Wade
Wayne Alexander —12.09.1988 — właściciel firmy stolarskiej Alwood — dom na obrzeżach Farmington Hills — rozwodnik — samotnie, z pomocą rodziców wychowuje czteroletnią Hazel i dziesięcioletniego Jacoba — w Mariesville od zawsze — Sugar
O Waynie Alexandrze wiele można byłoby mówić, bo chociaż nigdy nie zrobił w swoim życiu niczego spektakularnego, nie znajdował się na nagłówkach tabloidów, to na podstawie historii, które go spotkały można byłoby napisać książkę. Nie jedną, ale trzy, o trzech kobietach, które swoim odejściem zatrzęsły jego życiem w posadach, za każdym razem zupełnie zmieniając znaną mu rzeczywistość.
Pierwszą była matka, która kierowana znudzeniem rolą kury domowej, postanowiła, że wyrusza w wielki świat, aby odnaleźć siebie. Wayne miał wtedy sześć lat i zupełnie nie rozumiał, czemu mama nie może odnajdywać siebie w Mariesville, albo czemu nie mogła go zabrać ze sobą, skoro to on był ukochanym, najmłodszym synkiem, wiecznie rywalizującym o uwagę ze starszą siostrą i wygrywającym te potyczki niemal za każdym razem. Odejście Pani Alexander było dla niego przykre, ale nie złamało mu serca, którym w moment zaopiekował się troskliwy ojciec i dziadkowie. Cała trójka nie pozwoliła, by sześcioletni chłopiec, z obdartymi kolanami, płakał za kobietą, która nawet nie dzwoniła, tylko wysyłała ckliwe listy, tandetną biżuterię dla siostry i samochodziki Hot Wheels dla niego. Mimo braku jednego rodzica, miał dobre dzieciństwo.Drugą kobietą była jego szkolna miłość, która odeszła w sposób znacznie bardziej dramatyczny, ale równie niespodziewany i której odejścia nie dało się już zająć samochodzikami, kolorowankami, czy grą w piłkę. Pustki po niej nie zapełniła też kilkutygodniowa podróż motocyklem po Stanach Zjednoczonych, która miała być hołdem dla ich niespełnionych planów i marzeń. Wtedy też Wayne zrozumiał, że nigdy nie znał tak prawdziwie ani jej, ani swojej matki, bo nie da się kogoś poznać tak naprawdę i jesteśmy w stanie zobaczyć jedynie tyle, ile nam samym ktoś pokaże.
Trzecią kobietą była jego żona, z którą starał się budować szczęśliwe życie, ale którą nie potrafiło zadowolić ani miasteczko, ani możliwości które oferowało, ani on sam, który według niej tych możliwości nie miał wystarczająco. Wychodząc za przepiękną dziewczynę, poznaną w barze w Camden, która opowiadała mu o swoich wielkich planach nachylając się nad kolorowym drinkiem, powinien był wiedzieć, że właśnie patrzy na młodszą wersję własnej matki i że ta historia też nie ma prawa zakończyć się inaczej.
Odautorsko:
Witam serdecznie i zapraszam :)
można mnie znaleźć tu: highoctanewater@gmail.com
Poniższe wpisy mogą zawierać treści przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.

[Doczekałyśmy się ^^ ]
OdpowiedzUsuńDahlia
[Oj Octanka szaleje z postaciami ^^ I mamy nasyp samotnych rodziców heh daje @teamrodzice.
OdpowiedzUsuńPowodzenia z ta i kolejną postacią. Obyś miała siły na wszystkie z nich. Karta jest urocza jak jego dzieci. Oddaj im misia ;p]
Ines
[Chciałoby się powiedzieć, żeby sobie te baby odpuścił, naprawdę, ale czymże jest życie bez miłości? :D Trzymam kciuki za Wayne'a bardzo mocniutko – niech mu się tutaj wiedzie!
OdpowiedzUsuńDużo, dużo weny i samych wciągających wątków!]
Aria Kennedy 🖌️🎨
[To teraz przyjdę tu, bo Wayne mi wcześniej umknął!
OdpowiedzUsuńI tak, właśnie podejrzałam z czym związane jest nazwisko Rosie i zrobiłam wielkie oczy! :D ♥
Z Waynem też życzę Ci wszystkiego najlepszego!
Wszystkie Twoje karty zostały namaszczone przez liska, jestem dumna. W razie chęci na jakiś kolejny wątek - wiesz, gdzie mnie szukać.]
Mia Whitaker
[Jak miło widzieć nowe postacie! Trochę mi i Bee się zastygło w ostatnim czasie, ale z ogromną chęcią się rozruszamy wątkowo. Jeżeli nie odstrasza Was wiek mojej panny to zapraszam, z chęcią nad czymś pomyślę!]
OdpowiedzUsuńBailey
Z truchtu przeszła w bieg. Oddychała miarowo. Po latach ćwiczeń potrafiła panować nad swoim ciałem w trakcie wysiłku. Zegarek na ręce pokazywał tętno poniżej średniej. Szło jej dobrze. Czuła, jak do płuc wpada świeże, poranne powietrze. Wiosenny wiatr muskał przyjemnie jej policzki. Wsłuchiwała się w otaczające ją ze wszystkich stron odgłosy: śpiew ptaków, szczekające w oddali psy, przedziwne rozmowy koron drzew. Leśna dukta obdarowywała ją spokojem i samotnością. Cieszyła się, że nie mija ludzi. Nie stroniła od nich, nie była typem odludka, ale lubiła od czasu do czasu pobyć sama. Szczególnie, kiedy biegała. Mogła się wtedy w pełni skupić na aktywności fizycznej, swoim ciele i otaczającym ją świecie. To były momenty, kiedy starała się wyłączyć swoją głowę; wszystkie myśli, które się w niej kotłowały. Pozwalała im odpłynąć, zaszyć się gdzieś w zakamarkach umysłu. Wiedziała, że do nich wróci, ale jeszcze nie teraz.
OdpowiedzUsuńPo niespełna trzydziestu minutach wybiegła z lasu na szutrową drogę. Odgłosy zaczęły się zmieniać – doszły przytłumione dźwięki jeżdżących nieopodal samochodów, rozmowy ludzi i śmiech dzieci. Wiedziała, że niedługo dobiegnie do parku, za którym skręci i wróci do domu tą samą trasą. Nie przyspieszała, jej nogi poruszały się tym samym tempem. Dawno nie była tak zadowolona ze swojego treningu. Patrzyła przed siebie, uśmiechnięta, kiedy nagle na drogę przed nią wbiegł pies. O mały włos na nią nie wpadł. Dahlia zatrzymała się niezdarnie, rozjeżdżając się na żwirze. Gdyby biegła szybciej, trzeba by zbierać ich z kamieni, choć zwierzę na pewno poradziłoby sobie lepiej, niż ona. Spojrzała zdezorientowana na psa, który wydawał się niezwykle szczęśliwy z całego przedsięwzięcia.
- Masz jakieś niezdrowe zapędy – rzuciła w jego stronę, jakby miał zrozumieć, co mówi. Zaśmiała się. Podeszła do niego, uklęknęła i pogłaskała jego jasny łebek. Gdy wstawała, zza zakrętu pojawił się on. I już po spokojnym, samotnym biegu.
Ostatni raz widziała go na pogrzebie swojego ojca. Złożył szybkie kondolencje i odszedł, nie patrząc się za siebie. Od matki wiedziała, że był rozwodnikiem z dwójką dzieci. Próbował ułożyć sobie życie, choć nie do końca mu to wychodziło – przynajmniej z perspektywy Dahlii. Nie mogła jednak oceniać; wystarczyło, żeby popatrzyła na swoje własne losy.
Od śmierci Colette minęło dwadzieścia jeden lat. Gdyby żyła, w tym roku skończyłaby trzydzieści dziewięć lat. Prawie czterdziecha. Może to ona zajęłaby miejsce byłej żony Wayne’a. Mogłaby być matką jego dzieci, wiedliby szczęśliwe, spełnione życie u swego boku. Nic z tego się jednak nie wydarzyło, bo jej siostra odebrała sobie życie.
Dahlia nadal uważa, że byli tylko dzieciakami – oboje. Nastoletnie szczyle, które utraciły ukochaną osobę. Znaleźli w sobie oparcie, którego się przestraszyli. Na pewno przestraszyła się Dahlia. Żałoba zaczęła mieszać się z poczuciem winy; nie mogła przecież zakochać się w chłopaku swojej zmarłej siostry. A jednak. Zaczęli się unikać, aż w końcu urwali kontakt. Każde z nich wyjechało, zostawiając wspomnienia w rodzinnym miasteczku. Na pogrzebie targały nią różne emocje, a teraz poczuła dziwny ucisk w żołądku, widząc go ponownie. Szczególnie, kiedy za jego plecami pojawiły się jego dzieci. Cieszyła się, że policzki ma różowe po biegu i nie widać tych drugich wypieków, pochodzących z głębi jej ciała.
- Cześć – zaczęła, prostując się i kładąc ręce na biodrach. Z jakiegoś powodu zaczęła szybciej oddychać. Pokiwała tylko głową na jego pytanie, jakby bojąc się, że wyda z siebie jakiś nieodpowiedni dźwięk.
- Po śmierci taty wróciłam na stałe – powiedziała po chwili. Uśmiechnęła się w stronę dzieci, które zaczęły się jej przyglądać; młody chłopak ze zniecierpliwieniem, a dziewczynka z zaciekawieniem. – Rodzinny spacer? – spytała, zerkając w stronę dzieciaków. Miała problem z utrzymaniem kontaktu wzrokowego z Waynem. Nie zdawała sobie sprawy, że jego widok może tak na nią działać.
[Cześć i tutaj! Jej... naprawdę lubimy dokopywać naszym bohaterom :/ Mimo że opisałaś same straty w karcie wyżej, to bije od tego pana taki spokój... a jak on lubi Mariesville, to Abi lubi go jeszcze bardziej i na pewno nie raz i nie dwa poprosi o pomoc przy stolarce w pensjonacie! Bawcie sie dobrze <3]
OdpowiedzUsuńAbi
Zaśmiała się, słysząc odpowiedź chłopca. Sama uwielbiała spędzać czas ze swoją rodziną w jego wieku. Był taki okres, że to właśnie jej rodzice – razem z Colette – byli jej najlepszymi przyjaciółmi. Wszystko, co razem robili, przeradzało się w magiczny czas i cudowne wspomnienia. Czasem nie mogła się doczekać powrotu do domu ze szkoły, bo wiedziała, że czeka ich wspólny wieczór gier planszowych. Często, a szczególnie w gorsze dni, wracała pamięcią do tych momentów. Wtedy zalewała ją fala ciepła i miłości. Żałuje, że nie może cofnąć się w czasie i ponownie mieć ich wszystkich przy sobie. Żywych.
OdpowiedzUsuńPomachała do dziewczynki w formie przywitania. Widziała, że ta jest wstydliwa, a jednocześnie zainteresowana obcą kobietą, z którą rozmawia jej tata. Ciekawe, czy kiedykolwiek wspominał o niej w ich domu. Czy Jacob może się domyślać, że łączy ich jakakolwiek przeszłość? Nie, na pewno nie.
Dahlia musiała przyznać, że dzieci Wayne’a są niezmiernie słodkie i ładne; nigdy nie wątpiła, że mogłoby być inaczej, Alexander był w końcu przystojnym i inteligentnym facetem. Widok ich na żywo utwierdził ją w przekonaniu, że miała dobre przeczucie. Co prawda nigdy nie widziała byłej żony Wayne’a, ale przynajmniej teraz wolała udawać, że ona nie istnieje, a dzieci to skóra zdarta z Alexander’a. Potrząsnęła ledwo zauważalnie głową, odpędzając od siebie te myśli. Co to za głupoty. Opanuj się, Dahlia. Jesteś dorosłą kobietą, nie pozwól tym myślom wtargnąć do twojego umysłu. Nie.
Zerknęła w stronę chłopca, który klęczał obok psa. Plac zabaw. Zawsze tam zakręcała i wracała do domu. Nie miała potrzeby zatrzymywać się i wchodzić na wydzieloną do zabawy przestrzeń.
- Mam wolną sobotę, więc czemu nie. Mogę się przejść kawałek z wami – odpowiedziała, będąc w połowie szczera. I tak miała iść w tamtym kierunku, ale za kilkanaście metrów powinna zawrócić, a tego – o dziwo – robić nie chciała. Alexander wcale nie musiał wiedzieć, jaką ma trasę do biegu. Ani, że wieczorem była umówiona na kolację.
Ruszyła powoli za Waynem, który nadal trzymał na rękach swoją córkę. Przez chwilę szli w ciszy, ramię w ramię; jakby taki poranek był dla nich całkowicie normalny. Krótki spacer, huśtanie, a potem rodzinny obiad na tarasie. Sielanka. Dahlia przełknęła głośnej ślinę i rzuciła pierwsze pytanie z brzegu, jakie pojawiło się w jej głowie:
- Jak biznes? I jak trzymają się twoi rodzice?
trochę zakłopotana Dahlia
Dla Arii Kennedy każdy dzień zaczynał się od wypicia wody i joggingu. To był jej mały rytuał, a takowych miała sporo – i jeszcze więcej natręctw, które dla innych wydawałyby się pewnie bez znaczenia, ale Aria w określony sposób ustawiała kubek przy zlewie, miała też manię układania równo talerzy. Klucze musiały leżeć dokładnie tam, gdzie je zostawiła, czyli w małej misce w kształcie szarego kota, który nie miał ogonka, bo już dawno odpadł przez niefortunny upadek, a swoje pędzle zawsze segregowała według rozmiaru. Te małe rzeczy budowały przestrzeń, w której lubiła funkcjonować.
OdpowiedzUsuńDostosowała więc poranek do swoich potrzeb. Woda, gdy brała prysznic, musiała być zimna, buty równo związane, a włosy rozpuszczone lub spięte ulubioną spinką. Muzyka, jeśli w ogóle jej słuchała, zawsze pasowała do jej tempa. Aria pokonywała tę samą trasę od dwóch lat – znała każdy nierówny fragment chodnika, każde drzewo i każdy moment, w którym światło zaczynało przecinać gałęzie drzewa, pod którym biegła.
Lubiła powtarzalność, choć nie dotyczyło to jej pracy ani samej natury tego, co było częścią jej nieco skomplikowanej duszy. Jednak to, co było w stanie podporządkować się jej palcom i grafikowi, ulegało pewnemu perfekcjonizmowi i Aria wcale nie uważała, że robiła coś bezdusznego. Uwielbiała mieć wszystko zaplanowane, a o wyjazdach, wywiadach czy innych wydarzeniach należało ją poinformować z co najmniej dwudniowym wyprzedzeniem, aby mogła się przygotować.
Ta perfekcyjność dobrze widoczna była we wszystkim, czego się podejmowała. Od ponad pół roku organizowała zajęcia plastyczne dla mieszkańców w różnym wieku – w ten sposób próbowała zachęcać młodych i starszych do obcowania ze sztuką i że sztuka to nie sztywne ramy i nadętość, a okazja, aby doświadczyć czegoś innego, czegoś, co mogło poruszyć duszę. Nie miała więc problemu z tym, żeby współfinansować ten projekt; chętnie wydawała pieniądze właśnie w ten sposób i wcale nie chodziło o to, aby pochwalić się bogactwem. Aria robiła to cicho, nie szukając uznania, bo uznanie to było coś, czego akurat nigdy jej nie brakowało – gdy została zauważona i zaczęła sprzedawać swoje obrazy, zmierzyła się ze sławą i presją, co ostatecznie doprowadziło do tego, że dobrze zarabiała.
Sala w Mariesville Community Center, w której prowadziła zajęcia, nigdy nie była tak cicha jak galeria. Ściany miały jasny kolor, który wpadał w beż; gdzieniegdzie wisiały przypięte taśmą kolorowe prace i plakaty z dawnych warsztatów. Aria od początku zaaranżowała salę po swojemu. Sztalugi nie stały w idealnych rzędach, a rozstawiała je luźno półkolem, tak żeby każdy miał trochę miejsca tylko dla siebie, ale nie czuł się całkiem oddzielony od reszty. Mniejsze dzieci sadzała przy stołach nakrytych papierem ochronnym, bo zdarzało się, że często rozlewały wodę i się brudziły, ale jeśli któryś z maluchów chciał stanąć przy sztaludze, nie mówiła nie.
Na jednym długim stole stały farby; akryle poustawiane w rzędach według koloru. Biel, żółcie, czerwienie, błękity, zielenie, brązy i czerń, każda tubka odłożona tak, żeby dało się ją szybko znaleźć. Obok leżały plastikowe palety, słoiki z wodą, pędzle posegregowane według grubości oraz pojemnik z ołówkami i gumkami. Aria pilnowała, by brudne pędzle trafiały do jednego słoja, a czyste do drugiego, choć zwykle już po kwadransie wybuchał chaos, a mimo to zawsze starała się jakoś nad tym zapanować.
W rogu sali urządziła mały kącik z piciem i przekąskami. Stał tam składany stolik przykryty jasną serwetą, a na nim ustawiono dzbanki z wodą i lemoniadą (gdzieś obok leżał też termos z kawą) oraz papierowe kubki i talerzyki. Zwykle ktoś przynosił ciastka, ktoś inny muffinki, czasem pokrojone jabłka albo słone krakersy. Nie było tego wiele, ale wystarczająco, żeby móc zrobić sobie chwilę przerwy.
Prowadząc zajęcia, szczególnie dla najmłodszych, nigdy nie zaczynała od zasad.
Usuń— Weźcie kolory, które pierwsze przyjdą wam do głowy — powiedziała. — Nie zastanawiajcie się, czy pasują.
Dzieci nie potrzebowały więcej zachęty. Najmłodsi od razu sięgali po najintensywniejsze barwy – czerwienie, żółcie, błękity – mieszając je bez większego planu, czasem brudząc przy okazji rękawy i policzki.
Aria podeszła do jednej z dziewczynek, Hazel, która trzymała pędzel nieruchomo nad kartką.
— Jeśli boisz się zacząć, zrób jedną linię — odezwała się. — Krzywą. Albo brzydką. To nie ma znaczenia.
Dziewczynka posłała jej krótkie spojrzenie, a potem ostrożnie przeciągnęła pędzlem przez papier. Farba zostawiła nierówny ślad.
— Widzisz? — Aria uśmiechnęła się delikatnie. — To już jakiś początek.
Z czasem sala wypełniła się rozmowami, śmiechem i chaosem, który niósł ze sobą pewną swojskość. Farba trafiała nie tylko na papier, ale i brudziła dłonie, ubrania, czasem podłogę. Kennedy nie reagowała nerwowo. Przynosiła ręczniki papierowe, przesuwała kubki z wodą, poprawiała ustawienie sztalug, jeśli ktoś tego potrzebował – była tutaj po to, aby każdy dobrze bawił się ze sztuką.
Odwróciła głowę, widząc, jak Hazel, której jakiś czas temu pomagała zrobić pierwszą linię, podbiega do najprawdopodobniej swojego ojca. Aria odczytała SMS-a i wiedziała, że to Wayne odbierze dzisiaj małą z zajęć. Zbliżyła się, ubrana w jasny top i narzuconą luźną, rozpiętą koszulę oraz ciemne jeansy, które miejscami pokrywały zaschnięte ślady farb: błękit, zgaszona zieleń, a gdzieś przy kolanie czerwień.
— Cześć — odpowiedziała, wybierając nieoficjalną formę przywitania, skoro mężczyzna nie narzucił sztywnego tonu. — Tak, wiem, Holly często o tobie wspomina, oczywiście, zawsze stawiając cię w dobrym świetle. Cieszę się, że możemy się w końcu poznać.
Ruchem głowy wskazała stolik w kącie, prowadząc Wayne’a w tamtą stronę.
— Napijesz się czegoś? Mamy wodę, lemoniadę lub kawę z termosu — odezwała się. — Myślę, że Hazel nie tak łatwo da się odpędzić od płótna, jest taka energiczna, ale zarazem skupiona, gdy już wie, co chce namalować, choć dzisiaj zaczęłyśmy tylko od jednej linii.
Aria Kennedy 🖌️🎨
Aria ceniła sobie zaufanie Hazel i starała się, aby dziewczynka oraz reszta dzieciaków czuło się tutaj dobrze. Nie traktowała tych zajęć jak dodatkowej pracy czy czegoś, co należało „odbębnić” – chciała stworzyć tutaj przestrzeń, w której każdy mógł być po prostu sobą, bez konieczności dopasowywania się do czyichkolwiek oczekiwań. Wiedziała, jak ważne to było, bo jako dziecko często spotykała się z nierozumieniem czy wytykaniem palcami za to, że była inna; dziwaczne oczy, dziwaczne włosy, za biała skóra. Dlatego teraz, gdy miała okazję, pragnęła zrobić coś dla tych osób, które nie mogły znaleźć sobie miejsca.
OdpowiedzUsuńPrzebywając z dzieciakami, nie mówiła do nich z góry i nie upraszczała słów bardziej, niż było to potrzebne. Nie podnosiła głosu i nie karciła za bałagan, jeśli widziała, że za tym chaosem stoi zaangażowanie. Zamiast tego przesuwała kubek z wodą nieco bliżej, podsuwała ręcznik papierowy albo po prostu milczała, obserwując cały ten proces tworzenia. Reagowała tylko wtedy, gdy naprawdę było to potrzebne. Poza tym lubiła towarzystwo najmłodszych. Bywały momenty, w których zastanawiała się, czy równie dobrze będzie jej się pracowało z jej własnym dzieckiem, choć do tej pory żaden z kandydatów nie był godzien, żeby w ogóle mogła myśleć o założeniu rodziny. Jej pierwszy chłopak ją zdradził, a potem próbował odzyskać, chcąc kupić jej obraz za zawrotną sumkę, a kolejny okazał się mężczyzną, który lubił używać siły – szybko więc zniknął z jej życia, kiedy tylko odczuła, jak ciężką ma rękę. Aria nie rozpaczała ani nie analizowała tego zbytnio, po prostu szła przed siebie, wierząc, że ostatecznie czeka ją coś dobrego.
Nie przejmowała się swoim wyglądem, szczególnie tutaj, bo wśród dzieciaków trudno było być czystym, owszem, mogłaby ubrać się w sukienkę i wystylizować włosy, ale wiedziała, że nie miało to żadnego sensu; inaczej, oczywiście, wyglądała w galerii, gdzie nosiła się elegancko, prezentując nie tylko kulturę i sztukę Mariesville, ale także artystów, dla których stała się niejako pośrednikiem między publicznością.
— Jestem pewna, że Holly odpowie, że powiedziała samą prawdę. — Zaśmiała się cicho, potrząsając głową. — Czasem ze sobą sporo rozmawiamy, gdy Hazel jest zajęta malowaniem, wydaje mi się, że wtedy obie dajemy jej czas, aby się wyszalała przy płótnie.
Aria lubiła Holly i chętnie częstowała kobietę kawą czy ciasteczkami. Niekiedy plotkowały o zbliżających się imprezach czy festiwalach, a innym razem po prostu gawędziły o codziennym życiu – i ani trochę się przy tym nie spieszyły, bo Kennedy nie próbowała kończyć warsztatów o czasie, a dawała dzieciakom i innym artystom dość czasu, aby pożegnać się ze swoją sztuką do następnego razu.
— Poproszę wodę, dziękuję. — Wzięła od niego papierowy kubeczek i uśmiechnęła się. Upiła łyk, zawinęła zawieruszony kosmyk włosów za ucho i zerknęła w stronę Hazel, słysząc, jak Wayne nazywa ją żywym srebrem.
— Oczywiście, że nie tylko przez sen, mam teorię, że większość dzieciaków ładuje się przez słońce i słodycze — skwitowała z lekkim rozbawieniem. Miała doświadczenie ze starszymi i mniejszymi maluchami, a także z osobami w podeszłym wieku, które także chętnie się tutaj pokazywały. Idea tych zajęć łączyła więc pokolenia i dawała okazję do interakcji, a przy okazji Aria mogła zapowiedzieć nadchodzącą wystawę czy spotkanie z jednym z artystów.
— Chyba po prostu nie lubię, kiedy coś jest robione po łebkach — przyznała szczerze, rozglądając się wokół. — Zazwyczaj staram się przygotować wszystko wcześniej, aby sala była gotowa przed przyjściem pierwszych osób, czasem pomagają mi wolontariusze, a niekiedy po prostu siedzę po godzinach… ale czuję, że ma to sens. Chyba każdy potrzebuje miejsca, w którym będzie akceptowany i mile widziany, niektórzy przychodzą tutaj tylko po to, aby napić się kawy i porozmawiać, i nie mówię wtedy, że to zajęcia tylko dla chcących malować. Jeśli mogę stworzyć w Mariesville jakiś azyl, to okej, mogę siedzieć po godzinach.
UsuńPosłała Wayne’owi krótkie spojrzenie i wzięła kolejny łyk wody.
— Hazel opowiadała o tym, że ma starszego brata, ale że nie chce tutaj przychodzić — dodała. — Może powiesz mu, że za tydzień planujemy warsztaty komiksowe? Mój dobry znajomy, autor komiksów, przyjedzie do Mariesville, żeby pokazać, jak powstaje komiks i co trzeba zrobić, żeby wszystko miało sens. Może to by go jakoś zachęciło?
Aria Kennedy 🖼️🌟
Aria miała pełną, kochającą rodzinę, nie doświadczyła więc braku jednego z rodziców, ale była pewna, że gdyby nie wsparcie mamy czy taty, niewiele by osiągnęła. To Leon przyniósł jej płótno i pozwolił malować, spełniać się i sięgać dalej; nie był facetem, który jakoś bardzo przejmował się sztuką, ale wychwalał każdy jej obraz, a gdy jej malowidła miały zawisnąć w galerii, przyjechał wraz z Rose do wielkiego miasta i próbował ukryć wzruszenie. Aria kochała rodziców i właśnie dlatego wróciła do Mariesville, poza tym była nieco zmęczona światem artystów – chciała po prostu tworzyć sztukę.
OdpowiedzUsuńNiewiele wiedziała o życiu Wayne’a, ale od Holly słyszała, że był pracowitym, miłym mężczyzną, który bardzo kochał swoje dzieci. Aria nie potrzebowała więcej, aby mieć jakiś jego obraz w swojej głowie i do tej pory stolarzowi szło całkiem nieźle, żeby tak zostało, bo faktycznie miał w sobie jakąś łagodność, choć raczej nie byłby zadowolony, gdyby to od niej usłyszał; zazwyczaj każdy mężczyzna wolał być postrzegany przez pryzmat tego silnego i niezawodzącego, ale Aria sądziła, że silna i niezawodna powinna być uszczelka, a nie prawdziwy człowiek, który miał serce po właściwej stronie i żywą stronę.
Ona nie zawsze chciała być matką i nigdy nie poczuła tak konkretnie i całą sobą tego impulsu, ale nie robiła się coraz młodsza i dostrzegała upływające lata. To jednak nie sprawiało, że czuła się źle. Aria wierzyła w to, co praktyczne i logiczne, raczej rzadko podejmując nieprzemyślane decyzje, dlatego nie narzucała sobie presji ani nie robiła niczego, aby znaleźć potencjalnego kandydata, który chciałby założyć rodzinę. Podchodziła do tego dość swobodnie; ostatecznie, nawet nie będąc matką, czuła się spełniona przez swoją sztukę, pracę i to, co robiła dla mieszkańców Mariesville.
— Nastolatkowie to zupełnie obcy gatunek — przyznała ze śmiechem. — Ale czasem dają się lubić i lubią też ciebie, jeśli udowodnisz, że jesteś tym spoko dorosłym, który nie dostrzega ograniczeń, a okazje. Kilka razy współpracowałam z młodymi artystami i to, jak wielką mają wyobraźnią, jak zupełnie inaczej odbierają świat… czasem powinniśmy się od nich uczyć, bo przecież świat jest tak samo kolorowy jak wtedy, gdy byliśmy w ich wieku, po prostu to my pozwoliliśmy, aby barwy stały się bardziej szare.
Upiła łyk wody, a kiedy Wayne wspomniał o pomocy, zerknęła w jego stronę. Aria nie była kobietą, która próbowała usilnie pokazywać, że jest niezależna i że ze wszystkim sobie radziła, owszem, lubiła mieć kontrolę i zazwyczaj nie potrzebowała nikogo, aby zrealizować jakiś swój plan, ale gdy czuła, że czyjaś pomoc byłaby kluczowa, to jej nie odrzucała. Po co miałaby to robić? Poza tym chodziło tutaj o zajęcia i wygodę każdego, kto tutaj przychodził.
— Każda pomoc się przyda — przyznała. — Może przydałaby się nowa szafa? Ta tutaj jest już stara, ale nie potrzebujemy niczego skomplikowanego, po prostu chciałabym mieć miejsce, aby przechowywać wszystkie prace.
Pokazała ruchem w stronę sztalug.
— Niektóre z nich są już stare, więc pewnie przydałoby się wymienić jakiś mechanizm, więc jeśli miałbyś chwilę… — zasugerowała, bo nie chciała się narzucać ani próbować wciągnąć mężczyznę w większą pomoc, niż faktycznie oferował.
Uśmiechnęła się, kiedy wspomniał o Jacobie. Hazel często mówiła o bracie i o szkole, niekiedy prowadziły poważne dyskusje o brokacie, dinozaurach i księżniczkach, a innym razem dziewczynka po prostu wspominała o tym, co jadła wczoraj i że tata robił najlepsze śniadanie, czego, oczywiście, Aria nie miała zamiaru podważać.
Usuń— Skoro ty i ja przetrwaliśmy ten trudny wiek, Jacob również. Z tego, co mówiła Hazel, to jest to bystry dzieciak — odparła, a widząc, że Wayne patrzy przed siebie, pogrążając się w myślach, pozwoliła mu to zrobić. To nie był zresztą pierwszy raz, gdy nieco odpłynął; chyba był kimś, kto za dużo myślał, zbyt dużo analizował, zamiast sięgać po fakty, a faktem było to, że był dobrym ojcem.
— Oczywiście, że może przyjść z kolegami, a jeśli faktycznie będzie chciał się pojawić, zrobię wszystko, aby dzieciaki miały najlepsze miejsca. Niczym innym nie musisz się przejmować, przybory będą zapewnione, więc liczy się tylko obecność — odpowiedziała z uśmiechem.
Aria Kennedy 🌟☀️
Arii dalece było do tego, co związkowe i trudne, bo nigdy nie była z kimś w aż tak poważnym związku ani nie zdecydowała się, aby mieć dziecko. Pewnie byłaby w stanie zrozumieć Wayne’a i wyrazić swoją opinię, ale ostatecznie nie wiedziała, jak wyglądałoby jej życie w trakcie ciąży i po. Była artystką, więc i tak malowała w domu, ale miała też pracę w galerii i angażowała się społecznie, dlatego pewnie trudno by jej było usiedzieć w miejscu. Wiedziała, że jej mama pracowała prawie przez całą ciążę, a potem postanowiła zająć się dzieckiem – ojciec był jej za to wdzięczny. I dla Arii było to logiczne; bo jeśli jeden rodzic decydował się poświęcić karierę, aby zostać w domu, to partner z widomych przyczyn powinien zadbać o byt rodziny. Miała, oczywiście, swoje zdanie w tym temacie i nie bała się mówić tego głośno, choć zdecydowanie nie miałaby problemu, gdyby to ona utrzymywała rodzinę – była znaną malarką, której obrazy sprzedawały się szybko i po zawrotnych sumach, więc cały model rodziny nie musiałby wyglądać tak tradycyjnie.
OdpowiedzUsuń— I czy to nie jest wspaniałe? — Uśmiechnęła się lekko. — Nie myśleć, nie analizować, po prostu robić. Do tego zachęcam wszystkich, którzy po raz pierwszy sięgają po pędzel i farby.
Spojrzała w stronę Hazel, gdy Wayne także tam zerknął, patrząc, jak dziewczynka z uwagą dokańcza swój rysunek. Była urocza, bo w międzyczasie gawędziła z kilka osobami obok i bardzo wyraźnie dominowała swoim charakterkiem, choć nie w ten negatywny czy irytujący sposób.
— Tak, byłam takim dzieckiem i nastolatką — przyznała, choć zdecydowanie jej dzieciństwo należało do dość skomplikowanych. Nie była kimś, kogo ktokolwiek lubił; najczęściej spotykała się z wytykaniem palcami czy wyśmiewaniem za to, że wygląda inaczej, że jest kosmitką z innej planety. Szybko jednak przestała się tym przejmować i odpuściła sobie próby nawiązania jakichkolwiek relacji z rówieśnikami, wystarczyło jej płótno, pędzel i farby.
Aria również nie lubiła udawania. Ceniła sobie szczerość i możliwość bycia sobą bez żadnych filtrów. Mówiła to, co myślała, nie próbowała się stopować, a przy tym była dość konkretna, bo nic jej nie irytowało tak bardzo jak niepewność, nawet jeśli ostatecznie dowiedziałaby się czegoś przykrego czy niewygodnego. Nie każdy ją lubił i zapewne nie każdy widział w niej wielką artystę, dla niektórych była pewnie nadętą malarką z wiochy, o której nikt nic nie wie, i to też było w porządku, bo Aria nigdy nie wstydziła się tego, gdzie się urodziła i dorastała.
Poszła za mężczyzną, który wszedł w tryb Boba Budowniczego i pozwoliła mu się nieco porządzić, aby przedstawił jej swoją wizję. Tak naprawdę nie spodziewała się, że Wayne tak chętnie będzie chciał coś zrobić, sądziła, że raczej próbował być uprzejmy, ale nie miała zamiaru narzekać. Może w Mariesville było więcej osób, które jedynie czekały, aby udzielić komuś pomocy, ale nikt nigdy o nią nie poprosił?
Przyjęła od niego szkic, który zdążył zrobić, i pokiwała lekko głową.
— Chyba najlepszy będzie wariant do sufitu, wtedy będzie więcej miejsca w środku, a mniej kurzu u góry — stwierdziła rzeczowo. — Co do reszty, to oddaję wszystko w twoje ręce, słyszę, że doskonale wiesz, jak powinno to wyglądać, masz jakąś wizję, więc… chcę ją zobaczyć, Wayne. Może nie malujesz, ale też tworzysz. To dobra okazja, żeby zostawić tutaj coś po sobie.
Posłała mu jasny uśmiech, licząc, że Alexander po prostu stworzy coś, co przyjdzie mu do głowy, bez żadnych konkretnych wytycznych, tylko on i drewno.
— W porządku, więc widzimy się za tydzień.
Warsztaty komiksowe miały zacząć się o godzinie dwunastej w sobotę, Aria krzątała się wokół już od ósmej rano. Zaprosiła do współpracy młodego artystę, Eliasa Moreau, autora niezależnych, pełnych humoru komiksów z serii „Paper City Nights”, które zyskały popularność wśród młodszych odbiorców dzięki charakterystycznej kresce i wyrazistym postaciom.
UsuńSala w Mariesville Community Center zmieniła się nie do poznania. Zamiast klasycznego układu sztalug Aria ustawiła stoły w podkowę tak, aby każdy widział prowadzącego i nikt nie musiał się za bardzo wychylać. Na ścianach pojawiły się kadry z komiksów; dynamiczne sceny, zbliżenia na twarze bohaterów, przykłady dymków i różnych stylów narracji. Jedna ze ścian została poświęcona dla żywej tablicy, gdzie przypięto duże arkusze papieru, które później zostaną wykorzystane podczas praktycznej części warsztatów. Na stołach leżały cienkopisy, markery, ołówki i kartki podzielone na panele. Aria przygotowała też gotowe szablony; prostsze dla młodszych dzieci, bardziej rozbudowane dla starszych. Obok znalazły się kartki z przykładowymi emocjami, minami i sposobami rysowania.
Elias opowiadał jej właśnie o najnowszym komiksie i potencjalnej ekranizacji, gdy w progu pojawił się Wayne Alexander z dziećmi. Hazel niemal od razu jej pokiwała, uśmiechając się szeroko, a potem pociągnęła ojca w stronę dorosłych, jakby już nie mogła się doczekać, kiedy będzie mogła zacząć rysować.
— Cześć — odezwała się, uśmiechając lekko. Zerknęła w stronę Jacoba i jego kolegów, którzy wgapiali się w nią, jakby naprawdę była mistyczną wróżką. — Jestem Aria, a to…
— Elias Moreau! — zawołał jeden z chłopców.
— Oho, widzę, że nawet w Mariesville mam fanów — stwierdził luźno Elias, a potem uśmiechnął się szeroko. — Chodźcie, pokażę wam komiksy, które przywiozłem, i kilka szkiców, nad którymi dopiero pracuję.
Aria pozwoliła, aby mały tłum dzieciaków poszedł za Eliasem, potrząsając z niedowierzaniem głową. Wiedziała, że wybierając Moreau, nie będzie zawiedziona, ale nie spodziewała się, że artysta aż tak dobrze wejdzie w rolę mentora.
— Tam są miejsca dla rodziców. — Wskazała ruchem głowy krzesła ustawione pod ścianą, zwracając się do Wayne’a. — Lepiej się pośpiesz, bo później może być ciężko ze znalezieniem sobie siedzenia.
Sala wypełniła się jakiś czas później – nie było ani jednego wolnego miejsca, a Moreau tak prowadził warsztaty, że nie dało się nudzić. Pytał, żartował, odgrywał sceny i przekazywał wiedzę w sposób, który utrzymywał uwagę najmłodszych. Aria pomagała w tym wszystkim, ale nie jako wielka artystka, po prostu podawała kartki oraz długopisy. Była po prostu obok, gdyby któreś dziecko czegoś potrzebowało.
Aria Kennedy
i warsztatowe szaleństwo! 🦸♂️🗯️
Aria uśmiechnęła się, widząc entuzjazm chłopców. Było w tym coś uroczego i chyba Jacob zapomniał o tym, że nie chciał tutaj przyjść, zapewne uważając to miejsce za nudne. Albo po prostu unikał młodszej siostry – to też było prawdopodobne. Kennedy nie wiedziała o dzieciach zbyt wiele, ale lubiła je i nie miała problemu, aby się z nimi dogadywać czy wesprzeć. Była raczej tym typem dorosłego, który jest w stanie rozmawiać o wszystkim i rzadko krzyczy czy się denerwuje.
OdpowiedzUsuńElias był w swoim żywiole, gestykulował, uśmiechał się i spędzał czas między stolikami, pochylając się nad kartkami i rysując bezpośrednio przy dzieciach, jakby to było najprostsze na świecie.
W pewnym momencie wziął marker i podszedł do dużego arkusza przypiętego do ściany.
— Dobra — odezwał się, stawiając pierwszą, szybką linię. — Komiks to nie „ładne rysunki”. To moment. Jeśli uchwycicie moment, wszystko inne się obroni.
Kilka ruchów nadgarstkiem, a z kresek powstała postać; trochę przerysowana, z dużymi oczami i zbyt ostrą linią szczęki.
— Patrzcie — dodał, dorysowując kadr obok. — To ta sama postać. Ale zmieniam tylko brwi… i już wiemy, że coś jest nie tak.
Dzieci podeszły bliżej, niektóre niemal wspinając się na palce, żeby lepiej widzieć. Elias nie zwalniał tempa, rysował kolejne kadry, pokazując ruch, napięcie, zmianę emocji. Strzałka, linie ruchu, prosty dymek.
— Nie musicie umieć rysować realistycznie — powiedział, cofając się o krok. — Musicie umieć pokazać, co się dzieje.
Aria obserwowała to wszystko, dbając o to, aby każdy miał swój papier i mógł powtarzać za Moreau. Gdy warsztaty zaczęły dobiegać końca, Elias oznajmił, że czas, żeby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie i że jeśli ktoś chce, to ma kilka komiksów do rozdania – przy tym zaznaczył, oczywiście, że da autograf każdemu swojemu małemu fanowi.
Spojrzała w stronę Wayne’a, który podszedł do niej z małą Hazel. Uśmiechnęła się, słysząc propozycję, a zaraz potem pokiwała głową.
— W porządku, pizza brzmi świetnie, ale… — Zrobiła pauzę, pozwalając, aby twarz Hazel napięła się w oczekiwaniu. — Ale później zjemy lody. Pizza i lody to najlepsze połączenie.
Zaraz potem pojawił się Elias, prowadząc ze sobą Jacoba i jego kolegów.
— Oddaję moich fanów — oznajmił Moreau z uśmiechem. — To było naprawdę fajne doświadczenie, Aria — zwrócił się do Kennedy, a potem dodał: — I ktoś tutaj — skinął głową w stronę Jacoba — stwierdził, że to najlepsze warsztaty, na jakich był.
Elias jeszcze chwilę porozmawiał z dzieciakami i żegnając się, zaczął zbierać swoje rzeczy.
— Poczekacie przed wejściem? — spytała Aria, patrząc w stronę Wayne’a.
Kiedy większość osób ruszyła w stronę wyjścia, gwar wokół nieco przycichł. Aria podeszła bliżej Moreau i pomogła artyście spakować swoje rzeczy.
— Dzięki — odezwał się, zarzucając torbę na ramię. — Naprawdę. To było… dobre. Inne niż zwykle, ale w dobrym sensie. Jeśli będziesz robić coś podobnego jeszcze raz, daj znać. Chętnie wrócę.
— To ja dziękuję. Twoje warsztaty były niesamowite — odpowiedziała.
— Przestań! — Zaśmiał się cicho, potrząsając głową. — Zrobiłem to dla ciebie, bo mnie o to poprosiłeś, ale teraz? Jestem w stanie przyjeżdżać tutaj dla tych dzieciaków.
Pożegnała się z Eliasem, a potem dołączyła do Wayne’a i dzieciaków. Zwróciła się w stronę Jacoba, który rozmawiał z kolegami o warsztatach, bohaterach i komiksach, podając mu kilkanaście zeszytów – dostała je od Moreau, bo wiedział, że Aria przekaże komiksy jego najwierniejszemu fanowi.
— Proszę — powiedziała. — To dla was, mam nadzieję, że się podzielicie. — Uśmiechnęła się lekko, a potem wyprostowała się i spojrzała w stronę Wayne’a. — Idziemy?
Pizzeria była niewielka, z dużymi oknami wychodzącymi na główną ulicę Mariesville, z ciepłym światłem i zapachem ciasta, który unosił się już od progu. Nad ladą wisiała ręcznie malowana tablica z menu, a gdzieś w tle słychać było cichy szum rozmów i dźwięk naczyń z zaplecza. Tuż obok budynku rozlegał się plac zabaw i mała fontanna.
UsuńW środku panował przyjemny chaos. Kilka drewnianych stolików, krzesła, które skrzypiały przy przesuwaniu, i ściany ozdobione zdjęciami sprzed lat; starymi, lekko wyblakłymi, przedstawiającymi właścicieli, pierwsze otwarcie lokalu, klientów, którzy wracali tu od dekad. Nie było tu nic nowoczesnego, nic wystudiowanego. Wszystko było trochę niedoskonałe, ale prawdziwe.
— Co dla was? — odezwała się Lila Torge, podchodząc do stolika z notatnikiem. Była tutaj kelnerką od jakichś piętnastu lat. Miała ciepły głos i widać było, że podobała jej się ta praca. — Dzisiaj polecam margheritę i tę z pieczonym czosnkiem. I mamy świeżą arbuzową lemoniadę, naprawdę dobrą.
Aria przez moment studiowała menu i odezwała się:
— Dla mnie hawajska. Tak, wiem, wiem, byłabym wrogiem numer jeden każdego Włocha, ale uwielbiam pizzę hawajską. — Zaśmiała się cicho, doskonale wiedząc, że dla niektórych ananas zdobiący pizzę był okrutną zbrodnią.
— Oho, ktoś tutaj jest odważny! — Lila parsknęła, zapisując pozycję w notatniku. — Ale hawajską też mamy dobrą.
Aria Kennedy 🍕🍉
— Uwierz, też byłam w szoku, kiedy zaczęła mi smakować. — Aria zaśmiała się cicho, słysząc komentarz Jacoba, który mówił to, co myślał i nie próbował się powstrzymywać, a to musiało oznaczać, że czuł się swobodnie. Zerknęła w stronę Wayne’a, który posłał synowi to spojrzenie, co sprawiło, że Kennedy uśmiechnęła się z rozbawieniem.
OdpowiedzUsuń— Dla mnie lemoniada arbuzowa — odpowiedziała, dziękując kelnerce, a potem spojrzała w stronę chłopców i Hazel, którzy rozbiegli się w swoje strony.
Nagle zrobiło się cicho, bo nie było nikogo, kto się przekrzykiwał ani nie komentował niczego wokół. Aria nie czuła się jednak niezręcznie ani nie próbowała zagłuszyć tego momentu jakimiś słowami, byleby tylko mówić, byleby tylko jakoś to przerwać. Lubiła ciszę i nie przeszkadzało jej to, że dzieliła ten moment z Alexandrem.
Jako jedynaczka Aria była raczej przyzwyczajona do samotnych wypadów, bo w pewnym wieku nieco się wstydziła chodzić wszędzie z rodzicami, więc prosiła mamę o trochę pieniędzy i szła kupić sobie lody albo traciła wszystko, losując kilka randomowych, malutkich zabawek z maszyny przed marketem. Aria je uwielbiała i w pewnym momencie miała wiele małych, plastikowych kotków i piesków, równo zajmujących jej półkę w pokoju. Nie miała znajomych, żeby włóczyć się po Mariesville, bo nie zdążyła zaprzyjaźnić się z kimś tak blisko, aby móc to robić, a gdy już była nastolatką, przepadła dla farb i płótna, więc rzadko opuszczała dom, a potem wyjechała z miasteczka i zajęła się swoim życiem i studiami, które właściwie pochłonęły całą jej uwagę.
Dzięki swojej perfekcji zdobyła stypendium, szybko też zaczęto wystawiać jej obrazy i w ten sposób stała się kimś więcej niż szarą studentką malarstwa. To za to pozwoliło jej poznać odpowiednie osoby i choć nie były to wielkie przyjaźnie, to ostatecznie Aria miała kilka zaufanych znajomych, dla których była dość fajna, żeby się z nią pokazywać. Opuszczając Mariesville, doświadczyła zmiany perspektywy, bo nie była już dziwną dziewczyną z białymi włosami i różnymi oczami – stała się kimś, kogo każdy chciał poznać, a chłopcy zaczęli się nią interesować, bo była niezwykła.
Wbiła spojrzenie w twarz Wayne’a, kiedy się odezwał, i uśmiechnęła się delikatnie.
— Nie mogłabym odmówić Hazel, poza tym kto by nie dał się skusić pizzy i lodom? — Przewróciła lekko oczami, a potem kiwnęła głową. — Tak, znamy się ze studiów. Pracowaliśmy nawet nad jednym projektem wspólnie, złapaliśmy kontakt i od tamtej pory czasem się do siebie odzywamy. Nie jest to jakaś wielka przyjaźń, ale Elias nigdy nie odmawia pomocy.
Zmrużyła oczy, gdy słońce wpadło przez szybę, oświetlając jej twarz. Podniosła się, zasłaniając okno żaluzją.
— Mam wrażliwe oczy — wyjaśniła, bo nie każdy zdawał sobie sprawę z tego, że choć jej spojrzenie było wyjątkowe, przynosiło też trochę ograniczeń. Czasem jej oczy delikatnie pulsowały lub bolały, gdy zbyt długo były naświetlane przez naturalne światło, a niekiedy uporczywie łzawiły. Najczęściej Aria unikała wychodzenia z domu w najbardziej słoneczne godziny właśnie dlatego.
— Co do środowiska artystów… — Zajęła z powrotem miejsce. — To zależy. Dla niektórych liczy się tylko sława i imprezowanie, dla innych ważna jest po prostu sztuka, ale ogólnie spotykamy się gdzieś po drodze w tym wszystkim. Ja, jako studentka, raczej rzadko imprezowałam, a jeśli już, to wychodziłam pierwsza. Tak, tak, byłam nudna.
UsuńZaśmiała się cicho, wzruszając lekko ramionami.
— Pewnie gdybyś poznał innych artystów, od razu poczułbyś się niemal uwiedziony tym, co chcieliby pokazać — dodała. — Ostatecznie każdy jednak dba o własną sztukę i chyba nie ma w tym nic dziwnego. Ty pewnie też dbasz o to, co tworzysz z drewna, prawda? Środowisko artystów nie jest więc niczym mistycznym, no, chyba że chcesz się wkręcić w jakąś imprezę?
Posłała mu nieco rozbawione spojrzenie, nie umiejąc sobie wyobrazić Wayne’a wśród ekstrawaganckich artystów, choć może by się tam odnalazł? Może dołączyłby do kółka, gdzie debatowano nad wyższością naturalnych materiałów w sztuce? Sięgnęła dłońmi przed siebie, aby wyprostować kolorowy obrus i poprawiła talerze, które przyniosła kelnerka – wszystko musiało stać w odpowiedniej linii.
Aria Kennedy 🍕👩🏼🎨
Czasem zazdrościła innym tego, że mają rodzeństwo, ale później dowiedziała się, że jej mama, Rose, źle zniosła poród, a przez to nie mogła zajść w kolejną ciążę bez ryzyka, dlatego świadomie zrezygnowała z kolejnego dziecka. Aria była więc jedynaczką, córką pielęgniarki i emerytowanego już detektywa, który robił wszystko, żeby jego córka miała dobre, beztroskie dzieciństwo – i udało mu się to. Leon był dobrym mężczyzną, dobrym mężem i ojcem. Zawsze starał się być obok, nigdy nie odmawiał nikomu pomocy i miał sporo dobrych znajomych. W Mariesville znał go każdy.
OdpowiedzUsuń— Nie trzeba… — zaczęła, ale Wade już wstał, więc zamieniła się z nim miejscami. — Dziękuję.
Zamrugała kilka razy i rozsiadła się wygodniej. Była wdzięczna Wayne’owi za to, że wyszedł z inicjatywą, bo nie musiał tego robić i nie oczekiwała tego od niego.
— Bycie stolarzem też nie jest nudne, po prostu kontynuujesz tradycję — odparła luźno, bo Aria nie czuła się lepsza przez to, że skończyła studia. Rozumiała jednak, że czasem mogło to wywoływać kompleksy. Do pewnego momentu ona też je miała, ale dotyczyły bardziej wyglądu niż czegokolwiek innego. Chciała być jak inne dziewczyny i wzbudzać zainteresowanie, a nie śmiech i szepty. Teraz ani trochę jej to nie przeszkadzało i umiała wykorzystać niecodzienną urodę w inny sposób; poza tym, gdy wyjechała z Mariesville, okazało się, że może podobać się płci przeciwnej i że wszystko jest z nią w porządku.
— Poza tym zawsze możesz iść na studia zaocznie, zjazdy są w weekendy, więc pewnie mógłbyś to pogodzić z pracą i opieką nad dzieciakami, ale jeśli nie czujesz, że chcesz studiować, to… po prostu tego nie rób. Nie każdy musi mieć studia, a ostatecznie wyższe wykształcenie nie sprawia, że jest się lepszym człowiekiem. Znam wielu doktorów czy magistrów, którzy nie świecą przykładem — skwitowała rzeczowo, bo akurat miała sporo doświadczenia z różnymi ludźmi. Obracając się w artystycznym światku, często spotykała się ze sponsorami, koneserami sztuki czy osobistościami, które lubiły otaczać się pięknem. Aria zdążyła zauważyć, że status czy pieniądze o niczym nie świadczyły i nawet najbardziej wykształcony mężczyzna potrafił być zwykłym ćwokiem.
— Może jakiś kwiatowy wzór? — zasugerowała lekko. Uniosła dłoń, rysując opuszkiem palca niewidzialny układ, jakby trzymała pędzel, który mogłaby namalować tu i teraz. — Irysy? Są smukłe, trochę chłodne, ale kojarzą się z intuicją i odwagą. Dodałabym do nich maki, z pozoru wyglądają krucho, jednak są przypomnieniem wrażliwości. Dobrze wyglądałyby też ciemierniki, bo reprezentują upór i wytrzymałość.
Przechyliła lekko głowę.
— Można by dołożyć też naparstnice. Są wysokie i eleganckie. To byłby dobry kontrast — dodała.
Chciała odnieść się do imprezy artystycznej, ale wtedy do stolika podbiegła Hazel. Aria najpierw obejrzała rysunek, który przedstawiał wiosenny krajobraz z drzewem i kolorowymi kwiatkami, zanim podniosła swoje spojrzenie w stronę dziewczynki.
— Zaproszenie? — powtórzyła, kiwając lekko głową, a potem chciała dodać, że chętnie przyjdzie, ale wtedy Wade się wtrącił, a Hazel wróciła do rysowania, choć zdecydowanie nie była zadowolona z tego, że tata kazał jej iść przed usłyszeniem ariowego „tak” lub „nie”.
Aria skierowała swoje dwukolorowe spojrzenie do Wayne’a, a potem uśmiechnęła się lekko.
Usuń— Nigdy nie robię rzeczy, których nie chcę — odparła szczerze. — Och, może robiłam to, co musiałam, gdy chodziłam do szkoły, ale jako dorosła kobieta? Męczy mnie udawanie, że dobrze się bawię. — Obejrzała jeszcze raz zaproszenie, które własnoręcznie zrobiła Hazel. — Przyjdę, jeśli będziesz czuł się z tym w porządku. Nie chciałabym przeszkadzać ani sprawiać, że całe to wydarzenie w przedszkolu będzie sztywne… albo niezręczne.
Zaraz potem Lila pojawiła się przy ich stoliku z wprawą kogoś, kto potrafił lawirować ze stosem naczyń między krzesłami i stolikami, jakby było to tak proste jak oddychanie.
— Uwaga, gorące — uprzedziła miękko, pochylając się lekko, żeby bezpiecznie postawić pizzę. Ser wciąż delikatnie bulgotał przy krawędziach, a cienkie ciasto było zarumienione i lekko przypieczone, miejscami ciemniejsze, jakby muśnięte ogniem.
Aria podziękowała krótko, a potem niemal konspiracyjnie pochyliła się nad stołem, zerkając na placek należący do Wayne’a.
— Wymienimy się po połowie? — zapytała. — No chyba że nie lubisz hawajskiej.
Aria Kennedy🍕🌼
— Chętnie bym pomogła z księgowością, ale nigdy nie lubiłam za bardzo liczyć. — Uśmiechnęła się lekko, przypominając sobie, jak wręcz nienawidziła liczb. Miała dobrą pamięć i wszystko przychodziło jej dość łatwo, ale miała tendencję do wybierania sobie ulubionych przedmiotów i fiksacji.
OdpowiedzUsuń— Kurs lutniczy? — dopytała, kiwając lekko głową, a gdy Wade wspomniał o renowacji mebli, zastanowiła się nad tym dłużej. To brzmiało zdecydowanie bardziej interesująco, bo zapewne wymagało perfekcji, nie tej widowiskowej, którą łatwo pokazać komuś z boku, ale tej cichej i mozolnej. Renowacja mebli wydawała jej się dziwnie ludzka. Większość rzeczy, kiedy się niszczyły, ludzie po prostu wyrzucali. Kupowali coś nowego, bardziej pasującego, a to, co stare, poobijane, nadgryzione czasem, przestawało mieć jakąś wartość.
— Dasz mi namiary na to szkolenie? — spytała. — Sprawdzę terminy i może uda mi się gdzieś to wcisnąć. Podoba mi się idea renowacji mebli. Teraz, gdy o tym myślę, mam w głowie te wszystkie rysy, odbarwienia, ślady po kubkach i obtarcia przy krawędziach.
Dotknęła delikatnie stolika, przy którym siedzieli.
— Nawet teraz… ktoś kładł na ten blat ręce, przesuwał je, ktoś tutaj jadł, rozmawiał albo się kłócił, a potem przychodził ktoś inny. Wierzysz w to, że meble mają duszę? — Posłała Wayne’owi krótkie spojrzenie. Była ciekawa, czy jako ktoś, kto pracował z drewnem, widział w tych konstrukcjach coś ludzkiego, czy może dla niego były to tylko projekty, które musiał wykonać.
— W porządku, zrobię szkic i… dziękuję, Wade, to naprawdę większa pomoc, niż oczekiwałam — powiedziała szczerze, bo najpierw wahała się, czy w ogóle o coś prosić, a potem owa pomoc urosła do większego projektu i Aria czuła, że to coś większego. Szafa, gdy już zostanie ustawiona w konkretnym miejscu, będzie tam pewnie stała przez ładnych kilkadziesiąt lat. To było coś dużego.
— Chyba chciałam mieć pewność, że czujesz się z tym w porządku — wyjaśniła. Rozumiała, że Wayne mógł mieć do niej dystans, nie była kimś bliskim ani nikim z rodziny, więc gdyby uznał, że to dziwne, zapewne by sobie odpuściła. Mimowolnie się roześmiała, słysząc, jak nazywał ją czarodziejką. — Tak sądzisz? Może powinnam kupić sobie różdżkę?
Potarła delikatnie kącik ust, czując swój uśmiech, a potem pokiwała głową, gdy Wayne nazwał swoją córkę mocno naciskającą. Aria wiedziała, że Hazel potrafiła pokazać charakterek i umiała bardzo dokładnie określić swoje potrzeby – i była przy tym dość urocza, aby wybaczyć jej tę głośną szczerość.
Zacisnęła usta z rozbawieniem, wymieniając się z Alexandrem pizzą, a potem wgryzła się w jeden z kawałków. Ciasto było idealne, a ser rozpuszczał się w ustach. Przysłuchiwała się rozmowie z żywym zainteresowaniem, próbując zrozumieć obie strony; Jacoba, który chciał posmakować innej pizzy, i Hazel, która ani myślała podzielić się swoim daniem, choć nie trwało to długo, bo czterolatka skapitulowała zaraz potem.
— Dziękuję, Jacob, ty też możesz spróbować mojej hawajskiej, obiecuję, że nikomu nie powiem, że zjadłeś pizzę z ananasem — przyrzekła i uśmiechnęła się do chłopca, po czym odwróciła niemal teatralnie wzrok, gdy Jacob sięgnął po jej placek i ugryzł. Udawała, że nic nie widziała.
Po pizzy Hazel przypomniała o lodach. Aria kiwnęła jedynie głową, a zaraz potem grupka stanęła przy niewielkiej budce znajdującej się przy rogu ulicy, niedaleko parku. Było to jedno z tych miejsc, które wyglądały tak samo od lat; pastelowa farba na drewnie, lekko już wyblakła od słońca i małe okienko, przez które podawało się zamówienia. Za ladą krzątał się Oliver Hayes, mężczyzna po czterdziestce, z lekko przyprószonymi siwizną włosami. Był ubrany w kolorowy fartuch i czapeczkę.
Usuń— No proszę, cała ekipa! — rzucił i uśmiechnął się szeroko.— Kto pierwszy?
Dzieci nie czekały ani sekundy. Zaczęło się wskazywanie smaków, któreś zmieniło decyzję w połowie zdania, próbując wybrać między czymś czekoladowym a owocowym. Ostatecznie udało się zamówić lody dla każdego.
— Usiądziemy? — Aria wskazała ławkę, gdy Jacob, Caleb i Hazel pobiegli w stronę małego placu zabaw, przekrzykując się i śmiejąc. — Uwielbiam lody… — Przez moment obracała rożek w palcach, zanim spróbowała pierwszego kęsa. Wybrała dla siebie dwie gałki lodów: jedna o smaku bananowym, druga miętowym. — Są jedną z niewielu rzeczy, które prawie nigdy nie zawodzą — dopowiedziała po chwili, zerkając w stronę dzieci, które już zajęły huśtawki.
Aria Kennedy 🍦🌷
Aria spojrzała najpierw na lody Wayne’a, potem na niego i uśmiechnęła się lekko.
OdpowiedzUsuń— To akurat nie jest problem — powiedziała spokojnie, bo było niewiele rzeczy, które ją krępowały. Aria Kennedy miała w sobie dosłowną szczerość nie tylko, gdy z kimś rozmawiała, ale też w tym, co robiła. Dlatego nigdy nie byłaby dobrą manipulantką; to, co myślała, padało jej z ust szybciej, niż by tego chciała, choć z wiekiem nauczyła się, że czasem niektórych rzeczy nie warto mówić, szczególnie jeśli to ma spowodować jakiś mniejszy lub większy konflikt.
Spróbowała jego lodów, cmoknęła ustami, jakby analizowała smak, i kiwnęła głową.
— Dobre. Orzechy robią różnicę — skwitowała i podsunęła mu swoje lody. — Jeśli chcesz, możesz też spróbować moich. Większość osób twierdzi, że lody miętowe smakują jak pasta do zębów, ale… ostrzegam, jeśli to powiesz, zacznę się kłócić.
Posłała mu lekkie, rozbawione spojrzenie, a potem wzięła głębszy oddech, chcąc wrócić do jego pytania.
— Ludzie — powiedziała w końcu, zupełnie bez emocji, jakby to była najprostsza możliwa odpowiedź. — I oczekiwania. Najczęściej to drugie. — Uśmiechnęła się lekko. — Lody nie zawodzą, rzeczy tylko czasami, ale są prostsze i zazwyczaj mają instrukcję.
Po lodach pożegnała się z Alexandrem i dzieciakami, a potem wróciła do domu. Zjadła obiad z rodzicami, popracowała w ogrodzie i wieczorem stanęła przed sztalugą.
Podczas kolejnych zajęć artystycznych Aria przykucnęła przy jednym z niższych stolików, gdzie Hazel siedziała z pędzlem w dłoni i miną, która wyraźnie sugerowała, że coś jest nie tak. Kartka przed nią była prawie pusta, tylko kilka niepewnych linii i plama koloru w bliżej nieokreślonym kształcie.
— Co się dzieje? — zapytała, opierając łokcie o kolana.
Hazel westchnęła ciężko, jakby w swoim czteroletnim życiu widziała i przeżyła już tak wiele, że pozostało jej tylko wzdychanie.
— Bo mamy to Święto Wiosny w przedszkolu… — zaczęła, marszcząc brwi. — I okazało się, że nikt nie umie zrobić ładnych malunków… i będzie brzydko.
— Nikt?
— Nikt! — odpowiedziała od razu. — A miały być drzewa, kwiaty i jakieś zwierzęta!
W tym momencie telefon Arii zawibrował gdzieś obok, więc wyprostowała się i sięgnęła po komórkę. Numer nieznany. Przez chwilę się wahała, ale odebrała.
— Aria Kennedy — rzuciła.
Dzwoniła do niej jedna z przedszkolanek, Claire Donovan, która dostała jej numer od Holly, babci Hazel, a kiedy kobieta spytała o to, czy Kennedy mogłaby pomóc ze scenografią, Aria po prostu się zgodziła. Zakończyła rozmowę i odłożyła telefon.
Hazel wbiła w nią swoje duże oczy.
— Kto to był? — spytała nieco wścibsko.
— Claire Donovan — odpowiedziała.
Dziewczynka zamarła.
— I?
— I zajmę się scenografią. Mówiłaś coś o drzewach, kwiatach i zwierzętach, prawda?
Hazel przez sekundę wyglądała, jakby nie była pewna, czy dobrze rozumie, a potem jej twarz rozjaśniła się natychmiast.
— Naprawdę?! — Podniosła się gwałtownie z krzesełka. — Tak, tak, tak!
Sala przedszkola wyglądała, jakby ktoś przeniósł do niej kawałek bajkowego lasu; Aria zrobiła z zaplanowanej scenografii małą, teatralną instalację. Z tyłu rozciągało się malowane tło w kilku warstwach; ciemniejsze pnie drzew ginęły w głębi, jaśniejsze liście wychodziły do przodu, a między nimi migotały drobne, złote punkty, które przypominały świetliki. Kartonowe krzewy miały doklejone papierowe liście, niektóre lekko odstawały, dzięki czemu cały las wydawał się żywy. Po bokach sceny stały większe drzewa zrobione z lekkich płyt i pomalowane tak, że z daleka wyglądały jak prawdziwe. W korze widać było smugi brązu, szarości i zieleni, a między gałęziami ukrywały się małe papierowe ptaki, sowa o wielkich oczach i lisek wyglądający zza pnia. Nad sceną zwisły cienkie pasma przezroczystego materiału, które delikatnie falowały.
UsuńAria, ubrana w prostą, jasną sukienkę sięgającą do połowy łydki, z miękkiego, lekko układającego się materiału, stała z boku obok przedszkolanki. Oglądała przedstawienie z zaangażowaniem, klaszcząc w odpowiednich momentach i śledząc wzrokiem dumną buźkę Hazel, która dawała właśnie pokaz swojego całego życia.
Gdy przedstawienie dobiegło końca, Aria podeszła do Wayne’a, jego rodziców i dzieciaków z delikatnym uśmiechem. Zaraz potem wręczyła małej Hazel bukiet kolorowych tulipanów, które przypominały tęczę. Kwiaty były kupione specjalnie dla niej.
— To był naprawdę dobry występ, gratuluję — odezwała się, chwaląc czterolatkę, a potem zwróciła się do dorosłych. — Cześć, dzień dobry.
Aria Kennedy 🌷🌈
Aria również przytuliła Hazel, uśmiechając się do niej. Dziewczynka naprawdę świetnie wystąpiła, a do tego całe przedstawienie było udane, więc Kennedy cieszyła się, że mogła pomóc, choć gdyby nie zaangażowanie dzieciaków, scenografia byłaby tak naprawdę nieważna. Praca nad nią zaczęła się od prostych szkiców, które szybko zaczęły się rozrastać. Aria najpierw rozplanowała sobie przestrzeń, proporcje, miejsca; każdy element musiał do siebie pasować – drzewa nie tylko wyglądały jak drzewa, ale tworzyły punkty orientacyjne i pomagały dzieciom odnaleźć się na scenie. Tło nie było tylko płaską plamą koloru; budowała je warstwami, stopniując odcienie tak, żeby przestrzeń wydawała się głębsza. Pracowała długo, często po godzinach, wykorzystując materiały, które miała pod ręką. I efekt naprawdę jej się podobał.
OdpowiedzUsuń— Nie ma za co, artyści powinni być doceniani za ich pracę — odparła, słysząc podziękowania Hazel, a potem przywitała się z Holly i resztą. To starsza kobieta była najbardziej rozgadana i wcale nie szczędziła sobie słów; to zazwyczaj ona najgłośniej komentowała obrazy, które Aria czasem pokazywała lub oddawała, żeby je zlicytować. Pod tym względem przypominała nieco jej mamę, bo Rose także zawsze broniła tego, co Aria robiła.
— Dziękuję za zaufanie. — Kiwnęła delikatnie głową, a potem pozwoliła, aby Holly ujęła ją za rękę i pogłaskała. Było to urocze, niemal matczyne. — Cieszę się, że mogłam pomóc.
Pożegnała się z kobietą ciepłym uściskiem i skierowała spojrzenie w stronę Wayne’a, gdy nie było już nikogo, kto mógłby tutaj wpaść i zacząć głośno się wszystkim zachwycać. Zauważyła, że wyglądał nieco inaczej – bardziej elegancko, ale chyba to wymagało od niego przedstawienie, w którym występowała jego córka. Większość rodziców ubrało się dzisiaj bardziej wyjściowo, jakby to była jedna z wielkich premier filmowych.
Teraz, gdy sala zaczęła powoli pustoszyć, a gwar rozmów przeniósł się bliżej wyjścia, wszystko wydawało się spokojniejsze. Zniknęło napięcie, a zostały pojedyncze głosy, śmiechy i szelest zbieranych rzeczy.
— Tak, to był naprawdę wyjątkowy projekt. Hazel bardzo mi pomogła, powiedziała, co powinno się tam znaleźć, więc… można powiedzieć, że to sukces mój i jej — odpowiedziała szczerze. Gdy wspomniał o tym, że może odwieźć ją do domu, chciała odmówić, bo nie miała zamiaru zabierać Wayne’owi czasu, ale kiedy wspomniał o szafie, przechyliła lekko głowę.
— W takim razie zabierz mnie do swojego królestwa — powiedziała. — Tylko wezmę swoje rzeczy.
Odwróciła się jeszcze, sięgając po torbę przewieszoną przez oparcie krzesła – miała tam najpotrzebniejsze rzeczy i zdecydowanie za wiele tych niepotrzebnych. Zerknęła do środka, jakby chciała się upewnić, że wszystko ma. Telefon, notatnik, kilka ołówków, cienkopis, który zawsze gdzieś się zawieruszał, gumka do włosów, mała tubka farby, której nie powinna była ze sobą nosić, a jednak nosiła, i kilka drobiazgów, które nie miały żadnego konkretnego zastosowania, ale jakoś zawsze się przydawały.
— I uprzedzam — dodała, zerkając kątem oka w stronę Wayne’a — nie uznaję półśrodków. Jeśli już mam coś zobaczyć, chcę zobaczyć wszystko.
Była gotowa zobaczyć projekt i skomentować pracę Wayne’a. Sztuka, nieważne, czy ta namalowana farbami, czy w drewnie, nie była dla niej czymś, czemu należało narzucić jakąś konkretną wizję – czasem ta zmieniała się pod wpływem jakichś bodźców, a ostatecznie chodziło o to, żeby zobaczyć, jak zachowuje się płótno, i zdecydować, co z tego wydobyć. Aria, nawet jeśli zaczynała od konkretnego pomysłu, bardzo szybko pozwalała obrazowi wybrzmieć; warstwy farby, faktura – wszystko to potrafiło zmienić pierwotną koncepcję w coś bardziej prawdziwego, bo każdy obraz miał duszę.
UsuńDlatego nie spodziewała się, że będzie w stanie ocenić pracę Wayne’a jak czegoś, co da się zamknąć w konkretnych kategoriach „dobrze” albo „źle”. Bardziej interesowało ją to, czy w tym projekcie było coś jego.
— Idziemy? — Podeszła bliżej i pozwoliła się przepuścić w drzwiach.
Aria Kennedy 🌷🎨
— Oczywiście, że to odpada, każda praca zasługuje na jakieś konkretne miejsce, nawet jeśli wydaje się nieco gorsza od innych — odparła, bo ona też miała obrazy, które wydawały jej się odstawać od reszty. Zawsze starała się, aby jej sztuka była idealnym odzwierciedleniem tego, co myślała i czuła, ale niekiedy farby nie chciały współpracować, a projekt koniec końców odbiegał od pierwotnej wersji i to nie w ten pożądany sposób. Aria sądziła jednak, że jeśli coś się stworzyło, należało się o to zatroszczyć.
OdpowiedzUsuńPodziękowała, gdy otworzył przed nią drzwi – doceniała te drobne gesty. Wiedziała, że istnieli mężczyźni, którym nie chciało bawić się w takie niuanse, ale dla niej była to oznaka przede wszystkim dobrego wychowania i manier.
Przez chwilę patrzyła w tę samą stronę, co Wayne, mrużąc lekko oczy przed ciepłym, niskim światłem.
— Ja też — odpowiedziała. — Światło jest wtedy mniej agresywne. Bardziej miękkie. I tak jakby bardziej pachnie jabłoniami. To chyba jedna z niewielu rzeczy, które tutaj nigdy mnie nie rozczarowują, oprócz lodów. — Posłała mu delikatny uśmiech, nawiązując do tego, co mu powiedziała ostatnim razem.
Mariesville było małe, ale miało swój urok i dawało poczucie bezpieczeństwa. I to tutaj był jej dom, choć wróciła tylko po to, aby uciec przed jakąś nieszczerością świata, który ją rozczarował. Teraz miała nadzieję, że wszystko będzie inaczej – nie była też dłużej dziewczynką, którą każdy wytykał palcami, a dorosłą kobietą, która szukała dla siebie miejsca w miasteczku, które pachniało jabłkami.
— Ty tutaj rządzisz — odparła, gdy zaproponował jej buty Holly. Aria co prawda nie miała w sobie strachu przed zniszczeniem czegokolwiek, często brudziła się przy sztaludze i ani trochę się tym nie przejmowała, ale nie ignorowała kwestii bezpieczeństwa.
Obserwowała, jak Wayne sięga w stronę schowka, ale w ostatniej chwili cofnął rękę. Domyślała się, czemu to zrobił, choć nie widziała w tym nic złego – chciał po prostu złapać swoje klucze. Kiwnęła głową, a potem podała mu jego własność, przez moment oglądając dużą, drewnianą królową szachową.
Wysiadła sprawnie z auta i rozejrzała się wokół, rejestrując kluczowe punkty. Szła cicho za mężczyzną, nie odzywając się, a chłonąc całą sobą atmosferę miejsca, które jej pokazywał – czuła zapach drewna, które kojarzyło jej się z czymś surowym, a zarazem miękkim.
— To mój obraz — odezwała się, wskazując ramę, i podeszła bliżej, aby krytycznie przyjrzeć się dziełu. Rzadko miała okazję oglądać swoje obrazy raz jeszcze, gdy ktoś je od niej odbierał. — Gdy go namalowałam, czułam, że jest niewystarczający… ale spodobał się Holly, więc go jej podarowałam. Chyba dostrzegła w nim coś, czego ja nie umiałam, i chyba teraz to widzę. Idealnie tutaj pasuje.
Odwróciła się do Wayne’a, który właśnie postawił przed nią buty, nie wstając z kucek. Zrobiła to samo, co on, kucnęła, i zsunęła parę botek, które założyła, aby nie męczyć stóp – uznała, że to dobry wybór, skoro od rana poprawiała scenografię do przedstawienia, a potem musiała się zmierzyć z całą chmarą dzieciaków. Miała białe skarpetki w słoneczniki, które szeroko się uśmiechały – były dość infantylne, ale Aria je lubiła.
— Nie, buty wystarczą, dziękuję. To tylko sukienka, nawet jeśli się pobrudzę, to nic się nie stanie. Poza tym nie sądzę, abym wyszła stąd brudniejsza niż kiedy maluję, wtedy zupełnie ignoruję to, co dzieje się z farbami. Mogłabym to przyrównać do twórczego amoku — odparła, prostując się i wyciągnęła do Wayne’a rękę, aby pomóc mu wstać. — Jestem gotowa wejść do twojego królestwa.
UsuńPosłała mu uśmiech i zabrała dłoń, a potem jeszcze rzuciła krótkie daj mi chwilę; zostawiła tutaj swoją torbę, ale uprzednio wyciągnęła z niej gumkę i związała biało-czarne włosy w niechlujnego koka.
— Więc… opowiedz mi o wszystkim. — Podeszła do niego, dając się prowadzić. — O drewnie, narzędziach. Interesuje mnie proces. Szlifowanie, łączenia, bejce, lakier… i co robisz, gdy coś pójdzie nie tak? Zaczynasz od nowa?
Aria Kennedy 🪵🌻
Holly faktycznie miała talent, choć Aria nie mogłaby się zdecydować, co właściwie mieściło się w owym talencie. Kobieta była miła, gadatliwa i wydawało się, że nikomu źle nie życzyła – Aria lubiła z nią rozmawiać, plotkować i zdecydowanie powinny kiedyś urządzić sobie babskie spotkanie, skoro odbiór Hazel z zajęć kończył się co najmniej godzinną gadaniną o wszystkim i o niczym.
OdpowiedzUsuń— Mhm, chyba muszę podarować jej jeszcze jakiś inny obraz, zostało jeszcze sporo miejsca — odparła nieco żartobliwie, bo faktycznie zmieściłaby się tam jeszcze jakaś ramka. Doceniała to, że Wayne uważał, że obraz był wystarczający i że był przy tym szczery. Aria nie lubiła, gdy ktoś kłamał lub próbował ukrywać swoje prawdziwe odczucia pod maską uprzejmości; nie była krucha ani nie miała delikatnego ego, że nie móc wysłuchać jakiegoś negatywnego tonu.
— Twoje również, pasują do ciebie — stwierdziła, odwdzięczając się za komplement skarpetkowy, bo te jego także były inne. Aria lubiła ubierać się różnie, czasem elegancko, niekiedy zupełnie luźno; wszystko zależało od okazji i jej nastroju, bo nie wyszłaby w czymś, co sprawiałoby, że miałaby ochotę zrzucić z siebie skórę.
Gdy Wayne pokazywał jej halę i podzielone strefy, Aria kiwała głową i mruczała cicho, jakby chciała mieć pewność, że mężczyzna nie uzna, że jest znudzona. Bo nie była. Warsztat wydawał się miejscem, w którym zawsze coś się działo i tętnił wewnętrznym życiem, które różniło się od tego z zewnątrz. Szła obok Alexandra, oglądając każde wskazane przez niego miejsce. Podobało jej się to, że wszystko miało tu swoje miejsce. Nawet chaos produkcji był jakoś sklasyfikowany.
— Chyba mogłabym pracować na lakierni — stwierdziła, gdy wspomniał, że to najnudniejsze zajęcie, ale wymaga sporo precyzji. Aria była zazwyczaj dość zadaniowa i robiła to, co od niej wymagano w obszarach, które nie dotyczyły malarstwa; dobrze więc sprzątała, gotowała, myła samochód i zajmowała się papierami. Przed sztalugą jednak ta zadaniowość jakoś się rozmywała i płótno zamieniało się w miejsce, które dawało jej przestrzeń, aby wyrazić emocje, których być może nie rozumiała albo nie potrafiła okazać.
Nie dotykała niczego bez pozwolenia, choć kilka razy jej palce drgnęły, jakby chciała sprawdzić fakturę drewna albo krawędź jakiegoś blatu. Szczególnie długo przyglądała się płytom, fornirom i blatom z żywicą epoksydową.
— Mhm, praktyczne meble chyba zawsze są bardziej opłacalne, rzadko kiedy ktoś kupuje coś… innego? — Spojrzała w stronę Wayne’a, głośno myśląc. Nie wiedziała nic o tym, jak działa ten rynek, ale lubiła się domyślać i zadawać pytania; wychodziła z założenia, że człowiek może dowiedzieć się tyle, ile będzie tylko chciał, ale żeby to zrobić, musiałby najpierw przyznać, że czegoś nie wie.
Kiedy Wayne otworzył drzwi do swojej części hali i przepuścił ją przodem, Aria zatrzymała się w progu, aby zarejestrować wzrokiem układ pomieszczenia. To miejsce było inne. Bardziej osobiste.
— Wiesz, że takie miejsca zazwyczaj pokazują duszę właściciela? — Obróciła się w jego stronę i uśmiechnęła się delikatnie. — Widać, jak traktujesz narzędzia, jak je układasz, co zostawiasz pod ręką, a co chowasz i jak traktujesz rzeczy, które są zużyte, ale nadal ich nie wyrzucasz.
Tutaj było widać, jak Wayne pracował i co było dla niego ważne. Dostrzegając to wszystko, mogła poznać mężczyznę w inny sposób – dowiadywała się szczegółów nie z jego ust, a z pracy.
Podeszła do szafy i pochyliła się nieco, aby dokładnie obejrzeć drewno. Jej wzrok przesuwał się po liniach frezów, po płytkich zagłębieniach w drewnie i po miejscach, w których ornament dopiero miał nabrać pełnego kształtu. Było w tym coś bardzo satysfakcjonującego. Szafa nie była jeszcze piękna w oczywisty sposób, ale miała strukturę. I wiedziała, że Wayne zajmie się resztą.
Usuń— Woda wystarczy, dziękuję — odpowiedziała. Palcem wskazała jeden z fragmentów wzoru, nie dotykając jeszcze powierzchni. — Tutaj zostawisz to bardziej płytkie czy pogłębisz? — zapytała, przechylając lekko głowę. — Jeśli pogłębisz za bardzo, kwiaty mogą zacząć wyglądać ciężko. A teraz mają w sobie coś… miękkiego. Podoba mi się ten efekt.
Aria Kennedy 🪵🌻