Marilla A. Poe
Everybody wants to be the one who's right. Everybody wants the last word to end the fight. Everyday is a new day, with a chance to choose. Sometimes a way to win is to say you lose.
Przyjście na świat z uczuleniem na jabłka w miasteczku, które słynie z ich uprawy dla jednych może wydawać się niezłą ironią, dla Millie jednak zawsze bardziej przypominało klątwę. Jabłka to w Mariesville świętość — wiedzą o tym wszyscy, którzy się tu wychowali, ale z jakiegoś powodu los zadecydował, że zamiast dołączyć do grona innych, gorliwych wyznawców, Marilla Poe stanie się ucieleśnieniem owocowego antychrysta. A przy okazji także jedną z najbardziej rozpoznawalnych dziewczynek w okolicy. To właśnie Millie Poe, ta z alergią. Pamiętaj, że nie może jeść jabłek stało się mantrą jej codzienności. Co jednak należy oddać pozostałym mieszkańcom, wszyscy próbowali ułatwić jej tą przykrą egzystencję najlepiej, jak potrafili. Osobą, która zdawała się mieć z tym największy problem, była ona sama. Głęboko przekonana, że już zawsze będzie odstawać i nigdzie tak naprawdę nie zdoła w pełni się odnaleźć, zabrała to przeświadczenie ze sobą prosto w dorosłość.
~*~
Przepełniona ciągłym pośpiechem, hałasem i zapachem spalin Atlanta okazała się oferować o wiele więcej możliwości niż podejrzewała, gdy rodzice poinformowali ją o przeprowadzce. W wielkim mieście etykietka dziewczyny z alergią nie miała żadnego znaczenia; tam Millie była tylko jedną z wielu innych, anonimowych marzycielek i mogła zostać kimkolwiek pragnęła, a nikt nawet nie spojrzałby na nią dwa razy bez konkretnego powodu. Abstrahując od wszystkich wspaniałych rzeczy, które Mariesville miało do zaoferowania, nic nie byłoby w stanie zastąpić tego rodzaju wolności, dlatego koniec końców Poe porzuciła miasteczko bez żalu i skupiła się na budowaniu własnej przyszłości. Studia, staż, upragniona posada, awans — przez długi czas życie zdawało się iść po jej myśli i nawet jeśli zawsze towarzyszło jej to niejasne uczucie wyobcowania, to nie miało znacznia. Jako realistka, Millie wiedziała, że żaden człowiek na świecie nie może posiadać wszystkiego.
~*~
Tęsknota za domem i jego dobrodziejstwami nadeszła pół roku temu, kiedy ból po rozstaniu wciąż jeszcze był żywy i wyjątkowo dotkliwy. Poe nigdy nie uważała się za osobę przesadnie sentymentalną, ale wystarczyło jedno zerknięcie na starą fotografię, aby chwyciła za telefon i wybrała numer babci. Być może był to rezultat złamanego serca, a być może efekt narastającego przez lata osamotnienia, które dręczyło ją pomimo satysfakcjonującej kariery, ale wspólnie z Patricią podjęły decyzję, że Millie zasługuje na przerwę. W końcu nie codziennie życie sypie się człowiekowi na głowę i jeśli żadna ilość rozmów z bliskimi nie była w stanie jej pomóc, odrobina świeżego powietrza z pewnością bardziej nie zaszkodzi. Następne sześć miesięcy przed powrotem do Mariesville poświęciła więc na dopinanie prywatnych spraw, a potem spakowała się i opuściła betonową metropolię nie oglądajac się za siebie.
Przepełniona ciągłym pośpiechem, hałasem i zapachem spalin Atlanta okazała się oferować o wiele więcej możliwości niż podejrzewała, gdy rodzice poinformowali ją o przeprowadzce. W wielkim mieście etykietka dziewczyny z alergią nie miała żadnego znaczenia; tam Millie była tylko jedną z wielu innych, anonimowych marzycielek i mogła zostać kimkolwiek pragnęła, a nikt nawet nie spojrzałby na nią dwa razy bez konkretnego powodu. Abstrahując od wszystkich wspaniałych rzeczy, które Mariesville miało do zaoferowania, nic nie byłoby w stanie zastąpić tego rodzaju wolności, dlatego koniec końców Poe porzuciła miasteczko bez żalu i skupiła się na budowaniu własnej przyszłości. Studia, staż, upragniona posada, awans — przez długi czas życie zdawało się iść po jej myśli i nawet jeśli zawsze towarzyszło jej to niejasne uczucie wyobcowania, to nie miało znacznia. Jako realistka, Millie wiedziała, że żaden człowiek na świecie nie może posiadać wszystkiego.
Tęsknota za domem i jego dobrodziejstwami nadeszła pół roku temu, kiedy ból po rozstaniu wciąż jeszcze był żywy i wyjątkowo dotkliwy. Poe nigdy nie uważała się za osobę przesadnie sentymentalną, ale wystarczyło jedno zerknięcie na starą fotografię, aby chwyciła za telefon i wybrała numer babci. Być może był to rezultat złamanego serca, a być może efekt narastającego przez lata osamotnienia, które dręczyło ją pomimo satysfakcjonującej kariery, ale wspólnie z Patricią podjęły decyzję, że Millie zasługuje na przerwę. W końcu nie codziennie życie sypie się człowiekowi na głowę i jeśli żadna ilość rozmów z bliskimi nie była w stanie jej pomóc, odrobina świeżego powietrza z pewnością bardziej nie zaszkodzi. Następne sześć miesięcy przed powrotem do Mariesville poświęciła więc na dopinanie prywatnych spraw, a potem spakowała się i opuściła betonową metropolię nie oglądajac się za siebie.
Marilla Anora Poe | rodowita mieszkanka | dwadzieścia dziewięć lat na karku | po ponad dekadzie znów w Mariesville | Riverside Hollow | ostatnio zerwane zaręczyny | z wykształcenia projektantka graficzna; kariera na wstrzymaniu | bezrobotna; pomaga babce w studiu ceramiki | uczulona na jabłka | fanka kajakarstwa ekstremalnego | dekstrokardia
➤ Grafik komputerowy. Była, świeżo upieczona dyrektorka kreatywna w agencji reklamowej. Chwilowo robi sobie przerwę od pracy i miejskiego otoczenia, które stało się zbyt przytłaczające.
➤ Kolejna skrzywdzona dusza, która wraca na stare śmieci, aby wylizać rany w nadziei na to, że zapachy sadów i końskiego łajna zdołają zamaskować smród zgnilizny jej poharatanego serca.
➤ Mieszka w domu dziadków, pod czujnym okiem babki, która z typową dla siebie bezceremonialnością pilnuje, aby wnuczka zawsze miała pełny brzuch, ręce zajęte robotą i usta obolałe od zagryzania siarczystych przekleństw.
➤ Od czasu powrotu często snuje się nocami lub wczesnymi porankami po miasteczkowych drogach, przypominając ducha. Spaceruje, kiedy nie może spać i cieszy się urokami natury.
➤ Po traumatycznym doświadczeniu z czasów nastoletnich, kiedy pocałunek z chłopakiem, który wcześniej zjadł jabłka wywołał silną reakcję alergiczną, niemal zawsze ma przy sobie leki przeciwhistaminowe i EpiPen.
➤ Były narzeczony zdradził ją po wyjątkowo udanej imprezie firmowej, w trójkącie z własną asystentką i najlepszym przyjacielem.
|
|
Tricia ♡❤♡
Patricia Poe
Babka od strony ojca. Kobieta charakterna, przed którą wzdryga się sam burmistrz. Wdowa po starym szeryfie. Znana lokalna ceramiczka. W garażu zabytkowe Camaro, na podjeździe pick-up.
|
|
|
Poszukiwany ★★★★★☆
kuzyn
Mężczyzna koło trzydziestki. Przed jej przeprowadzką do Atlanty trzymali się razem. Jedyny brat jakiego miała. Relacje pozytywne: mnóstwo czułości doprawianej nieustannym przekomarzaniem.
|
|
|
Imię ★★★☆☆☆
Imię Nazwisko
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco.
|
| Millie Poe | kilka słów | szczegóły | powiązania |
Witamy i zapraszamy serdecznie ;) Millie to pozytywna dusza, która wróciła do korzeni, aby oczyścić głowę i nabrać perspektywy oraz - jeśli los okaże się łaskawy - zacząć od nowa... | E-mail: strollonpurgatory@gmail.com | Wizerunek: Meltem Akçöl
[Cześć! Jak miło widzieć nową postać w Mariesville… Choć w zasadzie nie taką nową. :) Mariesville zdecydowanie przoduje w przyciąganiu dawnych mieszkańców, oby rzeczywiście pomogło Millie pozbierać się po życiu, które zraniło. Szczególnie, że wydaje się być kochana i wartościową osobą!
OdpowiedzUsuńW razie chęci, zapraszam do mojej gromadki. Może uda się coś wymyślić. :) A w międzyczasie życzę udanej zabawy!]
Dawson Miller, Jax Moore & Riley Hayes
[Cześć! Przyszłam przywitać i o zdrowie zapytać ;)
OdpowiedzUsuńMillie jest urocza i przyciągająca. Bardzo miło mi się czytała jej historie, acz trochę mi sie smutno zrobiło >.< Nie mniej, mimo trudów, wydaje się być optymistycznie nastawiona do życia;)
Dobrej zabawy i samych interesujących historii ;)]
Ines
[Alergia na jabłka musi być naprawdę uciążliwym problemem w miejscu takim, jak Mariesville 😅 Millie wydaje się być bardzo pozytywną osóbką! Mam nadzieję, że powrót do korzeni uzdrowi jej serduszko, i że spotka ją tutaj mnóstwo cudownych rzeczy. A najlepiej same cudowne rzeczy, o. Życzę dużo dobrej zabawy na blogu, a w razie chęci zapraszam gdzieś do siebie 😊]
OdpowiedzUsuńTanner Gentry
& Rowan Johnson
[Dzień dobry!:)
OdpowiedzUsuńBardzo urocza dziewczyna z tej Millie i z pewnością nie zasłużyła na takie traktowanie ze strony byłego. Bez niego na pewno będzie jej znacznie lepiej. Oby Mariesville potraktowało ją lepiej niż duże miasto!^^ Samych pogodnych wątków życzę, a w razie chęci zapraszamy na kajaki. ;)]
Beverly Beckett & Dean Walker
[Nie potraktowałam łagodnie Deana. Winę zwale na wszystkie podcasty kryminalne, których się nasłuchałam i długo też chodziła jakaś krwawa historia. ^^ Myślę, że jak najbardziej się mogą kojarzyć z czasów szkolnych. Można byłoby nawet troszkę zamieszać i może jako małolaty coś tam ze sobą kręcili, Ale nigdy nie było to jakoś bardzo poważne? Jak to bywa w takim wieku. Jedno drugim się mogło zauroczyć, a pół roku później zmienili zainteresowania 😅 Wcale bym się nie pogniewała, gdyby Millie podchodziła do Deana z ostrożnością! Niby jest niewinny, ale kto wie czy jemu nie odwali tak, jak bratu, nie?;D To co Millie wpada na kajaki, a tu niespodzianka i instruktorem jest Dean?😁]
OdpowiedzUsuńDean
[Tak jest, nie może być przecież zbyt sielankowo i cukierkowo. Jak to w życiu – raz z górki, raz pod górkę! Jeśli o moich chłopów chodzi, to Rowan jest na pewno tą porządną, dżentelmeńską połówką, a Tanner to ta dupkowata i bardziej gorzka niż słodka. Mignęła mi gdzieś wzmianka o Camaro w garażu, więc jest to z pewnością punkt zaczepienia, bo Gentry lubi stare autka, więc zawsze mógł dopieścić jakoś to należące do jej babki, a poza tym zawsze można zrobić z nich sąsiadów, skoro oboje są z Riverside Hollow. A Rowan na pewno służy pomocą niezależnie od sprawy, czy towarzystwem na kajakach, poza tym jeśli Patricia jest wdową po szeryfie, no to też jest zawsze jakiś punkt zaczepienia do znajomości. Tak naprawdę, jeśli wolisz bardziej ekspresyjne relacje, to z Tannerem wyjdzie to lepiej, a jeśli takie zrównoważone, to wtedy polecam Johnsona :)]
OdpowiedzUsuńTanner Gentry
& Rowan Johnson
[Biedny Dean, tramę dziewczynie załatwił zamiast miłego doświadczenia. Miasteczko miało o czym opowiadać po tej akcji. :D Jak najbardziej mi to odpowiada! I jeśli nie masz nic przeciwko to będę wdzięczna za początek. Ja się właśnie powoli próbuje wygrzebać z zaległości, a trochę mi się ich nazbierało. 😅]
OdpowiedzUsuńDean
[Czasami z tych najbardziej banalnych pomysłów tworzą się najbardziej zakręcone historie, dlatego nie mam nic przeciwko 😄 Pisałam już tutaj wątek w takim bliskim sąsiedztwie i bardzo dobrze go wspominam, ale zaznaczyć muszę, że u niego przez podwórko przewijają się czasem dziwni, szemarani ludzie, więc jeśli robimy sąsiedztwo przez płot, to Gentry nie jest na pewno tym spokojnym sąsiadem. Choć on sam pewnie wcale na ten stan rzeczy nie narzeka, skoro takie widoczki z okna miewa 😂 Nie jestem pewna, czy Millie mieszka razem z babcią, ale jeśli tak to wtedy Patricia powinna znać się z Grace, matką Tannera, bo przez tyle lat to chyba trudno się nie poznać mieszkając tak blisko. A jeśli nie mieszkają razem, no to sprawa jasna. Warsztat Tannera mieści się za domem, dlatego za spokojnie u nich na podwórku nie jest, ale jeśli Millie mieszka przez płot, na pewno z czasem sama się o tym przekona, choć do tej pory żaden klucz w okno sąsiadów nigdy jeszcze nie poleciał 😅]
OdpowiedzUsuńTanner Gentry
[Oki, mi wszystko bardzo pasuje! Jego rodzeństwo przyrodnie rzeczywiście ma już swoje życie, więc Tanner mieszka tylko z matką, ale bardzo fajny pomysł z tym, żeby Patricia zaganiała je kiedyś do roboty. I żeby strofowała Grace za jej nieprzemyślane wybory! Jestem jak najbardziej za. My będziemy za to grozić paluszkiem za to brzydkie popalanie za winklem! ☝️ I zostawiam już zaczęcie, ale gdyby było coś nie tak, to pisz – czy tu, czy bezpośrednio na maila. Jak Ci wygodniej :)]
OdpowiedzUsuńZawsze był czujny i niezwykle spostrzegawczy, a w ostatnim czasie prawie wcale nie wychodził z tego stanu podwyższonej gotowości, bo nie dość, że miał na głowie mnóstwo problemów, to należały one do tego niefajnego rodzaju, że nie znał nawet dnia ani godziny, w której zechcą go dopaść i spuścić mu srogi łomot. Zapracował na nie jego świętej pamięci ojciec, a on odziedziczył je w spadku, chociaż śmiało można przyznać, że odziedziczył je też w genach, bo miał dokładnie ten sam talent do pakowania się w kłopoty, z tą drobną różnicą, że ojciec przynajmniej zdążył umrzeć, zanim wszystkie naraz postanowiły upomnieć się o należność. Posprzątanie bałaganu po starym Gentrym nie było proste, dlatego część była zamieciona jedynie pod dywan, gdzie oczywiście wcale nie zamierzała grzecznie sobie leżeć. Co jakiś czas coś spod tego dywanu wyłaziło, żeby tak znienacka przypomnieć mu, że cierpliwość może i była cnotą, ale ludzie, którym wisiało się pieniądze albo przysługę, wcale nie grzeszyli nadmiarem cnót. Ale to nie tym razem.
Tym razem, leżąc pod samochodem na czymś przypominającym szeroką deskorolkę, zobaczył na podjeździe tylko parę kobiecych nóg, które kierowały się prosto w stronę warsztatu. Pewnie znowu chodziło o jakąś kontrolkę, która zapaliła się bez powodu, albo o jakiś dziwny dźwięk, który po przyjeździe do niego zawsze jakoś magicznie znikał. Może trzeba było dolać płynu do spryskiwaczy albo wyłączyć nawiew, który od tygodnia uznawano za podejrzane buczenie dochodzące spod maski? Pewnie jakaś pierdoła, która nie wymagała fatygowania się aż tutaj, ale klient nasz pan, czy jakoś tak. Nawet jeśli pan nie potrafił odróżnić poważnej awarii od pustego zbiornika na płyn.
Zanim kobiece nogi zdążyły dodreptać do warsztatu, on, leżąc na desce w beznadziejnie niewygodnej pozycji, dokręcił ostatnią śrubę. Dopiero gdy znalazła się bliżej, odepchnął się piętami od posadzki i wyjechał do połowy spod starego Cadillaca, wynurzając się na światło dzienne z pobrudzonymi smarem dłońmi i pomiętym podkoszulku bez rękawów. Kiedyś materiał był biały, a teraz szary od kurzu i poprzecinany ciemnymi smugami oleju, których nie sprałby już chyba nawet cud.
Kiedy uniósł wzrok i skupił go na jej twarzy, zaskoczenie dopadło go na tyle znienacka, że podniósł nogę odruchowo i przywalił kolanem w jakąś stalową część podwozia. Zaklął pod nosem, bardziej urażony własnym brakiem refleksu niż bólem. Nie znał jej osobiście, ale ostatnimi czasy okazywało się, że wcale nie musiał jej znać, żeby widzieć więcej niż wszyscy ci, którzy mogli jedynie pomarzyć, żeby choć raz spojrzała w ich stronę. Oczywiście był to zupełny przypadek i zwykłe zrządzenie losu, że akurat późnym wieczorem naprawiał żaluzję w oknie swojej sypialni, kiedy w oknie naprzeciwko pojawiła się ona w dosłownie rajskim wydaniu. Nigdy nie pomyślałby nawet, że coś takiego mu się przydarzy, bo od wielu lat w domu naprzeciwko mieszkała starsza kobieta, a nie młode dziewczę przed trzydziestką, ale życie lubi go zaskakiwać. Zdecydowanie. To zaskoczenie było akurat przyjemne dla oka.
Jakieś plotki krążyły po mieście, że ktoś tam wraca po latach, jakaś sąsiadka, czyjaś wnuczka, ale te newsy obchodziły go tyle, co zeszłoroczny śnieg. Ale faktycznie, gdy pewnego razu szedł do warsztatu, który znajduje się kawałek za ich domem i zobaczył na tarasie u Poe puste kartony, wtedy utwierdził się w przekonaniu, że ktoś się tutaj wprowadził, i że to na pewno nikt z okolicy, bo nikt, kto zna Gentrych, nie zamieszkałby obok nich z własnej nieprzymuszonej woli.
A potem, gdy wyjeżdżał do Camden parę godzin później, pudeł już tam nie było. Ktokolwiek to był, liczył na to, że daruje sobie te sztuczne, sąsiedzkie powitania, chociaż, znając Grace, ona ugościłaby wszystkich bez zastanowienia, i już nie ważne, że Tanner co rusz jej powtarza, żeby pod jego nieobecność nie wpuszczała nikogo do środka. Ale po śmierci Jacka odżyła, jakby ktoś zdjął kulę z jej nogi i pozbawił ciężaru, który pozbawiał ją tchu, co było o tyle zaskakujące, że właśnie wtedy zwaliły im się na głowę największe problemy. Grace po prostu wierzyła, że Tanner ze wszystkim sobie poradzi, w przeciwieństwie do ojca, który w karty potrafił przegrać nie tylko ziemię, bo nawet własne buty, i niczego nigdy nie odzyskać. Prawda jest taka, że nie wiedziała nawet o połowie spraw, z którymi stary Gentry zostawił ich na tym ziemskim łez padole, ale to było dla jej dobra. Chorowała zbyt poważnie, żeby dokładać jej problemów.
UsuńSztucznego powitania na szczęście nie było, a może było, tylko cudownie go ominęło. Teraz jednak najwyraźniej coś sprowadzało ją właśnie do niego i, sądząc po tym, że nie przyszła tu dla zapachu oleju silnikowego ani uroku jego roboczego podkoszulka, raczej nie była to wizyta czysto towarzyska. Eksponować na pewno też niczego przed nim nie zamierzała, niestety. Czyli szedł za tym jakiś interes. Jak ona miała w ogóle na imię? Słyszał, że jakoś na M...
— W czym mogę pomóc? — zapytał neutralnie, nadal leżąc na desce i unosząc lekko głowę, żeby krótkim spojrzeniem przesunąć po jej sylwetce. Jeszcze nie wiedział, czy w ogóle był sens się podnosić, bo może rozmowa potrwa krócej niż jej dojście od bramy aż tutaj.
Tanner Gentry
[takie to już nasze kobietki maja życie ;) Acz do końca nie wie czy dobrze zrobiła, wracając do miasta
OdpowiedzUsuńW razie chęci zapraszam na coś ;)]
Ines
Mówienie o jego ojcu jako o kimś niebezpiecznym było nawet zabawne, bo akurat on nie miał w sobie niczego, co mogłoby wzbudzać prawdziwy strach. Jack był po prostu starym durniem, który potrafił narobić problemów głównie przez własną głupotę, i który częściej komplikował życie innym, niż stanowił dla kogokolwiek realne zagrożenie. Fakt, że był nerwusem, bo czasem rzucał warsztatowymi sprzętami i klął przy tym jak szewc, ale gdy przychodziło co do czego, to chował łeb w piasek jak struś. Ta otoczka wokół niego wzięła się wyłącznie stąd, że był awanturnikiem, a zasłynął ze swojego uzależnienia do hazardu, miejskich szarpanin i interesów, do których nie miał smykałki za grosz, a które ciągną się za nimi po dziś dzień, mimo że stary Gentry już od niespełna dwóch lat wącha kwiatki od spodu. I na razie nic nie wskazywałoby na to, że długi po nim miały się rozmyć. Gdyby chodziło wyłącznie o pieniądze, to sprawa byłaby rozwiązana szybciej, może nawet od razu, bo Tanner wyjeżdżając na frot zgarniał do ręki całkiem niezłe sumy. Problem polegał jednak na tym, że ich warsztat stanowił dla handlarzy skradzionymi samochodami wyjątkowo użyteczne zaplecze, bo oni sami nie potrafili zatrzeć pochodzenia aut i przebić numerów. Do tego potrzebowali jakiegoś warsztatu. I niestety dzięki staremu zdążyli się dowiedzieć, że w tym ich warsztacie dało się załatwić rzeczy, których nie powinno się dać załatwić. A taka wiedza była znacznie trudniejsza do spłacenia niż jakakolwiek suma. Ostatecznie stary się zawinął, a bagno zostało. Jak zwykle.
OdpowiedzUsuńJego brwi zmarszczyły się wyraźnie na ruch ze strony kobiety. Zastanawiał się do czego dążyła kucając tuż obok, jakby ta wymiana zdań serio nie mogła odbyć się bez tego, chociaż ciężko było nazwać to wymianą zdań. Była to raczej wymiana słów, skoro ona nie zdołała dokończyć nawet pierwszego. Ale o co tak w ogóle jej chodziło? Dostrzegł zmianę wyrazu na jej twarzy, więc jego własny wyraz również mimowolnie się zmienił. Ona cofnęła rękę do biustu, to jego brew powędrowała do góry. Jej policzki nabrały rumieńców, a w jego spojrzeniu zaczynało pojawiać się powolne zrozumienie, bo właśnie układał sobie w głowie sens tej całej, dość osobliwej sytuacji.
Z tym spojrzeniem nie popatrzył na nią jednak zbyt długo, bo zasłoniła mu oczy. Dosłownie. Tyle że przecież ten gest nie wymazywał magicznie tego, co już miał w głowie, a miał w niej obrazy, przy których zasłanianie biustu dłonią wydawało się równie skuteczne co próba ukrycia wnętrza pokoju za cienką firanką. To, co zostało zobaczone, już się nie odzobaczy.
Sam ten gest był jednak na tyle zaskakujący, że znów uniósł kolano i uderzył nim o metalową część podwozia – tym razem już boleśniej. Syknął pod nosem, po czym złapał ją za nadgarstek i odsunął jej dłoń od swojej twarzy, choć zrobił to odrobinę ostrożniej, niż podpowiadała mu irytacja, a głównie dlatego, żeby sąsiadka nie straciła równowagi i nie runęła na gładki, szlifowany beton podłogi, a potem nie wytoczyła mu za to jakiejś bezsensownej sprawy.
— Co? Co, do cholery, ja? — rzucił i wysunął się całkowicie spod auta, wściekły w tej chwili bardziej na to kolano, niż na jej obecność. W tym życiu kolana będą mu potrzebne jeszcze wiele razy i byłoby dobrze, gdyby nie zamieniły się w proszek od bezsensownego uderzania w twarde klamoty.
Całkiem możliwe, że swoim chwytem zostawił na jej skórze jakiś ślad po smarze, ale nie było to nic, czego nie dałoby się domyć. Ot, troszkę lepkiej mazi zmieszanej z kurzem.
— Nawet wydłubanie oczu nic tu już nie pomoże, droga pani — zauważył, podnosząc się z deski. — Ale proszę się nie martwić, nie lubię się dzielić, więc zachowam wspomnienie wyłącznie dla siebie — dorzucił i otarł dłonie w zabrudzone dżinsy, które przy okazji lekko podciągnął, bo zsunęły się trochę bardziej, niż im wypadało. Ręce wsparł na biodrach i popatrzył na nią uważnie, bo teraz patrzenie było wygodniejsze, a jego spojrzenie mogło objąć ją w całości. Ostatecznie i tak spoczęło na jej twarzy w okolicach oczu.
Usuń— Więc, w czym mogę pomóc? — ponowił pytanie. Raczej nie przyszła porozmawiać tutaj o tym, co wydarzyło się jakiś czas temu między ich oknami, a przynajmniej z początku, zanim uświadomiła sobie, że to właśnie on – przyklejony wtedy do uchwytów na żaluzje – i jego niebieskie oczy przyłapały ją nagą w pokoju. Z początku musiało chodzić o coś zupełnie innego. Inaczej nie uśmiechałaby się tak uprzejmie i nie przyszła tu ze swoim dzień dobry, którego w tak pogodnym tonie ten warsztat nie słyszał już z dobry rok.
Tanner Gentry
Jego ojciec przechodził przez wiele różnych etapów. Przez część życia był porywczym nerwusem, który wyładowywał złość na najbliższych, przez co między nim a Tannerem często dochodziło do szarpanin, czy to na ganku, na podwórku, czy nawet gdzieś na wsi, najczęściej w lokalnym barze. Później coraz częściej zaglądał do butelki i zaniedbywał pracę w warsztacie, a było to dobre o tyle, że nie jeśli nie brał się za naprawy, to niczego nie partaczył i nikt nie przychodził z reklamacją. Niezmienne pozostawały tylko dwie rzeczy: przegrywanie pieniędzy na automatach oraz kolejne próby bawienia się w biznesmena, który nie miał najmniejszego pojęcia o interesach. Dlatego prawda wygląda tak, że Tanner wpakował się w bagno, i to po sam czubek nosa, tyle że nie z własnej woli, bo to, czego chciał, nie miało najmniejszego znaczenia w obliczu interesów, z którymi zostawił go ojciec. To bagno samo go wciągnęło, co było akurat do przewidzenia, skoro grząski grunt był jedynym, który ojciec ufundował ich rodzinie, a Tanner był skazany na stąpanie po nim już od najmłodszych lat. Zawsze ocierał się o interesy, które prowadził ojciec, bo najczęściej dotyczyły one warsztatu, w którym kiedyś pracowali tylko we dwoje, ale nie spodziewał się, że ten zabrnął aż tak daleko, by uwikłać się w konszachty z nie byle jakimi handlarzami i zesłać im na głowy prawdziwy kłopot. A prawdziwy dlatego, że tych typów nie da się udobruchać forsą, która zazwyczaj załatwia wszystkie sprawy, szczególnie w tym śliskim światku, w którym o forsę najczęściej się rozchodzi. Ale oni nie chcą pieniędzy – oni chcą człowieka, który będzie nakręcał im biznes, a cały problem polega na tym, że człowiek, którego mieli, wziął i sobie umarł, z kolei ten, który mógłby go zastąpić, nie chce nim być i w zaparte odwleka śmierdzącą robotę. Nie miał pojęcia, jakim w ogóle cudem ojciec dotarł do takich ludzi, ale podejrzewał, że zakręcił się gdzieś w Atlancie w jakimś podziemnym kasynie, czy innej spelunie, której nikt nie kontroluje dla świętego spokoju, i tym sposobem ściągnął sobie na głowę takie towarzystwo. Dość zdeterminowane towarzystwo, które uznało, że jeśli nachodzenie Tannera w warsztacie nie jest zbyt skuteczne, to może warto spróbować od czasu do czasu dorwać go w biały dzień i spuścić wpierdol. Nazywali go żołnierzykiem i testowali jego wytrzymałość dość brutalnie, ale miał świadomość, że nie doprowadzą go do obrazu nędzy i rozpaczy, bo jest im potrzebny. Nie mogli go nawet połamać, jeśli chcieli, żeby robił im tą brudną robotę, bo do tego rączki musi mieć sprawne, a nóżki w zasadzie też. Mógł jeszcze trochę przeciągać ich cierpliwość, dopóki nie uznają, że skoro i tak nie ma z niego żadnego pożytku, to można zrobić mu krzywdę adekwatną do jego upartości, albo od razu go odstrzelić. Co prawda, mając to wszystko na głowie, i tak trochę udało mu się ogarnąć problemy, które ojciec zostawił im w spadku. Nie tak w pełni, żeby uwalić się teraz jak król z nogami na stoliku i o nic się nie martwić, ale spłacili wystarczającą część długów, żeby uciec przed eksmisją i wdrożyli leczenie choroby u Grace, a raczej skupili się na spowolnieniu jej rozwoju, bo na stwardnienie rozsiane nie ma żadnej skutecznej rady. Wyjeżdżanie na front, nawet jeśli pozostawiało skazy na jego duszy, było opłacalne i nie mógł z tego zrezygnować w chwili, w której na szali ważyło się ich być, albo nie być, a zwłaszcza Grace, która prawdopodobnie nie szyłaby mu dziś ubrań, gdyby nie terapia genowa, która kosztowała ich kilkaset tysięcy dolarów. Nadal nie było kolorowo, ale z czarnego zrobiło się przynajmniej szaro, a to już zawsze jakieś światełko w tym niekończącym się tunelu.
OdpowiedzUsuńPrzyjrzał jej się tak, jakby właśnie powiedziała coś wyjątkowo niemądrego, bo spróbować to mogli co najwyżej nowego piwa w barze – nawiązując do tego, że jakimś cudem, w bliżej nieznanej mu chwili, zdążyli przejść do mówienia sobie na ty, niczym dobrzy znajomi. Może to ta sytuacja w oknie tak ich zbliżyła?
A potem wysłuchał jej, zastanawiając się tylko, czy pomiędzy słowami znalazła chwilę, żeby wziąć dodatkowy wdech, czy wyrzuciła to z siebie na tym jednym, który złapała do płuc tuż po pierwszym Camaro. Gdy skończyła mówić i wlepiła w niego spojrzenie, on przez chwilę się nie odzywał, a jedynie patrzył na nią, powoli mrugając. Albo nawdychał się smarów, albo naprawdę dostrzegł na jej twarzy – i nie tylko tam – zmieszanie, którego nie potrafiła dłużej ukrywać. Jeśli to przez ten okienny incydent, to naprawdę nie musiała się martwić. Według nie go ta część jej ciała prezentowała się doskonale. Reszty nie widział. Na razie.
Usuń— Chciałaś zapytać Jacka? — Jego brew uniosła się mimowolnie, rysując drobną zmarszczkę na czole. Zaskakujące, od dwóch lat tu o niego nie pytano. — Jack nie urzęduje tu od niecałych dwóch lat — oznajmił. — Możesz go zapytać w piątej alejce na cmentarzu, ale nie sądzę, że odpowie — powiedział, może trochę zbyt dosadnie, ale fakty były właśnie takie, jak je przedstawił. Chłop nie żył i naprawdę nikt z tego powodu nie płakał. Ale mniejsza o starego. Panna przyszła tu z problemem nieodpalającego Camaro i to było istotniejsze.
Opuścił dłonie z bioder i z westchnięciem ruszył do najbliższego blatu roboczego po szmatkę, żeby wytrzeć w nią dłonie.
— Chodzi o to Camaro, które stoi w garażu Patricii? — upewnił się, wciskając szmatkę w tylną kieszeń swoich dżinsów. Łączył fakty, a skoro widział ją w domu obok, to znaczy, że chodziło też o ten garaż. Wiedział, że znajduje się tam Chevrolet, bo Poe mieli go nie od dziś. — Pewnie paliwo z gaźnika wyparowało — stwierdził. — Wystarczy wlać kieliszek benzyny do gardzieli gaźnika i spróbować odpalić, jak odpali to powtórzyć ze dwa razy — wytłumaczył. Nikt nie odpalał auta przez ostatnie lata, więc wniosek nasuwa się sam. Oczywiście, najpierw trzeba było wiedzieć jak dostać się do gardzieli. — Tak czy siak, mamy tu tyle roboty, że mogę wpisać cię za miesiąc — oznajmił i skierował kroki do otwartej maski Cadillaca. — Tamci z Camden zrobią od ręki — dopowiedział, w sporej części próbując ją tak po prostu spławić i wrócić do swoich zajęć. Tamci z Camden zrobią od ręki, choć nie powiedziane, że zrobią dobrze. On na co dzień pracował tu ze Scottem i Zacharym, ale dziś był tu wyjątkowo w pojedynkę i miał już lekkie nerwy na to, że co chwile coś odciągało go od roboty, która ledwie mieściła się na przywarsztatowym parkingu, a ten stojący obok Fleetwood za cholerę nie chciał dać się sprawnie poskładać do kupy. Może wieczorem, po godzinach, byłby dla niej trochę łaskawszy.
Tanner Gentry
Jeszcze kilka lat temu Dean był skłonny powiedzieć, że Mariesville wcale się nie zmieniało. Prowadził spokojne życie od lat i naiwnie sądził, że takie ono właśnie będzie przez resztę czasu. Wystarczyła jedna tragedia, aby wszystko się zmieniło. Sposób w jaki ludzie na niego patrzą, jak się do niego odzywają. Miał możliwość i pieniądze, aby stąd wyjechać. Znaleźć się tysiące mil od Mariesville, które obecnie zdawało się być dla Walkera przeklętym miejscem. Upór mężczyzny nie pozwolił mu jednak na to, aby wyjechać i zostawić rodziców, którzy na swój sposób radzili sobie z całą ta sytuacją. Został, choć nie w takiej formie w jakiej znano go od lat.
OdpowiedzUsuńZostawił mundur. Zostawił to, co naprawdę kochał robić, bo nie był już osobą, od której chciało się pomocy. Nawet, jeśli nikt nie mówił tego wprost to Dean to czuł. Nawet nie chodziło o krzywe spojrzenia, które czasem się zdarzały. Jak mógł pomagać innym, kiedy nie widział najgorszych rzeczy, które działy się tuż pod jego nosem? Nosił na barkach ciężar decyzji podjętych przez starszego brata, a te niosły za sobą konsekwencje dla całej rodziny. Powoli się do tego przyzwyczajał. Do nowej rzeczywistości, w której był barman, a za dnia pomagał nastolatkom z okolicy i turystom zaprzyjaźnić się z kajakami.
W taki sposób spędzał też lipcowe popołudnie.
Ludzi było naprawdę sporo, a Dean ze wszystkich sił starał się każdemu pomóc. Serwował cenne rady grupce dziewczyn, które z jakiegoś powodu uznały, że spędzenie panieńskiego w Mariesville będzie dobrym pomysłem. Przyjechały, ku jego zaskoczeniu, całkiem dobrze przygotowane. Panna młoda miała nawet własną kamizelkę ratunkową. Oczywiście w białym odcieniu i śmieszny plastikowy diadem na głowie. Dean nie oceniał. Każdy w końcu spędzał czas tak, jak lubił. Zwyczajnie go to rozbawiło. Odesłał rozbawioną grupkę w stronę rzeki, kiedy uznał już, że wiedzą wystarczająco, aby się nie potopić. Nie przypominał sobie sytuacji, aby ktoś faktycznie znalazł się pod wodą, ale to wciąż była woda, a ta bywała nieprzewidywalna i wystarczyła jedna niefortunna decyzja, aby coś poszło nie tak.
Potem pojawił się chłopak, Brady, którego Dean kojarzył z marketu. Przyszedł sam i chciał tylko wypożyczyć sprzęt. Co poszło prawnie. Brady pojawiał się tu od dawna i znał zasady. Jeżeli istniała osoba, której Dean nie musiał prawić kazań to był nią właśnie Brady.
Przychodziło tu wiele osób. Jedne Dean kojarzył, innych nie. Nie spodziewał się jednak, że wpadnie, dosłownie, na dziewczynę z przeszłości. Najpierw odbiła się od jego boku, a potem złapała za ramię. Nie pozostał jej dłużny, bo nie chciał tu żadnych wypadów i zupełnie odruchowo złapał również brunetkę amortyzując ją przed ewentualnym upadkiem. Początkowo ciemne włosy nie sprawiły, że pomyślał o kimś konkretnym. Dopiero, kiedy podniosła twarz spojrzał w znajome oczy i rysy twarzy.
Millie Poe.
Ze wszystkich ludzi na świecie on właśnie trzymał Millie Poe. I niech mu ktoś powie, że los nie bywa przewrotny. Puścił ją sekundę po tym, jak ona puściła jego. Zrobił też niewielki krok do tyłu.
— Cześć, Millie. — Również się z nią przywitał. Nie zmieniła się zbytnio od czasu, kiedy widział ją po raz ostatni. Jasne, wyglądała dojrzalej. W końcu nie była już nastolatką. — Ja też się nie spodziewałem. — Odparł. Była ostatnią osobą, którą podejrzewałby o pojawienie się tutaj. Kiedy wróciła? Nie obiło mu się ostatnio o uszy o żadnych powrotach, ale równie dobrze mógł zlekceważyć niosące się po miasteczku informacje o powrotach. Ludzie tu dużo gadali, a Dean niespecjalnie przepadał za wspólnym obgadywaniem ludzi.
Uśmiechnął się półgębkiem na jej komplement, którego w ogóle się nie spodziewał.
— Dzięki. Ty też wyglądasz nieźle. — Bo wyglądała nieźle, choć nieźle było skromnym określeniem. — Mogę jakoś pomóc? Szukasz czegoś konkretnego?
Dean