9.04.2026

[KP] Ophelia Mitchell


Ophelia Mitchell

Ophelia Jane Mitchell, urodzona 23.12.2003 roku w Mariesville ♥ rodowita mieszkanka, najmłodsza z trójki rodzeństwa, córka właścicieli kliniki weterynaryjnej i stadniny koni ♥ wiele szybko przemijających pomysłów na życie, lecz brak konkretnego i trwałego ♥ aktualnie piastuje posadę recepcjonistki w Mariesville Clinic ♥ mieszka u siostry i rozkoszuje się niezależnością ♥ opiekunka i przyjaciółka trzyletniej Irish ♥ rodzinny buntownik i opozycjonista o wybujałej fantazji, balansujący między skrajnościami —•— powiązania

——— As legend has it, you are quite the pyro
You light the match to watch it blow ———

Gdyby bujanie w obłokach przeliczało się na pieniądze, zapewne nie musiałaby się martwić o swoje dalsze losy. W świecie fantazji bowiem żyje się lepiej i łatwiej, niż w tym realnym, zwłaszcza gdy ciężko pogodzić się z surowymi standardami tego ostatniego. Nierzadko zdarza jej się pragnąć zmian, które nigdy nie nastąpią i buntować się przeciw temu, co od stuleci biegnie utartymi szlakami — bezpiecznymi, bo znanymi, choć nudnymi i ograniczającymi rozwój. Rzeczywistość sprawia jej problem, bo jest w niej zbyt wiele sprzeczności, nielogiczności, czy też zmarnowanego potencjału, by była w stanie przymknąć na to oczy. Choć zarazem ma też smutną świadomość, że bycie w opozycji niczego tutaj nie zmieni — jedynie utrudnia życie jej samej. Cóż, rozsądek zazwyczaj podpowiada jedno, a serce zupełnie co innego; zwłaszcza serce marzycielskie i impulsywne bywa w wiecznym konflikcie z racjonalnym, nieustannie pracującym rozumem, który przecież sam sobie wielu z tych praw życia niejednokrotnie nie umie wytłumaczyć.
Mówi raczej niewiele, ale sporo za to rozmyśla, zarówno o rzeczach z kosmosu, jak i tych całkiem prawdziwych. Tyle chciałaby się dowiedzieć, tyle zmienić — w życiu, ale i w ludziach — i sprawić, że świat nabierze zupełnie nowych barw. Okresy czegoś na kształt euforii przeplatają się w niej ze stanami depresyjnymi i brakiem chęci do czegokolwiek, a praprzyczyna obu leży u stóp nadziei — że da radę ze zmianami — albo jej braku. Dużo marzy, rozmawia ze zwierzętami, wypija hektolitry białej herbaty. Książki pochłania, jak spragniony wędrowiec wodę, zna wiele ciekawostek, które nikogo nie zainteresują na dłużej i chciałaby zostać kimś, kto dokonuje rzeczy wielkich — tyle tylko, że wciąż nie wie kim.

——— But love was a cold bed full of scorpions
The venom stole her sanity ———

4 komentarze:

  1. [Wchodzę sobie na bloga, a tu taka niespodzianka ☺️ jak już mówiłam, Ophelia jest świetna, kocham ją całym serduszkiem, Olivia też będzie, obiecuję 😂😂]
    siostrzyczka

    OdpowiedzUsuń
  2. ( *.*) Nie mogę wyjść z zachwytu!

    Doktorek

    OdpowiedzUsuń
  3. [Zawsze myślałam, że jak dorosnę to będę wiedziała kim chcę być. Dorosłość nadeszła, a ja dalej nie wiem. Może w przypadku Ophelii będzie inaczej i trafi na ścieżkę, która będzie dla niej odpowiednia. Lub znajdzie osobę, która ją nakieruje w strony, które będą jej odpowiadać. :3
    Bawcie się tu dobrze i niech wątki same się piszą! <3]

    Beverly Beckett

    OdpowiedzUsuń
  4. Dochodziła dwudziesta pierwsza trzydzieści, kiedy Olivią zamknęła drzwi kliniki za ostatnimi pacjentami. Dzisiejszy dzień był dosyć wyczerpujący; kilka nagłych wypadków, które musiała przyjąć poza kolejką. Ciągle telefony, ustalenia terminów na wizyty domowe czy przeróżne zabiegi. Kilka psów, które nastraszyły swoich właścicieli, ale wizyty okazały się wręcz niepotrzebne. Za takie Olivią zwykle brała jakąś symboliczną kwotę, choć wiedziała, że nie powinna tak robić. Jednak, ta jej wewnętrzna dobroć zawsze w takich momentach wygrywała, dlatego też zamiast pełnej sumy za wizytę, brała kilkanaście dolarów, które też wkładała do puszki, gdzie zbierała pieniądze na schronisko dla zwierząt. Co jakiś czas, kiedy uzbierała się tam niezła suma, Olivia Mitchell zaopatrywała pobliskie schronisko w dobrą karmę i inne potrzebne rzeczy. Była tam też dosyć częstym gościem, by sprawdzić, czy zwierzęta są w dobrym stanie i czy z nimi wszystko w porządku.

    Do domu nie miała daleko, ale zajechała jeszcze do lokalnej pizzerii. Cały dzień chodziła za nią pizza, więc nie mogła sobie tego odmówić. W planach miała szybki prysznic, nałożenie świeżej piżamy i, dosłownie ujmując, zalegnięcie na kanapie przed telewizorem, z pudełkiem pizzy na kolanach i szklanką zimnej coli. Choć zazwyczaj odżywiała się zdrowo i zwracała uwagę na to co je, bywały momenty, jak ten, kiedy jej organizm wręcz domagał się czegoś niezdrowego, tłustego i zapychającego.
    Podjeżdżając pod swój dom, już z oddali widziała, że po posesji kręcą się jacyś ludzie, a światła praktycznie wszędzie były zapalone. Jej dom dzieliło kilkanaście metrów od domu rodziców, w którym wychowała się ona, jak i Ollie i Ophelia. Ta najmłodsza, z ich trójki, pewnego dnia postanowiła zwalić się Olivii na głowę, w ramach chęci „bycia samodzielną”. Zamiast wybrać się na studia, by ów samodzielności zasmakować, tak jak zrobiła to Olivia czy ich brat, Ophelia postanowiła przeprowadzić się te kilkanaście metrów dalej, do Olivii.

    Brunetka zatrzymała samochód na podjeździe, z uwagą przyglądając się ludziom na ganku. Siedzieli całkiem wyluzowani, rozmawiali, śmiali się i popijali drinki. Na moment przypomniały jej się studenckie czasy i te wszystkie imprezy, które były urządzane w piątek wieczorem, lub potem już w mieszkaniach jej znajomych. Nawet po twarzy Olivii przemknął cień uśmiechu, nim wysiadła ze swojego samochodu. Miło było choć na krótki moment wrócić myślami do dawnych, dobrych czasów.
    Wyskoczyła z samochodu, zabierając ze sobą skórzaną torbę na pasku i pudełko z jeszcze ciepłą pizzą, po czym ruszyła w stronę domu. Świtało jej o tym, że Ophelia wspominała coś o jakiejś imprezie już tydzień temu, dlatego też pozwoliła jej wyjść z kliniki znacznie wcześniej. Gdzieś jednak musiała jej umknąć informacja, że ta cała impreza, o której jej młodsza siostra tak zawzięcie wspominała, miała odbywać się w jej, lub ich, domu.

    — Gaście te skręty — fiknęła w stronę młodzieży, która spojrzała na nią rozleniwiony wzrokiem. Brunetka zniknęła w środku, zanim usłyszała jakąkolwiek odpowiedź.
    W środku zaś było głośno, i o dziwo było tam też dużo ludzi, a tego się w zupełności nie spodziewała. Bardziej myślała, że będzie to kameralne grono znajomych, a tu było chyba całe Mariesville i połowa Camden.
    — Ophelia! — wykrzyknęła w stronę siostry, kiedy zlokalizowała ją wśród ludzi.
    — Wyjaśnisz mi, do cholery, co się tu dzieje? I skąd wzięłaś tych wszystkich ludzi?! — pytając, Olivią przesunęła wzrokiem po tych, którzy znajdowali się w salonie połączonym z kuchnią. Jej siostra miała aż tylu znajomych? To było dla Olivii wręcz niemożliwe.
    — Człowiek wraca z pracy, chce się zrelaksować na własnej kanapie, ale nie może, bo ty postanowiłaś sobie zrobić imprezę — rzuciła pudełko z pizzą na kuchenny blat, by po chwili wziąć kawałek jedzenia do ręki.
    — Ani mi się ważcie, to mój pierwszy posiłek dzisiaj. Lepiej przydajcie się do czegoś i zróbcie mi drinka — powiedziała, spoglądając na kilku młodych chłopaków przed sobą.
    Siostrzyczka

    OdpowiedzUsuń