przesłyszał się. Właśnie tego chciała. Dean się raczej nie bawił w takie rzeczy, ale teraz… Teraz był nawet ciekaw co się może wydarzyć. — Może zaczniemy od tego, że żegnasz się dzisiaj ze swoją zabawką.
Sięgnął po iPhone bez słowa. Nie spojrzał na wyświetlacz. Cokolwiek tam było go nie interesowało. Zsunął przedmiot z blatu i schował go pod nim. Na jednej z wbudowanych szafek na dole, gdzie trzymali przeróżne, nieistotne już pierdoły.
— Cokolwiek tam jest dziś ci nie będzie potrzebne. — Dodał. Gdyby nie było tam nic, to przecież nie trzęsłaby się nad tym cholernym telefonem, a jednak to robiła. — Nie lubisz tego miejsca, co? — Zagadnął. Odsunął się na moment, bo zobaczył, jak wchodzi Charles, który zawsze siadał w tym samym miejscu i zamawiał to samo rozwodnione piwo. Więc je dla niego przygotował.
— Powiedz mi w takim razie, jakie decyzję cię tutaj przyniosły?
Dean🍹