Inês Rocha
31 lat - Braga, Portugalia - ukończone Universitat Politècnica de Catalunya z kierunkiem architektonicznym. Krótko w zawodzie. - Kelnerka w Java House Café - Mieszkanka miasta po ślubie -Później powrót do domu na jakiś czas - Powrót do miasta rok temu - Nowicjuszka - Po mężu: Powell, jednak wróciła do panieńskiego nazwiska - wdowa w teorii, gdyż mąż zmartwychwstał - matka 4-letniego Alexandra - chroniczne zmęczenie, bezsenność i blizny na ciele - amatorskie skrzypce - miłośniczka muzyki filmowej.
****
Praca przede wszystkim - tak wygląda cel jej istnienia, który trwał aż do dnia przeprowadzki. Nie chciała tego robić, ale musiała. Nie posiadała tyle pieniędzy odkąd walczyła o życie synka, który urodził się wcześniakiem. Po przejściu najtrudniejszego etapu poczuła przepływ nadziei, że jego stan się ustabilizuje na tyle, aby mogła znaleźć pracę, by chociaż trochę zmniejszyć długi finansowe. Wynajęła mieszkanie w kamienicy w dzielnicy Downtown, na które było ja stać nawet z długami. No i wszędzie było blisko.
Cztery lata przeleciały szybko. Były gorsze i lepsze dni. A chociaż by nie wiadomo jak długo pracowała nie dawała rady. Czuła chroniczne zmęczenie, obolałe stopy czy bolący kręgosłup, ale nie narzekała. Brała dodatkowe zmiany, myśląc tylko o dziecku a sobie samej na ostatnim miejscu.
Miała męża, którego pochowała chociaż nigdy do końca nie była przekonana o jego śmierci. Nigdy nie odnaleziono jego ciała. Czekała długo na jakikolwiek znak, ale czas mijał nieubłaganie i w końcu się poddała. W końcu postawiła symboliczny grób. Co tym samym uświadomiło jej, że została całkiem sama z chorym Alexem. Nie bez powodu wybrała to imię - jest małym wojownikiem, perełką w oczach, która każdego dnia walczyła o oddech.
Rodzina i przyjaciele pomagała ile mogła, ale na dłuższą metę i oni się powoli wycofali, co raz mniej składając wizyty. Rozumiała to. Najbardziej odczuwała samotne noce, dryfując gdzieś poza rzeczywistość, gdy w końcu miała chwilę dla siebie. Była na krawędzi załamania, gdy kolega z pracy się zadeklarował do pomocy. Drobne gesty i zaangażowanie sprawiły, że się trochę otworzyła, ale nie czuła do niego żadnej miłości. Chociaż się starał a to czasem pozwalając jej się kimnąć na zapleczu a to dawał swoje napiwki, które przyjmowała niechętnie. W końcu zaczęli się spotykać. Łapała się czasem, ze tak szybko złapał kontakt z jej synem. Mały potrzebował męskiego kontaktu a Tobias miał liczne rodzeństwo. Uśmiechała się z jego szczęścia. To było najważniejsze, ale nawet ten związek zaczynał się powoli rozpadać. Bardziej myślała o własnym synu niż o uczuciach. Łapała się na tym, iż było to niesprawiedliwe wobec niego, jednak nie umiała wybierać, gdy Alexowi nawracały duszności i trzeba było mu pomóc.
W końcu, gdy któregoś dnia wróciła do domu ze szpitala, została cisze i zamknięta na stale kartkę z suchym: "Zostawiam cię. Nie dzwoń do mnie. T." Zamknęła oczy ciężko opierając się o ścianę, po której się zsunęła. Domyślała się tego od dawna, jednak miała nadzieję, że coś z tego wyjdzie. Pustka zalała jej serię, ale wstała z podłogi, podchodząc do fotografii stojącej na rozpadającej się ze starości komodzie. Wzięła ja do ręki i przytuliła kładąc się z nią do łóżka. Zasnęła po długim płaczu. Gdy nastał następny dzień i poszła do pracy, poruszała się w niej jak robot przeć całą zmianę i kolejną zbyt otępiała na otoczenie. Przestała myśleć, skupiając się na pracy i użeraniu się z trudnymi klientami.
A potem ON nagle powrócił do życia, przywracając chaos w ich w miarę poukładanym życiu.
----
Witamy się ciepło i z powrotem na bloga po 2 latach. Możliwe treści 18+.
Limit wątków: 1/3
@: las.jest moim.domem@gmail.com
FC: Lyndsy Fonseca

[Hej,
OdpowiedzUsuńWitamy oficjalnie i liczymy na świetną zabawę z duchami.]
[ Wszyscy są tak bardzo doświadczeni przez los w Mariesville... Mam nadzieję, że Ines odnajdzie spokój i zdrowie przede wszystkim, bo musi żyć dla przesłodkiego Alexa <3 Andy na pewno wpadnie kiedyś na kawkę :) ]
OdpowiedzUsuńAndy
[Ale jej los zgotowałaś! Mam nadzieje, ze jednak uda się Ines ułożyć sobie jakoś życie. Jeśli chcesz, zapraszam do Olivii ☺️]
OdpowiedzUsuńOlivia
[Cześć! Znowu cierpienia, okrutny los i strata, naprawdę zero litości! Mam wrażenie, że z każdą kolejna postacią jesteśmy coraz bardziej paskudni dla naszych bohaterów i robimy im takie krzywdy głębokie, sięgające serca. Ale czuję też, że nasze postaci są coraz bardziej wytrwałe i silne! I tego życzę tej cudownej babce, aby podniosła się z kolan i ogarnęła swoje życie - dla siebie i synka i... Może dla kogoś jeszcze? :) Udanej zabawy!]
OdpowiedzUsuńAbigail
[Wiesz, myślałam, żeby np w jakiś dzień na rodzinnej farmie Olivii były zorganizowane jakieś zajęcia dla dzieciaków. Czasami jej rodzina organizuje takie coś - każda na koniach, karmienie ich, może też jakiś innych zwierzaków, bo pewnie też są tam jakieś inne, jak kozy, kury czy puchata krowa ☺️ co ty na to?]
OdpowiedzUsuńOlivia
[Cześć! Na misia już w torbie brakło miejsca, postanowił zostać w domu ;) Dziękuję za przywitanie i również życzę dobrej zabawy! ]
OdpowiedzUsuńTessa
Uwaga! Czytasz na własną odpowiedzialność.
OdpowiedzUsuńMariesville nie było pierwszym miejscem, w którym zamierzał osiedlić się po zakończeniu rehabilitacji. A właściwie to zwianiu z niej, bo przecież z kliniki prowadzonej przez Sealsów wypisał się na własne życzenie, mając już dość tych wszystkich durnowatych rad cywilnych psychologów, rzekomo mających mu pomóc w ponownym odnalezieniu się w zwykłej rzeczywistości. Cóż oni mogli wiedzieć o jego uczuciach, skoro zdecydowana większości z nich nigdy nawet nie widziała prawdziwego frontu, o irańskim więzieniu nie wspominając… W tamtym okresie najchętniej strzeliłby sobie w łeb, kończąc całą tą pierdoloną szopkę. Na całe szczęście zbyt dokładnie go obserwowali. Tylko dlatego wciąż jeszcze jakimś cudem przebywał wśród żywych. Przynajmniej ciałem, bo umysł zaciął się gdzieś między oboma światami jakby do końca nie mogąc uwierzyć, że znowu przechytrzył samą śmierć. W nocy nie pozwalał mu zmrużyć oka, sprawiając że zdarzało mu się przesypiać w środku dnia z nosem w talerzu ze śniadaniem. Co gorsza ostatnio niemal utopił się przez to w misce z zupą. Dosłownie. Na spojrzenie w oczy oczywistemu faktowi problemowi bezżenności i udanie się po profesjonalną pomoc do miejscowej przychodni wciąż było jednak za wcześnie. Dopóki trzymał się jakoś na służbie i był w stanie bezpiecznie prowadzić samochód, wszystko było absolutnie w porządku. A wszyscy ci współczujący sąsiedzi twierdzący, że jest inaczej, mogli mu co najwyżej naskoczyć. Nie był już tym małym dzieciakiem od Powellów tylko dorosłym facetem, który granice swego organizmu przetestował w warunkach tak ekstremalnych, że żaden z nich nie byłby prawdopodobnie sobie tego nawet wyobrazić. Zresztą z tego, co powiedziała mu matka, gdy odwiedził ją podczas swojego krótkiego pobytu w Hiszpanii, i tak został na tym świecie sam, więc nie miał już dla kogo się o siebie troszczyć bardziej niż było to niezbędne do dalszego szwendania się po tym pełnym awantur padole. Okrutna prawda była taka, że w tej chwili jedyną wierną mu istotą pozostał kroczący obok Fido. To on po powrocie z nocnej zmiany witał go w drzwiach wynajętego mieszkania z pluszową foką w roześmianym pysku i ogonem wachlującym w powietrzu niczym mały wiatrak. To on też tego ranka jako pierwszy zauważył na horyzoncie małe dziecko biegnące w ich stronę i natychmiast stanął na baczność, gotowy natychmiast zareagować na wszystko, co tylko miało nadejść. Sam Max prośby chłopca skwitował jedynie ledwie zauważalnym kiwnięciem głową, świadczącym o zarejestrowaniu jego słów, po czym, poprzedzany przez alarmująco szczekającego psa, ruszył biegiem w stronę wskazanej ławki. Widok kobiecej sylwetki, która w międzyczasie zdążyła się już całkiem zsunąć na wciąż mokrą od rosy trawę sprawił, że na parę sekund niemal dosłownie ścisnęło go w piersiach.
- Honey. – Wymruczał niemal niedosłyszalnie, powoli odzyskując nad sobą panowanie, podczas gdy futrzak, zauważywszy najwidoczniej że jego panu nic nie powinno się w najbliższym czasie stać, ułożył się grzecznie w pobliżu z uwagą obserwując otoczenie. – Spocznij żołnierzu. – Pogłaskał go po karku, po czym przeszedł do reanimacji, dopiero teraz orientując się, że maluch, który go tu sprowadził, nie mógł być nikim innym niż jego własnym synem. Jego ukochana najwidoczniej wspaniale go wychowała, gdy on przebywał z daleka od domu.
Max
Jeśli wcześniej był wściekły na matkę, gdy z tym swoim charakterystycznym dumnym spojrzeniem oświadczyła mu, że ta jego rozpustna wiedźma dostała dokładnie to, na co sobie zasłużyła, bo przecież ona tylko spełniła swój obowiązek dochowując cześć jego pamięci, to teraz obserwując jak Inês wyciąga z torby małą flaszeczkę z lekami, poczuł jak zalewa go nagła fala furii. Jak można było być tak nieczułym, by wywalać z rodzinnego domu wdowę z małym, chorowitym dzieckiem ? Aż było mu za nią wstyd. Nic dziwnego, że jego ojciec parę lat temu niespodziewanie zmarł na zawał. W końcu zawsze miał słabe serce, a ciągłe kłótnie z żoną z pewnością tylko pogarszały jego stan. Aż wreszcie stało się najgorsze… Wziął kilka głębszych oddechów, aby nie wybuchnąć niczym wulkan. Nie chciał przecież fundować małemu dodatkowej traumy.
OdpowiedzUsuń- Zachowałeś się jak bohater. – Zmusił się do lekkiego uśmiechu, przez parę sekund zastanawiając się nawet nad poczochraniem go po włosach.
Ostatecznie jednak zastygł z dłonią w powietrzu, uznając że jeszcze na to zdecydowanie za wcześnie. Tym bardziej, że kobieta wreszcie zaczęła kontaktować na tyle, by logicznie komentować rzeczywistość, co wywołało w jego oczach małe iskierki radości. Tak rzadkie od dnia zniewolenia.
- Cii… - Położył wskazujący palec na jej ustach, w obawie by nagły nadmiar emocji nie wywołał kolejnego ataku. – Porozmawiamy o tym później, gdy trochę odpoczniesz. – Zapewnił, obserwując jak powoli się podnosi.
Prawdę powiedziawszy sam nie wiedział za bardzo jak skomentować tą jakże ogromną pomyłkę jego dowódców. Jako jedna z najbardziej elitarnych światowych jednostek Sealsi już dawno wypracowali procedury mające zabezpieczyć ich członków przed porwaniami, a gdy już do nich doszło, próby odbicia braci z rąk wrogów, a w najgorszym wypadku powiadomienia rodziny o ich śmierci. Rzadko zdarzały im się pomyłki. W jego przypadku jednak tak właśnie było. Ktoś musiał wysnuć zły wniosek co do jego dalszych losów po dostaniu się do irańskiego więzienia i za szybko wprawić w ruch tryby całej tej biurokratycznej maszynerii.
- Proszę bardzo, wabi się Fido. – Odparł, sięgając po butelkę z wodą wciąż leżącą pod ławką i podając ją swojej ukochanej.
Wolał nawet nie wyobrażać sobie jak wielki szok musiało dla niej stanowić jego nagłe pojawienie się tuż obok niej. I to w dodatku w takich okolicznościach. Bał się również samodzielnie rozpocząć tę rozmowę. Już dawno nie musiał nikogo pocieszać. Nie był również pewien, czy będąc w obecnym stanie w ogóle się do tego nadawał. Zwłaszcza, że jego własne emocje nadal przypominały stary rozklekotany pociąg gotowy w każdej chwili wypaść z szyn.
M
Przez jego głowę przebijało się chyba milion myśli, zażarcie walcząc o pierwszeństwo. Duszę zaś zalewało wiele sprzecznych emocji – nieopisana wręcz złość na matkę za jej lodowate serce, radość ze spotkania z dawno niewidzianą rodziną, zapewne nielogiczne z perspektywy osób, które nigdy nie zaznały okropności związanych z długotrwałą niewolą za linią wroga zdziwienie, że świat mimo ich nieobecności wciąż normalnie funkcjonował, a dzieciaki dorastały w swoim zwykłym tempie, ciekawość dotycząca najnowszych wyników badań synka, a zarazem ogromny strach przed ich poznaniem. Mieszanka ta powodowała, że najchętniej zadawałby tak wiele pytań, aż w końcu zupełnie zabrakłoby mu tchu. Zdawał sobie jednak sprawę, że w przeciągu paru krótkich minut nie można nadrobić dwóch długich lat. Pragnąc zyskać choć minimalną szansę na ich odzyskanie, musiał dostosować swoje zwykłe tempo do realiów cywilnego życia. Wyplenienie naleciałości związanych ze stałym przebywaniem w strefie wojny nigdy jednak nie należało do najłatwiejszych zadań. Gdyby tak było, razem z wypisem nie dostałby ulotki z numerem telefonu i adresem mailowym, pod które powinien zgłosić się, gdyby w przyszłości zdecydował się kontynuować przerwaną terapię.
OdpowiedzUsuń- Tak, wiem. – Westchnął ciężko. – Wspomniała mi o tym, gdy przez powrotem do Mariesville odwiedziłem ją w Kadyksie. Przed rozmową z nią zastanawiałem się nawet przez chwilę, czy się tam nie przenieść, ale chyba dostałem wilczy bilet. – Mruknął, zerkając ukradkiem na harce Alexa i Fido.
Kiedy wyjeżdżał, chłopiec był zaledwie kwilącym niemowlęciem. Teraz, sądząc z wcześniejszych słów Inês, chorował nadal, ale, na ile potrafił ocenić to swoim niefachowym okiem, wydawał się pełnym życia kilkulatkiem. Spostrzeżenie to wywołało nagły skurcz w sercu Maxa. Już teraz zastanawiał się nad jak najłagodniejszym sposobem przekazania mu prawdy o rzekomym zmartwychwstaniu ojca.
- Powinienem cię wtedy posłuchać. – Szepnął jej prosto do ucha, odgarniając jeden z kosmyków opadających na twarz. – Nie musielibyście przeżywać tylu upokorzeń. – Dodał, odsuwając się, by zbyt długo nie naruszać jej przestrzeni osobistej.
Chcąc mieć do tego prawo, musiał najpierw odzyskać jej zaufanie. Zanim się to stanie mogły minąć jeszcze tygodnie albo miesiące, lecz musiał wykazać się równie ogromną cierpliwością i zaangażowaniem jak przy zdobywaniu kolejnych strategicznych pozycji podczas walki z nieprzyjacielem.
- Rozumiem. – Kiwnął lekko głową. – Gdybyś potrzebowała pomocy, zatrzymałem się w B&B. Rodzinny dom przywołuje zbyt wiele ciężkich wspomnień. – Dodał.
M
Miała rację. Od dnia jego wyjazdu na ostatnią misję dla wolnych ludzi minęła ogromna liczba miesięcy. Dla niego, codziennie widzącego jedynie ten sam obraz krat i twarzy katów, te dwa lata zlały się w jedno. Na własnej skórze zrozumiał o czym mówili byli więźniowie, gdy po odsiedzeniu kary twierdzili, że za grubymi murami karceru upływ czasu mierzy się zupełnie inną miarą. A teraz sam musiał z całą mocą uświadomić sobie, co tak naprawdę oznaczało odsiedzenie dwóch długich lat w Iranie. Jakie konsekwencje przyniosło. Jak wiele strat. Nie mógł na ten przykład obserwować jak Alex stawiał swoje pierwsze kroki. Nie słyszał jego pierwszy słów. Tych pięknych momentów nie odzyska nigdy.
OdpowiedzUsuń- Do zobaczenia. – Nie potrafiąc jakoś przełamać się, by do własnego dawno niewidzianego syna zwracać się jak do każdego innego dziecka, wybrał opcję pośrednią.
Śledził ich wzrokiem, aż zniknęli za horyzontem, czując jak łzy napływają mu do oczu. Naprawdę chciałby posiadać wehikuł czasu, by wrócić do tamtego pamiętnego dnia, gdy jedna niewłaściwa decyzja jego dowództwa sprawiła, że wraz ze swoim oddziałem znalazł się w rękach arabskich bojowników. Wówczas mógłby zgłosić zastrzeżenia do ich planu. Być może następne wydarzenia potoczyłyby się w inny sposób i wróciłby do Mariesville jak zwykle po kilku miesiącach zamiast wiosnach. Z faktu, iż nie pytał Inês o nowy adres, nie wynikało że nie planował go poznać. W tak niewielkich miasteczkach o pewnych kwestiach dowiadywało się naturalnie, czy się tego chciało, czy też wręcz odwrotnie. Wystarczyło umieć wsłuchać się w rozmowy miejscowych, co równie często bywało minusem, jak i plusem.
- Chyba najwyższy czas zebrać się na odwagę i przekonać jakie skarby kryje nasz rodzinny strych. – Mruknął, wstając powoli z ławki i odpalając papierosa.
Gdyby nie niespodziewane spotkanie z rodziną, na pewno jeszcze długo nie zdecydowałby się na wizytę w starym domostwie Powellów. Każda taka dotychczasowa próba kończyła się dokładnie tym samym – flashbackami niepozwalającymi zmrużyć oka na dłużej niż max. dwie, góra trzy godziny. Tym razem jednak miał konkretną misję – musiał znaleźć tam jakiekolwiek pamiątki zarówno z czasów, gdy wszystko było w porządku, jak i tych, podczas których on sam był przetrzymywany w irańskim więzieniu. Po części robił to dla siebie, bo psycholodzy pomagający mu podczas terapii powtarzali, że tylko gdy wreszcie w pełni uświadomi sobie, że dni niewoli ma już za sobą, zdoła wrócić do psychicznej stabilności, a po części dla nich – mało prawdopodobne bowiem było, by jego matka wywiozła do Kadyksu wszystkie ich wspólnie gromadzone drobiazgi. Nawet jeżeli uznawała go za martwego, nie miała do nich wyłącznego prawa własności.
M
Może zabrzmi to dziwnie, szczególnie biorąc pod uwagę jak wielu okrucieństw był świadkiem podczas służby wojskowej, ale za każdym razem, gdy stawał przed bramką swego rodzinnego domu, miał szczerą ochotę odwrócić się napięcie i po prostu zwiać jak najdalej. Nikt do niego nie mierzył z karabinu, nikt nie podkładał ręcznie robionych bomb, nikt nie rzucał w jego stronę granatem, ale adrenalina i tak wpływała nagle do jego żył rwącym strumieniem, szumiąc w skroniach. Tak jakby tuż za drzwiami tego starego budynku czyhało na niego jakieś bliżej niezidentyfikowane zagrożenie. Prawie minutę zajmowało mu uświadomienie sobie, że obrazy rozprzestrzeniające się przed oczami stanowią wyłącznie okropny wytwór jego umęczonego umysłu. W momencie jednak, gdy miejsce hormonów powoli zajmowała nikotyna, niemal magicznie się odblokowywał. Jasne, wiedział że niszczy sobie zdrowie, lecz i tak było to lepsze niż ciągłe bicie się z koszmarami w normalnym stanie. I na pewno bezpieczniejsze od prób topienia ich w alkoholu, bo ten znacznie trudniej było mu kontrolować, o czym miał się już okazję kilka razy przekonać po powrocie do Mariesville.
OdpowiedzUsuńSkrzypiące deski pod stopami wygrywały swoją melancholijną muzykę, gdy przechodził przed parter w poszukiwaniu latarki. Kiedy ostatnio tu zawitał, żarówka na strychu okazała się przepalona, a on obiecał sobie, że kiedyś ją wymieni. Tyle że to kiedyś nie nastąpiło aż do tej pory. Nie to nawet, żeby zapomniał. Po prostu wcześniej nie widział powodu, by tu zachodzić. Dzisiejsze odwiedziny też zresztą nie były planowane, więc oczywiście nie wziął jej ze sobą. Dobrze chociaż, że schody wciąż jakimś cudem trzymały się w jednym kawałku mimo, że w paru miejscach można było zauważyć zacieki, bo niektóre z dachówek zdążyły się już obsunąć. Będzie musiał się za to jak najszybciej zabrać, bo inaczej w przyszłości czeka go najprawdopodobniej bardziej gruntowna renowacja całego budynku.
***
Przeszukiwanie poszczególnych skrzyń z pamiątkami wyczerpało go do tego stopnia, że nie zauważył kiedy dokładnie zasnął z głową opartą na wieku jednej z nich. Obudził się dopiero pod wpływem psich pazurów miarowo uderzających o panele na dole. Najwidoczniej Fido zaniepokojony dłuższą nieobecnością właściciela, postanowił sprawdzić co u niego, a nie mogąc wejść do góry po drabinie, paradował pod spodem niczym na warcie. Martwił się, bo Max jeszcze nigdy nie przespał aż tylu godzin za jednym razem.
- Wszystko ok. – Oświadczył, podnosząc się i rzucając zwierzakowi gumową piłkę znalezioną przypadkiem pośród pozostałych gratów.
Następnie zrobił kilka przysiadów, by trochę rozruszać zesztywniałe kości. Cóż, w porównaniu do tych wszystkich niewygodnych sienników, z których korzystał podczas ostatnich lat tutejsza posadzka była miękka niczym puchowa kołdra. Następnie wrócił do dalszego mozolnego przetrząsania kufrów i kartonów. A trzeba tu podkreślić, że przez te wszystkie lata pozbierało się tego całkiem sporo.
***
O jakimkolwiek śniadaniu pod tym dachem mógł sobie jedynie pomarzyć, więc po zakończonej przymusowej inwentaryzacji, skierował swe kroki do The Rustic Fork. Ponoć podczas rehabilitacji powinien wdrożyć zasadę małych kroków. Czemu więc miałby nie zacząć od zjedzenia jakiegoś śniadania w tej urokliwej restauracji… Może przy okazji usłyszy jakieś plotki na temat synka i ukochanej. Temat nadchodzącego festynu jako wydarzenia rozgrywającego się corocznie nie przykuł specjalnie jego uwagi aż do momentu, gdy młoda para zajmująca miejsce kilka stolików dalej, nie wspomniała że zamierza skorzystać z okazji i pokazać swojej córeczce krowy i inne zwierzęta gospodarskie. Kto wie, może Inês i Alex również tam będą ? Może powinien się przełamać i zaryzykować pojawienie się tam choćby na parę krótkich minut. Jego psycholodzy byliby na sto procent zadowoleni tym nagłym przełomem. A przecież zawsze będzie mógł wytłumaczyć się jakimś nagłym wezwaniem. Ostatecznie nawet w trakcie tak hucznych wydarzeń niektóre opryszki potrafiły wszcząć burdę w zupełnie innym miejscu.
M
( Cześć! No to jeszcze raz , wszystkiego najlepszego! ;)) Strasznie jej współczuje i nie wyobrażam sobie być na jej miejscu. Jak widać my, autorzy uwielbiamy uprzykrzać życie swoim postaciom. Do co wątku , to jak jak najbardziej! Z pewnością tu wrócę ;))
OdpowiedzUsuńMarcus
[Trochę mnie faktycznie poniosło :D A samotne rodzicielstwo, no cóż.... Absolutnie nikomu z autorów się nie dziwię, że chce się z tym zmierzyć w prowadzeniu postaci. Dziękuję za życzenia i trzymam kciuki, żebym dała radę uciągnąć ten wózek 😅 One to mają misiów a misiów, całe szczęście nie mogą na to narzekać :P ]
OdpowiedzUsuńWayne🐻
Po skończonym śniadaniu, wrócił na strych usiłując wymyślić sposób na jak najłatwiejszy transport wszystkich rzeczy należących wcześniej czy to wyłącznie do Inês, czy to do nich obojga. Te ostatnie postanowił jej zwrócić w całości, nie będąc pewnym czy dłuższe wpatrywanie się w nie, nie przyniesie mu emocjonalnej katastrofy. Na obecnym etapie wolał unikać wszelkich huśtawek nastroju. Już bez nich zdecydowanie zbyt często bił się z własnymi koszmarami, wysysającymi go z resztek ochoty do życia. Uzbierało się tego około dziesięciu pudeł, w tym trzy wielkie kufry. Teoretycznie, po uprzednim dogadaniu z właścicielem, mógłby spróbować przenieść je samodzielnie do Java House Café, gdzie jak zdążył usłyszeć od mieszkańców, pracowała od dnia swojego powrotu do Mariesville. Tyle że przy jego aktualnej formie potrwałoby to zapewne parę dni i okropnie by go zmęczyło nawet, gdyby część z tego ciężaru przerzuciłby na wózek ciągnięty przez Fido. O wiele prościej było zabezpieczyć je na pace podstarzałego Rangera i odstawić pod adres docelowy. Może przy okazji dostałby jej adres zamieszkania. Ostatnie rozwiązanie wydawało się najbardziej rozsądne, toteż to je ostatecznie zdecydował się wykorzystać. Biedny facet początkowo spoglądał na Maxa niczym na niebezpiecznego szaleńca, by następnie, całkowicie nieproszony, podać mu kartkę z numerem i miejscem pobytu swojej pracownicy.
OdpowiedzUsuń- Zwariowałeś. – Podsumował, kręcąc lekko głową, podczas gdy Powell po krótkich podziękowaniach, wsiadał znowu za kierownicę.
Najchętniej kazałby mu się pieprzyć, ale zwyczajnie szkoda mu było na to czasu. Chciał mieć to jak najszybciej za sobą, licząc po cichu na to, że jego ukochana będzie akurat przebywać z Alexem poza domem. Nie chciał być świadkiem jej ewentualnego wybuchu. Nie musiała mu oświadczać prosto w oczy, że nie powinien jej tak nagle nawiedzać, by zdawał sobie doskonale sprawę, że znacznie lepiej by postąpił, pozwalając jej najpierw przyzwyczaić się do myśli, że on sam jednak wciąż stąpa wśród żywych. Miał szczęście, rozminęli się. Plotkami, które z pewnością prędzej czy później dotrą do jej uszu związanymi z faktem jego krótkich odwiedzin pod tym progiem, zbytnio się nie przejmował. Przecież i tak by się tego domyśliła, zastając po powrocie ustawione równiutko kartony.
***
Koperta odnaleziona późnym popołudniem wetknięta w drzwi jego tymczasowego pokoju na chwilę kompletnie wybiła go z rytmu. Jedyną korespondencją, której mógłby się ewentualnie spodziewać była ta nadana przez jego dawnych terapeutów czy innych wojskowych urzędników. Ale ta nosiłaby oficjalne pieczęcie. Ta jednak ich nie miała. Musiała więc pochodzić od cywila. I to raczej mieszkającego dość blisko, bo nawet nie mógł dojrzeć na niej znaczka. Nie mogła więc przejść oficjalnej drogi przesyłki. Przeszedłszy do biurka, rozerwał ją i z ogromnym zaskoczeniem odkrył, że znajdujący się w środku list skreślony został pismem jego małżonki. Pełny mieszanych przeczuć, zasiadł do lektury. Wraz z każdym przeczytanym zdaniem czuł coraz większe rozżalenie wymieszane z napływającą złością, szczyptą niedowierzania, ogromną dawką frustracji i jeszcze wielu innych emocji, których nie potrafił dokładne zdefiniować. Wiedział, że jego matka została wychowana w świecie, w którym to kobiety były niemal całkowicie podporządkowane rytmowi życia swoich mężów, ojców i braci, z których każdy przeszedł tradycyjną służbę wojskową. Żadnej z nich nie przyszłoby nawet do głowy, by po ich śmierci nawiązać nowy romans, czy co gorsze wyjść ponownie za mąż. Inês złamała tą podstawową zasadę jako pierwsza. Nie żeby usprawiedliwiał swoją madre. Honey miała stu procentową rację, pisząc że nie popierała ich związku od początku, a gdy na świat przyszedł ich mały synek, wyciągała ostatnie siły ze wszystkich domowników, twierdząc że Max przyprowadził im do domu jakąś babę przeklętą przez samego Lucyfera. Dałby sobie obie ręce uciąć, że właśnie te awantury w końcu zabiły jego ojca. Twardy niczym skała staruszek, niejednokrotnie gdy Max wracał z kolejnych misji, powtarzał mu, że powinni się jak najszybciej wyprowadzić, bo kiedyś, gdy wyjedzie na kolejną wojenkę, a jego już nie będzie, ta wrzaskliwa baba, wytoczy ostateczne działa przeciwko swojej synowej. Ach, gdyby tylko wiedział, co miał wówczas na myśli… Nigdy jednak nie dopuściłby do siebie przypuszczenia, by mogła posunąć się aż do decydowania o życiu lub śmierci swojego nienarodzonego wnuczka. Prawdę powiedziawszy nadal nie potrafił zaakceptować tej wizji. Z drugiej strony kiedy odwiedził ją ostatnio w Kadyksie, przebąkiwała coś o tym, że powinien jej być wdzięczny za uratowanie go od ciężaru jakiejś kolejnej pomyłki natury. Nagłe uświadomienie sobie, że miał geny morderczyni, niemal dosłownie zabrało mu oddech. Kurwa, a myślał że tylko ci skurwiele ze Wschodu torturują i mordują swoje dzieciaki. Tymczasem właśnie się okazało, że podczas gdy on i jego bracia odbijali zupełnie obce szkraby z rąk terrorystów, jego własne były zagrożone przez żyjącą z nimi pod jednym dachem babcię. Kurwa, jak mógł być aż taki ślepy ?!
UsuńZ bijącym szaleńczo sercem, wstał gwałtownie z krzesła, nieomal je przewracając. Jeśli miał zaznajomić się z ciągiem dalszym, musiał się stąd natychmiast wynieść. W przeciwnym wypadku mógłby obrócić ten dom w perzynę. Wcisnął list do kieszeni spodni i zbiegł na dół, przeskakując po kilka schodów na raz. Aż dziw, że nic sobie nie połamał. Zatrzymał się dopiero w graniach Camden, łapiąc ciężko oddech. I tylko dlatego, że towarzyszący mu psiak wyraźnie zaczął wytracać tempo.
- Tu odpoczniemy. – Zawyrokował, zajmując miejsce pod nowoczesną rzeźbą, z której tryskała woda tak, by futrzak mógł przy okazji ugasić pragnienie. Następnie wyciągnął wiadomość i drżącymi rękoma rozprostował kartki. Tym razem zaznajomił się z treścią do końca. Spojrzał w zamyśleniu na swoją obrączkę, by następnie ją zdjąć i poobracać przez parę sekund w palcach.
Dopiero teraz zrozumiał, że, w przeciwieństwie do tego, co od małego wpajała mu matka, Inês ufając w wiadomości dostarczone jej przez wysłanników Sealsów miała pełne prawo, by zakochać się w kimś innym. Ostatecznie nie mógł wymagać, by niczym starożytna żona faraona położyła się z nim do grobu, nawet gdyby ten miałby być jedynie symboliczny. Skoro jednak pokrętny los zdecydował się dać im drugą szansę, głupotą byłoby przynajmniej nie spróbować podjąć rzuconej rękawicy. Tym bardziej, że nie mieli zrobić tego wyłącznie dla siebie, ale także, a może i przede wszystkim, dla Alexa. Potrzebował ich obojga, to akurat pojmował doskonale. Z tym, że już sama myśl, iż miałby się nim w przyszłości zająć, przyprawiała go prawie o panikę. Co on w ogóle wiedział o wychowaniu dzieci, szczególnie tych wymagających specjalnej opieki ? Kompletnie nic. W dodatku od wielu długich miesięcy nie potrafił poradzić sobie choćby z własną psychiką, więc co tu dopiero mówić o stanie się dobrym wzorcem dla małego człowieka… Jedynym rozsądnym rozwiązaniem w tej patowej sytuacji wydawało się ponowne jak najszybsze skontaktowanie się z psychologami z Annapolis. Najpierw musiałby jednak odnaleźć tą nieszczęsną kartkę, którą wręczono mu przy wypisie, a którą od razu palnął gdzieś tak głęboko, by zbyt łatwo do niej nie sięgnąć i do nich nie zadzwonić albo nie napisać maila.
UsuńM
Tej nocy nie wrócił do Mariesville. Po raz pierwszy w życiu nie stawił się na służbie, łamiąc tym samym jedną z głównych zasad służb mundurowych – stałą gotowość do działania. W wojsku nazwaliby to dezercją, tutaj zaś… cholera wie jak. Nie miał teraz do tego głowy. Zresztą jakichkolwiek konsekwencji nie wyciągnąłby przeciwko niemu szeryf, z pewnością nie miałaby być one gorsze od tortur, których doznawał siedząc w irańskim więzieniu. Dajcie żyć, to było zwyczajne spokojne malutkie amerykańskie miasteczko a nie piekielny Bliski Wschód, gdzie śmierć czyhała dosłownie za każdym rogiem. Co najważniejsze Johnson nie miał się też nigdy dowiedzieć, że zamiast patrolować uliczki tego uroczego skrawka ziemi, spędził ładnych parę godzin pochłaniając jeden kufel alkoholu za drugim w obskurnej knajpie kilkanaście mil dalej. Papierosy wyczerpały mu się nim w ogóle zdążył się zorientować, a wiedział że na trzeźwo nigdy nie uda mu się znaleźć odpowiednich słów na wyjaśnienie Derekowi, psychologowi zajmującego się nim po uwolnieniu powodów, dla których akurat teraz zdecydował się na ponowny kontakt. Na całe szczęście dopóki był jeszcze trzeźwy, zdążył poprosić kelnerkę o kartkę i ołówek, bo postawiłby dziesięć do jednego, że nim dotarłby z powrotem do domu, co najmniej trzy czwarte treści wiadomości umknęłoby mu z umysłu. Wraz z ostatnim zapisanym zdaniem, opuścił bar i chwiejnym krokiem skierował się ku domowi. Powody tej decyzji były dwa: ergo – z tego, co pamiętał to tam właśnie pierwszego wieczoru porzucił szturmówkę, w której kieszeni schował kartkę z numerem i mailem terapeuty, secundo– nie chciał, by Abi niepotrzebnie się zamartwiała widząc go w takim stanie. Biedna dziewczyna już bez tego dokładała olbrzymich starań, by wyciągnąć go z psychicznego dołka. Niczym prawdziwa bogini ogniska domowego.
OdpowiedzUsuńWitaj Derek,
Miałeś rację, twierdząc że wkrótce zgłoszę się do ciebie ponownie. Byłem idiotą upierając się, że jeszcze ciebie zadziwię. Że niepotrzebne mi żadne leki. Że nie potrzebuję twoich pierdolonych rad, by poradzić sobie na zewnątrz. Że wciąż doskonale pamiętam jak się tam funkcjonuje. Normalne życie przerosło mnie znacznie szybciej niż się spodziewałem. Parę dni temu przypadkowo wpadłem na Honey. Była na spacerze z naszym synem. Nie przypomina już tej samej silnej kobiety, którą zostawiłem trzy lata temu wyjeżdżając do Iranu. Trudy samotnego macierzyństwa i wiadomość o mojej rzekomej śmierci musiały fatalnie wpłynąć na jej zdrowie. Wspominałem ci chyba, że Alex jest chorowity i między innymi dlatego mi tak śpieszno z powrotem, prawda ? Nadal utrzymuję, że mojej ukochanej przydałby się ktoś, kto by ją choć trochę w tym odciążył. Z tym, że nie jestem już aż tak bardzo pewien, czy tym kimś powinienem być ja. Boję się, że mógłbym w ich życiu tylko jeszcze bardziej namieszać. Oni na to nie zasługują.
Piekielnie trudno to przyznać, ale potrzebuję twojego wsparcia. Czuję że się rozlatuję. Przyjedziesz ? W załączniku podsyłam ci mój aktualny adres i mapkę. Nie jestem w stanie mieszkać w domu, który znajdziesz w oficjalnych dokumentach.
Maximiliano Powell
Duch
Odpowiedź na jego maila przyszła około południa następnego dnia. Derek zobligował się przyjechać do Mariesville w piątek wieczorem. Musiał najpierw domknąć parę niecierpiących zwłoki spraw i poprosić jedną z koleżanek o zajęcie się jego stałymi pacjentami aż do momentu, gdy on sam nie będzie mógł wrócić do Annapolis. Do dnia zero monitorował stan Maxa z pomocą dwugodzinnych sesji na odległość. Tak na wszelki wypadek, gdyby przyszła mu do głowy jakaś głupota.
OdpowiedzUsuń- Pozwolisz, że ugoszczę się chwilowo w twoim domu ? – Spytał, kończąc ich pierwszą rozmowę po przybyciu na miejsce. – Ten pensjonat prezentuje się co prawda niezwykle gościnnie, ale nie chciałbym abyś czuł, że ciągle wiszę ci nad głową, a w razie czego zawsze wiedziałbyś gdzie mnie znaleźć.
- Jasne, tu masz kluczyki. – Wyciągnął je z kieszeni wiszącej na fotelu bluzy i wręczył psychologowi. – Tylko lepiej na siebie uważaj, bo… - Wbił wstydliwe spojrzenie w przeciwległą ścianę. - … jeszcze nie skończyłem remontu.
- Doprawdy ? – Uniósł brwi w ten swój charakterystyczny sposób, który można by było łatwo przełożyć na Wiem, że prawda jest zbyt upokarzająca, ale będzie ci dużo lżej, gdy ją z siebie wreszcie zrzucisz.
- Dooobra, masz rację. – Podniósł dłonie w geście poddania. – Masz mnie. – Zaśmiał się smutno. – Prawie go nie zacząłem.
- Nie ma o czym mówić. Postaram się nie zabić. Tymczasem dobra noc. – Nacisnął klamkę, lecz zatrzymał się w progu. – Tylko nie zapomnij przed spaniem wziąć leków. Zostawiłem je na stoliku. – Po tych słowach opuścił budynek, w przelocie prosząc jeszcze Abi, by w wolnej chwili sprawdziła, czy Powell na pewno wykonał jego zalecenia.
***
Nie tylko Inês najchętniej nie pojawiłaby się w ogóle na niedzielnym festynie. Max również nie był zbytnio zadowolony z faktu swojej obecności w tym miejscu. Medykamenty co prawda pozwoliły mu się wreszcie normalnie wyspać, lecz tego dnia czuł że zarzucony na plecy mundur stał się szczególnie ciężki. Nie żeby kwestionował zasadność otrzymanej kary. Towarzyszące mu od zawsze dość pokrętne poczucie humoru sprawiało wręcz, że w duchu nawet trochę podśmiewał się z jej wymiaru. Przynajmniej do czasu, gdy nie okazało się, że podczas tego konkretnego wydarzenia odbędzie się charytatywna zbiórka pieniędzy na leczenie jego synka. Dosłownie jakby nagle dostał całą serię z CKM-u. Kurwa, czyżby aż tak bardzo zawalił jako ojciec ?! W minimalnym uspokojeniu pomogły mu dopiero słowa Dereka, przez blisko godzinę tłumaczącego, że brak jakiejkolwiek relacji z Alexem nie wyniknął kompletnie z jego winy. Niewola nie była czymś, co mógł w jakikolwiek sposób kontrolować. Jako żołnierz tak elitarnej jednostki jak Sealsi mógł sobie pozwolić na kompletne odstawanie wyglądem od większości służb mundurowych i pewną wolność, jeśli chodziło o rozproszone przywództwo, ale musiał też słuchać rozkazów dowództwa. Cóż, mężczyzna miał rację. Nie zmieniało to jednak faktu, że gdyby tylko mógł, zachowałby się niczym rozkapryszony nastolatek, wywalając wprost szeryfowi całą tą istną litanię wyrzutów, która natychmiast po tej jakże upokarzającej wiadomości przelała mu się przez umysł. Zamiast tego poprzestał jednak wyłącznie na długim, morderczym spojrzeniu. Też mi zaszczyt zabezpieczać bezpieczeństwo imprezy, przypominającej ci, że nie było cię w domu tak długo, że twój dzieciak cię nie pamięta… Zresztą czegóż tu było tak naprawdę pilnować… Kilku nastolatków, którzy prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu dorwali się do alkoholu i teraz trochę zbyt głośno licytują się który z nich jako pierwszy wyrwie tę blondynkę z warkoczykami ? Raczej nie, bo właśnie pojawił się ojciec jednego z nich i zaczyna ich rozdzielać na własną rękę. Zwiali, jak zwykle, a nazwiska większości z nich i tak kojarzy doskonale, więc wystarczy że po zakończeniu eventu odwiedzi ich w domach i wygłosi krótką pogadankę na temat szkodliwości wysokoprocentowych trunków. Lepsze już to niż przeciskanie się za nim przez dziury w płotach. Ileż to razy sam będąc w ich wieku wystawiał tak miejscowych gliniarzy, by potem solidnie oberwać od ojca… Zdecydowanie zbyt często, by dawać im się na to nabrać. Czas poprzechadzać się trochę w okolicach straganów z pamiątkami, gdzie niemal zawsze podczas tego typu eventów pieniądze nieuważnych turystów cudownie zmieniają właściciela. Oczywiście i tym razem tradycji miało stać się zadość, a on zaledwie paręnaście minut później przepychał się przez gęsty tłum, starając się złapać na oko może dwudziestoparoletniego kieszonkowca.
UsuńM
Jakaś część umysłu Maxa aż do tej pory nie dopuszczała do siebie okrutnej prawdy o organizowanej zbiórce, wszelkie informacje o niej uznając za wyjątkowo głupi i złośliwy żart ze strony szeryfa. To ta część, która aż do momentu usłyszenia publicznej wiadomości z głośników otaczających plac za wszelką cenę starała się hamować nadchodzący wybuch, a teraz kompletnie się załamała. Najpierw poczuł potworne zawroty głowy, co jednak uznał za skutek uboczny zażytych parę godzin temu leków. Potem doszedł szum w skroniach i przyśpieszony rytm serca. Teoretycznie i je można by było dość łatwo wytłumaczyć krążącymi mu w krwioobiegu prochami. Z tym, że on doskonale znał to potworne uczucie już dużo wcześniej. Doznawał go za każdym razem, gdy tuż za jakimś wyłomem lub nagle odsłoniętą firanką dojrzał sylwetkę wroga i wiedział, że za parę sekund rozpocznie się istna rzeźnia. Z tą ogromną różnicą, że tu było cywilizowane, spokojne Mariesville, a nie pierdolony Bliski Wschód. Nie mógł sobie pozwolić na wywalenie w powietrze całego magazynku, bo natychmiast zostałby uznany za niebezpiecznego szaleńca i zamknięty w najlepszym razie na oddziale psychiatrycznym dla masowych morderców. Doprawdy przepiękny koniec kariery zawodowej. Musiał się jak najszybciej uspokoić przynajmniej na tyle, by przestać myśleć jedynie o strzeleniu w łeb sobie lub komuś innemu.
Usuń- Max, dobrze się czujesz ? – Nagły mocny chwyt za nadgarstek przywrócił go do obecnej rzeczywistości. Na szczęście dla wszystkich Derek obserwował go uważnie z pewnej odległości od początku eventu.
- Szczerze ? – Choć niby wpatrywał się prosto w terapeutę, jego rozum przez cały czas odtwarzał sceny ostatniej bitwy. Tej, w wyniku której on i jego oddział został złapany przez irańskich terrorystów. Tamtego dnia czuł się podobnie bezradny. Razem ze swoimi braćmi starał się za wszelką cenę nie poddać gardy, ale w końcu i tak musiał ulec swoim przeciwnikom. Niczym zwierzę zaszczute przez myśliwych. Teraz, choć być może nieświadomie, zhańbiono go niemal równie dotkliwie. – Nie. – Pokręcił gwałtownie głową. – I nie wiem, ile jeszcze wytrzymam tych upokorzeń. Chcę jednak zobaczyć jak zareaguje Inês. – Zakończył już znacznie ciszej przez zaciśnięte gardło.
-Ok, ale znikniemy zanim skończy. I tylko wówczas, gdy dasz sobie to podać. – Wyciągnął z kieszeni niewielką strzykawkę. – To dożylny lek uspokajający niekolidujący z twoimi zwykłymi medykamentami, więc nie musisz się obawiać. – Uzyskawszy zgodę Powella, podciągnął lewy rękaw jego munduru, zdezynfekował skórę w miejscu planowanej iniekcji, po czym wprowadził lek do żyły mężczyzny. – Dobrze, a teraz chodź już. Wracasz oczywiście ze mną, bo jeszcze spowodujesz wypadek. Przed szeryfem wytłumaczę cię osobiście jeszcze dzisiaj, więc nie musisz się martwić. – Zapewnił, po czym obaj poszli w stronę podwyższenia.
Wulkan emocji
Zażyte leki spowodowały, że omal nie przysnął na siedzeniu pasażera. Prawdę powiedziawszy nie pamiętał nawet jakim cudem znalazł się tego popołudnia z powrotem w apartamencie. Następnego dnia obudził się, gdy słońce było już wysoko na horyzoncie. Na blacie stolika znalazł kolejne pudełeczko z tabletkami oraz rozpiskę ich zażywania w komplecie z blokiem rysunkowym, opakowaniem kredek i długopisem. Tuż obok leżała krótka notatka od jego terapeuty:
UsuńZgodnie z obietnicą wytłumaczyłem cię wczoraj przed szeryfem. Zaakceptował fakt, że wróciłeś na terapię psychologiczną, do zakończenia której będzie musiał konsultować się ze mną w sprawie wszelkich zmian w twoich zwykłych obowiązkach. Na stoliku zostawiłem ci mały prezent. Chciałbym, żebyś na jednej kartce do wieczora spróbował narysować sceny z flashbacków, które nawiedziły cię po usłyszeniu informacji z głośników. Na drugiej opisz swoje obecne emocje. Będziesz tworzyć taką listę codziennie, a ja będę ją analizował, by monitorować twoje postępy. Domyślam się, że twoim głównym celem wciąż pozostaje powrócenie na łono rodziny. Jeśli w tym względzie nastąpiła jakakolwiek zmiana, porozmawiamy o tym podczas następnej sesji.
Derek
Zerknął nieufnie na przygotowane przybory. Nigdy nie był zbyt dobry w przelewaniu swoich prawdziwych odczuć na kartkę. Zwykle zdecydowanie lepiej szło mu to podczas rozmowy w cztery oczy. Z drugiej strony rozumiał czym mógł kierować się psycholog decydując się na taką formę duchowej spowiedzi. Ostatecznie nikt nie lubił zbierać przysłowiowych batów za wydarzenia, na przebieg których nie miał najmniejszego wpływu. A takich przeżyć, które w żaden sposób nie wiązały się z jego decyzjami ostatnimi laty było w życiu Maxa naprawdę sporo. Pod tym względem biała kartka wydawała się o wiele lepszym towarzyszem. Nie oceniała. Nie obrażała się, gdy przenosiło się na nią te bardziej wściekłe, czy wręcz wulgarne wyrażenia. Zresztą mężczyzna nie określił dokładnie jaką formę ma przybrać owa spowiedź, nieprawdaż ? Mógł więc wybierać od podstawowej opcji jaką stanowiło zwyczajne, krótkie wypunktowanie aż do epopei na miarę Literackiej nagrody Nobla. Przynajmniej teoretycznie, bo jego pióro było raczej przeciętne.
Z nutką nieufności, zasiadł przy stole i sięgnął po długopis. Kilka pierwszych wersji przypominało istny Węzeł Gordyjski, bo wpisywał na nie wszystko, co tylko wpadało mu do głowy, by chwilę później skreślił zdecydowaną większość punktów zastępując je innymi, bardziej dosadnymi i nie pozostawiającymi miejsca na domysły. Dopiero piątą zdecydował się złożyć w pół i wsunąć do koperty. Następnie zrobił sobie krótką przerwę na zjedzenie śniadania i przystąpił do niezgrabnego rysowania.
M
Z dnia na dzień tworzenie listy uczuć szło mu coraz łatwiej. Chyba powoli nabierał w tym pewnej wprawy, aczkolwiek nadal było mu daleko do ideału. Nigdy nie wyszedł poza drugą wersję, a zwykle potrzebował aż trzech, by upewnić się, że nie zataił przed terapeutą tych najmroczniejszych. Nie pojmował jakim cudem ludzie pisali pamiętniki, często przelewając na kartki wspomnienia całych dni. Szczytem jego możliwości w tym zakresie były listy wysłane do rodziny z linii frontu, w których to i tak musiał stale pilnować się, by przypadkiem nie ujawnić jakichś ściśle tajnych, czy też po prostu zbyt strasznych dla cywili informacji. A teraz nagle kazano mu przedstawiać całą prawdę i tylko prawdę. Normalnie jak w kościele, do którego za dziecka regularnie ciągała go matka.
OdpowiedzUsuńTego ranka jak zazwyczaj miał zamiar zacząć od takowego spisu, by przekazać go Derekowi w drodze do pracy, więc pusta kartka wraz z ułożonym obok równo długopisem była jednym z pierwszych elementów, które musiałyby się rzucić w oczy każdemu, kto tylko przekroczyłby próg jego tymczasowego lokum. Z tym, że Max rzadko przyjmował jakichkolwiek gości. Zwłaszcza tych niezapowiedzianych. Większość mieszkańców miasteczka wiedziała, że nie jest jeszcze na to gotowy i szanowała jego prywatność. Nic więc dziwnego, że gdy rozległo się nagłe pukanie do drzwi, leżał jeszcze w łóżku, odpoczywając po nocnym dyżurze. Zignorował pierwszy stukot, przewracając się jedynie na drugi bok. Kolejny wywołał tylko lekkie mruczenie. Przy trzecim ciszę poranka przecięło już alarmujące psie ujadanie.
- Mooment. – Oznajmił wściekle, niechętnie wygramalając się spod ciepłej kołdry.
Przez ciężkie powieki zerknął na zegarek stojący na stoliku nocnym. Ósma trzydzieści. Przecudnie, kurwa. Zaledwie dwie i pół godziny temu wrócił z dyżuru, a potem przez równą godzinę spacerował z Fido. Nieważne kogo przyniosło mu dzisiaj złe licho, i tak odeśle go z kwitkiem. Przecież prawdopodobieństwo, że w tym malutkim, spokojnym miasteczku wybuchły zamieszki czy wydarzyła się jakakolwiek sytuacja zagrażająca życiu większej grupy ludzi była niska niczym opady śniegu na Saharze. Teoretycznie możliwe, ale nadzwyczaj rzadkie i za każdym razem wzbudzające niezdrową sensację. Jakakolwiek inna sprawa nie miała prawa pozbawiać odpoczynku. Przynajmniej tak mu się wydawało aż do momentu, gdy w samych slipkach i zwykłej szarej polarowej bluzie zakładanej przez głowę nie otworzył drzwi i nie ujrzał Inês trzymającej Alexa za rękę. Widok ten wywołał w nim taki szok, że w sekundę przełączył się na stan czuwania, przy okazji omal nie spalając się ze wstydu. Doprawdy, mógł przynajmniej wciągnąć na siebie jakieś dłuższe spodnie. Na całe szczęście praktycznie nie musiał się odzywać, bo od razu zarzuciła go istnym gradem słów.
- Ale… - Zaczął, obdarzając ją spojrzeniem zawierającym mieszaninę przerażenia, frustracji i zmęczenia.
Nie dane mu było jednak dokończyć, bo gdy tylko został przez nią poinformowany, że ma się zająć małym tylko przez kilka godzin, chłopak pobiegł prosto do psiaka, który w międzyczasie zdążył już wywlec skądś piłkę i teraz się nią popisywał, a ona całkowicie skupiła się na ostatnich przypomnieniach. Niedługo później zniknęła, pozostawiając go w dość niezręcznej sytuacji.
- Dajcie mi dosłownie dziesięć minut. Muszę się trochę ogarnąć. Jakby co będę w łazience. – Poinformował rozbawionego czterolatka. Miał nadzieję, że przez ten czas nic złego mu się nie przytrafi. A nawet jeśli, to Fido na pewno natychmiast zaalarmuje cały pensjonat. W końcu ich dawna rodzinna hodowla selekcjonowała owczarki służące nie tylko pilnowaniu inwentarza, ale także asystujące.
Piaskun
Usuń[Poranek]
Kiedy wyszedł z łazienki i obrzucił szybkim spojrzeniem wnętrze pokoju, nie ujrzał niczego podejrzanego. Fido drapiący zawzięcie pod szafką i raz po raz zerkający prosząco na przykucnięte obok dziecko świadczył wyłącznie o tym, że jego piłka znowu utknęła pod meblem i należało ją stamtąd jak najszybciej wyciągnąć. W przeciwnym wypadku jeszcze znowu przywróciłby wszystko na ziemię, by potem udawać aniołka. Tego poranka wyjątkowo mocno nie chciało mu się po nim sprzątać. Tym bardziej, że przez tą niespodziewaną wizytę, musiał przeprogramować swój cały grafik dnia. Spotkanie z psychologiem znalazło się na dalszym planie. Prawdę powiedziawszy nie był nawet pewien, czy uda mu się gdzieś je wcisnąć. Przynajmniej nie w normlanej formie. Może Derek zgodzi się na kolejną sesję zdalną, gdy Alex zapadnie w drzemkę ? O ile oczywiście coś takiego rzeczywiście nastąpi, bo przecież nie znał jego dobowego rytmu, a Inês zobowiązała się wrócić już za parę godzin. O tyle dobrego, że w tym tygodniu na komisariacie dostał znowu nocne dyżury. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, nie będzie musiał przynajmniej znowu tłumaczyć się przed szeryfem. Takie sytuacje sprawiały, że czasem zaczynał tęsknić za wojskiem. Przez wiele miesięcy przebywał daleko od rodziny, ale przynajmniej mógł działać zgodnie z zasadą rozproszonego dowództwa, dzięki czemu nie kazano mu biegać do szefostwa z byle głupotą. Korzystając z chwilowej nieuwagi Alexa, wziął własne tabletki, by potem zarządzić zejście na małe śniadanie. Okazało się jednak, że Honey zdążyła nakarmić go tuż przed wyjściem z domu, więc ucztować przyszło mu jak zwykle wyłącznie w towarzystwie psiaka, podczas gdy on zasiadł do odrabiania zadań. Później pół godziny spaceru, rzekomo wyłącznie dla umożliwienia futrzakowi załatwienia podstawowych potrzeb. W rzeczywistości jednak głównym celem było podrzucenie listy uczuć do skrzynki na listy obok rodzinnego domu Powellów. Miał szczęście, bo terapeuty akurat nie było w środku, więc odpadło mu przynajmniej kombinowanie co zrobić z chłopcem, podczas gdy on sam będzie wysłuchiwać wyrzutów mężczyzny. Nie trzeba było posiadać kryształowej kuli, by łatwo przewidzieć, że gdy tylko dowie się o najświeższych rewelacjach, będzie, łagodnie rzecz ujmując, niezwykle zdenerwowany.
***
Usuń[Popołudnie]
Faktycznie, tuż po obiedzie ciszę pokoju rozerwało brzęczenie telefonu Maxa. Zerknął na wyświetlacz, mentalnie przygotowując się na wybuch porównywalny niemal z erupcją wulkanu. Derek gniewał się niezwykle rzadko, ale jeśli już – wyrażał się krótko, acz głośno i dosadnie. Nie inaczej było i tym razem. Aż musiał wyjść na korytarz w obawie, by jego mały pochylony wciąż nad plastelinę szkrab nie dosłyszał treści ich rozmowy poprzetykanej w paru miejscach niezbyt cenzuralnymi słowami. A i tak, wchodząc z powrotem, nie był do końca pewien, czy uda mu się utrzymać pokerową maskę. Sprawa została postawiona jasno – miał jeszcze dzisiaj poinformować swoją żonę o powrócenie na terapię i przesłać mu jej numer. Okazało się bowiem, że przyprowadzając dzieciaka do jego biologicznego ojca mogła nieświadomie zaburzyć jego pewność siebie, którą z takim trudem od niedawna znowu budowali, więc musiał jak najszybciej porozmawiać osobiście także z nią. Powell powinien jej też napomknąć o swojej próbie samobójczej, by tym samym podkreślić powagę sytuacji. Znajdował się bowiem na takim etapie terapii, w trakcie którego każde widmo porażki mogło spowodować u niego powrót podobnych rozważań. A co tu dopiero mówić o błędzie w opiece nad chorym synem. Krótko mówiąc czekała go nadzwyczaj trudna rozmowa.
- To znacznie bardziej skomplikowane. – Westchnął ciężko, widząc że ostatnie siły jakie starał się włożyć w odpychanie od siebie wizji poważnej dyskusji z ukochaną, nie były dość wystarczające, by szczelnie pokryć jego prawdziwe emocje. – Czasem w życiu dorosłych wydarza się coś takiego, z czym nie potrafią sobie poradzić. A wtedy zazwyczaj nagle smutnieją. Zapominają, że jeszcze niedawno sami wierzyli w piękno dnia jutrzejszego. – W ostatniej chwili przypomniał sobie słowa wyczytane w przewodniku psychologicznym wręczonym mu niedługo po przywiezieniu do kliniki. – Ale wiesz, co ? Zamiast zamartwiać się tym, na co i tak nie mamy większego wpływu, spróbujemy zająć się twoim misiem. – Przeszedł do stołu, na którym wciąż leżała nieforemna grudka plasteliny i aż lekko się uśmiechnął. No tak, ojca się nie wyprze. – Kiedy byłem w twoim wieku też nie miałem talentu do lepienia zwierzątek, ale wystarczy trochę cierpliwości. Zrób cztery małe kulki. – Poprosił, sam przygotowując jedną dużą. Następnie tak długo instruował chłopca, aż nieszczęsna figurka zaczęła przypominać coś na kształt niedźwiedzia. Może ze sporym zimowym tłuszczem i uszami bardziej charakterystycznymi dla leżącego pod stołem owczarka, ale nie bądźmy zbyt szczegółowi.
[Wieczór]
UsuńPrzyjechała na tyle późno, że aż zmusiła go do przełożenia dyżuru. Zapowiadał się tzw. pracowity weekend. Mogło być jednak gorzej. Na przykład wtedy, gdyby następnego dnia oberwał dwudziestoczterogodzinnym.
- Możesz je sprzedać albo wyrzucić. Dla mnie nie będą już potrzebne . – Odparł, oblewając się nieznacznym rumieńcem zażenowania. Faktycznie, skoro już i tak dostał jej numer, mógł przynajmniej upewnić się, czy będzie miała w ogóle co począć z tymi wszystkimi klamotami. – Jakoś o tym wtedy nie pomyślałem, a później nie było okazji. – Przyznał, zerkając ukradkiem na dźwigającego się z sofy chłopca. – Tak. – Potwierdził krótko, gdy zapytała o leki. – Był naprawdę dzielny. – Posłał mu krótki uśmiech, po czym szybko przeniósł uwagę na kobietę. – Wiem, że już bardzo późno i wszyscy powinniśmy odpocząć, ale musimy pilnie porozmawiać. - Obrzucił ją stanowczym, a zarazem przepraszającym spojrzeniem. – Muszę powiedzieć ci coś niezwykle ważnego. Coś, co być może wpłynie na nasze dalsze relacje. – Podkreślił na wypadek, gdyby za pierwszym razem nie wychwyciła w jego tonie nutki desperacji.
M
Nie skomentował jej pierwszych słów. Nie miał mocy cofania czasu. Jeśli zaś chodziło o zawartość paczek… cóż…sam najchętniej puściłby je zwyczajnie z dymem, grzebiąc tym samym wszystkie wspomnienia z nimi związane pod grubą warstwą popiołu.
OdpowiedzUsuń- Jasne, daj mi tylko parę minut. – Poprosił, naciskając klamkę i dając znać zawsze czujnemu futrzakowi, że ma zostać w pokoju.
Następnie zszedł na dół, by zaparzyć kawę dla Inês. Sam zanim leki zażyte przed poranną drzemką opuściły jego organizm zdążył jej wypić dwa duże dzbanki, by w ogóle utrzymać się na nogach, więc tym razem zdecydował się poprzestać na pitnej kawie z bitą śmietaną i cynamonem. Podczas, gdy mleko i woda się gotowały, wyszedł na ganek, by zapalić i pomyśleć nad tym, co planował powiedzieć. Miał w głowie kilka wersji, ale żadna z nich nie wydawała mu się tą idealną. Tak jakby złoty środek pozwalający mu jednocześnie na szczere wyznanie i wyjście z tej bitwy bez kolejnych ran na duszy w ogóle nie istniał.
- Proszę. – Uśmiechnął się lekko do kobiety, stawiając na stole oba kubki i niewielki talerz z ciastkami owsianymi z dodatkiem jagód. – Po pierwsze chciałbym ci podziękować za zaufanie. Domyślam się, że decyzja o pozostawieniu mi Alexa pod opieką nie należała do łatwych. – Zamilkł na dłuższą chwilę, uciekając wzrokiem gdzieś w dal. Przygotowując się do spełnienia żądania Dereka. – Po przeczytaniu twojego listu napisałem maila do psychologa, który zajmował się mną przez pół roku po uwolnieniu. – Rzucił jej kontrolne spojrzenie, sięgając po wciąż zalegający na blacie długopis i obracając go w palcach. – Wcześniej zostałem wypisany ze szpitala na własne życzenie, bo… - Znów się zblokował, tym razem jednak na dłużej. - …chciałem jak najszybciej wrócić do was. – Dokończył niemal szeptem. – Z tym, że zamiast od razu was znaleźć, stchórzyłem. Poszedłem do domu, ale on również mnie przytłoczył. – Znów parę głębokich oddechów. – Próbowałem popełnić samobójstwo, wieszając się na strychu, ale Fido przegryzł linę. – Spojrzał wdzięcznie na owczarka, który teraz mimo wyraźnego wyczerpania wciąż dzielnie niańczył swojego małego gościa. – Tamtego wieczora szwendałem się tak długo aż trafiłem tutaj. I już zostałem. A dzisiaj mój terapeuta stwierdził, że… - Nie mogąc powstrzymać nadmiaru emocji, okrążył kilkukrotnie pomieszczenie, by ostatecznie klapnąć ciężko na krzesło i wypić trochę gorącego napoju. - …to mogłoby się powtórzyć, gdybym nie podołał swojemu zadaniu. – Zacisnął mocniej palce na uszku i zatrzepotał powiekami, starając się powstrzymać nadchodzący płacz. – Co gorsza, chyba mógł mieć rację. Wciąż źle znoszę porażki, a gdy pomyślę że mógłbym zareagować za późno… Powinienem cię uprzedzić o tym już z rana, a nie dopiero pod jego przymusem. – Przyznał, wreszcie ponowne podnosząc na nią spojrzenie. – Chciał też porozmawiać z tobą osobiście, więc wysłałem mu twój numer. – Dodał na zakończenie. Teraz mógł już jedynie oczekiwać cierpliwie na jej werdykt.
Skazaniec
Być może znowu zaniżał swoje faktyczne umiejętności społeczne, lecz on również obstawiałby że magnesem przyciągającym do niego Alexa na obecnym etapie ich relacji był właśnie puchaty owczarek. Kiedy niecałe półtora miesiąca temu znalazł go leżącego pośrodku podwórza, wyglądał niczym jeden z wielu wiejskich kundli, z tym że był znacznie lepiej od nich odżywiony. Ludzie gadali, że o ile po wyjechaniu jego matki do rodzinnego kraju stał się niezwykle nieufny, to po jedzenie nadal przychodził regularnie. Tak jakby jakimś szóstym zmysłem przeczuwał, że ci dziwni posłańcy z poważnymi minami, którzy kilka lat wcześniej nawiedzili jego dom nie mieli racji i jego pan kiedyś wróci, więc musiał utrzymać się przy życiu. Teraz natomiast jego gęste, śnieżnobiałe futro znowu nieodmiennie przyciągało uwagę przechodniów. Ba, niektórzy z tych pamiętających jeszcze czasy, gdy po podwórku Powellów ganiało całe stado tych przepięknych psiaków, pytali o kolejne mioty. Zainteresowanie było wciąż ogromne, ale Max nie mógł im na tę chwilę obiecać niczego konkretnego. Najpierw musiałby ustalić, gdzie też rozpierzchła się reszta tych białych nieszczęść lub ściągnąć nowe z Europy tak jak uczynił to niegdyś jego ojciec.
OdpowiedzUsuń- Jeszcze na to zdecydowanie za wcześnie. – Szeptem poparł jej punkt widzenia. – Najpierw muszę ustabilizować się na tyle, by wrócić do rodzinnego domu i go zreperować. Dziecko potrzebuje zdecydowanie większej przestrzeni.
Wielokrotnie planował już zabrać się do roboty, lecz zawracał za każdym razem, gdy tylko jego dłonie dotknęły bramki. Zupełnie jakby stanowiła ona magiczną barierę do świata pełnego okrutnych potworów. Po części faktycznie tak nawet było. Z tym, że owe potwory nie posiadały formy materialnej, lecz psychiczną. Każde najmniejsze skrzypnięcie desek, każda drobinka kurzu unosząca się w powietrzu, czy słoneczny promień odbijający się w szybie niósł ze sobą falę wspomnień, z którymi póki co jego umysł nie potrafił sobie poradzić.
- A jednak przeczytałem. – Westchnął ciężko, przypominając sobie uczucia, które zalały go tamtego wieczora. – A potem pod jego wpływem pobiegłem do Camden, obawiając się że zaraz eksploduję. I w cale nie byłem lepszy od ciebie. Ba, można wręcz powiedzieć, że zachowałem się jeszcze bardziej nieodpowiedzialnie. – Zagryzł lekko wargi. – Zamiast od razu wrócić do Mariesville i stawić się na służbę, poszedłem do knajpy i się zwyczajnie uchlałem, spisawszy najpierw wszystko to, co chciałem przekazać w mailu swojemu terapeucie. Na trzeźwo pewnie nigdy nie miałbym wystarczająco dużo odwagi, by przyznać że po tak długim czasie nadal potrzebuję jego pomocy. Aż dziw, że po tej wiadomości chciał mnie jeszcze w ogóle widzieć. – Potrząsnął głową z mieszaniną wstydu i czymś na kształt nieznacznego rozbawienia.
Odliczał każde uderzenie serca, podczas gdy Inês rozważała jego słowa. Każde z nich wydawało się zaś ciężkie niczym kamień. Może nie powinien jej za pierwszym razem aż tak przytłaczać ? Z drugiej strony poprosił go o to Derek. Chociaż, biorąc pod uwagę stanowczy ton jakim zostało to powiedziane, słowo poprosił stanowiło w tym przypadku ogromny eufemizm. Jeśli już to raczej rozkazał.
- Poleciałem najpierw do Kadyksu z kilku powodów. – Skrzyżował z nią spojrzenie. – Po pierwsze, nie wiedziałem gdzie was szukać. Wojskowi profesjonaliści, którym kazano poinformować rodzinę o moim odnalezieniu, dotarli jedynie do informacji, że zaczęłaś nowe życie u boku innego faceta i wyprowadziłaś się z Mariesville. Tak powiedziała im moja matka, a oni chyba nie chcieli psuć twojego szczęścia. Teraz wiem, że to nieprawda, ale wtedy… Wtedy byłem w stanie uwierzyć niemal w każde słowo moich wybawicieli. Nawet nie wyobrażasz sobie jak wielką ulgę stanowi możliwość znalezienia się wśród bezpiecznych twarzy braci po tym, gdy codziennie cię torturowano na tyle okrutnie, że śmierć wydawała się odległym przywilejem. – Tym razem nie próbował już dłużej panować nad drżeniem głosu. – Po drugie, po tym wszystkim na gwałt potrzebowałem stabilności i akceptacji, a gdzie człowiek szuka jej instynktownie, gdy zmysły szaleją niczym u zaszczutego dzikiego zwierzęcia ? Oczywiście u matki, bo przecież to ona zapewnia nam je zwykle od pierwszych chwil na tym świecie. Szkoda jedynie, że niektóre z tych rzekomych aniołów z biegiem lat przemieniają się w diabły. Zamiast czułych ramion, których silnego objęcia potrzebowałem wówczas jak nigdy wcześniej, dostałem kolejny nóż w plecy. Tym razem pluła jadem nie tylko na ciebie i małego, ale także na całą amerykańską biurokrację. Co gorsza sens jej niektórych słów zrozumiałem dopiero po przeczytaniu twojego listu. Chociażby to zdanie o rzekomym uratowaniu mnie przez nią od jakiejś kolejnej pomyłki natury. Wtedy jeszcze myślałem, że się przesłyszałem. Teraz wiem, że niestety nie, choć i tak zapewne sam nie domyśliłbym się, że mogłaby posunąć się do tak okrutnego czynu jak morderstwo własnego nienarodzonego wnuka. – Kolejny łyk czekolady, by zmusić do współpracy zaciśnięte struny głosowe. – Mój ojciec miał rację, ostrzegając że nie powinienem cię z nią zostawiać sam na sam, ale go nie słuchałem. Przepraszam. Przepraszam, że moja madre w ten sposób pojmuje hołdowanie pamięci swojego rzekomo poległego syna. Przepraszam, że go nie słuchałem. – Znowu rundka po pokoju, by odzyskać choć minimalną kontrolę nad nerwami. Mimo wszystko wymsknęło mu się kilka cichych przekleństw. – Masz rację, nam również zdarza się płakać. – Przyznał niechętnie, uciekając wzrokiem w kierunku najbliższego okna. – Po prostu ukrywamy się z tym znacznie częściej od was, bo zawsze nam powtarzano, że łzy prawdziwym mężczyznom zwyczajnie nie przystoją. Że powinniśmy być silni niczym mitologiczni bohaterowie. – Prychnął, instynktownie rękawem bluzy wycierając słone krople sączące się po policzkach. – Tylko jak długo można być bohaterem, gdy wszystko wokół ciebie wali się na łeb na szyję, a ty pozostajesz sam na środku ogromnego gruzowiska… - Parę głębokich wdechów, długi łyk, kilka obrotów długopisem. – A ja właśnie pośród niego stoję i nie wiem nawet czego dokładnie oczekuję od siebie. Mój psycholog twierdzi, że najlepsza jest metoda małych kroków, więc w tej chwili moim jedynym celem jest próba odzyskania was. Wiem że to nie nastąpi z pewnością z dnia na dzień. Zbyt długo mnie przy was nie było. Nasz syn ma mnie za obcego faceta, a ja nie mam pojęcia jak to zmienić. Boję się, że chcąc nadrobić stracone lata, tylko jeszcze bardziej wszystko skomplikuję. Zatem jeśli koniecznie chcesz wiedzieć jak możesz mi obecnie pomóc, powiem tak – po prostu bądź obok i pozwól, bym zgłębiał wasz świat we własnym rytmie, zgodnym oczywiście z tym, co ustali mój terapeuta z twoją psychiatrą. Tak na marginesie, Alex też korzysta z jakiejś profesjonalnej pomocy nie licząc tej związanej z jego układem oddechowym ? Sądzę że ta informacja też może mu się przydać, by prawidłowo ułożyć dalszy plan mojej terapii.
UsuńM
Przedwczesne wtargnięcie Alexa w jego strefę komfortu okazało się nie tylko gwałtownie wpłynąć na poszerzenie jej dotychczasowych granic, ale także pozwoliło mu podjąć próbę przeprowadzenia poważnej rozmowy z Inês. W innym wypadku prawdopodobnie odkładałby ją jeszcze przez wiele miesięcy lub nawet w nieskończoność, obawiając się jej reakcji na informację, że to jego własna decyzja o zwianiu z wojskowego szpitala sprawiła, że po tak długim czasie od ocalenia wciąż nie potrafił poradzić sobie z większością objawów PTSD. Odetchnął z ulgą, gdy ku jego ogromnemu zdziwieniu wykazała się względną wyrozumiałością. Spodziewał się wyrzucania mu skrajnego egoizmu, a w najgorszym razie nawet próśb o natychmiastowy rozwód. Byłby z pewnością przybity, ale zrozumiałby motywy tej decyzji. Ostatecznie ostatni raz witał w domu, gdy ich syn był jeszcze bezbronnym niemowlęciem, a ona oficjalnie dwa ostatnie lata spędziła jako wdowa. Miałaby prawo zawalczyć o nowe, szczęśliwe życie z daleka od jego emanującej smutkiem osoby bez szkody dla dziecka. A jednak jakimś kompletnie niezrozumiałym dla Maxa cudem nadal stała dzielnie obok niego. Podziwiał ją za to.
OdpowiedzUsuń- Nawet, jeżeli zdecydujemy się go sprzedać lub wynająć, będę musiał go wyremontować. –Inaczej nikt nie będzie chciał w nim zamieszkać, a mimo wszystko szkoda byłoby rodzinnego dziedzictwa. – Zauważył z głębokim westchnięciem. – Wystarczy że nasze zwierzęta gdzieś pouciekały. Został tylko Fido. – Zerknął na owczarka, który po dniu pełnym wrażeń wdrapał się na kanapę i zasnął z łbem na kolanach chłopca. – Powinienem ich poszukać. Szczególnie psiaków. – Zamyślił się głęboko, milknąc na parę minut. – Pamiętasz chyba jeszcze, że hodowaliśmy je między innymi pod asystę ? – Przeniósł na nią lekko zamglone spojrzenie. - Mówiłaś, że obecnie wynajmujesz małe mieszkanie, a ta upadlająca zbiórka pieniędzy podczas ostatniego festynu tylko jeszcze bardziej podkreśliła prawdziwość plotek o twoich obecnych problemach finansowych, ale gdybyś pozwoliła mi ci pomóc także w tej kwestii, może mógłbym wam odstąpić jednego z nich. Oczywiście gdybym zdołał je odnaleźć… - Mruknął. Tabletki zażyte około godziny temu zaczynały powoli dawać znać o swoich nasennych właściwościach, przez co coraz trudniej utrzymywał otwarte powieki. – Wybacz, ale od prawie dwóch dób jestem na nogach, a w dodatku niedawno terapeuta zapisał mi leki uspakajacie, po których czuję się nieco senny. Ale nie oznacza to, że w innych kwestiach wciąż jestem dzieckiem. – Rzucił urażonym tonem. – Po prostu mam trudniejszy okres i potrzebuję czasu na ustabilizowanie się. Jedno mogę ci jednak obiecać już teraz – skończyłem z wojaczką raz na zawsze. Już nigdy nie wyjadę ani na Wschód ani do innego piekła na ziemi i zawsze będę przy was. Przynajmniej tak długo, dopóki decyzja będzie należeć wyłącznie do mnie, bo niestety zawodowym żołnierzem zostaje się na zawsze. – Upewniwszy się, że malec wciąż przebywa w Krainie Morfeusza, wstał od stołu i niespodziewanie objął ukochaną. Dopiero ukrywszy twarz w jej długich włosach po raz pierwszy od wielu lat pozwolił sobie na szczery płacz. Zupełnie jakby niewidzialne drobinki zapachu jej ciała były dokładnie tym elementem otoczenia, który był zdolny naruszyć ciężkie kajdany aż do tej pory więżące wszystkie jego zbyt długo skrywane emocje.
M
Choć słowa Inês rozdzierały mu duszę niczym najostrzejsza amunicja wystrzelona przez wrogie siły, nie skomentował ich żadnymi słowami. Po prostu przytulił ją jeszcze mocniej do siebie. Oboje potrzebowali czasu na przemyślenie całej tej pokręconej sytuacji i spokojne ułożenie planu na przyszłość. Jeśli ten po tysiąckroć przeklęty kuglarz zwany powszechnie losem miał zamiar spłatać im kolejny niezwykle irytujący figiel, zbliżając ich ponownie wyłącznie po to, by udowodnić im raz na zawsze, że lata, które spędził zabijając terrorystów w dalekich krajach sprawiły, że emocjonalnie faktycznie kompletnie się od siebie oddalili, nie zamierzał się z nim sprzeczać. Tę resztkę sił, która pozostała mu jeszcze po długich miesiącach niewoli musiał zainwestować w usilne próby odzyskania Alexa. Wątpił by po tym wszystkim kiedykolwiek mógł stać się dla niego idealnym ojcem, ale przynajmniej będzie się starał jak najbardziej zbliżyć do tego archetypu.
OdpowiedzUsuń- Wiesz, że nie musisz radzić sobie z tymi długami zupełnie sama. – Tej jednej kwestii nie potrafił zbyć milczeniem. – Nawet jeżeli w tej chwili nadal czujesz się wdową, zawsze możesz potraktować mnie po prostu jak dawnego przyjaciela, który zwyczajnie chce przeznaczyć część swojego majątku, by pomóc ci w jego spłacie. Pomyśl, jeśli rzeczywiście byłbym, jak twierdzisz wolny, i tak nie miałbym na co wydać choćby połowy tego pieprzonego odszkodowania, które przyznała mi armia. Pomijam już fakt, że nie jest ono w stanie zrównoważyć wszystkich krzywd, które doznała nasza trójka.
Zażyte leki co prawda trochę hamowały jego gniew, ale głodne bestie zajmujące wygodne posłanie na dnie jego duszy i tak starały się wyrwać naprzód. Nie mógł im jednak na to pozwolić, bo inaczej z pewnością obudziłby zarówno smacznie śpiącego syna, jaki i Fido, który natychmiast stanąłby na baczność. Nie dodawał więc nic więcej do swojej wypowiedzi, choć przez myśl przytoczyło mu się o wiele więcej kontrargumentów.
- Nie musisz się oskarżać. – Widząc łzy spływające po jej twarzy, wziął kilka głębokich oddechów, zmuszając się do powstrzymania własnych. Instynktownie chciał stać się jej tarczą przed całym światem. – To wszystko jest mocno pochrzanione. Zamiast ratować obce dzieciaki z rąk tych bliskowschodnich świrów, powinienem zajmować się własnymi. – Podsumował. – Tylko że… - Zamilkł na moment, czując że głos znowu zaczyna mu lekko drgać. - …tak naprawdę nie znam innego życia. Całe pokolenia moich męskich przodków to zawodowi żołnierze. Nawet mój świętej pamięci ojciec miał epizod związany z pracą w wojsku zanim wykryto jego wadę serca. Sama więc widzisz, że to była swego rodzaju naturalna decyzja. A teraz, gdy uznano mnie za chwilowo niezdolnego do dalszej służby, moja własna matka stwierdziła, że ją zawiodłem. Że nie wykazuję się należytym hartem. Że musi się za mnie wstydzić. – Wtulił się jeszcze mocniej w ukochaną.
Roztrzęsiony M
Potrzeba ciągłej kontroli wielu aspektów życia nie wynikała wyłącznie z jego charakteru, czy wychowania. Nie pamiętał okresu ojcowskiej służby, więc postrzegał go wyłącznie przez pryzmat charakteru matki niebędącej z pewnością ucieleśnieniem mitologicznego archetypu. To ona wymagała od dorastającego Maxa zdecydowanie większej dyscypliny, irytując się za każdym razem, gdy któreś z jego zachowań odbiegało od wyznawanego przez nią kodeksu. Na głębszy oddech mógł pozwolić sobie zwykle dopiero, gdy zostawali sami z padre, bo ona musiała akurat wyjechać w jakiejś pilnej sprawie, co nie zdarzało się jednak często. Prawdziwą musztrę przeżył dopiero podczas wieloletniego przygotowania do swojej pierwszej misji i zdobycia tytułu młodszego oficera. Kolejne wojny, w których zmuszony był uczestniczyć wyłącznie pogłębiło jego nieufność i wieczne próby reagowania na każde, choćby najdrobniejsze zagrożenie jeszcze zanim w ogóle mogło ono nastąpić.
OdpowiedzUsuń- Cóż, pewnie rzeczywiście by się z tobą zgodził. – Westchnął ciężko. – Praktycznie ciągle mi powtarza, że powinienem nauczyć się podchodzić do codziennych problemów z większą rezerwą. Że nie walczę już na śmierć i życie. Ale to niezwykle trudne. – Przyznał niechętnie. – Zupełnie jakbym uczył się od nowa zasad panujących w cywilnej codzienności. Zaczynam już chyba bredzić… - Zreflektował się, czując jej dłoń na swoim policzku. – Lepiej będzie jeśli faktycznie zrobimy sobie przerwę i przełożymy kontynuację na inny termin. – Zgodził się. – Nie mogę obiecać, że się wyrobię, ale się postaram. Najpierw jednak muszę odbębnić swoją codzienną sesję z terapeutą i pójść z Fido na szczepienie. Wieczorem zaś zaczynam zmianę na komisariacie, więc jeśli już, wpadłby do was tylko na moment. – Podsumował w zamyśleniu.
Kiedy gdy Inês zniknęła w łazience, patrzył jeszcze przez chwilę na śpiącego syna, prawie nie mogąc uwierzyć, że ma go dosłownie na wyciągnięcie ręki. Obraz dziecka wtulonego w śnieżnobiałą sierść owczarka wydawał mu się aż nierealny.
- No wstawaj kolego. Musimy puścić go z mamą. – Szturchnął lekko zwierzaka, który zamroczony zawarczał ostrzegawczo, ewidentnie gotowy do obrony malca. – No już. – Mocował się jeszcze przez moment nim psiak wreszcie łaskawie się rozbudził i zszedł z kanapy.
Niewątpliwym plusem tej sytuacji był fakt, że cała ta szamotanina wyrwała z objęć Morfeusza także Alexa. Przynajmniej nie musiał mieć wyrzutów sumienia za budzenie go o tak amoralnej porze, więc gdy kobieta znalazła się z powrotem w pokoju, zajęty był już tłumaczeniem mu, czemu nie może zostać tu do rana.
Usypiający M