26.08.2026

[KP] Love Allen

Une chanson pour Love
premier morceau
Love Allen
Urodzona 14 lutego 1997 roku — Półfrancuska — Riverside Hollow — Nowicjuszka — Absolwentka Institut Français de la Mode — Bezrobotna — Właścicielka Blanci — Krawcowa i współwłaścicielka D'amour — Była szwaczka w D'amour — Opiekunka chorej na Alzheimera Buni — Karty tarota zawsze w podorędziu — Fanka grzybobrania — Specjalistka w waniliowej herbacie — Właścicielka całej palety czerwonych szminek — Absolutna kawoszka — Ranczerwka z krwi i kości — Uzależniona od papierosów — Blachara
Ziściło się prawie wszystko o czym mówiła kiedyś Bunia, gdy w pewien listopadowy wieczór rozłożyła przed nią karty i zaczęła wróżyć o karierze, o przyszłości i miłości. Do tej pory pamięta grymas na poczciwej twarzy, zmarszczkę przy pomalowanych na czerwono ustach i długie, wątłe palce sunące po powierzchni podniszczonego tarota, gdy analizowała każdą z kart dając Love poczucie, że to jedna z ważniejszych chwil w życiu. Być może tak właśnie było, bo tę scenę pamięta do dziś niezmienną w jej pamięci od lat, włącznie ze smakiem pieczonych jabłek i waniliowej herbaty, która rozlała się na spodeczku. Pamięta, że podgryzała miękką skórkę złotawego jabłka, gdy Bunia uśmiechnęła się ciepło mówiąc o życiu w koronkach i atłasach i faktycznie to się spełniło. Bowiem przez całą karierę wyszyła setki koronek, przyczepiała koraliki, zszywała ramiączka, z igłą nie potrafiła się rozstać od dzieciństwa i to rzutowało na wszystko. Ukończyła Institut Français de la Mode i szybko zaczęła pracę w szwalni, skąd wychodziły coraz to nowe pończochy, rękawiczki i biustonosze, które zawładnęły Paryskim rynkiem powodując szybki rozrost kolejnych bieliźnianych sklepów matki. W znacznym stopniu przyczyniła się do rodzinnego majątku, co też zgadzało się ze słowami Buni, która śmiała się, że kiedyś Love sprawi jej prawdziwe perły. Tak faktycznie było, chociaż zbyt późno niż mogłaby sobie życzyć, bo dopiero kilka tygodni wcześniej zawiesiła na jej szyi sznur śnieżnobiałych pereł, z niepewnym uśmiechem mówiąc: „Miałaś rację, Bunia”.

Przyszłość przewidziała niemal doskonale, bo według przepowiedni opuściła ją kilka tygodni po tym listopadowym wieczorze wyjeżdżając do Paryża i Love przez dziecięce lata miała wrażenie, że Bunia to cholerna wróżka z baśni. Skąd mogłaby wiedzieć o tym, że dwadzieścia lat życia spędzi poza Mariesville? Teraz, jako dorosła osoba, już wie że wiedziała o raku ojca i rozwodzie rodziców i tamtego wieczoru przygotowywała ją na to co miało się stać. Nadal nie potrafi jeszcze sobie wytłumaczyć skąd zdawała sobie sprawę o tym, że nie będzie miała męża, bo Bunia mówiła o wielu kochających ją kobietach . Chyba miała intuicję, bo faktycznie za mąż nie wyszła, a w Paryżu kobiety wyznawały jej miłość co noc, gdy opadała w połacie ich włosów całując skroplone potem twarze. Nie pamięta już ile kobiet w sobie rozkochała, ile z nich porzuciła, nie pamięta nawet imion i najwyraźniej nie chce pamiętać.

Spełniło się wszystko, i koronki, i kobiety, nie spełniła się tylko miłość bo Love nie jest w stanie zaangażować się w kogoś bardziej niż w siebie, korzystając z młodości i urody. Przez lata żyła przeświadczeniem, że życie nie będzie ciężkie, bo Bunia przecież jej tego nie wywróżyła, ale życie przewróciło się do góry nogami w najbardziej brutalny ze sposobów. Teraz znów tu jest, uśmiechając się przez stół, wpatrując się w to jak Bunia rozkłada karty, a ona wbija widelczyk w zbyt mocno przypieczone jabłko wpatrując się w coraz bardziej wyblakłe karty. Z uśmiechem patrzy na babcię, na sznur pereł i kolejne serduszka w wiadomościach na komórce. „Wywróżymy ci przyszłość, kochanie.”
Kod EMME
Wizerunek Alicia Bercán. Wątki 2/3. Poszukiwana koleżanka, bądź materiał na przyjaciółkę.

6 komentarzy:

  1. [Hej, Witamy z powrotem. Gdybyście miały chęci na wspólny wątek, to ja przywrócę do życia swojego listonosza Maika i coś wspólnie pokombinuję.
    PS. Ściągnęłam go jakiś czas temu do archiwum, ale mogę ci przesłać jego KP na PW do zapoznania.]

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedy w towarzystwie wiernego Aramisa tego dnia jak zwykle wsiadał na rower i wyruszał do pracy, w powietrzu czuć już było pierwsze oznaki powoli zbliżającej się jesieni. Nieprzyjemny wiatr dostający się pod kurtkę przypomniał mu, że w swoim zwykłym porannym roztrzepaniu znowu zapomniał o jej zapięciu, ale tylko wzruszył lekko ramionami na ten fakt i niewzruszony popedałował dalej. Przecież Mariesville to tylko senne malutkie miasteczko, więc droga na pocztę nie powinna chyba przyprawić go nawet o przeziębienie. W średniej wielkości starym budynku spędził niecałe dziesięć minut, wymieniając najświeższe plotki z pracownikami sortowni, bo przesyłek było już zdecydowanie mniej niż podczas sezonu wakacyjnego. Kolejny szczyt nastąpi zapewne, gdy młodzież wyjedzie na studia, bo początkowo będzie przesyłać swoim staruszkom jakieś fotki i krótkie listy, aż w pewnym momencie stwierdzi że jest na tyle samodzielna, by poradzić sobie we własnym zakresie. Jak zwykle, z nim było podobnie, choć ze względu na wieczną niechęć ojca najprawdopodobniej tą naturalną potrzebę całkowitego odcięcia się od rodziny poczuł zdecydowanie szybciej od rówieśników.
    - Pamiętaj, że na niedzielę jesteś zaproszony na chrzest naszej małej Lei. – Zaczepiła go jeszcze siedząca przy okienku Clara.
    - Jakże mógłbym zapomnieć. – Posłał jej krótki uśmiech, chwytając torbę i wychodząc z powrotem na dwór.
    Dopiero odjechawszy kilkanaście metrów, pozwolił sobie na śmiech. Ach, cóż za ironia losu, gdyby nie tamto zamieszanie z narkotykami Em, być może to on właśnie niedługo udzielałby malutkiej tego pierwszego świętego sakramentu. A tak będzie tylko obserwował jak robi to ktoś inny i zastanawiał się jakie to uczucie być na jego miejscu.
    ***
    Pod domem Pani Allen znalazł się niecałe trzy godziny później, bowiem raz, że jak zawsze trochę pobłądził, a dwa, że wstąpił po kilka sprawunków dla odwiedzanych seniorów. W tym między innymi po gazetę, świeże rogaliki z jabłkami i leki dla Buni. Nie zdawał sobie bowiem jeszcze sprawy, że ta od niedawna ma już zapewnioną stałą opiekę. Wytarłszy buty o leżącą na ganku różnokolorową wycieraczkę, lewą ręką zastukał w drzwi, prawą zaś podając psu końcówkę chałki, która to zniknęła w jego pysku akurat w chwili, gdy te się otworzyły ukazując ich oczom rudowłosą czuprynę, na której widok Maik aż na moment zaniemówił.
    - L… Love ? – Wydukał w końcu totalnie zszokowany, instynktownie kładąc dłoń na umięśnionym karku futrzaka jakby ten miał mu przekazać pozytywną energię tak niezbędną teraz, by zmierzyć się ze zmorami przeszłości. – Nie spodziewałem się cię tutaj. – Zmusił się do spojrzenia kobiecie prosto w oczy.

    Maik [Przybywamy z obiecanym zaczęciem.]

    OdpowiedzUsuń
  3. [Cześć! Czołgam się z powrotem do życia blogowego po dwóch miesiącach wakacji, które dały mi nieźle w kość. Ale Love widziałam na stronie głównej już wcześniej i ucieszyłam się, bo kojarzyłam, że kiedyś już tutaj byłaś <3 A potem patrzę, że pojawiłaś się pod moją kartą! :) Oczywiście, bardzo chętnie przyjmę zaproszenie. Odezwij się na maila cinnamoonlattee@gmail.com, wymyślmy razem coś ciekawego :D]

    Dawson

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciężar skrzynki z narzędziami odbił się stłumionym echem między ściankami niebieskiego pick-upa. Było popołudnie, ciepłe, charakterystyczne dla września, co przypominało mu o prawach jesieni, które rządziły się na jego ranczu. Zbliżał się październik, a wraz z nim wiele obowiązków, od których po prostu nie mógł uciec. Każdy kolejny dzień przynosił coś, czym należało się zająć, a lista rzeczy do zrobienia zdawała się nie mieć końca. Przy jesieni nie było zresztą miejsca na odkładanie czegokolwiek na później — to, co nie zostało zrobione teraz, bardzo szybko mogło zemścić się na nim wraz z pierwszymi chłodniejszymi nocami. Ponieważ ranczo prowadził sam, nie mógł liczyć na wsparcie sezonowych pracowników. Dawson jednak nigdy nie narzekał na brak pracy — chociaż miewał swoje humory, marudzenie na wszystko, co możliwe, nie leżało w jego naturze. Był zadaniowcem. Wiedział, jaka jest jego rola i co musi zrobić, aby reszta dnia była znośna. Nie musiała być nawet wspaniała, po prostu zwyczajnie znośna. Praca była więc dla niego nawet synonimem ucieczki od rzeczywistości, która momentami potrafiła być nieco przytłaczająca.

    Gdy upewnił się, że wszystkie prace na ranczu zostały wykonane, raz jeszcze obejrzał się wokół, po czym wsiadł do auta i ruszył. Droga minęła mu szybko, jak zawsze, choć przez całą tę drogę myślami był gdzie indziej. Myślał o Ruby. O tym, że z każdym miesiącem robiła się coraz starsza i coraz bardziej ugruntowana w swoim podejściu. Wraz z przybyciem Andy trochę złagodniała i spokorniała, widząc, jak działa wielkomiejski świat. Ruby jednak żyła swoim życiem, coraz wyraźniej pokazując, że chciałaby choć na chwilę móc zasmakować świata poza Mariesville. A on to rozumiał, nawet jeśli się z tym nie zgadzał. Sam bowiem nigdy nie miał podobnych zapędów. Ruby jednak zdawała się czerpać wielką przyjemność z takich fantazji i marzeń, które nieświadomie karmiła jej również Andy… I tu zaczynała się cała zagwozdka. Kobieta pojawiła się znikąd, nagle i przypadkiem, wywracając jego życie do góry nogami. Dawson nie wiedział ile zostanie ani jak daleko rozwinie się ich specyficzna relacja, a niewiadoma była czymś, co doprowadzała go do szaleństwa.

    Pojawienie się dróg prowadzących do Riverside Hollow było niemal zbawienne. Nie miał złego humoru, nie w tym rzecz. Chciał po prostu jak najszybciej wykonać swoje zadanie i wrócić do domu. Gdy więc pojawił się pod domem swojej sąsiadki, nie czekał ani chwili dłużej. Obiecał tej starszej kobiecie, że zajmie się podniszczonym przez letnie ulewy płotem. W zasadzie powinien był zrobić to już dawno, ale przez obowiązki ranczerskie był tak pochłonięty minionymi dniami, a do tego dochodziła jeszcze Andy.
    Zatrzymał się więc pod wybranym domem. Nie czekając chwili dłużej, wziął kapelusz i założył go na głowę. Następnie wyszedł z auta i obszedł je, sięgając po skrzynkę z narzędziami. Ciężar znajomy dłoniom od lat nie stanowił dla niego żadnego problemu. Tak samo jak praca, która na niego czekała.

    Płot rzeczywiście wymagał uwagi. Dawson odstawił skrzynkę na ziemię i przez moment przyjrzał się zniszczeniom, jakby już w głowie układał sobie kolejność czynności. Kilka desek należało wymienić, inne wystarczyło odpowiednio przymocować. Nic szczególnego. Godzina, może dwie i będzie po wszystkim. Być może właśnie dlatego nawet nie zauważył od razu, że nie był już sam. Dopiero damski głos przyciągnął jego uwagę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odwrócił głowę, a jego spojrzenie zatrzymało się na kobiecie stojącej kilka kroków dalej. Przez krótką chwilę po prostu na nią patrzył. Domyślał się, że musiała być kimś bliskim dla starszej kobiety. Nie znał jej jednak – albo przynajmniej nie kojarzył. I właśnie to było pierwszą rzeczą, która przemknęła mu przez głowę, zanim zdążył pomyśleć o czymkolwiek innym.

      — Płot — odpowiedział krótko, wskazując ruchem głowy na to, czym zajmował się jeszcze przed momentem — Obiecałem, że go naprawię — dodał, absolutnie odpuszczając sobie cały etap przedstawiania się. Kobieta chciała, widocznie, konkretów, więc je dał, a same te słowa wypowiedział zupełnie spokojnie, choć jego spojrzenie nie pozostało obojętne. Zatrzymało się na jej twarzy, później na czerwieni ust, która zdecydowanie nie pasowała do tego sennego, wrześniowego popołudnia, a w końcu wróciło do oczu. Było w tym coś zupełnie niepasującego do miejsca, w którym byli... Mariesville bowiem znało piękne kobiety, jak i te, które doskonale wiedziały, że takie są. Ale ta miała w sobie coś jeszcze – swobodę i grację.

      — Mogę kontynuować rozbieranie tego płotu? — zapytał, unosząc lekko brew, z cieniem rozbawienia w głosie, a jego wzrok zsunął się na chwilę niżej, zatrzymując się na jej sylwetce, zanim ponownie wrócił do jej twarzy. Nie było to spojrzenie nachalne ani przesadnie ostentacyjne, a raczej krótkie, instynktowne zainteresowanie, którego nawet nie próbował szczególnie ukrywać.

      Dawson 👀

      Usuń
  5. Wiedziony instynktem psiak postąpił kilka kroków w kierunku kobiety, uważnie wachlując w powietrzu oślinionymi faflami, gotowy w razie potrzeby za wszelką cenę bronić przed nią swego pana. Ten natomiast właściwie bez kontroli umysłu zacisnął mocno palce na jego obroży na wypadek, gdyby zwierzę postanowiło w końcu przejąć kontrolę nad sytuacją. Mimo największych chęci nie potrafił bowiem pozbyć się napięcia docierającego do każdej, nawet najmniejszej komórki ciała i zdawał sobie doskonale sprawę, że czworonóg doskonale to wyczuwa. Najchętniej wcisnąłby teraz po prostu pakunki Love i ulotnił się nim ta zdąży jeszcze coś dodać, lecz uznał to za skrajnie nieprofesjonalne. I oczywiście tchórzliwe, z czym nie czułby się później za dobrze. Zresztą postawiłby dziesięć do jednego, że już w tej chwili zza niemal przezroczystych zasłonek zerkają na nich ciekawskie oczy sąsiadów, gotowych wyczarować naprawdę gorącą plotkę praktycznie z niczego. A on jakoś nie widział się w roli nieudolnego podrywacza czy kogoś w tym rodzaju. Nie chciał też, by miejscowe dewotki zaczęły mruczeć, iż tych dwoje chyba dzieli jakiś wspólny mroczny sekret. Po czymś takim z całą pewnością przy każdej wizycie w ich domostwach zaczęłyby go wypytywać co dokładnie ich łączy. Już lepiej było załatwić całą sprawę tu i teraz. Na Boga, przecież każde z nich już dawno zdążyło dorosnąć, a więc pozbyć się z głowy zdecydowanej większości dawnych durnowatych pomysłów na uprzykrzenie życia temu drugiemu ! No i oczywiście od jego rodzinnej Austrii dzieliła ich olbrzymia przestrzeń niezmąconego oceanu, więc nie mogło być choćby mowy, że Love znowu natychmiast na niego naskarży, gdy tylko palnie lub zrobi jakąś głupotę. Pomijając już fakt, że i tak po tamtej aferze związanej z wywaleniem z seminarium został oficjalnie skreślony z listy spadkobierców rodziny Pavels. Prawdopodobnie w Salzburgu od tamtego dnia nastąpił także absolutny zakaz wypowiadania jego imienia. Przyjmując na siebie winę Em, zgodził się także na całkowite wyklęcie przez własnych najbliższych, ponieważ w mniemaniu rodziców, a zwłaszcza wyjątkowo religijnego ojca obraził samego Chrystusa, a tego nie dało się już w żaden sposób przebaczyć.
    - Jak widzisz, jestem tutejszym listonoszem. – Podświadomie poprawił kołnierzyk swojego charakterystycznego uniformu. – Przyniosłem listy dla Buni. – Wyjaśnił, wydobywając z przewieszonej przez ramię torby dwie koperty. – A tutaj zgodnie ze wczorajszym zamówieniem codzienna gazeta, pachnące rogaliki z jabłkami prosto z Under the Apple Tree oraz leki na nadciśnienie. Jej ulubiona sałatka z naszego targu niestety zdążyła się już skończyć, ale możesz jej przekazać, że w zamian wieczorem wstąpię tu jeszcze raz i przyniosę jej coś z własnych wytworów. Przy okazji dostarczę też z powrotem tą rzeźbioną komódkę, którą oddała mi do naprawy jakiś tydzień temu. Jest już prawie jak nowa, ale farba nie zdążyła jeszcze do końca przeschnąć. – Dodał, wręczając rudowłosej oba pakunki. – Mam nadzieję, że tym razem nie przerwałem jej drzemki. – Rzucił z lekkim uśmiechem.

    Maik [Wybacz, że tak późno, ale wrzesień nie był dla mnie za łaskawy.]

    OdpowiedzUsuń