12.04.2026

[KP] Dean Walker

Don't hide your mistakes
'Cause they'll find you


Dean Walker

02.02.1994  Rodowity mieszkaniec Lokalny Bohater Mieszkanie na Downtown

Instruktor Blue Wave Kayaks na pół etatu Barman w The Rusty Nail

Pierwszy raz włożył buty strażackie, kiedy miał pięć lat, a w dłoni trzymał zabawkowy wóz strażacki. Należały do jego ojca, znoszone i starte, pamiętające dziesiątki pożarów. Zbyt duże, aby mógł w nich zrobić choćby krok, ale już wtedy wiedział, że nadejdzie dzień, kiedy on włoży takie same i będzie niósł pomoc potrzebującym. Dokładnie ten moment został uwieczniony na fotografii, która już od ponad dwudziestu lat zdobi kominek w rodzinnym domu Walkerów w Applewood Grove. Zdjęcie każdego dnia przypominało mu o przyszłości, którą sobie wymarzył. Czternaście lat później nosił już własne buty i nie sądził, że kiedykolwiek nadejdzie dzień, który zmusi go do zdjęcia ich na stałe.

Nazwisko Walker od dekad cieszyło się sympatią i szacunkiem w miasteczku. Było synonimem bezpieczeństwa. Walkerowie pomagali tym, którzy tego potrzebowali i nie tylko wtedy, kiedy nosili mundur. Mieli to we krwi. Zapisane w kodzie DNA. Nie potrafili przejść obojętnie obok krzywdy. Wyciągali pomocną dłoń do każdego kto tego potrzebował. Pomoc, którą nieśli nigdy nie była na pokaz. Dean od małego obserwował, jak jego rodzice dumnie wspierają mieszkańców Mariesville i dokładają wszelkich sił, aby miejsce, które nazywali domem było bezpieczne i miało w swojej społeczności osoby, którym tak po prostu zależy. Wyniósł z domu dobre wychowanie, chęć niesienia pomocy i podobnie, jak wszyscy wokół, nie wie, jak i dlaczego doszło do tragedii, która sprawiła, że nazwisko Walker z dnia na dzień przestało kojarzone być z bezpieczeństwem.

Na pozór perfekcyjne życie rozpadało się, a reputacja, która budowana była od lat rozsypała się w przeciągu dni. Wciąż pamięta tamte noce spędzone na poszukiwaniach Grace Brooks i Kate Collins. Pamięta dokładnie chwilę, kiedy w wysokiej trawie dostrzegł kasztanowe włosy Grace, które znał przecież tak dobrze. Niemal każdą niedzielę spędzała z jego rodziną doklejona do boku starszego brata Deana, Caleba. Pamięta Kate leżącą kilka metrów dalej. I jeszcze lepiej zapamiętał moment, w którym wyprowadzano w kajdankach Caleba z ich rodzinnego domu.

I wtedy nazwisko Walker przestało w miasteczku znaczyć cokolwiek.

Mimo, że nie miał z tym nic wspólnego, cień podejrzeń i obrzydzenia spadł również na niego. Odszedł ze straży sam. Nie, bo tego chciał. Odszedł, ale dlatego, że widział w oczach ludzi coś, czego nie był w stanie znieść. Strach. Nieufność. Wątpliwość. I pytanie, którego nikt nie zadał wprost czy on naprawdę o niczym nie wiedział?

Mógł wyjechać, ale tego nie zrobił. Z ratowania ludzi przerzucił się na nalewanie piwa wieczorami w The Rusty Nail, a podczas sezonu letniego pracuje jako instruktor w Blue Wave Kayaks. Po poprzednim życiu zostało mu parę wspomnień, których woli nie przywoływać. I dwa koty, Bart i Lisa, które w spadku zostawiła mu ex. Darlene wolała wyjechać do Atlanty z gościem, którego latami nazywał najlepszym przyjacielem. I szczerze? Nawet się jej nie dziwił. Też wybrałby spokój i anonimowość niż tkwirnie u boku faceta, który mimo niewinności stracił w oczach większości.

Hej! Dean pojawił mi się w głowie przypadkiem i nie chciał z niej wyjść. I oto jest.
Chętnie przygarniemy wszystko. Bysiaa44@gmail.com
Christian Hogue użycza buźki. TDG użycza cytatu.

12 komentarzy:

  1. [cześć ;)
    Z chęcią dam mu obniżkę na kawę i ciastko, jak będzie miał chwile hehe
    Ładny pan i ma takie zawiłości życiowe, że aż smutno >.< Psyjaciel mój z dzielnicy (sorki, głupawka mi się włączyła) Ines na nikogo z góry nie patrzy, więc z miła chęcią się zakumpluje. Zatem w razie chęci zapraszamy ;)
    A tak to dobrej zabawy ;)]

    Ines

    OdpowiedzUsuń
  2. [No cześć!
    Niełatwą przeszłość dałaś Deanowi, mimo że czytając tekst, nie wiedziałam, czego się dowiem później! Nie dziwię się, że odszedł, nie chcąc być postrzegany przez pryzmat tego, co się stało, a do tego potrzeba sporo odwagi… jego ex to akurat potępiam i mam jedno wielkie: Dean, powinieneś się jej dziwić jak cholera, ale dobrze, że zostawiła koty, bo są cudowne!
    Od siebie życzę wiele, wiele weny i samych udanych, wciągających wątków, a w razie chęci zapraszam do mojej Arii, może uda nam się wymyślić coś ciekawego, jej ojciec jest emerytowanym detektywem, więc może coś z tą sprawą z jego bratem byśmy mogły ruszyć? Może jej mama, pielęgniarka, jakoś próbowała pomóc Deanowi i jego rodzinie? Anyway, burza mozgów mile widziana :D]

    Aria Kennedy 🖼️🌟

    OdpowiedzUsuń
  3. [Hej,
    Historia Deana pokazuje tylko wybitnie jak skomplikowanym i emocjonalnym gatunkiem jesteśmy. Zdecydowanie zbyt często zdarza nam się potępiać innych przez pryzmat poczynań ich bliskich. Podejrzewam, że biedny facet po dziś zastanawia się, czy mógł w jakiś sposób zapobiec morderstwu sprzed lat.
    Życzę samych porywających wątków i masy weny, a w razie chęci, zapraszam.]

    Nerea & Max

    OdpowiedzUsuń
  4. [Cześć! Bardzo dotkliwe doświadczenie zrzuciłaś mu na głowę, jemu i całej rodzinie, bo wszyscy przecież płacą za to, co się stało. Dobrze że ma koty, bo ta ex to naprawdę się nie popisała i chyba lepiej, że zniknęła... Może w końcu uda nam się tu zgrać, Abi może potrzebować pomocy w pensjonacie, albo w mieszkaniu po sąsiedzku w Downtown przy jakiejś usterce 😊 to akurat Dean mógłby przypomnieć sobie, jak jest pomagać! Baw się dobrze! 💕]

    Abigail

    OdpowiedzUsuń
  5. [Daję znać, że odezwałam się mailowo :D]

    Aria Kennedy 🖼️🌟

    OdpowiedzUsuń
  6. W malowniczej miejscowości otoczonej gęstymi jabłkowymi sadami, pensjonat Abigail tętnił życiem mimo trudnych dni. Wiosna nadchodziła powoli, nieco mozolnie, ale ziemia pachniała już życiem, słońce mimo porannych przymrozków ogrzewało coraz bardziej wystawiane do niego twarze, a ona sama czuła się znów żywa po długiej i mroźnej zimie.
    Młoda dziewczyna, choć jeszcze niewyrośnięta pod wieloma względami i z głową w chmurach, prowadziła to miejsce z ogromnym zaangażowaniem, starając się zapewnić swoim gościom jak najlepszy wypoczynek. Jednak w chwili, gdy jej tata wyjechał na leczenie, a mama towarzyszyła mu, wszystko na jej głowie spoczęło naraz. Dom, pensjonat, troska o przyszłość – to wszystko przytłaczało ją coraz bardziej. I gdy okazało się, że może nie jest jeszcze całkiem gotowa, aby przejąć rodzinny interes sama, wiara we własne siły zaczęła się w niej kruszyć. Abigail się nie poddawała, miała w sobie ogromne pokłady silnej woli i pogody ducha, ale na serię wyzwań nie do końca była przygotowana. Nie na tak wielki kaliber.
    Była dorosła, ale wciąż jeszcze za młoda i nierozsądna, nie widziała problemów w szerszej perspektywie. Wierzyła, że trzy lata studiów i całe życie wiary w pensjonat wystarczą, aby to dźwignęła i odciążyła rodziców. Pracowała więc ciężko, starała się jak mogła trochę nawet w sieci rozreklamować ich miejsce i ściągnąć gości i to nawet szło świetnie! Odświeżone konto z rezerwacją pobytu i osobne w social mediach to był strzał w dziesiątkę, ale to wciąż za mało, aby pensjonat naprawdę odżył.
    Abigail od lat znała Deana, sąsiada, który od ostatniego lata zdawał się wycofać z życia, zamknąć w sobie. Mimo to, dziewczyna nie oceniała go i nie wtrącała się w jego sprawy. Wiedziała, że Dean to ktoś, kto potrzebuje przestrzeni, dlatego od początku skupiała się na swojej pracy i na tym, by otaczający ją świat był choć odrobinę spokojniejszy. Gdy coś w pensjonacie się poluzowało, albo zepsuło, prosiła go o pomoc, aby poczuł się potrzebny, bo wtedy naprawdę go potrzebowała. Zaczepiała go z pogodnym uśmiechem, obiecując że zapłaci w kolejnym tygodniu i zapraszała go na obiad, gdy była w mieszkaniu w Downtown. Od tragedii całą jego rodzina się odsunęła, ale przecież to nie on dokonał zbrodni... I nie musiał za nią płacić.
    Pewnego popołudnia, po tym jak Dean pomógł jej naprawić obluzowaną rynnę, Abigail poczuła, że potrzebuje chwili oddechu. Było chłodno, słońce od paru dni chowało się za ciężkimi chmurami, a wiosna wydawała się wycofywać, choć tydzień temu rozkwitło mnóstwo drobnych kwiatów wokół pensjonatu, zwiastujących odejście zimy i zmianę pory roku. Wzięła butelkę wina i usiadła na werandzie na tyłach domu, próbując odgonić mroczne wspomnienia, które nagle wróciły. Noc zapadała szybko, a ona, zatopiona w myślach, poczuła, jak ciężar emocji zaczyna ją przygniatać. Słyszała jak narzędzia jeszcze stukają, rzadziej i ciszej, bo Dean już się zbierał, aby skończyć pracę, nie przeszkadzała mu. Takie wieczory zdarzały się już rzadko, bo Abigail nie pozwalała sobie odpływać za często ku smutkom, ale dzisiaj... Gdy obserwowała jak mężczyzna skupiony i milczący wydaje się obcy, bardzo ją to zabolało. Nigdy nie rozumiała, czemu ludzie dopuszczają się krzywdy, czemu z dnia na dzień zmienia się całe ich życie i czemu nie zawsze inni są w stanie pomóc i okazać zrozumienie. Czemu nagle ktoś kto miał wszystko, zostaje z niczym.
    - Dean, czy mógłbyś mnie odprowadzić do domu? - zapytała szeptem, próbując ukryć drżenie w głosie, gdy usłyszała za sobą kroki. - Mam dzisiaj trudny wieczór - przyznała, pewna że to on, że przyszedł się pożegnać. Przytkneła butelkę do ust i ciężko westchnęła, pociagajac długi łuk. - A może chcesz napić się że mną? - obróciła się przez ramię, otarła Wierchem dłoni usta i wyciągnęła wino odkorkowanie bryloczkiem do kluczy w jego stronę.

    [Kochana, ja już sama nie pamiętam, co my pisałyśmy, a czego nie xD]

    Abigail 🍾

    OdpowiedzUsuń
  7. [Mówisz i masz, chcesz i jestem.
    Pomme mianuje go swoim ulubionym barmanem. A ja proponuję trochę szaleństwa i może mały romansik z panną: i-tak-się-nie-zmienię. No chyba, że może prawdziwa miłość ją zmieni... ;> możecie zdecydować ^^]

    pomme

    OdpowiedzUsuń
  8. Dla Arii Kennedy każdy dzień zaczynał się od pewnych rytuałów. Piła wodę, wychodziła pobiegać, później najczęściej wlewała w siebie małą, mocną kawę i jadła śniadanie, które samodzielnie przygotowywała, słuchając porannych audycji, aby wiedzieć, co działo się w miasteczku i okolicy. Kennedy miała więc swoje rytuały i natręctwa, które dla innych wydawałyby się pewnie bez znaczenia, ale Aria w określony sposób ustawiała kubek przy zlewie, miała też manię układania równo talerzy. Te małe rzeczy budowały jej przestrzeń.
    Kiedy zjawiła się w Mariesville po wielu latach, potrzebowała właśnie tego: rytmu, który zna, i żadnych niespodzianek. A choć zawsze starała się mieć wszystko pod kontrolą, w wielkim mieście nie zawsze jej się to udawało, bo otaczały ją wpływowe, bogate osoby, które lubiły, gdy coś się działo. Aria należała do grona, które, zdaniem wielu, umiało się bawić. Kennedy jednak zawsze przychodziła i wychodziła pierwsza, nie ulegając pokusom artystycznego światka, który bywał brudny i brutalny. Być może dlatego ostatecznie wróciła do Mariesville.
    Nie próbowała jakoś bardzo odnawiać starych kontaktów, bo wyjeżdżając z miasteczka, miała niewielu znajomych, a jeszcze mniej przyjaciół. Ale pamiętała o Deanie Walkerze, z którym spędzała czas jako dziecko, bo był jedyną osobą, która zawsze stawała po jej stronie – i była mu za to wdzięczna. Dzięki Deanowi rok szkolny i wakacje były nieco bardziej znośne, szczególnie kiedy podwórko zamieniało się w plac zabaw i rzucone w twarz wyzwanie, kto szybciej wdrapie się na drzewo.
    W Mariesville Art Gallery pracowała jako kuratorka wystaw i odpowiadała za przygotowywanie koncepcji ekspozycji, wybór dzieł, kontakt z artystami, opiekę nad montażem i całą tę część pracy, w której liczył się odbiór danej wystawy przez odwiedzających. Aria nie była naiwna – raczej niewiele osób przychodziło tutaj regularnie, ale doskonale pamiętała twarze, które zawsze pojawiały się przy okazji nowych obrazów czy kameralnego spotkania z artystą, który chciał opowiadać o sztuce i tworzeniu. Lubiła te momenty, bo miały w sobie coś niezwykłego, a zarazem swojskiego. I chciała, aby każdy to dostrzegał – sztuka nie była dla wybranych, a dla każdego, kto pragnął coś poczuć. Być może dlatego tak bardzo starała się, aby spotkania organizowane w galerii, były dostępne dla każdego.
    Była perfekcjonistką i pracowała przez cały ten tydzień po godzinach, żeby dopiąć wszystkiego i nie musieć się martwić żadnym aspektem wydarzenia. Aria zaprosiła do galerii jednego z artystów, który tworzył obrazy z nietypowych materiałów; łączył farbę z fragmentami tkanin, zaschniętą ziemią, a czasem nawet drobnymi elementami metalu, budując skomplikowane warstwy. Wszystko więc musiało być gotowe – ustawienie sztalug, mała scena, stoły i nagłośnienie. Nie wiedziała oficjalnie, ile osób przyjdzie, ale miało pojawić się kilku dziennikarzy.
    Wyszła z galerii dopiero późnym wieczorem; pożegnała się uprzejmie z ochroniarzem, a potem podeszła do auta, które przez cały dzień było zaparkowane przy krawężniku. Aria zajęła miejsce kierowcy, zapięła pas i ruszyła w stronę domu rodziców, bo wciąż nie zdecydowała się kupić niczego swojego. I to nie tak, że nie miała pieniędzy, po prostu szukała czegoś wyjątkowego i spełniającego jej standardy.
    Jechała bez radia, wpatrzona w drogę, musząc wybrać nieco inną trasę przez jakieś nagłe roboty, a po kilku minutach coś zaczęło być nie tak. Najpierw ledwo wyczuwalne szarpnięcie, potem kolejne. Silnik zabrzmiał inaczej, jakby nagle stracił swoją płynność. Aria od razu zdjęła nogę z gazu, samochód zwolnił, a po chwili kontrolki na desce rozdzielczej zapaliły się jedna po drugiej.
    — Świetnie — mruknęła cicho. Zjechała na pobocze tak płynnie, jak tylko się dało, i zatrzymała auto.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyjęła telefon komórkowy i odblokowała ekran. Zasięg był, choć niezbyt mocny. Przez chwilę wpatrywała się w listę kontaktów, jakby analizowała, do kogo powinna zadzwonić. Dean. Czy w ogóle miała jakiekolwiek prawo oczekiwać, że znów stanie po jej stronie? Nie chciała być znów księżniczką w opałach, ale chyba nie miała wyboru, skoro auto nie domagało. Ostatecznie nie była kobietą, która unosiła się dumą, gdy potrzebowała pomocy.
      Westchnęła cicho i przyłożyła telefon do ucha, wybierając numer.
      — Hej… — odezwała się po chwili, gdy po drugiej stronie odebrał Dean. — Mam mały problem.
      Czekała cierpliwie, a kiedy nadjechało czyjeś auto, wysiadła ze swojego i uśmiechnęła się, gdy zobaczyła Walkera. Czasem zapominała, że nie był już tym chłopakiem, który sięgał po jej latawiec, który utknął w drzewie, i że daleko było do tych wszystkich małych i wielkich rozmów, podczas których Aria, pewna siebie i dumna, mówiła, że zostanie najlepszą malarką i że kiedyś podaruje mu swój obraz. Nie miała pojęcia, czy udało jej się ową najlepszą artystką zostać, ale teraz miała okazję, aby faktycznie wręczyć Deanowi jakieś swoje dzieło.
      — Więc będę musiała kupić tonę smaczków, żeby nie były już obrażone — odparła z lekkim rozbawieniem. Gdy Dean zapytał o to, co się stało, Aria nie umiała jednoznacznie odpowiedzieć. — Nie wiem, ale silnik w pewnym momencie zaczął szarpać i zapaliła się chyba każda możliwa kontrolka.
      Pozwoliła Deanowi zajrzeć do auta, sprawdzić deskę – stała obok, nieco zbyt elegancka, w ładnym komplecie, który składał się z beżowej, długiej spódnicy i miękkiego kaszmirowego sweterka w kolorze chłodnej lawendy. Zawiązała w talii wełniany płaszczyk, obserwując, jak Walker wszystko sprawdza, ale nie dlatego, że mu nie ufała, a dlatego, że był jedynym interesującym punktem w okolicy.
      — Mogę jakoś pomóc? Może włączę latarkę w telefonie? — spytała, podchodząc nieco bliżej.

      Aria Kennedy 🚗🌙

      Usuń
  9. Coraz częściej łapała się na tym, że… nudziło jej się. Tak strasznie nudziło jej się w Mariesville. Była tutaj zaledwie trzy miesiące, niecałe trzynaście tygodni, dwa tysiące sto sześćdziesiąt godzin. A wiedziała to tak dokładnie, bo któregoś wieczora z nudów policzyła ile minęło czasu od jej pierwszego kroku w małym miasteczku. Wszystko przez to, że czas tutaj dłużył jej się niemiłosiernie. Jakby zamiast liczyć czas w dniach, liczyła go w westchnieniach, bo tak bardzo się tutaj dusiła.
    To nie był pierwszy raz, kiedy miała nauczyć się życia, ale zdecydowanie po raz pierwszy państwo Baron zdecydowali się na tak drastyczne kroki, jak zesłanie, niemal na koniec świata, bo dla Pomme tym właśnie było Mariesville. Końcem świata. Zapyziałą dziurą, w której nie działo się nic ciekawego… Nawet te wszystkie organizowane eventy, które miały na celu przyciągnąć turystów (no, może kogoś przyciągały…) nie sprawiały, że czuła się zainteresowana.
    Chyba właśnie na to liczyli jej rodzice, że nuda bardziej ją wyniszczy niż chaos, bo jak mogli zauważyć do tej pory, w tym drugim świetnie się odnajdywała. A tutaj? Tutaj próbowała bawić się jak zawsze, sobą, wszystkimi dookoła, ale w tych ludziach, w tym miejscu było coś… ciężkiego, niemal duszącego. Co utrudniało jej funkcjonowanie, chociaż w życiu by się do tego nikomu nie przyznała. Wciąż musiała grać.
    Weszła do The Rusty Nail bez planu, bez oczekiwań. Sama nie wiedziała, czego chciała od tego wieczoru. Fakt, że chwilę przed wyjściem z wynajmowanego mieszkania dostała wiadomość od matki. Nie odczytała jej, ale sama świadomość, że coś na nią czekało w telefonie strasznie ją rozbiło.
    Oparła łokcie o blat, spoglądając na dobrze już sobie znaną twarz barmana, kiedy ten w końcu do niej podszedł. Kącik ust drgnął jej w uśmiechu, kiedy dostrzegła w jego dłoni kieliszek do martini.
    ­­— Dzisiaj… — nie odpowiedziała mu od razu. Przechyliła lekko głowę, pozwalając na to, aby rude kosmyki opadły na jej policzek — dzisiaj jestem tą, która zdecydowanie nie powinna tu przychodzić — jej głos był miękki, ale czuła w nim napięcie, które zawsze wyczuwała, kiedy Dean był blisko niej. Uśmiechnęła się lekko, ale ten uśmiech był od samego początku przeznaczony dla niego, dla nikogo innego. Jakby już od pierwszego spotkania z nim wiedziała, że pomiędzy nimi będzie coś, co jedynie tylko oni będą potrafili zrozumieć. Jakby tym uśmiechem chciała mu pokazać, że nie wszystkich traktuje w ten sam sposób, a on jakimś cudem znalazł się w tym ciasnym gronie, które mogłaby przepuścić dalej. Uściślając, w Mariesville, tylko Dean był tym gronem.
    — Zastanawiałeś się kiedyś nad tym, co by było, gdybyś podjął decyzje, która raz na zawsze zmieniłaby twoje życie? — Spytała, obserwując go uważnie — gdybyś na przykład uznał, że czas odciąć się od wszystkiego co do tej pory sprawiało, że utrzymujesz się na powierzchni? — Sprecyzowała. Wciąż myślami wracała do nieodczytanej wiadomości w telefonie. Była ciekawa i jednocześnie chciała mieć to głęboko gdzieś.

    stała klientka 💖

    OdpowiedzUsuń
  10. Abi miała defaultowe ustawienie, aby byś wesołą. Uśmiechała się nawet w smutku i nie było w tym nic z fałszu. Troszczyła się o ludzi, nie chciała przyprawiać im trosk, starała się nader wszystko rozjaśnić dzień tym, których napotykała. Dbanie o innych było jej powietrzem i oczywiście zdawała sobie sprawę, że taka nieustanna pogoda ducha może być męcząca lub wręcz irytować, ale... czy powinna przyjmować do siebie złość, której sama nie rozumie, bo nie ma złych intencji? Niekiedy za bardzo wrzała w niej energia i ten entuzjazm, który nie zawsze był zaraźliwy, ale robiła tak od zawsze i czuła, że to się może nigdy nie zmienić. Abigail miała po prostu słońce we krwi i sama była też jak słońce, kolorowa, wesoła, promienna i ciepła. Nie wstydziła się tego, nie żałowała, zwyczajnie taka była - bez refleksji, że powinna się zmienić. Nie powinna, a wręcz nie mogła i wiedziało o tym całe Mariesville od kiedy skończyła kilka lat i wyszła z wózka, aby biegać wokoło na chudych, bladych nóżkach.
    Tragedia Deana nie była tylko jedno własną tragedią, ale całej rodziny i chyba nawet okolicy. To odbiło się i wstrząsnęło wszystkimi w sąsiedztwie, a że sąsiedztwo było małe i tworzyło właściwie ich mieścinę, to przez wiele tygodni mieszkańcy tylko tym żyli. Abi obserwowała jak ludzie odwracają się od Walkerów, jak oni sami zamykają się i zapadają w sobie i było jej tak cholernie przykro, że czuła wewnętrzny sprzeciw, bunt, chęć potrząśnięcia niesprawiedliwym osądem. Żeby nie było, ona sama też wystraszyła się tego, do czego człowiek może być zdolny i do czego to w ogóle doszło, ale... jedna osoba nie świadczyła o całej rodzinie. I moze była ostrożna, z dystansem, podejrzliwa i czujna przez kilka tygodni po tragedii, ale ostatecznie Dean nie mógł być taki zły. I nie był w jej oczach, więc nie dawała mu spokoju. Ona sama nie chciałaby na jego miejscu, aby każdy - dosłownie każdy, się odwrócił i zniknął z jej świata z dnia na dzień.
    Wystarczyła jedna chwila i bezpośrednie pytanie, a dwa ładne oka Abi się zaszkliły, więc przytknęła wino do ust i pociągnęła z butelki kolejny długi łyk, czując jak coś w środku niej się łamie i chce drżeć. Potrząsnęła potem głową, bo przecież nie mogła powiedzieć, że przykro jest jej nie przez niego, ale dla niego, z jego powodu. Dean był pragmatykiem, nie zrozumiałby tego, a w sumie Abi czasami samej siebie i swoich emocji nie rozumiała za bardzo. Pociągnęła nosem, nabierając wdechu.
    - Trudny wieczór - powtórzyła tylko niemrawo i wyciągnęła w jego stronę dłoń, w drugiej trzymając alkohol, aby pomógł jej się podnieść na nogi. - Jeśli chcesz zostać i się ze mną napić, mam mnóstwo wolnych pokoi, zapomniałeś? - zauważyła z rozbawieniem, posyłając mu nieco rozmazany tym jej dziwnym smutkiem uśmiech. - Ale jesli chcesz wracać do domu, to podwieziesz mnie? - dopytała wciąż jakoś uparcie niejako się do niego przyklejając. Nie musiała sama zostawać na noc w pensjonacie, choć na poddaszu miała urządzony pokój z osobną łazienką na takie chwile, no i ten jeden pokój nigdy nie był wynajmowany gościom. Ale jeśli mogła znaleźć się w swoim łóżku dzisiaj, to też była to bardzo dobra opcja.
    Poniekąd chyba zrzucała na niego decyzje o tym, co się stanie z nią samą, ale nie dlatego, by się nią zajął. Może sama dzisiaj nie umiała zwyczajnie być decyzyjna, bo ostatnio musiała taka być w nadmiarze.
    Kiedy znalazła się na nogach, ścisnęła mocniej jego palce i uśmiechnęła się pogodniej. Nie wypiła dużo, właściwie dopiero zaczęła i nie można było jej zarzucić żadnego pijaństwa. Miała jednak słabą głowę i zwykle się rozczulała po takich napitkach, a szczególną słabość miała do lokalnych nalewek z dzikich owoców z lasu.
    - Wybrudziłeś się - oznajmiła nagle, przyciskając palec do bluzy na jego ramieniu, aby zetrzeć ciemną plamę po oleju, którym uciszył skrzypiącą huśtawkę. I jak sie można było spodziewać, tylko tę plamę rozmazała, na co zareagowała przeciągłym westchnięciem. - Beznadzieja... to trzeba szybko zaprać zanim zaschnie - oceniła, wyciągając rękę, jakby mieli to zrobić tutaj na werandzie.


    Abi 🧺🧼💧

    OdpowiedzUsuń
  11. Milczała, przyglądając mu się zdecydowanie dłużej, niż powinna. Sięgnęła po kieliszek, wciąż milcząc upiła niewielki łyk. Skrzywiła się prawie niezauważalnie. Chyba robiła to bardziej z przyzwyczajenia niż przez nieodpowiedni smak. Nadal nie robił tego drinka idealnie… albo zwyczajnie to ona była tą, która lubiła się do czegoś przyczepić.
    Nie potrafiła się skupić na tym, co się działo. Ciągle myślała o telefonie. O tej nieprzeczytanej wiadomości, którą w sobie krył. Zastanawiała się, czego mogła chcieć matka. W końcu gniła w Mariesville dokładnie tak, jak sobie tego życzyli państwo Baron. Była grzeczna. Nie popełniała głupstw, nie wyjechała nawet ani razu do Camden, podejrzewając, że gdyby w jakiś magiczny sposób rodzice się o takiej wyciecze dowiedzieli, od razu uznaliby, że z pewnością coś kombinuje… Naprawdę starała się uschnąć z nudów w tym miasteczku, dokładnie tak, jak sobie tego życzyli jej rodzice. Może za długo to trwało? Może właśnie na to czekali?
    Przygryzła wargę, odkładając kieliszek na blat.
    — Zamierzam…— zaczęła, przechylając delikatnie głowę na bok, jednocześnie nie odrywając spojrzenia od jego oczu. Ułożyła dłoń na kieliszku, przesuwając powoli palcem po cienkim rancie szkła — co, jeżeli nie mam pojęcia, co zamierzam zrobić? — Dokończyła po chwili. Tak właśnie było. Po raz pierwszy jej słowa były w stu procentach prawdziwe, bez żadnej gry, bez zabawy. Nie miała pojęcia co ma zrobić. I wcale nie chodziło tylko o jego pytanie. Wciąż wracała do telefonu. Nie była w stanie odepchnąć od siebie widoku powiadomienia na ekranie iphone’a.
    Może to była tylko wiadomość informująca, że zrobiła przelew, a może chodziło o to, że wciąż nie rozpoczęła terapii? Wiedziała, że matka właśnie tego od niej chciała. Oczekiwała, że porozmawia z kimś o swoich życiowych błędach, ale Pomme wolała być atrakcją dla miejscowych. Wiedziała, że tym właśnie dla nich jest. Paniusią z miasta, które nijak pasuje do tego miejsca. Miała świadomość, jak na nią spoglądali kiedy po ulewie przemierzała ulice w szpilkach, albo kiedy po raz pierwszy pojawiła się w The Rusty Nail, ubrana w sukienkę z najnowsze kolekcji Versace i która na nikim nie zrobiła wrażenia. Bynajmniej nie zrobiła takiego wrażenia, na jakie liczyła Pomme, gdy ją zakładała.
    Mówił coś o decyzjach, ale nie słuchała go zbyt uważnie. Wiedziała, że to nie było grzeczne. Czuła też jego spojrzenie. Nie wiedziała dokładnie co próbował nim osiągnąć, ale nie zamierzała odwrócić wzroku. Jakby postanowiła przyjąć niewypowiedziane wyzwanie.
    — Zastanawiałam się — powiedziała, nie odwracając spojrzenia. Oh, zastanawiała się nad tym tak wiele razy, że nie była w stanie tego nawet zliczyć. Widziała tyle różnych scenariuszy, ale za każdym razem wracało to samo odczucie. Co, jeżeli pod tym wszystkim nie ma niczego? Jeżeli jest tylko ona. Ona, która nie potrafi wytrzymać sama ze sobą? Ona i ta cholerna smycz, którą czuła.
    Puściła nagle, szybko kieliszek i sięgnęła po telefon. Ułożyła go wyświetlaczem do góry, odwracając go w stronę Deana. Uczucie napiętej smyczy wzrastało, a w jej głowie pojawiła się niebezpieczna myśl. Nagła i ostra. Wręcz ekscystująca.
    A słowa, które wypowiedział, zamiast ją przystopować jedynie bardziej ją nakręciły na jeszcze niewypowiedziany na głos pomysł.
    — Chciałabym móc powiedzieć to samo, wiesz? Że to nie moje decyzje — westchnęła — ale to ja zdecydowałam, że tutaj przyjadę. To ja podjęłam każdą inną decyzję, która doprowadziła mnie do tego miejsca. — Urwała nagle, stukając w ekran swojego telefonu, aby się podświetlił — możemy sobie pomóc, Dean — wyszeptała, podpierając się łokciami o bar i unosząc się na hokerze, wychyliła się w jego stronę, chcąc zmniejszyć dystans pomiędzy nimi. — Podejmij kilka decyzji za mnie, Dean… zemścij się za to, dokąd doprowadzili cię inni lub im podziękuj. Jak chcesz — wychrypiała cicho, czując dreszcz podekscytowania na samą myśl, dokąd może ich to doprowadzić.

    diabełek na ramieniu😈

    OdpowiedzUsuń