Nicholas Moore
36 lat — od pięciu lat niewidomy — pies-przewodnik imieniem Hazel zawsze drepczący u jego boku — do Mariesville wprowadził się dopiero około sześć miesięcy temu — Nowicjusz — obecnie pracuje jako pracownik administracyjny w Mariesville Art Gallery — zamieszkuje niewielki dom w dzielnicy Downtown
Kiedy zewsząd otacza cię nieprzenikniona ciemność, jakby świat zatonął w oceanie atramentu, zaczynasz zauważać więcej. Słuch wyostrza się, by choć częściowo zastąpić zmysł wzroku. Coraz częściej musisz kierować się zapachem, ale z każdym dniem staje się to coraz łatwiejsze, przychodzi ci to bardziej naturalnie.
Zaczynasz doceniać dotyk, odkąd jesteś zmuszony na nim polegać bardziej niż kiedykolwiek. Wszystkiego uczysz się na nowo, stopniowo pokonując przeszkody na twojej drodze. Do wszystkiego można się przyzwyczaić. To tylko kwestia praktyki. Powtarzasz sobie te wydumane frazesy, jednego dnia pokładając w nie desperacką wiarę, innego zaś z nieskrywaną ironią, bo sytuacja w jakiej się znalazłeś cię przerasta.
Starasz się robić dobrą minę do złej gry, ukrywać słabości, a jeśli te zostaną dostrzeżone, obracasz je w żart. To lepsze, niż czuć litość i współczucie. Nie wściekasz się za nie, to ludzki odruch, świadczący o empatii. Teraz to już wiesz. Terapia wiele ci uświadamia, a jednak wciąż masz spory bagaż przeżyć i emocji do przepracowania.
Kontakt: moralne.dno@gmail.com
Poszukiwana osoba, przed którą zaszył się w Mariesville. W pakiecie drama, w tle toksyczna relacja i wachlarz możliwości jak to się dalej potoczy. Mogą wystąpić sceny [18+].
Wizerunek: Hugh Dancy
kod
Poszukiwana osoba, przed którą zaszył się w Mariesville. W pakiecie drama, w tle toksyczna relacja i wachlarz możliwości jak to się dalej potoczy. Mogą wystąpić sceny [18+].
Wizerunek: Hugh Dancy
kod
[Cześć, bardzo intrygujący pan. Hazel skradł moje serce już na wstępie! Myślę że nie doceniamy tego, co mamy. A niektórzy nawet po utracie zmysłu, kończyny, czy jakiejkolwiek sprawności nie uczą się na nowo życia z pokorą, a wojują z światem wściekli. To na pewno bardzo trudne obudzić się i nie widzieć, albo nie czuć w inny sposób, podziwiam za kreację takiego bohatera.
OdpowiedzUsuńJeśli potrzebujecie promyka słońca, chętnie z Abi pomożemy mu odnaleźć się w mieście! Ba, ja nawet chętnie bym zrobiła z niej dręczycielkę, ale obawiam się, że szybko by ją zmiażdżył xD
Dobrej zabawy!]
Abigail
[No cześć, witamy współpracownika!
OdpowiedzUsuńTo jak, najpierw kawa, później praca? 😂☕
Co do Nika, totalnie zgadzam się z Sol. Kreacja jest ciekawa, a pomysł z utratą wzroku i poznawaniem świata od nowa to jednocześnie duże pole do popisu, ale też pewne wyzwanie. Jestem jednak pewna, że i Ty, i Nicholas poradzicie sobie tutaj śpiewająco!]
Aria Kennedy🖌️🎨
[Cześć! Genialny wizerunek i pięknie zrobiona karta. Podziwiam za odwagę do prowadzenia niewidomej postaci, domyślam się, że musi być to w pewien sposób wyzwaniem - przynajmniej byłoby dla mniej samej.
OdpowiedzUsuńZarówno Nicholas, jak i Mia, uciekają przed litością i współczuciem, więc może udałoby się znaleźć im wspólny język? W razie chęci, zapraszam do panny Whitaker. ♥
P.S. Coś chyba Twój kodzik wpływa na szablon, bo z głównej nie widać wiersza z odnośnikiem do komentarzy i autora posta.]
Mia Whitaker 🌸
[A czemu nie, spacerowicze brzmią dobrze. Tym bardziej, że Mia w Mariesville jest od 4 miesięcy, to Nicholasa w ogóle może nie kojarzyć, za to on mógł słyszeć o pogrzebie dwójki Whitakerów. Dlatego, aby nieco też przybliżyć, wezmę zaczęcie na siebie i wepchnę ich w pierwsze spotkanie, jeśli nie masz nic przeciwko. ;-)]
OdpowiedzUsuńMia Whitaker
Dla Arii Kennedy każdy dzień zaczynał się od pewnych rytuałów. Piła wodę, wychodziła pobiegać, później najczęściej wlewała w siebie małą, mocną kawę i jadła śniadanie, które samodzielnie przygotowywała, słuchając porannych audycji, aby wiedzieć, co działo się w miasteczku i okolicy. Kennedy miała więc swoje rytuały i natręctwa, które dla innych wydawałyby się pewnie bez znaczenia, ale Aria w określony sposób ustawiała kubek przy zlewie, miała też manię układania równo talerzy. Klucze musiały leżeć dokładnie tam, gdzie je zostawiła, czyli w małej misce w kształcie szarego kota, który nie miał ogonka, bo już dawno odpadł przez niefortunny upadek, a swoje pędzle zawsze segregowała według rozmiaru. Te małe rzeczy budowały jej przestrzeń.
OdpowiedzUsuńKiedy zjawiła się w Mariesville po wielu latach, potrzebowała właśnie tego: rytmu, który zna, i żadnych niespodzianek. A choć zawsze starała się mieć wszystko pod kontrolą, w wielkim mieście nie zawsze jej się to udawało, bo otaczały ją wpływowe, bogate osoby, które lubiły, gdy coś się działo. Aria należała do pewnego grona, które, zdaniem wielu, umiało się bawić. Kennedy jednak zawsze przychodziła i wychodziła pierwsza, nie ulegając pokusom artystycznego światka, który bywał brudny i brutalny.
W Mariesville Art Gallery jako kuratorka wystaw odpowiadała za przygotowywanie koncepcji ekspozycji, wybór dzieł, kontakt z artystami, opiekę nad montażem i całą tę część pracy, w której liczył się odbiór danej wystawy przez odwiedzających. Aria nie była naiwna – raczej niewiele osób przychodziło tutaj regularnie, ale doskonale pamiętała twarze, które zawsze pojawiały się przy okazji nowych obrazów czy kameralnego spotkania z artystą, który chciał opowiadać o sztuce i tworzeniu. Lubiła te momenty, bo miały w sobie coś niezwykłego, a zarazem swojskiego. I chciała, aby każdy to dostrzegał – sztuka nie była dla wybranych, a dla każdego, kto pragnął coś poczuć.
Wysiadając z auta, wygładziła białą sukienkę przy boku. Aria zazwyczaj ubierała się w biel – lubiła ten kolor, choć zdecydowanie barwa ta zlewała się z jej skórą, tworząc niemal nieskazitelne płótno, gdyby nie kilka piegów zdobiących jej twarz. Ruszyła przed siebie, stukot czerwonych szpilek rozniósł się echem, a Kennedy weszła do galerii, witając się grzecznie. Zawsze była tutaj przed czasem – tylko osoby sprzątające pojawiały się wcześniej.
Dzisiaj był wyjątkowy dzień, bo nie tak codziennie przyjmowano nowego pracownika, tym bardziej że skład od wielu, wielu lat się nie zmieniał. Każdy znał każdego, a jeszcze jakiś czas temu to Aria była świeżakiem, który miał sprostać postawionym oczekiwaniom. Kennedy odnalazła się w pracy niemal od razu, choć nie każdemu podobało się jej rzeczowe, aktywne podejście – dla niej wystawy miały zachęcać do przyjścia do galerii, być interaktywne, pozwalać wejść odwiedzającym w kontakt ze sztuką, a nie ograniczać się do wiszących obrazów i przydługawych opisów.
Przytaknęła więc, gdy wszyscy z galerii pragnęli przywitać nowego pracownika ciastem i kawą z ekspresu. To miało być miłe spotkanie zapoznawcze, bez presji, bez oczekiwań. I nie sprzeciwiła się, gdy Anna Kim, księgowa, poprosiła, aby poszła po świeżaka.
Zapukała, czekając, aż ktoś jej odpowie, a gdy usłyszała proszę, pociągnęła za klamkę. Podniosła swoje dwukolorowe oczy, wbiła spojrzenie w znajomą sylwetkę i przez moment obserwowała Nicholasa Moore’a stojącego za biurkiem, obok niego siedział pies, który dyszał przyjaźnie.
— Nick? — Aria podeszła bliżej kilka kroków, mimowolnie się uśmiechając, choć Moore nie mógł tego zobaczyć. To nie było jednak ważne. — Ty tutaj? Spodziewałabym się tutaj każdego, ale ciebie? Nigdy.
UsuńPotrząsnęła delikatnie głową, jakby nie mogła uwierzyć, że ten Nicholas Moore naprawdę był w jej galerii i zaczął tutaj pracę. Znała Nicka od kilku lat, bo przez jakiś czas obracali się w tym samym towarzystwie, a potem okazało się, że całkiem nieźle się dogadują. Aria ceniła jego spostrzegawczość i wiedzę, chętnie też rozmawiała o własnej sztuce, przemyśleniach, aż te wszystkie rozmowy zmieniły się w przyjaźń. Kennedy była też osobą, która zdążyła poznać byłego Moore’a – i po dwóch spotkaniach wprost powiedziała Nickowi, że powinien zerwać z tym facetem i sobie odpuścić. Chciała być po prostu dobrą przyjaciółką.
Aria Kennedy 🖌️🎨
spill the tea!
Powrót do Mariesville pod koniec zeszłego roku był końcem pewnego rozdziału w życiu Mii Whitaker. Był wielokońcem, o ile można było to tak nazwać. Porzuciła Boston, choć brzmiało to tragicznie, to tak naprawdę było tylko konsekwencją podjętych przez nią decyzji, do których nikt jej nie zmuszał. Ale przede wszystkim straciła brata i bratową. Colin i Jessie nie mieli większych szans na przeżycie, kiedy w ich suva wjechała rozpędzona ciężarówka. I nikomu nie było z tym łatwo – samej Mii, która wstąpiła w nową rolą, jej ojcu, który stracił ukochane dziecko i bratankom – Ethanowi i małej Callie, których świat runął w jeden wieczór. Zostały zgliszcza, które musieli zbierać i układać w nową całość. Nie było ani łatwo, ani przyjemnie. Ethan, piętnastolatek we wzmożonej fazie buntu dawał swojej ciotce odczuć, że nie jest mile widziana w jego życiu i Mia odnosiła nieodparte wrażenie, że obwinia ją o śmierć jego rodziców, chociaż ona wtedy spędzała czas w Bostonie, w swoim ciasnym, ale przytulnym mieszkaniu. Callie, sześciolatka, która w przeciwieństwie do starszego brata, nie widziała teraz świata poza Mią, a Mia przyjmowała to z radością, bo chociaż jedna istota potrafiła cieszyć się z jej obecności. Był też George, ojciec, dziadek, senior i wieczny maruda, niepokrzepiony tym, że jego nieudolna córka wróciła do domu.
OdpowiedzUsuńCzasami żałowała swojej decyzji, którą podjęła bez pośpiechu, ze świadomością posiadania alternatywy. Miała wyjście, ale uparła się, ba, nabrała przekonania, że będzie w stanie tym dzieciakom zorganizować dom w Mariesville, aby nie musieli przeżywać kolejnej traumy, zmieniać środowiska. Momentami zastanawiała się jednak nad tym, czy to nie byłoby lepszym rozwiązaniem dla nich wszystkich – ona mogłaby, co brutalnie zabrzmi, sprzedać rodzinny dom, znaleźć miejsce w jakimś senioralnym osiedlu dla ojca, podzielić między ich czwórkę gotówkę ze sprzedaży i wrócić do Bostonu, gdzie przecież żyło jej się lepiej. Jeszcze mogła to zrobić, ale kiedy patrzyła na sześciolatkę, która z ufnością się w nią wtulała, zawsze i wszędzie ciągnąc za sobą pluszowego królika, nie mogła zmienić zdania. Nawet nie chciała, a wątpliwości, które ją nachodził, był okrutne i nieprzewidywalne, ale musiała sobie zacząć z nimi radzić.
Jedynym rozwiązaniem, jakie przychodziło jej do głowy, były ucieczki. Wtedy, gdy każdy był czymś zajęty albo gdy Ethana nie było w domu, a mała Callie została odprowadzona na dodatkowe zajęcia, Mia brała smycz, łapała na nią Huntera, który najchętniej szedłby bez postronka przy swoim karku i wybierała się na spacer. Hunter miał ledwie pięć lat, był więc młodym psem, który kulał w skutek odniesionego urazu, gdy jako szczeniak wpadł pod samochód. Samochód Colina i Jessie, warto dodać. Przygarnęli młodziutkiego owczarka niemieckiego, gdy poprzedni właściciel odmówił ponoszenia kosztów leczenia, bo przecież potrącony szczeniak nie był już nic wart. Od tej pory Hunter był w ich rodzinie, wychowywał się z Callie i niewątpliwie dziewczynka była jego ulubienicą. Ale przepadał też za Mią, która nawet nie musiała się wysilać, aby jej słuchał.
Spacerowali ścieżką wzdłuż Maple River. Co kilkanaście metrów ustawione były ławeczki, skierowane frontem do rzeki albo stoły piknikowe.
Mia lubiła jednak zapuszczać się dalej, w miejsca, gdzie rzeka mijała miejskie zabudowania, a wytyczona ścieżka zmieniała się w bardziej dziką, wydeptaną jednak przez spacerowiczów polną dróżkę. Tym razem nie mogła jednak oddalić się zbyt daleko. Miała w tyle głowy, że przecież musiała odebrać Callie z tańców, ale dziwnie było jej mieć tak dorosłe obowiązki, kiedy do tej pory myślała tylko o sobie.
Od dłuższego czasu, kilka, jeśli nie kilkanaście kroków przed nią, spacerował mężczyzna z czworonogiem o czekoladowym umaszczeniu. Widziała tylko jego plecy. Nieszczególnie zwracała na nich uwagę, skupiona na tafli rzeki wzburzanej przez wiatr, który był dzisiaj wyjątkowo mocno. Zamyślona, nie zarejestrowała, kiedy Hunter bez większego trudu wyrwał jej smycz z dłoni, a tę Mia zdecydowanie zbyt późno zacisnęła już na pustce.
Usuń— Hunter! — krzyknęła wystraszona, gdy owczarek, choć raczej niespiesznie, ruszył w kierunku nieznajomego.
Mia Whitaker
Tak jak Nicholas podziwiał jej obrazy, tak i Aria chętnie przyglądała się jego pracom. Uwielbiała ten dyskomfort czy niepokój, które pojawiały się, gdy przez dłuższy czas oczy były utkwione w maźnięciach pędzla. Większość odwracała wzrok zbyt szybko, jakby instynktownie unikając tego, co mogło okazać się niewygodne. Aria przeciwnie, zatrzymywała się dłużej. Lubiła, kiedy sztuka nie była uprzejma. Kiedy nie próbowała być ładna, łatwa ani użyteczna. Kiedy zmuszała człowieka do tego, by patrzył, mimo że coś podpowiadało mu, żeby przestać. W pracach Nicholasa było coś, co wydawało jej się uczciwe, prawdziwe. Mrok nie był dekoracją ani tandetnym efektem. Był czymś wszytym głęboko w kompozycję, w sposób prowadzenia światła, w symbolikę ukrytą pod powierzchnią.
OdpowiedzUsuńByć może dlatego w tamtym momencie tak dobrze im się rozmawiało. Były to rozmowy nie tylko zresztą o sztuce. Aria chętnie dzieliła się swoimi przemyśleniami, snuła własne, skomplikowane wizje, częstując Nicholasa albo dobrym, słodkim winem, albo własnoręcznie ugotowanym posiłkiem czy upieczonym ciastem. Gdyby nie to, że sztuka wymagała noszenia sztalug i płócien, to zapewne dzięki takim wieczorkom towarzyskim oboje przybraliby z kilka kilogramów.
Lubiła, gdy zwracał się do niej panna Kennedy, choć przecież miała już trzydzieści jeden lat i zapewne uchodziła już nie tylko za pannę, ale i za starą panną. Uśmiechnęła się mimowolnie, słysząc to dwa słowa z jego ust.
I wcale jej nie przeszkadzało, że patrzył w jej stronę swoimi niewidzącymi oczami – Aria bała się niewielu rzeczy, a peszyła się jeszcze rzadziej. Było w jego spojrzeniu coś osobliwie spokojnego, coś, co nie próbowało jej ocenić ani dostrzec czegoś wyjątkowego w biało-czarnych włosach i dwukolorowych tęczówkach, które bywały bardzo wrażliwe, gdy sięgało po nie słońce – latem często je mrużyła i pewnie dlatego szybko będzie mieć pomarszczone czoło. Przy Nicholasie nigdy nie czuła potrzeby, aby coś udawać, choć w naturze Arii od zawsze leżało to, co prawdziwe. Mówiła to, co myślała i czuła, nawet jeśli bywało to niegrzeczne lub po prostu mogło być odebrane negatywnie – to jednak wcale nie sprawiało, że się powstrzymywała, szczególnie jako dziecko. Gdy nieco urosła, po prostu milczała. Ostatecznie lepiej było zamknąć usta, niż dać się wciągnąć w aferę, w której wcale nie chciało się brać udziału.
— Mariesville to zdecydowanie spokojna przystań, czasem nawet zbyt spokojna — odparła, wiedząc, co chciał przez to powiedzieć. Miasteczko było małe, niemal hermetyczne, otoczone naturą i przepełnione swojskim, sielankowym klimatem, który pozwalał dostrzec coś więcej. To jednak wcale nie sprawiało, że nie było tutaj zła. Owszem, było, ale czaiło się gdzieś głęboko, niekiedy wypełzając i wstrząsając społecznością, ale Mariesville było takie samo. Zawsze. Gdy Aria poznała dzieła Stephana Kinga, czule nazywała miasteczko drugim Derry, choć Mariesville wcale nie sprawiało, że człowiek zapominał o tutejszych ulicach czy ludziach, gdy stąd wyjeżdżał.
Miała rację, ale teraz to nie było ważne. Zdecydowanie ważniejsze było to, że Nicholas Moore pojawił się w Mariesville i pracował w tej samej galerii co Kennedy. Jeśli wierzyłaby w jakieś bóstwo lub los, uznałaby, że to jakieś pokręcone przeznaczenie lub wola siły wyższej. Nie sądziła jednak, aby to spotkanie było aż tak skomplikowane.
— Nie pamiętasz już, że jestem niska? — mruknęła, zerkając w stronę swoich szpilek. Dodawały jej kilka centymetrów i profesjonalizmu; w pracy lubiła czuć się nieco wystrojona, skoro na co dzień chodziła raczej w prostych ubraniach, które szybko brudziła farbą.
— Gdybym wiedziała, że to ciebie dzisiaj witamy, zorganizowałabym coś bardziej… wystrzałowego, a tak musisz zadowolić się ciastem i kawą z ekspresu w pomieszczeniu socjalnym — odparła, mimowolnie się uśmiechając. Słysząc jego komplement, przewróciła oczami, choć nie mógł tego zobaczyć. — Powiedzmy, że wyglądam tak, że nie musisz się wstydzić, że się ze mną pokazujesz.
UsuńNie ruszyła się, pozwalając psu poprowadzić Nicka w jej stronę. Nie zrobiła nic – ani się nie niecierpliwiła, ani nie próbowała wyciągać rąk. Wiedziała, że Hazel jest w pracy i dbał o komfort Nicholasa, co zdecydowanie mu się udawało. Psiak był uroczy. Aria pochyliła się nieco, aby pozwolić zwierzęciu obwąchać swoją rękę i poznać jej zapach – dopiero wtedy delikatnie podrapała psa za uchem, witając się.
— Niestety nie przygotowałam żadnych smaczków, ale obiecuję, że nadrobię ten afront — odezwała się, zwracając się do psa, choć może dziwnie brzmiało to z boku. Wyprostowała się, wygładziła sukienkę, a potem odezwała się, patrząc w stronę Nicka: — To co? Idziemy? Jeśli mi pozwolisz, chętnie złapię cię pod ramię, choć nie myśl, że proponuję to, bo nie wierzę w to, że nie poradzisz sobie z korytarzem i kilkoma drzwiami.
Aria Kennedy
kawusia i ciasto tajm!
Aria była raczej dość specyficzna. Owszem, przyciągała wzrok, ale często było tak, że odstraszała swoim sposobem bycia; mówiła zbyt szczerze, dokładnie, czasem jej reakcje wydawały się nieco mechaniczne, wyuczone, ale ostatecznie nikt by jej nie nazwał złym człowiekiem. Żyła sztuką i odkąd wyjechała z Mariesville, to sztuka była dla niej najważniejsza – pragnęła doświadczać piękna, próbować, smakować, choć zawsze w kontrolowany sposób. Nie była artystką o autodestrukcyjnym zacięciu; o wiele bardziej celebrowała życie, które potrafiło zaskakiwać, łamać i doprowadzać do łez.
OdpowiedzUsuńWiedziała, że Nick był sympatycznym facetem. Przekonała się o tym już kilka razy i chyba dlatego zaczęli się przyjaźnić. Moore być może tworzył niepokojące rzeczy, ale każdy artysta wyrażał siebie inaczej – ostatecznie obrazy nie były kopią tego, co znajdowało się w duszy, a zaledwie częścią tego wszystkiego, być może zniekształconą przez emocje, strach czy pragnienia. Sztuka była elastyczna i dopasowywała się do malującego. I chyba to było w niej najpiękniejsze.
Wierzyła w to, że była dla niego dobrą przyjaciółką, choć pewnie wiele razy musiał jej wybaczać chłodne, logiczne podejście, bo Aria nie rozumiała skomplikowanych emocji w sposób, w który mogłaby wykazać się kompletną empatią. Owszem, umiała pocieszyć i powiedzieć kilka miłych słów, ale ostatecznie zawsze starała się znaleźć rozwiązanie. W tamtej sytuacji wydawało jej się ono dość proste: Nicholas powinien odejść od toksycznego faceta i zostawić za sobą tę relację.
Nie miała do niego żalu, że nie powiadomił jej o tym, co się wydarzyło. Aria rzadko pielęgnowała w sobie takie uczucia: żal, wstyd, ból. Kiedy jako dziecko zrozumiała, że przeżywanie tego typu emocji nic nie daje, nauczyła się je wyciszać. Nie zapłakała więc, gdy jej pierwszy chłopak ją zdradził, nie wstydziła się, kiedy kolejny pod wpływem gniewu podniósł rękę i wymierzył jej policzek, który skończył się jej podbitym okiem i rozciętą wargą. Kończyła każdą taką relację z chłodnym, mechanicznym podejściem, bez łez, bez błagań, po prostu szła dalej. A może po prostu umiała to zrobić, bo nigdy tak naprawdę nikogo nie pokochała? A może nie umiała kochać? Aria nigdy się nad tym nie zastanawiała.
— Myślę, że będziemy mieć od teraz wiele okazji, abyś o tym pamiętał — odparła, potrząsając lekko głową. Owszem, była niska, drobna, raczej nie wyglądała jak modelka i zapewne gdyby nie to, że miała białe włosy i heterochromię, nie wyróżniałaby się w żaden sposób.
— Potraktuję to jak komplement — uznała, gdy oznajmił, że nigdy nie wstydził się z nią pokazać. Kiedy była dzieckiem, często spotykała się z tym, że nikt nie chciał z nią siedzieć ani się bawić. Grała rolę wyrzutka, który był zbyt dziwaczny, żeby mieć przyjaciół. Przez jakiś czas starała się to zmienić, ale później odpuściła. Ostatecznie ta dziwność sprawiła, że została malarką, której obrazy chętnie kupowano po wysokich cenach.
Gdyby odmówił, nie nalegałaby. Nie chciała, żeby czuł się niekomfortowo lub pomyślał, że mu współczuje, bo tak nie było. Podchodziła do tego, co się stało Nickowi, raczej neutralnie, nie mając zamiaru szukać winnych, dopytywać ani pocieszać słowami, które i tak nic teraz nie zmienią.
— Oczywiście, że wypada — stwierdziła, bo nic by się nie stało, gdyby faktycznie odmówił. Aria po prostu kiwnęłaby głową i wyszła stąd pierwsza. — Chodźmy.
UsuńUjęła Nicka pod ramię, ruszając się z miejsca. Nie szła specjalnie wolno, raczej w swoim typowym tempie.
Pomieszczenie socjalne nie było duże, ale wystarczające. Wąskie okno wpuszczało do środka rozproszone światło, które odbijało się od jasnej tapety i matowych blatów. Pod jedną ze ścian znajdował się prosty aneks kuchenny: zlew, kilka szafek i ekspres do kawy, który cicho pracował. Na stole leżał talerz z ciastem, pokrojonym na trochę nierówne kawałki. Kilka krzeseł było zajętych przez pracowników galerii, którzy zaczęli witać się z Nickiem, wymieniając się uściskami rąk i miłymi słowami.
Aria Kennedy ☕🍰
Hunter nie był może zbyt dobrze ułożonym psem, ale na pewno nie był agresywny. Był rozpieszczoną, leniwą bułą, jak pieszczotliwie lubiła nazywać go nie tylko Mia, ale i jej bratanek – Ethan. Ale Hunter był dobrym psiskiem, nie przejawiał agresji, jeśli nikt go do niej nie sprowokował i wydawał się być lekiem na całe zło, gdy Whitaker obserwowała jak w miękkie futro wtul się mała Callie albo jak Ethan klepie owczarka po głowie, czochrając między uszami. Był lekiem, bo patrzył na wszystkich tak głupkowato, że trudno było się nie roześmiać, jakby z automatu Hunter przejął rolę rodzinnego błazna i miał się z nią całkiem nieźle.
OdpowiedzUsuńMia zwyczajnie w świecie przywiązała się przez te kilka miesięcy do czworonoga i polubiła spacery z nim, mogła wtedy uciec od wszystkich nieprzyjemności i zapalić papierosa, unikając spojrzenia innych ludzi, a zwłaszcza swoich bliskich. Mimo to, czasami odnosiła wrażenie, że i Hunter spoglądał wtedy na nią krytycznie, a już na pewno prychał rozeźlony i kichał, gdy dym z papierosa znalazł się zbyt blisko jego czułego nosa.
Dzisiejszy dzień był wyjątkowo przyjemny, w całym Mariesville dało się odczuć nadchodzącą wiosnę. Słońce przygrzewało, wyciągając z domu ludzi spragnionych ciepła, prace w sadach ruszyły pełną parą, szykując się na kwitnienie owocowych drzewek, które były teraz skrupulatnie bielone. Wiaterek muskał delikatnie skórę, zapowiadając kolejne ciepłe dni. Mia należała do istot ciepłolubnych, więc odpowiadał jej łagodny klimat tej części Georgii. I lubiła takie poranki, jak ten. Pozbawione pośpiechu, niemal leniwe i beztroskie, choć w głowie młodej kobiety działo się zbyt wiele, aby mogło to umknąć jej uwadze. Nie była w stanie pozbyć się ciężaru obowiązków, które powoli przygniatały ją do ziemi, kładły przy gruncie i nie pozwalały wstać.
— Hunter! — krzyknęła raz jeszcze, gdy owczarek nie zareagował. Nie obawiała się ataku z jego strony, a raczej posądzania jej przez nieznajomego lekkomyślność i narażenie nie tylko mężczyzny, ale i jego pupila na niebezpieczeństwo. I wcale by mu się nie dziwiła! Sama nie lubiła, kiedy inni puszczali wolno psy w miejscach, które nie był do tego przeznaczone.
Owczarek niemiecki wpierw powąchał mężczyznę, a potem przywitał się labradorem. Żaden z nich nie wyrażał niezadowolenia, a Mia zdążyła dotrzeć do centrum wydarzeń, obserwując jak Hunter próbuje obejść nowo poznanego psa, wplątując jednocześnie mężczyznę w swoją smycz.
— Strasznie pana przepraszam… — wysapała, nie dlatego, że nabyła się zadyszki, bo goniła za psem, a dlatego, że uderzyła w nią fala stresu, która puściła w obieg adrenalinę przyspieszającą akcję serca szatynki. Odebrała od mężczyzny smycz Huntera i zaczęła go obkrążać, uwalniając z serpentyny. Zawinęła długą smycz na nadgarstku, zostawiając jednak tyle luzu, aby owczarek mógł nadal obwąchiwać nowego kolegę. — Nie chcieliśmy pana wystraszyć — dodała, posyłając mężczyźnie uśmiech.
Mia zmierzyła nieznajomego wzrokiem. Od stóp do głów. Dosłownie. Dostrzegła wymykające się spod nogawek dresów dwie różne skarpetki, dostrzegła blednący odcisk z poduszki na jego twarzy i rozwichrzone włosy, które raczej dzisiaj nie zaliczyły jeszcze spotkania z grzebieniem.
— Mogę pana poczęstować, ale mam tylko miętowe linki — przyznała, śmiejąc się cicho. — Kiedyś brat zarzucił mi, że to typowo babskie papierosy — dodała, a na samo wspomnienie brata jej głos nieznacznie zadrżał, a mimo to, Mia sięgnęła do kieszeni kurtki, nieco dłuższej parki-wiatrówki, która chroniła plecy młodej kobiety przed wiatrem. Wyciągnęła niewielki, jasny kartonik z zielonymi napisami i skierowała go w stronę mężczyzny, aby się poczęstował.
Mia nie uważała, aby była uzależniona od papierosów, ale jednak, co bardziej stresująca sytuacja, to sięgała właśnie po nie. Po śmierci Colina i Jessie paliła jeszcze więcej. Ale nie. Nie miała problemu.
Mia Whitaker 🌼
[A dziękuję za zwrócenie uwagi. ♥ Przechrzciłam sobie bydlaka w głowie, a nie zmieniłam informacji w karcie. :D]