✽Rose Paraquat z domu Garner ✽ 12/08/1988 ✽ wicedyrektorka i nauczycielka chemii w Mariesville High School ✽ rodowita mieszkanka ✽ mama trzynastoletniej Daisy oraz szesnastoletniego Reeda ✽ dom w Applewood Grove ✽ w separacji od dwóch miesięcy✽
Urodziła się w domu, w którym zapach świeżo wypiekanego ciasta walczył o uwagę z zapachem świeżo ściętych kwiatów, którymi tata regularnie obdarzał jej mamę, kiedy wracał z pracy w Atlancie. Dopiero co wysuszona pościel, składana w zgrabną kostkę, zawsze była poprzetykana woreczkami z potpourri, gdy czekała na swój czas w szafie, a przedpokój pachniał mokrą ziemią i mchem naniesionymi na brudnych butach. Miała szczęście dorastać w domu, którego zapachy, kojarzące się z sielanką, idealnie obrazowały to, jaki on był w rzeczywistości. Tata, nie ojciec, był i wciąż jest człowiekiem spokojnej natury, zamkniętym w sobie i szaleńczo zakochanym w żonie, którą, gdyby nie schorowane ciało, najchętniej wciąż nosiłby na rękach, ale zamiast tego w każdą sobotę zabiera ją na tańce. Mama, nie matka, nadal piecze ciasta i szykuje mężowi śniadanie, chociaż ten nie pracuje od kilku lat, nazywając go starym durniem, gdy zapomni wziąć lekarstw. Siostry, Violet i Iris, są dla Rose najbliższymi przyjaciółkami, które, chociaż pracują w Atlancie, wpadają regularnie do rodzinnego domu ze swoimi bliskimi.
Rose została, a właściwie powróciła do Mariesville, gdy w wieku dwudziestu jeden lat zaszła w nieplanowaną ciążę i wyszła za Evana Paraquata, którego lubiła szczerze, ale daleko było temu uczuciu do prawdziwej miłości. Zamieszkała najpierw w niewielkim mieszkaniu w Downtown, a ponieważ Evan wciąż studiował, kiedy ona przerwała naukę na jakiś czas, siedziała tam prawie sama i myślała nad tym, co zrobić ze swoim życiem, gdy maleńka istotka przytulała się do jej piersi. Ukończyła edukację dwa lata później, niż miała zamiar. Nie poszła na studia medyczne, jednak nigdy nie żałowała tej decyzji, czerpiąc niesamowitą radość z pracy jako nauczycielka w Mariesville High School, w którym po pewnym czasie została wicedyrektorką.
Mamą drugiego, małego człowieka została niedługo po otrzymaniu dyplomu, mając nadzieję, że przyjście na świat Daisy zbliży ją z jej ojcem, który, tak jak niegdyś tata Rose, bywał w domu jedynie w weekendy. Mogła dzięki temu być dumną żoną adwokata bigamisty, który prócz niej, poślubiony był pracy. Nigdy nie byli blisko, bo nie zdążyli być, nigdy też nie pokochali się tak, by przetrwać wszystko i wszystkich. Nauczona swojego słomianego wdowieństwa, bez perspektyw na jakiekolwiek zmiany i zbyt przyzwyczajona do tego, jak było, trwała w małżeństwie bez miłości, ale z szacunkiem. Dopiero wtedy, gdy w końcu przypomniała sobie, jak rzeczywiście powinno bić serce, postanowiła, że nie mogą tak dłużej. Evan nie był zdziwiony, bo i on myślał o tym od kilku lat, dlatego są w tym momencie w separacji, chociaż oboje wiedzą, jaki będzie jej finał, i zdaje się, że nawet nie czują żalu.
Odautorsko
Witam serdecznie i zapraszam :)
można mnie znaleźć tu: highoctanewater@gmail.com
Poniższe wpisy mogą zawierać treści przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.

[Iris, Violet i Rose, no i jeszcze Daisy. Cudne imiona dla czterech kwietnych dziewczyn! ♥
OdpowiedzUsuńAleż ostatnio jesteś płodna w postaci. I to w dodatku takie cudne. Wspaniały wizerunek. Nie mogę się napatrzeć na to zdjęcie. ;>
Rosie wydaje się być taką zwyczajną, poczciwą kobietą. Lubię takie kreacje. :) Bawcie się z Rose dobrze.]
Mia Whitaker
[ I don't know what this is or what it isn't
OdpowiedzUsuńBut it feels like we've got unfinished business 🧡 ]
Weston
[Cześć, rozmarzyłam się, czytając o domu, o spokoju, bezpieczeństwie i miłości. Pięknie zobrazowałaś ujęcie rodziny, to chyba nawet taka rodzina idealna, nawet jeśli wkradły im się sutki i choroby pod skórę. Natomiast sama Rose... wydaje mi się, a właściwie bardzo na to liczę i jej życzę, aby czas jej poświęceń się skończył. Żeby coś dostała sama od życia i zwariowała z szczęścia. ☀️
OdpowiedzUsuńTrzymam kciuki za to, aby jej serce nie tylko mocniej biło, ale żeby ono szaleńczo galopowało, a ona poznała smak porywającej miłości!]
Abi
[Hej, dobry wieczór,
OdpowiedzUsuńOdezwałam się na PW.]
Poranne powietrze w Mariesville było rześkie, a mgła jeszcze nie do końca opadła po nocy, kiedy Weston Danforth otwierał pakę swojego pickupa. Dzień zapowiadał się zgodnie z planem, w którym mieli skończyć deskowanie tarasu u Millerów, kilka ulic od jego domu, w którym mieszkał od powrotu z Atlanty przed pięcioma laty. Wszyscy jego pracownicy szykowali się już do rozpoczęcia pracy, gdy na podjazd wtoczył się stary, poobijany sedan Reeda, jego najmłodszego pracownika, a zarazem syna Rose Paraquat, która od zarania dziejów była jego najbliższą przyjaciółką.
OdpowiedzUsuńChłopak wysiadł, potykając się o własne nogi, z twarzą, która była mapą niewyspania i nerwowego pobudzenia. Wes zerknął na zegarek, który wskazywał dwadzieścia minut spóźnienia. U innego pracownika wywołałoby to krótkie, surowe upomnienie, ale na widok Reeda, w którego oczach wciąż widział odbicie Rose, Weston jedynie uniósł brew.
— Myślałem, że budzik ci zgnił, młody — rzucił Wes, wyciągając z samochodu pas z narzędziami.
Reed zaczął bełkotać przeprosiny, szarpiąc się z za dużymi spodniami roboczymi, które zsuwały mu się z bioder. Jego ruchy były chaotyczne, a ręce drżały mu bardziej niż zwykle przy porannym chłodzie. Słowa o pakowaniu pudeł, o nocy spędzonej na wynoszeniu rzeczy ojca do garażu, o pustej szafie Evana, wypadły z niego jak lawina, której nie potrafił zatrzymać.
— To mama ci nie mówiła? — zapytał nagle Reed, a jego wielkie oczy rozszerzyły się w nagłym przypływie paniki.
Weston poczuł dziwne uderzenie w piersi. Separacja. Słowo, które w Mariesville rzadko oznaczało jedynie przerwę, a zazwyczaj było powolnym dogasaniem związku, który ludzie starali się przytrzymywać w życiu zbyt długo. Patrzył na Reeda – na tego dzieciaka, który próbował być dorosły w za dużych butach – i poczuł nagły przypływ współczucia zmieszanego z goryczą. Wiedział, jak to jest, gdy dom nagle zmienia swój kształt, gdy fundamenty, które miały być wieczne, zaczynają pękać pod stopami. Jego dzieciństwo też nie należało do wzorcowych.
— Jasne, młody. Nic nie słyszałem — odparł Wes, choć w środku wszystko w nim zawrzało. — Zapnij pas i bierz się za deski…
Kilka godzin później Weston siedział na tarasie swojego domu w Farmington Hills. Widok na dolinę zazwyczaj go uspokajał, ale dziś każdy odgłos drzew przywodził na myśl echo słów Reeda. Mama ci nie mówiła? Myślał o Rose. O tym, ile razy widział ją uśmiechniętą, choć w jej oczach czaiło się zmęczenie, bo Evan zawsze był duchem – kimś, kto był obecny w akcie małżeństwa i narodzin dzieci, i opowieściach, ale rzadko przy ich wspólnym stole.
Dźwięk silnika samochodu Reeda wyrwał go z zamyślenia. Zobaczył, jak sedan syna przyjaciółki zatrzymuje się przed podjazdem. Rose wysiadła z auta, trzymając w dłoniach papierową torbę, powiedziała kilka słów do swojego syna i zatrzasnęła za sobą drzwi, ruszając w stronę chaty Westona. Zszedł z tarasu, przechodząc przez dom i otwierając jej drzwi w tym samym momencie, w którym ona w nie zapukała. Patrzył na nią przez chwilę.
— Reed to fatalny konspirator — powiedział cicho, odbierając od niej ciepłą jeszcze torbę. Nie chciał jej zawstydzać, nie chciał, by czuła się winna, że mu nie powiedziała. Chciał jej tylko dać do zrozumienia, że już wie i że nie musi udawać. — Powiedział mi rano. Mniej więcej między pytaniem o to, gdzie są gwoździe, a prośbą, żebyś go nie zabiła za gadulstwo.
Weston cofnął się o pół kroku, robiąc jej miejsce w progu, jak robił to setki razy wcześniej. Patrzył na nią, czując, jak chłodne powietrze wieczoru wdziera się do środka, ale żadne z nich nie kwapiło się, by zamknąć drzwi. Rose stała tam, z jedną ręką wciąż uniesioną w powietrzu. Wyglądała na mniejszą niż zazwyczaj. Może to przez ten wielki, wełniany sweter, a może przez to, że nagle zeszło z niej powietrze, gdy Weston przyznał się, że wie o jej separacji z mężem.
Usuń— Szarlotka brzmi świetnie — Uśmiechnął się, nie kontynuując tematu separacji, w końcu nie było to ani trochę jego sprawą.
Weston na dobrą sprawę nie wiedział nic o małżeństwie ani trudach związku. A co dopiero rodzicielstwie. Nie chciał więc wygłaszać swoich opinii, które mogłyby być krzywdzące dla Rose. Evana tolerował, tak samo, jak Evan tolerował i jego. Kropka. Blondynka miała na pewno wystarczająco wiele na głowie, żeby jeszcze jej dokładać niepotrzebne opinie.
Weston
Mijał już czwarty miesiąc odkąd Nerea powróciła do Mariesville i wydawać by się mogło, że jej życie powoli zaczynało się stabilizować. Oczywiście na tyle, na ile było to tylko możliwe przy niemal dwudziestoczterogodzinnej opiece nad dwoma dość problematycznymi mężczyznami, z których jeden był zaledwie wiecznie buntującym się, nieco pogubionym nastolatkiem, a drugi podstarzałym alkoholikiem borykającym się dodatkowo z objawami Alzheimera. Nierzadko zdarzało się, że brakowało jej doby, a ona sama padała na łóżko dopiero grubo po północy, zmęczona do tego stopnia, że zasypiała praktycznie natychmiast po dotknięciu głową poduszki. A jednak każdego poranka nadal udawała pełną sił, obdarzając świat szerokim uśmiechem. I tylko czasem, gdy większość mieszkańców miasteczka szykowała się już do snu, siadała w jednym z głębokich foteli w salonie, pozwalając sobie na chwilę zapomnienia jaką dawało jej niemal machinalne szarpanie strun pozłacanej harfy. Nie mogąc już dłużej dawać koncertów na deskach włoskiej opery, bujała w obłokach, wierząc że kiedyś będzie jej dane zasmakować blasku dawnej chwały. Nie zdawała sobie jeszcze sprawy, że za parę miesięcy na ten świat przyjdzie pewna krucha istotka, która zupełnie zmieni jej życiowe priorytety. Przecież już na początku związku umówili się, że Aurelio przed przystąpieniem do seksu, będzie zakładał prezerwatywy, więc jej obecne zmęczenie i brak regularnych miesiączek nie mógł świadczyć o ciąży, a tylko o zwykłym przeciążeniu organizmu. Nie musiała wykonywać żadnych dodatkowych testów, nieprawdaż ? Przecież nawet on nie zostawiłby jej samej z tak wielkim ciężarem. Nie był aż tak złośliwy.
OdpowiedzUsuń***
Szykowała właśnie późne śniadanie dla ojca, który zaledwie przez paroma godzinami wrócił wreszcie ze swojego tournée, przyciągnięty przez Waltera, sąsiada mieszkającego kilka przecznic dalej, gdy nagle rozdzwonił się telefon.
- Ja odbiorę ! – Krzyknęła, widząc jak senior stara się niepewnym slalomem dostać do zawieszonej na ścianie słuchawki. Jeszcze znowu wyłożyłby się jak długi na wciąż wilgotnej podłodze i problem gotowy. Przeskakując z jednego suchego punktu na drugi, dotarła do urządzenia. – Dzień dobry. – Odparła, czując nagłą suchość w ustach po usłyszeniu z drugiej strony słuchawki głosu dyrektorki miejscowego liceum. Co też ten nieszczęsny diabeł znowu wymyślił ?! – Tak, z tej strony Nerea Leiva. Jestem starszą siostrą i prawną opiekunką Elio. – Potwierdziła, domyślając się, że kobieta nie zawracałaby jej głowy niczym błahym.
Nerea
Obiecała stawić się najszybciej jak to możliwe, woląc jednak nie określać przybliżonego czasu przybycia. Nie mogła bezpiecznie opuścić domu, zostawiając ojca samego, bo nie mogłaby być pewna, czy w ogóle miałaby do czego wracać. Jeden przyjazd straży pożarnej, gdy pod jej krótką nieobecność spowodowaną wyjściem do pobliskiego sklepu, próbował podgrzać sobie obiad na kuchence i poszedł spać, zapominając zakręcić gaz nauczył ją dosadnie, żeby w takich wypadkach zawsze załatwić mu jakąś opiekę. To właśnie tamtego popołudnia po raz pierwszy usłyszała rzuconą szeptem propozycję jakoby to powinna wystąpić do sądu o jego ubezwłasnowolnienie, by potem z czystym sumieniem oddać go do ośrodka łączącego w sobie funkcje detoksykacyjne i opiekuńcze. Nie rozumieli, że ten dawniej opowiadający przepiękne o dzikiej przyrodzie mężczyzna rozpił się tylko z tęsknoty za żoną, co należało mu w jakiś sposób zrekompensować. Zwłaszcza, że to właśnie w Nerei widział najwyraźniej jej reinkarnację, skoro uparcie nazywał ją imieniem swojej zmarłej małżonki.
OdpowiedzUsuń- Na lodówce masz mój numer. Dzwoń natychmiast, gdybyś miał z nim jakiś problem. – Powtórzyła po raz czwarty Willemu, jednemu z tych nielicznych sąsiadów, którzy faktycznie jako tako radzili sobie z często zmiennymi humorami seniora.
- Nie martw się. Dam sobie z nim radę. – Zapewnił. – Lepiej skup się na Elio.
- Dzięki. I…jeszcze raz przepraszam za kłopot. – Rzuciła ze wstydem wyraźnie wypisanym na dnie ciemnych tęczówek, wyciągając z torebki samochodowe kluczyki i kierując się w stronę garażu.
***
Całe szczęście uliczki tego uroczego amerykańskiego miasteczka wypełnionego wszędobylskim zapachem jabłek w porównaniu z wiecznie zakorkowanymi jezdniami Florencji czy Livorno były praktycznie puste. Pozwalało jej to na niemal całkowite zatopienie się we własnych myślach bez ryzyka stłuczki czy potrącenia jakiegoś przebiegającego na drugą stronę przechodnia. Nie wiedząc jaki wybryk tym razem wymyślił nastolatek, tuż przed wyjściem z domu, chwyciła pierwszy lepszy słoik z musem owocowym, który przez całą drogę turlał się w tę i z powrotem pod siedzeniem pasażera. Drobny prezent na zażegnanie konfliktu, którą to tradycję przekazała jej matka. I jeden z nielicznych kuchennych eksperymentów, co do którego faktycznej wartości odżywczej mogła czuć się w pełni przekonana. Oby to rzeczywiście wystarczyło. – pomyślała, parkując pod budynkiem liceum i zerkając na etykietę. Mus różany.
- Dzień dobry. Wzywała mnie Pani. – Oświadczyła, zerkając niepewnie na kobietę siedzącą po drugiej stronie biurka.
Nerea
Weston długo nic nie mówił wodząc wzrokiem za Rose. Patrzył, jak wyciąga z szafki w jego kuchni widelce i przez chwilę miał wrażenie, że widzi ją jednocześnie taką, jaką była teraz — zmęczoną całą tą sytuacją, zrezygnowaną, że się nie udało. Ale i taką, jaką pamiętał sprzed lat. Dziewczynę stojącą boso na ganku jego domu, z kubkiem kawy w dłoni i spokojem w oczach, który zawsze wydawał mu się czymś niezniszczalnym. Z czasów, kiedy byli jeszcze dzieciakami biegającymi po tej samej drodze między pastwiskami. Z czasów, kiedy wszystko wydawało się prostsze, a przyszłość była czymś szerokim i otwartym, nie czymś, co było później jednym wielkim rozczarowaniem.
OdpowiedzUsuńI widział też Evana. Nie takiego, jakim był na początku — bo przecież był początek. Nawet dobry, skoro Rose postanowiła się z nim związać. Weston pamiętał go dobrze. Wysokiego, pewnego siebie chłopaka, który pojawiał się w Mariesville jak ktoś z innego świata. Evan zawsze miał w sobie dziwną łatwość bycia mile widzianym, uprzejmość, która dobrze wyglądała w towarzystwie starszych ciotek i jeszcze lepiej na zdjęciach z rodzinnych uroczystości. Ludzie go lubili. Weston go tolerował. Przez jakiś czas nawet wierzył, że Rose może być z nim szczęśliwa.
Dopiero po chwili uświadomił sobie, że przez wszystkie te lata nigdy naprawdę nie zapytał jej wprost, dlaczego została z Evanem tak długo, choć obecny tylko na tyle, na ile musiał. Jak człowiek, który odhacza własną obecność tak samo beznamiętnie, jak podpisuje się na rachunku w recepcji hotelu, po czym zaraz i tak zniknie z powrotem za drzwiami.
Wes nigdy nie mówił o tym głośno. Nie było to w jego stylu. Nie należał do ludzi, którzy wchodzą w cudze małżeństwa z butami i ogłaszają wyroki, nawet jeśli w głowie od dawna mają już gotowy osąd. Tolerował Evana, choć Rose go o to nie prosiła. Pamiętał Evana pojawiającego się nagle i znikającego równie szybko. Pamiętał jego samochód na podjeździe tylko przez kilka dni w miesiącu. Pamiętał rozmowy przy ogrodzeniu, kiedy Reed był jeszcze mały i pytał, czy jego tata zostanie tym razem na dłużej. Nigdy nie miał złudzeń. Widział, jak Evan traktuje dom jak przystanek, rodzinę jak obowiązek, a własne życie jak coś, co dzieje się gdzieś indziej, najlepiej w Atlancie, z dala od odpowiedzialności. Wracał wtedy, kiedy wypadało. Bywał wtedy, kiedy było trzeba.
I właśnie to najbardziej Wesowi przeszkadzało.
Nie sama obojętność. Nie ucieczka. Nawet nie to, że Evan był człowiekiem, który najwyraźniej nie potrafił być mężem w sposób choćby odrobinę godny. Najgorsze było to, że Rose latami musiała przy tym stać. Musiała podtrzymywać dom, dzieci, rytm dnia rodziny, uśmiech, zwyczaje, święta i te wszystkie drobne rzeczy, które składają się na rodzinę, kiedy jedna osoba dawno przestała być jej częścią. Weston rozumiał więcej, niż sam by chciał i może dlatego nie potrafił oceniać Rose za to, że tyle wytrzymała. Nie po tym, jak długo z boku widział, że ona nie tyle trwała w tym małżeństwie z przywiązania, ile z uporu, obowiązku i kobiecej nadziei, że człowiek w końcu stanie się tym, kim obiecywał być na samym początku. Evan nie stał się.
Weston zacisnął palce na oparciu krzesła i spojrzał na Rose tak, jakby chciał powstrzymać się by powiedzieć więcej, niż pozwalał mu rozsądej. W głowie miał jedno, proste zdanie, którego nie wypowiedziałby przy niej tak wprost, ale które od lat nosił pod skórą jak świerzbiącą prawdę. Evan Paraquat bowiem był mężczyzną, który miał dom, rodzinę i kobietę wartą więcej niż wszystko, co sam potrafił zbudować, a i tak zachowywał się, jakby to wszystko było tylko wygodnym miejscem do zatrzymania się na noc.
Wes nigdy nie powiedziałby tego na głos. Nie teraz i nie przy niej. Ale gdy patrzył na Rose, która przez tyle lat musiała dźwigać ciężar dwojga ludzi sama, czuł tylko jedno: ulgę, że wreszcie przestała czekać na kogoś, kto od dawna już nie umiał wracać do domu.
Usuń— Rose — powiedział spokojnie. Podszedł bliżej kobiety, zabrał od niej jedną z łyżek i odłożył ją na blat, zanim zdążyła ją ścisnąć tak mocno, że pobielały jej knykcie. — Nie byłaś mi nic winna. Naprawdę.
Nie lubił, kiedy próbowała brać na siebie odpowiedzialność za rzeczy, na które w żaden sposób nie miała wpływu. Przez moment patrzył na nią, próbując zdecydować, od czego właściwie powinien zacząć.
— Reed nie wyglądał na smutnego — odpowiedział w końcu szczerze. — Wyglądał na zmęczonego. Trochę spiętego. Ale nie zaskoczonego. Jak ktoś, kto od dawna wiedział, co się święci. Dzieci widzą więcej niż nam się wydaje, zwłaszcza kiedy coś trwa latami.
Urwał na chwilę, bo zdał sobie sprawę, że mówi już więcej, niż planował. Ale Rose patrzyła na niego tak uważnie, z tą niemal bolesną potrzebą usłyszenia czegoś prawdziwego, że nie potrafił się wycofać. Oparł się dłonią o blat stołu i przesunął wzrokiem po jej twarzy, jakby szukał w niej samej odpowiedzi, których chciała usłyszeć. Rose zawsze była dla niego kimś więcej niż tylko matką Reeda i Daisy. Była częścią jego życia tak głęboko wrośniętą w codzienność, że czasami dopiero w takich chwilach zauważał, jak bardzo. Jak naturalne było to, że pojawia się z ciastem, że stoi w jego kuchni, że zna drogę do każdej szafki i każdego zakamarka w jego domu.
— Dzieci naprawdę widzą więcej, niż nam się wydaje — powiedział cicho. — Tylko my sobie wmawiamy, że jeśli nie mówimy czegoś głośno, to oni tego nie czują.
Mówiąc to, zobaczył przed oczami nie tylko Reed’a, ale i własne życie. Wszystkie te rzeczy, które ludzie w małych miasteczkach zwykli zamiatać pod dywan tak długo, aż stawały się częścią codzienności. Te spojrzenia po pewnej letniej nocy, które nie potrzebowały słów. Te wieczory, kiedy każdy przy ognisku wiedział, że to jest ten Weston, co jego ojciec zabił matkę, ale nikt nie miał odwagi powiedzieć tego na głos. Weston rozumiał to zbyt dobrze, bo sam dorastał w świecie, gdzie milczenie bywało wygodniejsze niż prawda. A potem życie nauczyło go, że prawda i tak zawsze znajduje sposób, by wrócić.
— Zmęczone dzieci nie zawsze są smutne — powiedział w końcu cicho. — Czasem po prostu przestają się dziwić.
Wes podszedł do szafki po szklanki, otworzył ją i przez moment tylko stał, patrząc na półki, jakby znał ich układ na pamięć, ale potrzebował sekundy, by nie powiedzieć czegoś zbyt dobitnego. W końcu wyjął dwie szklanki, postawił je na blacie i sięgnął po dzbanek z wodą.
— Chcesz kawy? — zapytał, chociaż odpowiedź była właściwie oczywista.
Weston